Wśród lodów polarnych/XX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XX.
Ślady ludzkie.

W dniu 4 i 5 lipca panowała gęsta mgła. Kierunek na północ z trudem dał się utrzymać, co chwila musiano spoglądać na kompas. Podczas tej ciemności nie zdarzył się żaden wypadek, Bell tylko stracił swoje obuwie śniegowe, które rozdarł, zawadziwszy o brzeg skały.
W ciągu tych dwóch dni robiono zaledwie po 8 mil dziennie.
Dnia 6 lipca ruszono pospiesznie w drogę, aby odzyskać czas stracony. Altamont i Bell zajęli znów swoje poprzednie miejsca, badając grunt i polując.
Powietrze było jasne i suche i pozwalało widzieć na daleką przestrzeń.
Przewodnicy szli w odległości, około 2 mil od sań. Naraz doktór, który baczną na wszystko zwracał uwagę, był bardzo zdumiony, dojrzawszy ich coś pilnie badających na śniegu.
Schylili się potem, badali uważnie grunt i powstali zdumieni. Zdawało się, że Bell chciał iść naprzód, ale Altamont go powstrzymał.
— Co oni tam robią? rzekł doktór do Johnsona.
— Idźmy do nich, rzekł Hatteras, to się zaraz przekonamy.
Johnson popędził psy, które ruszyły pospiesznie.
Po upływie 20 minut, pięciu podróżnych było już razem.
Na śniegu widać było ślady stóp ludzkich tak świeże, jakby pochodziły od wczoraj.
— Zapewne to eskimosi, zauważył Hatteras.
— W samej rzeczy, odpowiedział doktór, to są ślady ich obuwia śniegowego.
— Tak sądzisz?.. zapytał Altamont.
— Jestem tego pewny.
— Ale, ten krok tutaj? pytał Altamont, wskazując na ślady kilkakrotnie się powtarzające.
— Ten krok?
— Czy przypuszczasz, iż jest także śladem eskimosa?
Doktór ze zdumieniem obserwował ślad europejskiego obuwia z gwoździami, których podeszwa i obcasy były głęboko w śniegu odciśnięte; nie ulegało wątpliwości, że tu przechodził jakiś europejczyk.
— Europejczyk tu? zawołał Hatteras.
— To niemożliwe! rzekł Johnson.
— A jednak, dodał doktór, tak jest w istocie.
Udano się dalej, aby badać te ślady, ciągnęły się one na ćwierć mili, zmieszane z innymi śladami, pochodzącymi od obuwia śniegowego, później zwracały się na zachód.
Doszedłszy do tego miejsca, podróżni zastanawiali się, czy mają iść dalej za tymi śladami.
— Nie, zadecydował Hatteras, idźmy naprzód!...
Słowa te przerwał okrzyk doktora, który podniósł ze śniegu przedmiot, jeszcze bardziej przekonywający o pochodzeniu właściciela jego.
Było to szkło od lunety kieszonkowej.
— Teraz, stanowczo już wątpić nie można o obecności w tym kraju jakiegoś europejczyka!..
— Naprzód! zawołał znów Hatteras.
Wyrzekł to słowo tak stanowczym tonem, że wszyscy poszli za nim i sanie, po krótkim przystanku, posunęły się dalej.
Dzień przeszedł i nie zauważono żadnego śladu obecności jakiegoś człowieka w Nowej Ameryce.
Wieczorem zatrzymano się na wypoczynek.
Ze strony północnej powstał silny wiatr, musiano więc dla namiotu wyszukać osłoniętego miejsca w wąwozie.
Groźnie wyglądało niebo, wydłużone chmury szybko przerzynały powietrze, dotykając prawie ziemi, oko zaledwie mogło śledzić za gwałtownym ich biegiem.
Z nadejściem nocy znużeni podróżni usiłowali zasnąć!
Było to jednak niemożliwem, zerwała się straszna burza, szalejąca z niewykłą siłą.
Pod naciskiem huraganu staczały się z hukiem lawiny, deszcz lał strumieniami.
Atmosfera zdawała się być widownią zaciętej walki pomiędzy powietrzem i wodą.
W tym ponurym łoskocie słuch odróżniał szczególne głosy. Słychać było wyraźnie trzask krótki, jakby pochodzący od łamiącej się stali wśród przeciągłego huku tej burzy. W chwilach przerw, podróżni udzielali sobie wzajemnie spostrzeżeń.
— Słychać łoskot, rzekł doktór, jak gdyby góry lodowe uderzały o pola lodowe.
— Tak, potwierdził Altamont, zdaje się, jakby skorupa ziemi zmieniała swe położenie.
Gdybyśmy byli w pobliżu morza, sądziłbym, że to lody pękają.
— Bo i prawda, trudno sobie ten łoskot inaczej tłumaczyć.
— Czy czasami nie przybyliśmy na wybrzeże? zapytał Hatteras.
— To możliwe, odpowiedział doktór, czy słyszycie ten trzask, to wyraźne pękanie lodów? Zapewne znajdujemy się w pobliżu oceanu.
Przez ciąg 10 godzin trwał huragan bez przerwy, i skutkiem tego nikt zasnąć nie był w stanie.
Nad ranem uspokoiło się, wicher ustał i można było opuścić namiot, który znakomicie przetrwał burzę.
Doktór, Hatteras i Johnson weszli na pagórek, 300 stóp wysoki, skąd przed ich oczyma roztoczył się zupełnie inny widok. Okolica była wolna od śniegów i lodów.
Lato następowało tu bezpośrednio po zimie. W dali widać było gęste kłęby pary, unoszące się ku górze.
— Wyziewy te prawdopodobnie wydobywają się z oceanu, rzekł doktór.
— Masz słuszność, tam musi być morze, powiedział kapitan.
— A zatem do sań i maszerujmy do nowego oceanu!
Powrócono więc do sań, zwinięto obóz i za chwilę ruszono w drogę.
Po trzygodzinnym pochodzie, podróżni zatrzymali się na wybrzeżu morskiem.
— Morze! morze! zawołali wszyscy jednogłośnie.
— Morze wolne od lodów! dodał Hatteras.
Była wtedy godzina 10 rano.
Hatteras polecił spuścić szalupę na morze i przenieść na nią ładunek sań, które wraz z zaprzęgiem miały być również zabrane.
O godzinie 5 prace te ukończono i szalupa kołysała sią w zatoce.
Przystań, w której stała umocowana szalupa, nazwano przystanią Altamonta.
Według obliczeń doktora, przystań ta znajdowała się o trzy stopnie od bieguna północnego.
Od zatoki Wiktorja, podróżni przebyli przeszło 200 mil.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.