<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Wśród lodów
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ“
Data wyd. 1938
Druk Zakłady Graficzne „FENIKS“, Warszawa.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
V.

— Lody mogą znowu zwrócić się na północ. Dlaczego kapitan milczy i na co czeka? Czas upływa... Okręt prawie rozbity... — sarkała po kątach załoga.
Niepokój znowu ich trawić zaczynał. Nawet oficerowie milczeli posępnie, gdy kapitan mówił o rzeczach, nie mających z powrotem nic wspólnego. Wesoły Dick przestał żartować. Ponury nastrój wzmagał się jeszcze, gdy w nocy przeraźliwie wyły psy, które na wiosnę w dodatku ciągle się między sobą zajadle gryzły. A kiedy stało się wiadomem, że lody istotnie zawróciły na północ, niezadowolenie załogi groziło formalnym buntem.
— Co on chce z nami zrobić?!... Czyż dlatego, że wzięliśmy pieniądze, mamy umierać?! hałasowali majtkowie, zebrani w kajucie.
— Kiedyż nareszcie djabli wezmą ten przeklęty parowiec? — krzyknął Smith, mały, szczupły brunet.
Życzenie to wywołało niespodziewane wrażenie. Marynarzom zrobiło się żal pięknego statku, z którego byli niegdyś tak dumni; umilkli więc i rozeszli się strapieni.
Nazajutrz kapitan rozkazał całej załodze zebrać się na pokładzie. Majtkowie w futrzanych bluzach, podpasani i zapięci, z rękami wyciągniętemi wzdłuż ciała, uszykowali się w dwa szeregi. Na boku stanęli oficerowie. Zbliżało się południe. Nad lodami zajaśniał bladoróżowy świt, który już od kilku dni przerywał jednostajność podbiegunowej nocy. Wszyscy z natężeniem wpatrywali się w twarz kapitana, niewyraźnie rysującą się w szarem świetle.
— Majtkowie — przemówił on — zauważyłem wśród was pewien niepokój. Dotychczas nie mogłem się skarżyć na was; obowiązki swoje spełnialiście dobrze. Wiecie zresztą o tem, że ja nie dopuściłbym żadnej opieszałości. Ale obecnie nie widzę poprzedniego zapału... Tymczasem nadchodzi wiosna; lody pękną. Mam zamiar szukać dalej przejścia... Zobowiązania nasze uważam za niespełnione... Nie wątpię, iż wśród was niema takiego, któryby zgodził się porzucić statek cały i nieuszkodzony, nie wyczerpawszy poprzednio wszystkich środków. My pójdziemy, musimy pójść dalej...
— Okręt leży rozbity!... Po mocnych, zimowych lodach moglibyśmy daleko posunąć się na południe!... Życie każdemu miłe!... — zaczął cicho mówić Smith, stopniowo głos podnosząc.
Kapitan umilkł i wpatrzył się w mówiącego, jak gdyby go nie rozumiał. Marynarze wstrzymali oddech.
— Bosman — rzekł wreszcie kapitan — zakuć Smitha w kajdany i odprowadzić na dno okrętu!
Nie dodał nic więcej, tylko odpiął futerał rewolweru. Wśród oficerów powstał ruch. Tom wystąpił z szeregu; dolna szczęka widocznie mu drżała. Zrobił zwrot na lewo i sztywnym, żołnierskim krokiem podszedł do towarzysza.
— Chodź!... poddaj się!... — szepnął, lekko trącając go w ramię.
Smith rozgorzałym wzrokiem powiódł po obecnych i ruszył, spuściwszy głowę. Zeszli na dno okrętu, gdzie rzadko kto chodzi i gdzie mieściła się pośledniejsza część zapasów. Zimno tam było i tak ciemno, że noc podbiegunowa mogła się wydać przejrzystym porankiem w porównaniu z tą ciemnością.
— Czyż światła nie zostawicie mi? — zapytał Smith.
— Nie wiem... muszę spytać kapitana... Potrzeba było...
Tom nie dokończył i pośpiesznie zaczął szukać czegoś między beczkami. Smith patrzył ze złością, jak olbrzymi cień jego, odrzucony przez światło latarni, przesuwa się po niskim stropie.
