<<< Dane tekstu >>>
Autor Bjørnstjerne Bjørnson
Tytuł Tomasz Rendalen
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1924
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Det flager i byen og på havnen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIII.
Porachunki.

Z ciężkiem sercem szła pani Rendalen na rozmowę z synem. Stosunek ich zatracił oddawna charakter wzajemnego zaufania, potem był niezbyt dobry, a w czasach ostatnich wprost napięty. Ze strony Tomasza wyglądało to nawet na zerwanie, a pośrednictwo Wangena było wykluczone. Ile razy o tem wspomniał, Tomasz czuł się dotkniętym.
Przyczyniła się do tego okoliczność zgoła zewnętrzna i przypadkowa. Wedle umowy miała Tora Holm pomagać pani Rendalen w zajęciach, gdy jednak zachorzała, funkcje te objęła Nora. Miała ona inne zdolności i wzięła się do rzeczy inaczej. Pomiędzy innemi prowadziła też księgi handlowce.
Pewnego dnia, gdy Nora przeglądała i kontrolowała różne pozycje, przechodził właśnie przez pokój Tomasz.
— Cóż to za Tomasyna, pobierająca tak często pieniądze? — spytała go — Nie jest to matka pańska, bo przy takich pozycjach pisze zawsze „osobiste.“
— Tomasyna? — rzekł zdziwiony — Nigdy nie słyszałem o żadnej Tomasynie.
Zbliżył się, położył kapelusz przed sobą, a będąc krótkowidzem, musiał pochylić grzbiet nad księgą.
Podniósł jasne brwi, a szare, przenikliwe oczy utopił w cyfrach.
Przewracała kartki i pokazywała mu co miesiąc regularnie notowane wydatki. Ostatnia pozycja nosiła datę z przed kilku jeszcze lat. Nora nie zwracała na to wielkiej uwagi, ale Tomasza zaintrygowała ta rzecz. Patrzyła nań, gdy badał księgi, zadawała sobie pytanie, czy fizyczne zbliżenie z nim wywiera na niej miłe, czy niemiłe wrażenie. Było miłe. Patrzyła na piegi wygolonej gładko twarzy, wyostrzone jeszcze bardziej w tej pozycji linje ust, niespokojniejsze jeszcze oczy i jaśniejsze niż zazwyczaj czoło. Silne szczęki i czerwone włosy pociągały ją. Obserwowała nerwowo po kartkach biegające, lub ślizgające się palce, jasnemi kępkami włosów porosłe ręce, oraz szeroki przegub dłoni i mimowoli poszła spojrzeniem aż do ramienia. Musiało być silnie rozwinięte. Słyszała szelest koszul i skrzyp krawatki, poruszanych oddechem, czuła lekki aromat perfum, zmieszany z zapachem jego ciała.Ogarnęło ją coś niby strach, czy oszołomienie, oraz uczuła przypływ świadomości. Myślała łatwiej i prędzej i uczuła silniejsze napięcie. Radaby była tak pozostać długo, sprawiało jej to bowiem rozkosz.
— Gdzie matka? — spytał.
— Nie wiem!
— To dziwne.
Chwycił kapelusz i poszedł.
W pięć minut potem wpadła do pokoju matka i syn.
— Cóż ci to, Tomaszu? — spytała pani Rendalen.
— Co mi jest?...
Zobaczywszy Norę, pani Rendalen zwróciła się do sypialni, a Tomasz poszedł za nią. Nora słyszała dobrą chwilę jego gniewny, podniesiony głos i pełne perswazji, a wkońcu płaczliwe odpowiedzi pani Rendalen, Wreszcie Tomasz poszedł, a ona wróciła do pokoju po pewnym dopiero czasie, wyczerpana i smutna.
— Ach myślałam — rzekła — że jest to jeden, z najlepszych mych uczynków, tymczasem dowiaduję się, że jest najgorszy.
Łzy zalały jej okulary i siadła by je, jak zawsze, obetrzeć.
Nora przystąpiła do niej ze współczuciem.
— Droga pani! — rzekła, klękając,.
