Wśród lodów polarnych/XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.
Wiosna pod biegunem.

Pozbywszy się tym sposobem oblegających ich nieprzyjaciół, byli więźniowie serdecznie dziękowali doktorowi za wybawienie ich z niebezpieczeństwa.
Cały następny dzień, przeszedł naszym podróżnym na usuwaniu śladów eksplozji i na reperacji domku, naruszonego przez wybuch oraz na usuwaniu brył lodu nagromadzonych przez zwierzęta.
Dnia następnego, wskutek zmiany kierunku wiatru, temperatura podniosła się do 9 stopni zimna. Ta duża różnica w temperaturze znakomicie oddziałała na całą gromadkę, była ona równocześnie zapowiedzią zbliżającej się wiosny podbiegunowej.
Ocieplanie się temperatury trwało przez kilka dni; termometr wskazywał tylko jeden stopień zimna. Coraz liczniej ukazywały się pierwsze zwiastuny zbliżającej się odwilży, aż w końcu po kilku dniach spadł obfity deszcz.
Wreszcie poczęły pękać lody, w niektórych zaś miejscach zaczęły wytryskiwać strugi słonej wody.
Po nad polem śniegowem roztaczała się gęsta para, znamionująca blizkie topnienie śniegów.
Tarcza słoneczna zarysowywała się coraz wyraźniej i opisywała nad horyzontem coraz większe koło. Noc trwała niespełna trzy godziny.
Również niemniej znamiennym dowodem zbliżania się wiosny, był powrót całych stad kuropatw, gęsi podbiegunowych i innego ptactwa.
Na wybrzeżu zatoki ukazały się zające oraz myszy.
Jednocześnie pojawiły się wrogowie tych niewinnych zwierząt, wilki i lisy, szukające zdobyczy, wśród nocy rozlegały się też coraz częstsze ich wycia.
Wilki podbiegunowe podobne są do naszych psów, szczekają zupełnie podobnie do nich, tak, że najwprawniejsze ucho samych psów, omylić zdoła.
Niektórzy twierdzą, że zwierzęta te, używają tego wybiegu, aby zwabić psy i pożerać je.
W ciągu czternastu dni polowano i zebrano znaczne zapasy mięsa.
Wiosna stawała się coraz widoczniejszą, termometr wskazywał zero, w wąwozach poczynały szumieć potoki, a na spadkach potworzyły się wodospady.
Doktór oczyścił morgę ziemi i obsiał ją rzeżuchą, szczawiem i warzęchą, które są wybornem lekarstwem przeciw szkorbutowi. Drobne listki zaczęły powoli kiełkować, gdy pewnej nocy termometr, przy silnym wietrze północnym, spadł do 22 stopni zimna.
Wszystko ponownie zamarzło. Ptaki i czworonogie znikły, otwory fok zamknęły się, lód odzyskał nazad twardość granitu, kaskady i potoki zamarzły.
Zadziwiająca zmiana widoku nastąpiła w nocy z 11 na 12 maja.
— O naturo północy! wołał rozgoryczony doktór, oto jedna z twoich plag! Będę zmuszony siać ponownie.
Hatteras rzecz te przyjął mniej filozoficznie, gdyż pilno mu było zająć się poszukiwaniami, musiał się jednak pogodzić z koniecznością.
Johnson zapytywał często doktora o długotrwałość tego zimna, objaśnił on sternika, że to są zazwyczaj ostatnie jego wysiłki.
Wobec tego ponownego zimna musiano zaniechać polowania. Zwierzyna skryła się niewiadomo gdzie, zresztą zapasy świeżego mięsa były znaczne i starczyć mogły na czas długi.
W czasie tej ponownej bezczynności doktór postanowił rozmówić się z Hatterasem co do dalszej podróży na północ, którą ten ostatni chciałby odbyć bez użycia materjałów z rozbitego okrętu.
Nie łatwo było doktorowi poruszyć tą sprawę, a jednak koniecznem było omówienie jej gruntownie. Zbliżał się bowiem czerwiec, to jest pora do odbycia tej wycieczki.
Pewnego dnia doktór wziąwszy na stronę Hatterasa rzekł do niego:
— Hatterasie, czy uważasz mnie za swego przyjaciela?
— Naturalnie, za najlepszego i być może jedynego.
— A gdybym ci dał pewną radę, czy mi uwierzysz, że będzie ona bezinteresowną?
— Uwierzę, znam cię i wiem, że nigdy nie powodujesz się względami osobistemi.
— Pozwól mi jeszcze zadać jedno pytanie, Hatterasie. Czy uważasz mnie za tak dobrego Anglika, jakim sam jesteś?
Hatteras spoglądał na doktora zdziwiony.
— Tak jest, odpowiedział kapitan, patrząc badawczo na swego przyjaciela.
— Zamierzasz więc dotrzeć do bieguna północnego, lecz aby osiągnąć ten cel, trzeba robić wszystko to, co jest w tym względzie koniecznem.
— Wszak poświęciłem dotąd wszystko dla dopięcia tego celu.
— Nie, Hatterasie, nie poświęciłeś osobistych uprzedzeń i jeszcze teraz widzę, że odrzucasz jedyne możliwe środki dostania się do bieguna.
— Aha! przerwał Hatteras, zapewne chcesz mówić o tej szalupie, o tym człowieku?…
— Hatterasie mówmy spokojnie, bez uniesienia i rozpatrzmy rzecz dokładnie. Wybrzeże, na którem zimowaliśmy, nie ciągnie się zapewne bez przerwy; nie mamy na to dowodu, że ciągnie się ono na przestrzeni 6 stopni do bieguna, gdyby podania, któremi dotąd kierowaliśmy się, sprawdziły się, to podczas lata napotkamy przestrzeń wody, oczyszczonej z lodów. A gdy staniemy przed owym, wolnym od lodu podbiegunowym oceanem, co poczniemy nie mając się czem przeprawić?
Hatteras milczał.
— Czy będzie ci przyjemnem znajdować się zaledwie o kilka mil od bieguna i nie móc się doń dostać?
Kapitan spuścił głowę i milczał.
— A teraz rozpatrzmy te kwestje ze stanowiska etycznego. Rozumiem, że Anglik może poświęcić swój majątek a nawet swój byt, aby dla Anglji zdobyć nowy listek wawrzynu. Lecz gdy do budowy szalupy trzeba użyć koniecznie desek ze statku amerykańskiego, czyż to może zmniejszyć zasługi odkrycia?

