<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Taksator
Pochodzenie Koszałki Opałki
Data wydania 1905
Wydawnictwo Księgarnia Powszechna
Drukarz Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Taksator.


Było to w owym krótkim okresie mego życia, gdym wszędzie szukał zawziętych tematów, epizodów i typów do moich olśniewających powieści, zdumiewających nowel i dynamitowych studjów psychologicznych.

Żebrak — wspaniały typ; pijak — bajecznie ciekawy okaz; właściciel garkuchni, garkuchnia — wstrząsająco ciekawe środowisko.
W owym to czasie zastawiłem w lombardzie zegarek pamiątkowy, pierścionek niemniej pamiątkowy, palto już nie pamiątkowe i postanowiłem napisać niezmiernie genjalną powieść na tle lombardowych stosunków.
Szczęściem dla mnie, a zapewne i dla czytelników, bardzo rzadko powieści owe zaczynałem, a już zupełnie nigdy nie kończyłem.
Bądź co bądź, pozostałe z młodzieńczych czasów notatki sprzedaję dziś oto po parę kop. od wiersza...
Taksator lombardu był stary, siwy, łysy, pomarszczony i zawsze pogodnie uśmiechnięty.
— Mój panie — rzekłem raz, dobrodusznie niby, a w gruncie rzeczy polując nań, jak na bohatera owego nowego arcydzieła, które miało mi dać sławę, dwa pomniki, jedną nieśmiertelność i engagement do trzech, płacących sute honorarja, czasopism.
— Mój panie — rzekłem — zajęcie pańskie jest niezmiernie nużące i jednostajne. Nie masz pan ze swej pracy żadnego moralnego zadowolenia, gdyż lombard należy do najpodlejszych i najbardziej wzgardzonych przedsiębiorstw. Powiedz mi pan łaskawie, czem to się dzieje, iż wyglądasz na człowieka zupełnie zadowolonego z życia, że podrzędną swoją czynność wykonywasz z taką pogodą, zadowoleniem, powiedziałbym nawet, zapałem.
Uśmiechnął się swym poczciwym, pogodnym uśmiechem i rzekł:
— Masz pan słuszność. Jestem taksatorem z powołania, jestem z Bożej łaski taksatorem: zajęcia mego, które nazywasz pan podrzędnem, nie oddałbym za żadne inne, nie zamieniłbym go na tekę ministra. Dziwi to pana — prawda?
W samej rzeczy byłem nad wyraz wszelki ździwiony.
— Powiadasz pan, że lombard cieszy się złą opinją w społeczeństwie? Wiem o tem. Jest to opinja błędna. Lombard jest akademją wychowawczą narodu; uczy go dwóch ważnych prawd: że istnieją przedmioty bardzo kosztowne i zgoła bezwartościowe — to raz; że bardzo łatwo jest pożyczyć pieniędzy, ale bardzo trudno je zwrócić — to dwa. Że ludzie z nauk lombardu — pedagoga nie umieją korzystać, nie nasza wina. Czem jest pierścionek, broszka, kolczyk? Świecidełkiem patagończyka. Czem jest salon, ładna i głupia żona, suknia muślinowa, poeta — nastrojowiec, tuberoza? Świecidełkiem kosztownem i bezmyślnem. A ludzie mają to, kupiwszy za drogie pieniądze, pieszczą, przywiązują się do błyskotek, aż to zanoszą do nas, by się przekonać, że były to zabawki, bez których łatwiej nawet żyć na świecie. Tem samem jest sława, honory, zaszczyty, stosunki w świecie, ordery i medale, hołdy, ukłony i koligacje. A pan, który zastawiłeś już dwa złote graty, czemu przychodzisz teraz z paltem; czemu okłamujesz się, że je wykupisz, czemu nie urządziłeś tak swego życia, by rzeczy potrzebnej naprawdę — nie zastawiać? Wydatki i kredyt — rozumne — to bogactwo narodu i jego przyszłość.
Poczęstował mnie papierosem i ciągnął dalej.
— Lombard to życie, panie kochany. Co raz zastawisz, tego już nie wykupisz. Każdy człowiek, gdy młody, ma skarbiec cały ideałów, które powoli zastawia, zastawia, zastawia — byle żyć. Zaczyna od tych ideałów, do których najmniej przywiązuje wagi, które nie są mu drogą spuścizną, a potem... Za cenę wygód, chwilowych podnieceń, gabinetowych uciech i tryumfów — zastawia uczciwość, cnotę, honor, godność — wszystko. Z początku płaci procenty, potem zalega — nareszcie fant idzie na licytację, i oto dumę kupuje sobie lichwiarz, którego stać na to, odwagę cywilną kupuje sobie bankier — spekulant, i kręci się wszystko w kółko, w kółko, w kółko... naród zastawia tak swoje ideały... Lombard — to wielkie wspaniałe, obserwatorjum społeczne.
Zajrzał do książki, wstał, wszedł do sąsiedniego pokoju i przyniósł dwa małe przedmioty.