Staruszka potrzebowała tej serdeczności i rada była zaufać komuś. Nora dowiedziała się tedy, że „Tomasyna“ była siostrą jej syna. Zpoczątku dziewczyna prowadziła, się dobrze, potem jednak wyjechała do Ameryki, zeszła na manowce i odesłano ją jako umysłowo chorą do ojczyzny. Aż do śmierci płaciła za nią pani Rendalen, nie wspominając o niczem synowi. Bo i nacóż? Teraz Tomasz napadł na nią najokropniej, twierdząc, że Tomasyna miała takie same jak on prawa do dziedzictwa majątku ojca, zaś ustawy są nikczemne i żaden porządny człowiek nie powinien się niemi kierować. W sposób zgoła, bezwzględny oskarżył matkę, że jest winną nieszczęścia i śmierci jego siostry, i oświadczył, że powinnaby za to odpowiadać.
Norę to przeraziło. W ciągu pobytu w szkole doszło ją coś nie coś, ale tak ich rzeczy nie spodziewała się usłyszeć...!
Od tej chwili Tomasz zachowywał się w sposób, który Norę przerażał bardziej jeszcze i cierpiała narówni z panią Rendalen. Traktował ją jak obcą i to szorstko, gdy z nią razem być musiał, w innych razach, usuwał się jej z drogi.
Od dzieciństwa samego miał Tomasz wrażenie, że matka jego jest prostaczką o ordynarnej duszy i że z nią nic nie ma wspólnego. Wdzięczność dziecięca, oraz zgodność poglądów i planów tłumiły to i bez względu na uczucia czcił i szanował jej energję oraz zdolności wychowawcze i gospodarcze. Napady zniechęcenia były zawsze nagłe i mijały szybko.
Później natomiast...
Matka nie rozumiała tego, a Karol również, ale matka wiedziała, że syn jest nieszczęśliwy, czuła iż ogarnia go coraz bardziej manja dręczenia samego siebie. Ale myliła się.
Dumał nad tem, że gdyby nie on, siostra jego byłaby szczęśliwą. Jej przypadłby majątek, otrzymałaby odpowiednie wykształcenie, a odziedziczona skłonność do szaleństwa nie byłaby jej opanowała.
Czasem też wyobrażał sobie, że siostra jego wychowuje się razem z nim, z Augustą i resztą dziewcząt. Tyle obcych żyło w domu ojca, tylko nie siostra jego, nie córka jego ojca. Matka natomiast uznała, że konieczny obowiązek ten został wypełniony przez wypłatę jałmużny miesięcznej, bez żadnych większych spłat majątkowych. Czyż to nie zbrodnia? Czyż mogła tego matka nie pojąć?...
Podczas gdy się jeszcze z tem nosił, doszła go wieść o nieszczęściu Tory.
Matka chciała z nim o tem pomówić. Po raz pierwszy przerwano im, teraz jednak, gdy Tora zasnęła, udała się do syna i opowiedziała mu wszystko.
Zrozumiał zaraz, jak doniosłym jest ten fakt dla szkoły, przyjaciółek Tory i niego samego i wpadł w taką pasję, że krzyknął, iż połamałby kości przeklętemu Nilsowi, gdyby tu był. Nie lubił nigdy Fürsta. Pani Rendalen, słysząc ten wybuch, zadrżała, bo chociaż Tomasz zewnętrznie nie był podobny do ojca, w tej chwili przypominał go zupełnie.
To jednak właśnie dodało jej odwagi. Patrzyła od roku jak wzrasta ciągle jego zniecierpliwienie, nerwowość i pobudliwość w zakresie wściekłości. Ile razy sama dała powód do wybuchu, broniła się tylko, lub uchodziła z drogi. Zwolna stał się jej tyranem.
Teraz jednak szło o inną, a rozpacz Tory była jej pobudką działania. Ta rozpacz miała nawet niepokojące podobieństwo ze stanem samego Tomasza...
Gdy chciał się oddalić po drugim, gwałtownym wybuchu wściekłości, zastąpiła mu drogę i zawołała:
— Gwałtowność twoja wpędzi mnie do grobu! Nie popuszczaj jej cugli, synu, bo będzie źle!
Drgnął i zbladł jak ściana.
— Nieumiarkowanie to rzecz straszna, musisz się opanować!
Głos jej drżał, oczy ich się spotkały, spojrzenie Tomasza świadczyło o rozgoryczeniu i gwałtownej walce wewnętrznej.
— Wszakże mogę cię przestrzec, Tomaszu, jak matka dziecko. Nie patrz tak na mnie... nie ponoszę winy! Postępowałam, jak mi się wydawało najlepiej jeszcze przed twem urodzeniem! Podobnie zachowam się i w przyszłości. Od roku dopiero nie stawiasz oporu wrodzonym instynktom, a ja muszę za wszystko pokutować.