— Szuka pewnie łańcuchów... Słyszane rzeczy!...
Istotnie, nikomu nie przyszło do głowy, że kajdany mogą być potrzebne, i niepodobna było ich znaleźć. Daremnie Tom przerzucił wszystko — łańcuchów nie znalazł. Pełen strachu, szedł zawiadomić o tem kapitana. Zastał go w kajucie, pogrążonego w papierach. Kapitan, nie odwracając głowy, zapytał majtka:
— Zamknąłeś go?
— Tak jest, kapitanie!
Tu urwał i odchrząknął. Kapitan gładził wąsy i czekał.
— Tam pewnie bardzo zimno? — zapytał trochę łagodniej.
— Zimno, kapitanie!... Zimno, wilgotno i ciemno... Prosił, żeby mu zostawić latarnię...
Kapitan zatrzymał rękę u końca wąsa.
— Nie — rzekł porywczo — nie mogę pozwolić... — Zanieś mu pościel i ciepłe ubranie!
Tom chwilkę postał: nie miał jednak odwagi wspomnieć o kajdanach i wyszedł stroskany.
— Cóż? Zwolnił?... — pytali, obstąpiwszy go, majtkowie.
— Tego już nadto!...
— Smith prawdę powiedział: każdemu życie miłe!...
— Albo ja wiem!... Trzeba będzie prosić mr. Will’a — zadecydował Tom.
Poszedł do niego, a inni udali się do doktora i zaczęli mu rzecz przedkładać. Następnie Will, doktór i Nordwist zamknęli się u siebie na naradę.
Smith tymczasem rozmyślał, rzuciwszy się twarzą na paki. Skażą go na chłostę albo i gorzej... W każdym razie czeka go hańba... Przepadła jego dobra sława... Wszyscy we Frisko zaraz się dowiedzą... Mówią o nich i o najmniejsze wywiadują się szczegóły... Widział w duszy szerokie ulice rodzinnego miasta, rojące się tłumami postrojonych ludzi... wszyscy stronili od niego... pokazywali go palcami... Znajomi nie poznawali go... Och, gdyby ci tchórze poparli go byli, gdyby wszyscy powiedzieli jednogłośnie, że chcą wracać... wtedy kapitan musiałby się zgodzić, a potem jeszczeby im dziękował... Dziękował?... Chyba nie!... Nie ustąpiłby! On nie taki, jak inni, on jak mur!... Prędzej dałby się zabić!... Ale z nim trzebaby zabić Will‘a, Nordwist‘a, doktora, Toma i Dicka... i wszystkich, bo wszyscy z nim trzymają... Podli kłamcy!... Po kątach to gadają, a gdy przyszło do rzeczy, opuścili go... Już wtedy byli przeciw niemu, gdy przeklął „Nadzieję“. A co za korzyść z podłego okrętu, leżącego na morzu, jak zgniła ryba?... Wszyscy zginą z nadejściem lata!... Dlaczego nie chcą ratować się?... Na co im te odkrycia, mapy, sława, jeśli mają umrzeć?... Przecież nikt się nie dowie, co zrobili... Czyż nielepiej uratować siebie i to, co już mają?... A wszystko zgubią i siebie nie uratują!... Z sobą mają prawo robić, co chcą... ale on, Smith, żyć pragnie... szczególnie teraz, gdy tyle z pensji zaoszczędził... Porzuci służbę, osiądzie pod miastem, kupi fermę i będzie gospodarował... Już widział siebie w dużym słomianym kapeluszu, z krzywym nożem ogrodniczym... Chodził wśród drzew, obciążonych owocami — wszędzie były kwiaty... Słońce świeciło, pszczoły brzęczały, motyle latały... Wśród drzew bielał domek z czerwonym dachem i zielonemi okiennicami... Słychać było śmiechy biegnących dzieci... pędem zbliżają się ku niemu — to syn i córka... Dziwny człowiek ten kapitan!... Jota w jotę to samo widział u niego w willi podmiejskiej... Był tam posłany przed samem odejściem statku. Pamiętał łagodne spojrzenie czarnych oczu żony kapitana, dziwnie przyjemny dźwięk jej głosu... Kapitan jest dumny, uparty, zarozumiały, bierze dużą pensję i dlatego pewnie chce wszystkich utopić... Gotów był go zabić; widział przecież, jak odpinał rewolwer... Może myśli, że przez śmierć swoją zbogaci żonę i dzieci... Zapewne Towarzystwo nie będzie skąpiło wynagrodzenia, ale on, Smith, nie ma nikogo... Jedyna więc pociecha, że wszyscy oni z nim razem zginą pod lodem...