A gdybyś znalazł tu sam opuszczony statek, czy zawahałbyś się wówczas posługiwać się nim? Czyż nie dowódcy wyprawy należą się jedynie rezultaty powodzenia? Jeszcze raz pytam, czyż ta szalupa, zbudowana przez czterech anglików i obsadzona przez tychże anglików nie będzie angielską od pokładu aż do szczytu masztów!
Verne Wśród lodów polarnych (1932) p101.jpg

Hatteras milczał.
— Nie, mówił dalej doktór, mówmy szczerze, nie o szalupę ci chodzi, lecz o tego człowieka.
— Tak, doktorze tak, odpowiedział kapitan, ten amerykanin, który w sercu mojem na nowo rozbudził nienawiść anglika, ten człowiek, którego losy rzuciły wpoprzek mojej drogi!..
— Aby cię ocalić!
— Nie, aby mnie zgubić! Zdaje mi się, iż mnie lekceważy, że postępuje wobec nas, jako nasz pan i mistrz, że wmawia sobie, iż ma losy moje w swym ręku i odgaduje moje zamiary.
Czyż nie zdradził się już wówczas, gdy chodziło o nazwy dla tych nowych lądów!
Czyż przyznał się do tego, co szukał pod tym stopniem szerokości!
Nie wytłumaczysz mi myśli, która mnie dręczy, iż jest on dowódcą wyprawy, wysłanej przez rząd Stanów, celem nowych odkryć.
— A gdyby tak nawet było, któż dowiedzie, że ekspedycja jego ma na celu odkrycie bieguna północnego?
Czyż nie może Ameryka również jak Anglia poszukiwać przejścia północno - zachodniego?
W każdym razie Altamont nie zna zupełnie zamiarów twoich, nie mówili mu o nich ani Johnson, ani Bell, ani ja, ani też ty.
— A więc dobrze, niechże ich nigdy nie pozna!
— To się nie uda, gdyż nie możemy go przecież samego zostawić.
— Dlaczegóżby nie, pytał Hatteras gwałtownie, czy nie może nadal pozostać w szańcu Opatrzności?
— Na to on się nie zgodzi, Hatterasie. Zresztą czyż możemy tu pozostawić tego człowieka, którego znalezienie podczas drogi powrotnej jest wątpliwe, byłoby to czynem nieludzkim.
Altamont pójdzie z nami!
Byłoby jednak zbytecznem naprowadzanie go na myśl, której dotąd nie zna.
Nie będziemy wtajemniczali go w cel, dla jakiego budujemy szalupę. Niechaj myśli on, że celem naszym, tak jak i jego, jest zbadanie wybrzeży.
Wreszcie myśleć może co mu się podoba, my zaś dążyć będziemy do naszego celu.
Hatteras ciągle milczał.
Clawbonny w dalszym ciągu przekonywał kapitana o konieczności budowy szalupy z resztek statku amerykańskiego.
Hatteras namyślał się w dalszym ciągu, nie dając żadnej odpowiedzi.
— A gdyby ten człowiek nie pozwolił na użycie szczątków swego okrętu? zapytał wreszcie Hatteras.
— W takim razie prawo byłoby po twojej stronie. Mógłbyś, pomimo jego oporu, zbudować szalupę, do której on nie mógłby rościć pretensji.
— Daj Boże, aby odmówił!
— Przedtem jednak trzeba go zapytać i ja się tego podejmuję.
Tego samego wieczoru podczas kolacji, Clawbonny naprowadził rozmowę na zamiary wycieczek podczas letnich miesięcy.
— Myślę, że pan się do nas przyłączy, panie Altamont?
— Zapewne, musimy przecież dowiedzieć się, jak daleko rozciąga się ten ląd.
Gdy amerykanin to mówił Hatteras przyglądał mu się bacznie.
— W tym celu z resztek okrętu zbudujemy mocną szalupę, zdatną do dalekiej podróży.
— Słyszysz Bellu, od jutra zabieramy się do roboty.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.