Wyglądał dotąd oknem, teraz obrócił się, a w spojrzeniu jego odmalował się głęboki ból.
— Co ci jest, Tomaszu... na miłość boską... powiedz! — zawołała, ale on obrócił się, pochylając głowę na ramię. — Nie rozumiem cię, Tomaszu, przewyższasz mnie tak bardzo... Powiedziałeś raz, że cierpię na wrodzoną ślepotę duszy i przyznaję to teraz. Upokarzasz mnie nietylko wobec samej siebie, bo to racja, ale także wobec drugich, co jest rzeczą niepotrzebną zgoła. To też znieś spokojnie mą uwagę w chwili, gdy popełniasz błąd.
Ostatnie słowa wyrzekła niemal pokornym tonem. Wywołały one głębokie wrażenie. Nie odrzekł nic, ale jął chodzić po pokoju wyraźnie podniecony.
— O, gdybym też mogła zrozumieć, co masz przeciwko mnie? Nietylko mi wymyślasz... tak, Tomaszu... nie możesz znieść, bym użyła tego słowa, ale ja muszę znieść dużo więcej. Co ci właściwie dolega? Czemu nie powiesz, Tomaszu, ani mnie, ani Karolowi? Jesteś nieszczęśliwy... widzimy to dobrze oboje. Radabym ci być czemś... chociaż stoję o tyle niżej...
— Nie mogę znieść tego słowa! — zawołał.
— Dobrze... dobrze... czemuż jednak nie chcesz nawet mówić ze mną? Sama dumam i dumam tylko...
— Nie... nie powiem! — oświadczył.
— A widzisz sam, jaki jesteś! Nie pozwalasz do siebie używać pewnych słów... a tymczasem widzę, że cierpisz! Wspomnij, że i ja cierpię... Mój Boże... trwa to już rok... Jeśli jest w mojej mocy usunąć powód zła, powiedz, a uczynię to! Czyż nie możesz mi zaufać?
— A ty, matko, czyż nie możesz mi zaufać? — wyrzekł z trudem i, zakrywszy twarz rękami, rzucił się na sofę...
Potem wyszło na jaw, że go pożera ogień wewnętrzny, bo ma naturę gorącą, gwałtowną, pożądającą zaufania i miłości, choćby za cenę życia. Opowiadał o swem życiu, zawodach i przejściach, a pani Rendalen siedziała, z głową syna na łonie, słuchając. Serce jej rosło, okulary raz po raz zalewały łzy. Myślała: — Ach, jakąż ma słuszność! — Obraz po obrazie jawił się przed nią, przedewszystkiem jednak pomyślała o swem zajściu z nauczycielkami. Zaufała im odrazu i dla miłej zgody pozbawiła go zaraz kierownictwa szkoły... co więcej wykonywała od tego czasu pewien rodzaj kontroli... Dotąd żyła w miłem złudzeniu, że jest mu to obojętne... ach, jakże jej teraz ulżyło!
Zaczęła się potem domyślać własnych wykroczeń i pomyłek. Nie rozumiała jego subtelnej, wrażliwej natury i jeśliby stłumione popędy nabrały mocy, jej by to było winą.
— Czy masz na myśli owo zajście z nauczycielkami, Tomaszu? — spytała głosem, w którym było samooskarżenie.
Tomasz schwycił jej ręce i trzymał mocno, czyniąc obrachunek. Wyrecytował jej nieskończenie długą litanję dużych i małych pozycyj,... tak małych, że o nich pojęcia nie miała... odpowiedzi... rad, słów, zwracanych do innych, a nawet milczących spojrzeń, gdy coś powiedział. Ogarnięta wielkim strachem, błagała zacna pani Rendalen rękami, słowem, ramionami, spojrzeniem, o przebaczenie, ręcząc, że gdyby w przyszłości zapowiedział, że idzie na księżyc, uwierzy mu bezwzględnie. Ale zaledwo się wzniosła do tej przesady, która wywołała uśmiech syna, odzyskała również ze swej strony pamięć. Pamiętała dobrze, kiedy i w jakich okolicznościach powzięła pierwsze niedowierzanie. Stało się to po jego wielkiej mowie inauguracyjnej. Wciągnął ją wówczas za sobą na lód, dalej niż zajść chciała, a zauważyła to później dopiero. To było przyczyną! Siła jego przekonań, sztuka dowodzenia, wreszcie coś na co niema nazwy, odbiera ludziom w stosunku z nim swobodę działania. Niewątpliwie odczuły także nauczycielki, że pozbawia je wewnętrznej swobody. A tacy są już ludzie. Spostrzegłszy, iż się dali pociągnąć za daleko, nietylko się bronią,... co słuszne... ale tracą również zaufanie do wszystkiego, co usłyszeli.
