<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł W szponach
Podtytuł Powieść
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Data wyd. 1935
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Działo się w Warszawie na parę lat przed wielką wojną.
W suterenach domu przy ulicy Wareckiej, w ciasnym pokoiku stróża paliła się na stole lampa pod kloszem białym, zataczając skąpy krąg blasku. Cienie stłoczonych sprzętów domowych: dwóch łóżek, czarnej szafy, orzechowej komody, ciemno zielonego kufra, paru wyplatanych jesionowych krzeseł, łącząc się w mętną sieć, przysłaniającą kąty, zmniejszały jeszcze rozmiary ubogiej ciupki. Sparte, wilgotne powietrze tłumiło i barwiło na żółto kopcące światło naftowe. Przy stole bokiem siedział młody chłopak w szarej uczniowskiej bluzie. W lewej ręce trzymał książkę tuż przed nosem prostym, zgrabnym, o ruchomych, zlekka rozdętych nozdrzach; w prawej, leżącej na stole, miał szklankę niedopitej, widocznie ostygłej herbaty. Całą twarzą, skupioną i drobną, utonął nieruchomo w stronicach książki, niby pszczoła, ssąca pokarm trąbką z kielicha kwiatu; drgały mu jedynie chwilami długie, ciemne rzęsy, opuszczone na smagłe policzki, drgała mu płowa czupryna, wznosząca się nad wypukłem, białem i szerokiem czołem i od czasu do czasu poruszały się bezdźwięcznie rumiane, dziecięce usta.
Poza nim w głębi, koło małej kuchenki angielskiej, snuła się cicho, niby postać dobrej wróżki ze starej bajki, niemłoda już kobieta z twarzą ciemną i pooraną zmarszczkami, gładko uczesana, w prostem, ciemnem ubraniu, z grubą, kraciastą chustą na zgarbionych plecach. Przestawiała bezdźwięcznie naczynia, porządkując je, i spoglądała od czasu do czasu na zaczytanego chłopca.
— Józek — rzekła wreszcie nieśmiało — poszedłbyś ojca wyręczyć w bramie. Zmęczony bardzo, kości go łamią od tego dżdżu, a i w cyrkule miał znów dziś przykrości...
— A bo co? — spytał chłopak, bystro podnosząc głowę.
— Czy ja wiem!... Nie mówił... Wiesz przecie, że nigdy nic nie powie... A bo ty, to też mi co mówisz?... Obaj wy tacy... W niego się wdałeś!
— Oj, matusiu, nie gadaj... Wszystko ci mówię, kochana, wszystko, co można...
Roześmiał się, pochylił nagle ku matce i ujął jej pomarszczoną rękę.
Zbliżyła się do syna z twarzą rozjaśnioną słodkim uśmiechem.
— Pewnie, że tak!... Ale czuję, że się tam jeszcze dużo zostaje... I tak się boję, synu, tak się boję!... A szczególniej o ojca... Psia nasza służba!...
— Już niedługo, mateczko, niedługo!... Za rok będę studentem, będę miał dużo wolnego czasu, będę dużo zarabiał lekcjami, będę wam posyłał... Ojciec rzuci stróżostwo, weźmie się do czego innego.
Matka westchnęła.
— Ech, niewiadomo jeszcze, jak tam będzie... Ojczysko stare, schorowane i do czego innego może i niezdatne...
— Dlaczego?... Zawsze można coś znaleźć, jak się ma oparcie...
— Dobrze, dobrze... Ale już idź, będziesz dziś w bramie spał, bo mu ten „rumatyzm“ bardzo dokucza...
— A co mu w cyrkule mówili?
— Pewnie to samo, co zawsze. Nakazywali, żeby siedział, donosił. Zawsze to samo w naszej Polsce...
Chłopak wstał z nagłą troską na młodej twarzy.
— Żeby co śledził? Co kazali mu śledzić, nie mówił ojciec? Czy nie powiedzieli wyraźnie?!...
— Nie mówił. Taki zawsze skryty wraca z tego cyrkułu, że nie śmiem go pytać... Wiem tylko, że dziś wszystkich stróżów umyślnie wołali do samego komisarza, że dawał im jakieś rozporządzenia. Jutro ci pewnie ojciec sam powie, jak się wyśpi i na wątrobie mu ulży...
