<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Tułacze
Pochodzenie Małżeństwo. Być albo nie być. Tułacze
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1909
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XI.

Im dalej posuwał się Szumski na Zachód, tem dobitniej czuł tężejące kleszcze nadzoru i wywiadu. Ze wszech stron lustrowały przejezdnych coraz doskonalej wyćwiczone oczy, podsłuchiwały ich coraz kunsztowniej wykształcone uszy. Musiał zatrzymać się w jednem z miast litewskich, aby dowiedzieć się szczegółów o położeniu w kraju i dostać potrzebne adresy. Nie znalazł jednak osoby, którą mu wskazano, już była »poza granicami dostępu«... Organizacya w rumowiskach, wszędzie popłoch...
Postanowił więc jechać do rodzinnego miasta, gdzie miał resztki stosunków.
Popychał go tam i nieśmiały szept serca, któremu uległ po krótkiej walce.
Ogarnęła go naówczas gorączka pośpiechu i niepokoju. Cała tęsknica przebytej drogi niby ogromny głaz przywaliła mu trzepocące się piersi. Miarowe postukiwanie kół odbijało się w bezsennej głowie jak kucie złośliwych i potwornych gnomów.
...Nigdy... nigdy... nigdy...
...Niedługo... niedługo... niedługo...
Śmiesznie często spoglądał na zegarek, odliczając godziny... Siadał, wstawał, przechadzał się, aż nagle przychodziło mu do głowy, że wszyscy już zwrócili uwagę na jego niezwykłe zachowanie się... że sąsiad z przeciwka z za przymrużonych rudych rzęs śledzi go ołowianemi oczyma... Złowrogo spoglądał na otaczających, ściskał zęby i, oparłszy tył głowy o poduszki siedzenia, zamierał na długie godziny bez ruchu, z zamkniętemi powiekami.
Ktoś pociągnął go za rękaw. Drgnął i otworzył dziko płonące oczy.
— Co?
— Bilet!
— Czy niemożna pytać trochę grzeczniej?
Kontroler patrzał nań ze zdziwieniem i nieufnością, podczas gdy on szukał bezładnie po kieszeniach, nie mogąc pokonać drżenia rąk. Pasażerowie spoglądali na niego ciekawie, wyczekująco...
— Aha! oto jest! Włożyłem do portmonetki. Czy daleko stąd przesiadam się?
Czuł, że mówi zbyt głośno i zbyt wiele.
— Przesiada się pan dopiero na trzeciej stacyi.
— Doskonale. A bufet daleko?
— Tam też będzie miał pan bufet.
— Bardzo dobrze, dziękuję.
Otaczający interesowali się nim coraz więcej. Jakiś żydek wyjrzał z drugiego przedziału i zapytał półgłosem:
— Pan zdaleka?
— Zdaleka.
— A skąd?
Wiktor zamknął oczy i udał, że zasypia. Wewnątrz wszakże drżało w nim wszystko. Miał wrażenie, że lodowaty jakiś podmuch przeleciał tuż mimo niego. Już się więcej nie odzywał, nie ruszał. Pasażerowie szybko zmieniali się, wchodzili, wychodzili, przepływali przez wagon, jak sypki strumień piasku przez cewkę klepsydry... Coraz częściej słyszał koło siebie mowę ojczystą, wreszcie fala jej znienacka zachlusnęła pociąg i zmyła, zagłuszyła bez śladu dźwięki, wśród których żył ostatnie lata. Poczuł pod rzęsami łzy palące. Bał się oczu otworzyć, bał się ruszyć, aby się nie polały jawnie.
— Maniu... Zosiu... Stasiu... Jasiu... — oblegały go zabawne, a dlań tkliwe szczebiotania nawoływania, wykrzykniki...
Zamiast tęgich, mięsistych postaci Wschodu, otoczyły go figury drobne, o rysach delikatnych i trochę smutnych.
— Gdzie koszyk? Wzięłaś butelkę?
— Ach, Boże, niech pan nie zapomni powtórzyć mamie, o com pana prosiła...
— Ha! Jak kto może, tak orze!... Powiadam mu, mości dobrodzieju...
— Widzi, pani dobrodziejka; myślę, że każdemu wolno obdarowywać innych, ale ze swojej kieszeni... Nic nie mam przeciwko takiemu komunizmowi...
— Właśnie! Ale oni rozporządzają się cudzem mieniem. W tem cała rzecz...
Rój słów... myśli... urywanych zdań... dawnych wspomnień szumiał dokoła, jak kołysanka lat dziecinnych... Pragnął wstać i powiedzieć tym ludziom: »oto jestem, wróciłem do was!«
Pragnął uścisnąć ich, spytać o tysiące szczegółów z życia, które upłynęło bez niego, i opowiedzieć im swoje przygody, bóle, udręki... Nagle w najczulszych i najweselszych momentach cudnych opowiadań wypływały przed nim niby krwawe widma, niby krótkie błyski piorunu, niedawno przeżyte obrazy... Szukający go w stepie buryat... Własna jego naga figura, idąca przez las słoneczny... Krwawo oświetlona buda wioskowego stróża... Trup u drogi... Prom... Stary Wasylicz... Młoda, czysta i natchniona twarz Kieszy... Wreszcie niepostrzeżenie w jasnej, księżycowej aureoli wypłynęła i postać najdroższa i dlatego najdalej odpychana, zachowana gdzieś na samem dnie zawstydzonej duszy. Wypłynęła wśród woni kwiatów i powodzi miesięcznego blasku...
Już się nie bronił... Za chwilę, za godzin kilka zobaczy ją... Już pociąg mija wzgórza znajome... Oto lasek, gdzie nieraz »toczył wagary«, uciekłszy z gimnazyum... Oto obrane obecnie z ogórków i kapusty ogrody »starowierów«... Oto cmentarz, gdzie łapał motyle, owady, i skąd raz przyniósł nawet do domu »prawdziwego węża«... Oto pierwsze domy miasta... Jakże są brudne, odrapane, ubogie... Oto słynna aleja, wiodąca od dworca do miasta ze swemi odwiecznymi białodrzewami... Reszla drogi królewskiej... Oto czarna renesansowa wieża fary... Znajome sklepy, domy, bramy... Czerniawa ludzi, snujących się po chodnikach... Wielu z nich zna go pewnie, z wieloma biegał nieraz po tych kątach w dniach dzieciństwa i wczesnej młodości, zanim nie utonął w wirze społecznym... Poniósł go daleko prąd walki, a wyrok losu oderwał od rodzimych piersi...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.