Pani Rendalen uświadomiła sobie, że tak samo postąpiła, wiedziała, iż uczyniła próbę naprawienia zła, ale nie domyślała się, że on to zauważył. Czuła, że przezto szkodzi sobie, ale teraz dopiero dowiedziała się, że szkodzi synowi.
Czynili w ten sposób rozrachunek. Przeszkadzano im, ale dni następnych wracali do tego tematu. Przytem powzięto uchwałę odnośnie do losu biednej Tory w najbliższej przyszłości. Była to jeno spłata części wielkiego długu. Teraz panowało obustronne, zupełne zaufanie. Był tak bezpośredni, szczery i serdeczny w najdrobniejszej rzeczy, że nietylko go podziwiała, ale wprost się w nim zakochała. Gdy była zadumana, a on nagle przystąpił, czerwieniła się. Na sam odgłos jego kroku odgadywała, czego chciał, a to czego chciał, było doskonałe. Gdy był w dobrym humorze, zaczynała śpiewać, czyniąc najgorszą rzecz, jaką mogła uczynić. Nora czułaby się nieszczęśliwą, nie mogąc wziąć udziału w tem wielkiem święcie pojednania, które trwało od rana do nocy i od nocy do rana.
Jednocześnie z tą przemianą ustalono najbliższą przyszłość Tory. Tomasz obmyślił wszystko. Fürst został, jak pisały dzienniki, odkomenderowany do Sztokholmu, a Tomasz postanowił zawieźć tam Torę. Miano zmusić Fürsta do małżeństwa, oczywiście nie poto, by Tora żyła z takim szubrawcem, tylko, by dziecko otrzymało nazwisko, a sama Tora środki na jego wychowanie. W razie konieczności, był Tomasz zdecydowany zwrócić się do przełożonych Fürsta, a nawet pójść do samego króla. Nikt z pośród wtajemniczonych, a zwłaszcza matka nie wątpił w doskonały rezultat. Wszystkich ogarnął wielki optymizm.
Biedna Tora czuła od początku wstręt do pomysłu Rendalena. Rozstrzygającym dla jej uległości był wzgląd na szkołę i koło przyjaciół. Chciała, by na nich padł cień jak najmniejszy.
W jednym jeno punkcie doznał plan Tomasza zmiany, oto miast niego, miała jechać matka, gcdyż obawiali się wszyscy możliwości przykrych następstw.
W dwa dni po ułożeniu planu, a w trzy po przerwanym niespodzianie odczycie odjechała rzeczywiście.
Popołudniu w przeddzień wyjazdu utraciła pani Rendalen pewność siebie i humor. Wiedziano, że pod względem pieniężnym zachodziły braki, ale działo się to tutaj tak często... przytem właśnie jakoś związano końce. Mimo to chmury nie ustępowały. Tomasz chciał, wiedzieć. Kilka razy wykręcała się pozorami, gdy jednak nastawał, oświadczyła, że powiedzieć nie może, gdyż jest to tajemnica cudza... nie Tory... dodała, spiesznie.
— Otwórz oczy, — powiedziała — a nie będziesz potrzebował słów!
Otworzył oczy, ale nie mógł w żaden sposób pojąć, skąd się bierze nastrój matki. Odjechała, zabierając z sobą tajemnicę. Tomasz chodził i pytał, ale wszyscy wiedzieli tyle co on sam.
Wzbudziło to w mieście wrażenie, że pani Rendalen wyjeżdża o tej porze i to wśród najszybszego tempa nauki, do Sztokholmu, a za towarzyszkę i pomocnicę bierze sobie właśnie chorą Torę Holm. Matka Tory rozpowiadała dumnie, że córka jej może całkiem nie wróci, ale w stolicy będzie dalej „studjowała“... Wszyscy słyszeli o wielkich zdolnościach Tory, przeto pogłoska nie wzbudziła podejrzeń.