— Widzisz pan ten krzyżyk? Po raz pierwszy był on zastawiony przez kobietę, zapłakaną, w żałobie. Wykupiła go. Po latach dwudziestu zastawił go młodzieniaszek i nie zapłacił ani jednej raty. Sprzedaliśmy krzyżyk. Po latach sześciu przyniosło go znowu bardzo smutne dziewczę, z niemowlęciem na ręku... Widzisz pan ten sygnet? I on był zastawiony dwa razy, przez ojca i przez syna. Za tydzień będzie licytacja: znów go ktoś kupi i znów go kiedyś przyniesie... dziwi pana że ja pamiętam historję tych dwóch przedmiotów? Otóż to właśnie: bo mnie wszystko zajmuje, interesuje; przykuwa — bo jestem taksatorem — istotą myślącą, a nie maszyną martwą, bo jestem taksatorem — artystą... Znam każdego człowieka, który tu wchodzi, wiem, co przynosi, dlaczego zastawia, ile razy procent zapłaci, jak doszedł do posiadania przedmiotu, co się z nim stanie — wszystko wiem, wszystko mnie interesuje, i dla tego życie moje nie jest monotonne, ani zajęcie moje — nudne.
Zapomniałem, że taksator ma być bohaterem mojej powieści, słuchałem ze zdumieniem.
— Każdy z ludzi jest taksatorem, tylko jeden jest lichy, a drugi dobry. A pan czy nie taksujesz ludzi, sytuacji? Czy nie taksujesz pan moralnej i intelektualnej wartości człowieka? Czy nie taksujesz pan jego wartości w stosunku do społeczeństwa i do pana? Taksujemy urodę, zdolności, uczucia, wysiłki, ideały, prawa, dążenia — wszystko — wszystko. Każdy człowiek powinien być przez lat kilka taksatorem w lombardzie; taksatorstwo winno wejść w kurs wykładów szkolnych — bez tego nie można być ani pożytecznym, ani rozsądnym... Gdybym nie był starym kawalerem, gdybym miał synów, przejąłbym synów moich takim zapałem do mego zawodu, że wszyscy byliby taksatorami w lombardach. A pan, pan powiadasz, pan się dziwisz, że jestem zadowolony ze swego losu, że jestem zawsze uśmiechnięty... Panie drogi, ja znam wartość życia i ludzi, umiem wybaczać błędy, kochać ich wysiłki. Ileż to razy przychodzi ktoś płacić procent, a ja myślę wówczas: «biedaku, poco się łudzisz, poco się oszukujesz? Nie wykupisz, nie wykupisz, biedoto». I pan nie wykupisz ani zegarka, który otrzymałeś w jakiejś uroczystej chwili swego życia, ani pierścionka pamiątkowego. I wiele — wiele zastawisz pan w lombardzie życia. Pan jesteś Polakiem.
— Pan skąd wiesz to wszystko? — zapytałem, zdumiony do najwyższego stopnia.
Uśmiechnął się łagodnie.
Ktoś wszedł. Podał mi rękę na pożegnanie...
Umyślnie teraz dopiero nadmieniam, że mieszkałem wówczas w Paryżu, a co zatem idzie — taksator ten był francuzem.
Wróciłem do kraju.
Widziałem wielu techników, adwokatów, lekarzy, nauczycieli, kupców, literatów — każdy niemal przeklinał swój zawód, zawodził, biadał, skarżył się i ubolewał.
Zrazu nie zwracałem uwagi na dziwne zjawisko. Ale potem zacząłem ich porównywać z taksatorem lombardu paryskiego.
Ludzie zawodów tak zwanych wyzwolonych, ludzie o szerokim zakresie działalności — nie umieli skrzesać z siebie bodaj iskry zapału dla swego zawodu — martwe maszyny, bo za wrzuceniem honorarjum — wyrzucali ze siebie, wprawdzie nie pudełko landrynek, jak automat, ale receptę, powieść, poradę prawną, plan — szemat domu. I ani skry natchnienia, tfu! bodaj zapału, tfu! bodaj uczciwego zadowolenia, tfu! bodaj uczciwości zawodowej!.. Oj, czy nie zadaleko się posunąłem... Nieprzejednanie w formie zadzierania z całym światem i robienia sobie wrogów już zastawiłem w lombardzie życia, choć jeszcze płacę procenty — może wykupię.
Nie chcę twierdzić, by u nas postęp dlatego takim nadwiślanskim (kolejowym) krokiem się posuwał, że niema w nas umiłowania zawodu lub chęci do pracy wogóle — bo ja zastawiłem w lombardzie życia chęć wszelkiego twierdzenia kategorycznego. Bądź co bądź, podejrzliwie patrzę na tych pracowników licznych, którzy z westchnieniem mówią o swej pracy. Choć to nikogo do niczego nie obowiązuje.
Nota bene — znam bardzo zamiłowanego w swym zawodzie roznosiciela gazet: jest szczęśliwy. Wolałbym być nim, niż sobą.


Janusz Korczak - Koszałki Opałki znak s193.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.