Wszedł Tom z pościelą i futrem. Chwilę postał, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale Smith twarzy ku niemu nie obrócił i nie odezwał się na jego chrząkanie. Tom westchnął i wyszedł.
— Podły, nikczemny służalec! Teraz się kręci i udaje dobrego, a na pokładzie milczał, jak ryba... A jednak przedtem wszyscy się zgadzali, że każdy ma prawo bronić swego życia. Przecie on bronił swego i ich życia, a oni go wydali... A gdyby się udało, wszyscyby go wynosili pod niebiosa!... Postąpili z nim podle... są łotry... wszyscy bez wyjątku!...
Powtarzał to sobie nieustannie, a w miarę jak się uspakajał, coś w głębi jego serca poczynało protestować przeciw temu słowu.
— On nie winien... on miał prawo... ale widocznie... istnieje jeszcze inne prawo, prócz prawa życia — i inna prawda. — I nagle dotychczasowe jego pojęcie o prawdzie rozpołowiło się: zdało mu się, że muszą być dwie prawdy — prawda życia i prawda obowiązku; nie umiał jednak połączyć ich i bił się z myślami. Prawda obowiązku wydawała mu się także jakoby prawdą życia. Czyż ludzie bez niej mogliby pracować wspólnie, a nawet żyć po sąsiedzku?... Czytał coś o tem... Nawet milcząco można się zobowiązać do wielu rzeczy... i oburzać się na innych za lekceważenie takich zobowiązań!... Wszak on sam niedawno gniewał się na Jurka zato, że wziął kożuch bez jego pozwolenia, a przecież Jurek nie obiecywał, że jego kożuszka nie weźmie... Gdyby nie było takiej milczącej umowy między ludźmi, jedni drugim nie wierzyliby, a nawet mordowali się we śnie, choć obowiązkiem każdego jest nikogo nie krzywdzić!... Obowiązek!... obowiązek!... Co mi z tego, jeśli umrę... Nikt wiedzieć nie będzie, że go spełniłem!... No, wiedzieć, to już chyba będą... domyślą się, jeśli nikt nie wróci...
Coraz bardziej plątały się jego myśli. Czuł ogromne znużenie, jak gdyby po wielkiej burzy przebytej na rejach. Zgarbił się, głowę spuścił i po raz pierwszy poczuł zimno; więc nogi w pościel wsunął i nakrył się futrem. Zaczął drzemać, ale budził się co chwila, zawsze z tą samą świdrującą mu w głowie myślą.
Kapitana niepokoiło posępne zachowanie się majtków. Pamiętał dobrze ich twarze w chwili, gdy Tom uprowadzał Smitha. I oficerowie byli jacyś dziwni... — Czuł, że na nikogo liczyć nie może... Siedział w swojej kajucie i patrzył w mapy, ale nic przed sobą nie widział... rozważał tylko w najdrobniejszych szczegółach każdy czyn, każdy wyraz swoich podwładnych. Tak, bunt tli już od dawna i trzeba temu koniec położyć!
Drzwi otworzyły się i do kajuty zajrzała łysa głowa mistera Will‘a.
— Może przeszkadzam?
— Nie, proszę!
— Chciałem z panem, kapitanie, pomówić... Widzi pan, to trochę za surowo...
Kapitan podniósł się z krzesła.
— Mister Will, kto jest dowódcą tego statku? Ja, czy pan?
— Tak, kapitanie, ale...
— Bez ale! Jeżeli kto jest winien w całej tej sprawie, to pan! Nie umiesz utrzymać powagi władzy. Jesteś za dobry, za poufały z majtkami. Prości ludzie muszą czuć pana nad sobą, więc albo skasujmy wszelką władzę, albo... Bunt dojrzał w czasie mojej nieobecności...