Chłopiec w milczeniu obciągnął bluzę, wcisnął czapkę na uszy, wziął książkę pod pachę i wyszedł.
W sklepionej bramie, ledwie rozświetlonej naftową, wiszącą u stropu lampą, wiał, płynął nieustannie, niby brudna rzeka, dokuczliwy, zimny przeciąg. Przeciskał się on, jak przez rzadkie sito, przez szpary lichej bramy i źle domkniętej furty z zadeszczonej ulicy wraz z migotliwym blaskiem i zimnem jesieni; niósł z sobą cuchnące opary rynsztoków, mgłę rozpylonej wody, stukot potrącanych wichrem szyldów, oraz plusk lejącej się z rynien pluchoty. W rogu bramy, bliższym wejścia, na wąskiej ławie, leżał zawinięty w kożuch mężczyzna.
— Ojcze, idźcie do mieszkania, ja zostanę! — szepnął chłopiec, stanąwszy nad nim.
— Toś lekcje odrobił?...
— Już, już!... Niech ojciec idzie!
Mężczyzna podniósł się i, głucho pokaszlując, zaczął zdejmować kożuch.
— Trzeba będzie całą noc wartować — kazali psiekrwie!... Ale będziesz mógł spać spokojnie, Józek, bo pewnie w taką pogodę nie będzie ruchu, nikt już nie przyjdzie!... Nad ranem zmienię cię!...
— Niech się ojciec nie fatyguje. Kożuch duży, będzie mi ciepło, a na powietrzu śpi się lepiej.
— No, no! To się zobaczy!... A poco książkę wziąłeś? Czytać jeszcze będziesz?...
— Może zaraz nie usnę!
— Ach, dałbyś pokój, taka pluta!... Zatul się w kożuch lepiej z głową, żeby ci ta zgniła wilgoć w gardło nie weszła... Znowu zachorujesz.
— Nic mi nie będzie, ojcze, doprawdy. Mocny jestem. Niech lepiej ojciec umyka, na przeciągu nie stoi, bo go przestrzeli! — gadał wesoło chłopak, wciągając na ramiona ciepły kożuch ojcowski i podnosząc do góry wysoki kołnierz.
Stary nic nie odrzekł, poprawił jeno kubrak, i, zlekka pokaszlując, ruszył ku suterenie.
Młody przysiadł pod latarnią: spróbował czytać. Ale mdłe światło, co chwila potrącane podmuchami wiatru, odbywało na papierze fantastyczny taniec błysków i cieni, uniemożliwiających zupełnie prawie rozpoznawanie liter, a wilgotne zimno drętwiło mu boleśnie palce, trzymające książkę. Dał więc Józef spokój lekturze i, zawinąwszy wokół siebie szczelnie „barany“, wyciągnął się na ławie.
Już smaczny, młody sen zaczął mu kleić powieki, już zaczął marzyć o ciepłej, słonecznej, krainie, gdzie w cudnym, pełnym woni, zieleni, kwiatów ogrodzie, błądził wolny i bez troski z słodką tęsknotą w sercu, kiedy ozwał się z początku nieśmiało, a następnie burzliwie szarpnięty dzwonek.
— Aha, pan Zawadzki! — pomyślał chłopiec, w półśnie siadając na ławce.
Dzwonek brzmiał coraz głośniej.
— Zaraz, zaraz!...
Zgrzytnął dwukrotnie obrócony klucz i furtka była otwarta; ale lokator ani myślał puszczać staroświeckiej mosiężnej rękojeści sygnaturki, owszem, oparł się dla nadania sobie mocy o rozwichrzony parasol i ciągnął gałkę raz po razu ku sobie. Spiżowy kieliszek dygotał konwulsyjnie pod ciemnem sklepieniem bramy i ryczał, jak ciągniony za ogon bawół.
— Co pan robi, panie Zawadzki, dom pan cały rozbudzi!...

„W noc burzliwą do domu wpadniemy,
Gdzie szczęśliwi błogiemi śnią snami.