Pani Rendalen rozmówiła się z naczelnikiem Tue co do Nory, podkreślając jej zdolności pedagogiczne. Spytała, czyby mogła zamieszkać w szkole i podczas jej nieobecności nadzorować gospodarstwo domowe, pensjonat i szkołę. Potem będzie mogła wykształcić się na fachową nauczycielkę.
Rodzice zgodzili się zaraz i bez zastrzeżeń.
Mieli oni o córce podobne jak pani Rendalen wyobrażenie. Ojciec dodał z uśmiechem, że nie wydaje mu się prawdopodobnem, by mogła pokochać mężczyznę.
— Nie, — potwierdziła matka — do małżeństwa nie ma ona powołania.
Dziwną się wydało we dworze rzeczą, by najmłodsza z nauczycielek, która niedawno sama wyszła ze szkoły, postawioną była ponad wszystkie inne. Ale Nora rozwinęła teraz właśnie wszystkie swe najlepsze zdolności, była wesoła i zaradna.
Z Tomaszem byli na doskonałej stopie i nawet podobało mu się wszystko, co Nora czyni. Mimo że nie skończył jeszcze lat trzydziestu, przyswoił on sobie różne nawyczki.
W szkole zachowywał się jak za czasów dawnych, bezpośrednio po powrocie. Pełen werwy i zapału silił się nieraz na dziwne sztuczki, gdy szło o jasne przedstawienie danego tematu. Dręczył, coprawda, i teraz nauczycielki, ale nie zachodziły już nieporozumienia w zakresie wykładów. Ile razy czegoś nie rozumiano, udawano się wprost do niego po wyjaśnienie, a Tomasz był w takich wypadkach, niesłychanie uprzejmy i chętny do pomocy. Tu i owdzie trafiały się też starcia, ale gdy mu zwrócono uwagę, przepraszał zaraz...
Pani Rendalen doniosła ze Sztokholmu, że Fürsta niema, ale wróci za dni parę. Musiała tedy czekać, tymczasem zaś postarała się o pomieszczenie dla Tory u pewnej szanownej rodziny.
Mimo zimy dobrze dojechały, a Tora z dniem każdym wracała do sił.
Tomasz był w wyśmienitym humorze i ktoby go nie znał, mógłby był sądzić, że uważa nieszczęście Tory za największe szczęście.
Ale niebawem, razem z innymi przyjaciółmi biedaczki doznał rozczarowania. Po mieście rozeszła się wieść o zaręczynach Fürsta z Milą... z Milą, najlepszą Tory przyjaciółką!...
Wieść tę szerzył Doesen, przyjaciel od serca Fürsta, dając do poznania, że jest pewny siebie. Obie rodziny, zachowały dyplomatyczną rezerwę. Dziwne miny robiły przyjaciółki Mili i inne członkinie związku, spotykając się w tych dniach. Zdumiewała się zwłaszcza Tinka Hansen, kiedy, otwarłszy protokół związku, napotkała podpis Mili Engel. Wiedziała, jak wszystkie, że podczas ślubowania pod miano „mężczyzny rozwiązłego“ podciągnęły w pierwszej linji Nilsa Fürsta. Mila zaliczała się wówczas do najsurowszych. Było zresztą testamentem jej matki... A dziś? Nie te zaręczyny były niepodobieństwem! Trudno tak źle sądzić o Mili, byłaby to zdrada względem żywych i zmarłych...
Odczytano różne listy Mili z Paryża do Nory. Mieszkała razem z pewną Amerykanką u rodziny francuskiej, którą spotkał wprawdzie smutny los, ale spowinowaconej z wysokiemi rodami. Mila żyła w atmosferze arystokratycznej, lubowała się we wszystkiem co „wyższe i wykwintne“. Zaznajomiła się też z całym modnym wówczas, pięknym i utalentowanym światem, a umiała skorzystać ze sposobności. Znasz mój temperament, łatwy do zachwytu... pisała sama do Nory.
Ongiś była wierną członkinią związku, ale zwolna zmieniła się całkiem. Nie było teraz dla niej nic ponad romanse, obrazy i teatr. Życie światowe pociągało ją, chociaż oglądała je jeno z zewnątrz. Wrażenia jej nie były z pierwszej ręki, w tem, co pisywała, odczuwało się wpływ przyjaciółki amerykańskiej. Dlatego jednak właśnie nie zwracano na to wszystko należytej uwagi.