— Upewniam pana, że nie rozmawiałem z nimi... Choć prawdę mówiąc, myślę, iż Smith ma po części rację.
— Co? Proszę bardzo nie zmuszać mnie do tego, bym także i pana aresztować kazał.
Mister Will poczerwieniał, łagodne jego oczy błysnęły stalowo; wstrzymał się jednak, a widząc, że kapitan, zajęty czem innem, nie zdaje się zwracać na niego uwagi, wyszedł z kajuty.
W chwilę później wszedł Norwist. Siadł i tak długo milczał, że zniecierpliwiony kapitan zaczął gwizdać jakąś arję.
— Kapitanie — odezwał się nakoniec — sądzę, że kajdany są zbyteczne!
— Hm!
— Tembardziej, że ich nie znaleziono!
— No, rozumie się; w takim razie sprawa przedstawia się zupełnie jasno!
Nordwist umilkł. Kapitan przegwizdał całą arję, zanim młody oficer domyślił się, że wyjść powinien. Doktora kapitan sam wezwał. Pokazał mu język i zasięgnął rady co do swego zdrowia, nadwątlonego trochę podczas wyprawy, a tak patrzał na niego, że doktór nie śmiał słowa powiedzieć. Bardzo zły wyszedł z kajuty i bohaterowi swej powieści narobił wieczorem wiele nieprzyjemności.
Tom widział te wędrówki do kajuty kapitana i był ogromnie wesoły; ale Dick nie robił mu wielkich nadziei.
— Ty wszystko widzisz w czarnych barwach — powiedział mu Tom i poszedł zanieść jeść Smith‘owi.
Znalazł go leżącego z twarzą ukrytą w poduszce. Postawił przed nim beczułkę, na niej położył deskę, a na desce umieścił miskę i przybory.
Smith leżał i nie ruszał się.
— Zjadłbyś ciepłej strawy, Smith.
— Nie gadam z tobą!... Jesteście nędznicy!... — wybuchnął Smith, ale się podniósł i spojrzał na zupę.
— Nie bądź uparty, zjedz trochę, bo jeszcze zachorujesz. Kapitan miał przecie słuszność. Pomyśl tylko, jakiby to był wstyd, gdyby rozeszła się pogłoska we flocie amerykańskiej, że my, wybór marynarzy, porzuciliśmy bez konieczności statek, będący w dobrym jeszcze stanie... Nie przyjętoby nas na żaden statek.
— Cóż z tego?... Jak umrzesz, to też cię nie przyjmą... Czyż to nie było przykładu, żeby tu, na północy, marynarze opuszczali okręty?...
Tom milczał i w zakłopotaniu skubał futro.
— Wiesz co, Smith, zostawię ci latarnię! Choć kapitan nie pozwolił, ale przy świetle będzie ci weselej...
— Nie chcę, nietrzeba!... Zabieraj, bo zgaszę... Kapitan łotr, a tyś jego lokaj!...
Tom nie słuchał; latarnię postawił, zabrał naczynia i wyniósł się. Smith krzyknął jeszcze coś za nim, ale światła nie zgasił. Tom widział je świecące przez dziurkę od klucza, gdy sam w ciemności drapał się po schodach.
Nazajutrz, ku wielkiemu zadowoleniu załogi, Smitha przeprowadzono do osobnej kajuty na górę, jasnej i opalonej, umyślnie przez Nordwista w tym celu opróżnionej. Tam on pozostał przez dwa dni. Przez ten czas schudł, zmienił się i gdy kapitan po upływie trzech dni wezwał go do kajuty załogi, wszedł blady, chwiejąc się na nogach.
— Cóż to? Chory jesteś? — spytał kapitan, obrzuciwszy go bystrem spojrzeniem.
— Tak jest, kapitanie!
— Dlaczego nie powiedziałeś?
Smith spuścił głowę. Kapitan patrzył na niego i lewą ręką wąs gładził.
— Niech cię doktór obejrzy... — rzekł wreszcie.
Tydzień przeleżał Smith w gorączce. Uratowało go troskliwe pielęgnowanie towarzyszów. Gdy odzyskał przytomność, zaszło wiele zmian, a i on czuł się teraz innym.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.