Mila wspominała, że nie zawsze godzi się z życiem to, co roi dziewczyna w szkole, i przyznawała racje ojcu. W każdym liście przytaczała jakiś fakt na poparcie tego zapatrywania. Nie było tam nic drażliwego, przeciwnie pisała wykwintnie i z polotem artystycznym nawet. Doszła tylko do wniosku, że, nie łudząc się, unikamy rozpaczy.
Nora odpowiadała, jak jej dyktowało serce.
Teraz, wszystkie owe wzmianki Mili nabrały innego znaczenia. Czyżby jej nowy pogląd życiowy miał być czemś więcej niż refleksem życia, które obok niej przepływało, niby potok szumiący? Czyżby to było świadome przygotowanie do zaręczyn z Nilsem Fürstem? Nigdy! Tak źle myśleć nie mogła Nora o swej przyjaciółce!
Przyrzekła ona Torze uroczyście, że nie wspomni Mili o tem, co zaszło, teraz jednak uznała się za zwolnioną ze słowa i napisała prosto od serca. Również napisała i Tinka, oburzona zbrodnią, na Torze popełnioną. Bez obsłonek wspomniała też o pogłosce, jakoby z takim to człowiekiem zaręczyć się miała najbliższa przyjaciółka Tory... ta sama, która podpisała pamiętny protokół...
Dopiero po pięciu dniach nadszedł nowy list od pani Rendalen i zawierał jeno wiadomość, że Nilsą Fürsta niema dotąd w Sztokholmie. Zaraz potem otrzymano długi, serdeczny list od Tory, przez dalszych jednak kilka dni nie było żadnej wieści.
Od wysłania listów Nory i Tinki upłynęło całych dni dziesięć. Gdyby odpowiedziała zaraz, miałyby już list w rękach, a wszakże zarzut tego rodzaju domagał się niezwłocznego zareagowania...
Przyjaciółki zaniepokoiły się wielce, tem więcej, gdy Anna Rogne powiedziała, że, dowiedziawszy się, iż Mila i Nils podróżują razem, uznała oboje za doskonale dobraną parę.
Czemuż o tem nie wspomniała pierwej? Dlatego, że wzbudziłoby to niedowierzanie.
Nakoniec, pewnego popołudnia, po skończeniu nauki znalazła Nora u siebie zapieczętowany list. Domyśliła się czegoś niedobrego, bowiem Tomasz nie oddał jej tego listu zaraz po nadejściu. W prawdzie przyrzekła uroczyście Tince i innym, że będą czytały wspólnie wszelkie listy, ale trudno dotrzymać podobnych obietnic.
Pani Rendalen miała z Fürstem długą rozmowę. Słuchał grzecznie, spokojnie, jakby był na wszystko, przygotowany, gdy go zaś wezwała do oświadczenia się, odparł, że jest to sprawa śliska, gdyż odnośnie do wiadomej osoby można mieć różne poglądy. Jego zdaniem, jest Tora niezwykle zmysłową dziewczyną, niezdolną do oporu mężczyźnie. Potwierdził, że wywiera wpływ na kobiety, ale tylko na pewien ich gatunek, do którego właśnie zalicza się Tora.
Oświadczył, że nie ma większych wobec niej zobowiązań małżeństwa, niż wobec wszystkich innych, z któremi miał stosunki. Obiecał dbać o dziecko i o nią samą, ale tylko przez pewną, odpowiednią ilość lat.
Pani Rendalen zagroziła zwróceniem się do przełożonych, a nawet do samego króla, w razie konieczności.
— Proszę bardzo! — odparł — Wiadomo, że wpływy moje nie sięgają tak daleko jak łaskawej pani dobrodziejki!
Oświadczyła, że walka będzie uporczywa. Odrzekł, że wie, jak ją toczyć należy, a nie pozwoli sobie zwichnąć karjery przez intrygantów. Dama, o której mowa, była wprost predestynowana na „femme entretenue“ wyższych sfer towarzyskich. Oburzające jest wprost zmuszać go do brania jej za żonę.
Dodał, że idzie, oczywiście, o to, by go poświęcić dla sławy szkoły, do czego zresztą nie ma najmniejszej ochoty. Wie dobrze, jakie wykłady odbywały się w szkole i jaką lekturę dawano uczennicom. Wszystko to musiało drażnić osoby zmysłowo usposobione i dlatego szkoła musi ponieść skutki, które niebawem się pojawią zresztą.
Pani Rendalen nabrała pewności, że coś się stało, że poinformował się już przedtem i naradził z innymi.
Rozmowa wyczerpała ją tak, że uczuła się słabą, dlatego też doniosła o wszystkiem dopiero teraz. Jednocześnie zawiadamiała, że wyruszy nazajutrz z powrotem. Zbrakło jej sił na wszczynanie kroków dalszych tu, na nieznanym gruncie. O ile zrozumiała Fürsta, życzy on sobie właśnie otwartej walki.
Zajął on zresztą teraz takie stanowisko, że trzeba się mieć przed nim na baczności.
Nie ukrywała, że sprawa może stać się groźną dla szkoły, oraz dla Tory i jej niewinnych przyjaciółek. Tora była strasznie wzburzona. Obie b?dy się chwili rozstania.
List kończył się skargą na ustawiczne walki, jakie szkoła staczać musi.
Panna Hall, Tinka i Anna Rogne odczytały wszystkie ten list i siedziały zadumane w pokoju Nory. Było już późno gdy nadszedł telegram. Sądząc, że pochodzi on od pani Rendalen, Nora chciała go zanieść Tomaszowi, gdy Tinka zauważyła, że zaadresowany jest do niej samej.
— Do mnie? — spytała zawracając. W samej rzeczy telegram wysłała Mila. Brzmiał on:
— Szkaradnie! Pogłoska nieprawdziwa!
Od wysłania listów Nory i Tinki minęły dwa tygodnie. Mila miała je tedy przez dni dziesięć w ręku i wreszcie odpowiedziała... telegramem! Cóż to mogło znaczyć?
Depesza została rychło zapomniana wobec wieści od pani Rendalen. Jedna tylko Anna obracała ją w ręku zadumana.
Dziewczęta zadawały sobie pytanie, czy i one teraz zostaną wmieszane w skandal? Może „wojna“ została już wypowiedziana. Nils Fürst pisał już do przyjaciela w mieście i wyraził swe zapatrywanie. Cóż teraz nastąpi? Może nie będą się mogły pokazać na ulicy?
Nagle Anna Rogne skierowała w inną stronę ich myśli. Spytała, czy nie należałoby depeszy tej pokazać Tomaszowi. Postanowiono to i uczyniono zaraz.
Wszystkie sądziły, że Tomasz przyjdzie do nich niezwłocznie, ale czekały nadaremnie. Po chwili usłyszały, że gra na fortepianie.
— Ano, — powiedziała Anna — wobec tego, że nawet pan Rendalen nie przywiązuje do tej depeszy znaczenia, to muszę wyrazić swoje zapatrywanie.
Pewną była, że Mila zaręczyła się z Fürstem istotnie. Po otrzymaniu listów Nory i Tinki, zawiadomiła go o tem niezwłocznie i dlatego był przygotowany do rozmowy z panią Rendalen w Sztokholmie, dlatego też pragnął otwartej walki. Inaczej wszystko było dlań stracone. Nie mógł przegrać, małżeństwo bowiem z najbogatszą panną na całem wybrzeżu było niezbędnym warunkiem świetnej jego karjery.
Mila nie mogła odpisać dlatego właśnie, że była zaręczona. Długo się namyślała, kombinowała i wreszcie znalazła wyjście... zatelegrafowała.
Anna Rogne zakończyła słowami.
— Mojem zdaniem, porucznik Fürst znajduje się w tej chwili w Paryżu... albo w drodze do Paryża.
Dziwna rzecz! Stosunek Anny do Mili stał się dla tej ostatniej złowrogim. Stosunek ten wywierał wpływ, przedewszystkiem na tych, z którymi codziennie przestawała, a potem również na panią Rendalen. Nils Fürst był rzeczywiście w drodze do Paryża. Gdyby przyjaciółki Mili były jej posłały zaraz list pani. Rendalen, nie byłaby chyba przyjęła narzeczonego. Również gdyby Tora sama była o wszystkiem doniosła Mili, na pewno nie mógłby się był do niej zbliżyć, ani listu jego nie przyjęłaby. Konieczna tu była energiczna ingerencja ojca. Wszystko to przewidział Nils i wedle tego postąpił.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Björnstjerne Björnson i tłumacza: Franciszek Mirandola.