Naszą pieśnią im spokój zmącimy,
Niechaj wstaną i pójdą za nami...“

— deklamował lokator, z trudem dając sobie radę z rozwianym paltotem i szarpanym przez wiatr parasolem.
— Niech pan wchodzi, bo zimno...
— Młodości, ty nad poziomy... wzlataj na skrzydłach motylich... Ach, nie!... Tfu!... Jak mi się dziś wszystko plącze!... wzlataj, a okiem słońca ludzkości całe ogromy przenikaj od końca do końca... Tak, tak: przenikaj!... Ach, to pan, panie Józefie... Należy się panu dwa złote... szpery! Tak... szpery! Za fatygę!... To lepiej brzmi niż warszawska nazwa... Bardziej demokratycznie... Więcej w tem szacunku dla człowieka... Za fatygę, za pracę więc... A to — na piwo!... Fe! Na-piwek! Fe! Nie... Za fatygę, obywatelu!... Tak mówią w Krakowie, gdzie wyższa kultura polityczna, niż w naszym domu niewoli!... Przeszłym razem nie miałem drobnych... ale tym razem napewno są, pamiętam dobrze, że zostały... — mruczał, szukając po kieszeniach.
— Dobrze, dobrze!... Jutro pan da... A niech pan tylko, idąc, nie stuka na schodach, bo znowu pani Zawadzka nie puści pana do mieszkania i będzie pan musiał u nas nocować, a kożucha tym razem nie będzie, bo całą noc wartować w bramie kazali...
— Kazali!... Kto?... Oni!... Acha, rozumiem! Wandale, nowożytni wandale!... Słuchaj, Józiu, masz zapałki?
— Nie mam. Ale mogę panu przynieść...
— Nie trzeba, nie trzeba!... Dam sobie radę i bez tego, jak na żołnierza przystało. Hola. Na lewo zwrot, raz... dwa!...

On wojuje — rok przeminął,
On nie wraca — może zginął.

cicho nucił, drapiąc się niepewnym krokiem po ciemnych schodach.
Józio znowu otulił się szczelnie w kożuch, wyciągnął na ławie i utonął natychmiast w krzepiącem zapomnieniu, tym razem bez marzeń.
I znowu, jak czerwona błyskawica w ciemnej przepaści, rozległ się głos dzwonka, krótki i twardy.
— Policja!... — błysnęło w mózgu chłopca.
Znał dobrze ten dzwonek — tak dzwoniła tylko władza bezwzględna i niecierpliwa.
Zerwał się na równe nogi i, plącząc w połach kożucha, pobiegł ku furtce, nie śpieszył się jednak z otwieraniem, lecz udając, że szuka dziurki od klucza, próbował wzrokiem dojrzeć przez szpary, kto stoi nazewnątrz. Jednocześnie przebiegał myślą zawartość swych szuflad i półki od książek...
— Nie! Zdaje się, że nic nie znajdą!...
Otworzył furtkę mocnem szarpnięciem i zdumiał się, obaczywszy zamiast policji drobną figurkę kolegi w przemokłym burym paltociku.
— Zabora, to ty!?... Tak po nocy?... Co się stało?
— To ty, Gawar?... Dobrze się stało, że nie twój ojciec!... Musiałbym łgać. Wsypa! — odrzekł chłopiec, wsuwając się do bramy i przymykając furtkę za sobą.
— Wsypa?... Któż to taki?...
— Delegaci z Radomia. Pewnie ogon za sobą przywlekli, bo dziś wieczorem przyjechali, a w nocy ich wzięli.
— Czy znaleźli co u nich?
— Nie, nic nie znaleźli, bo nic z sobą nie mieli. Tak było postanowione w Radomiu, jak mówi ten trzeci, co przyjechał osobno do nich...
— Jaki trzeci? Co ty gadasz?...
— No... gość...
— Co za gość?... Ach, Boże mój, rozpaplali wszystko!... Niedołęgi, gamonie, gaduły... Rób z nimi tutaj, umawiaj się, kiedy żaden z nich nie umie dotrzymać słowa, obietnicy. Kundle!... Dranie!...
— A co gorsza — przerwał mu płaczliwie Zabora — że wzięli z nimi Księżniczkę, u której, jak wiesz, był punkt zborny... Rozstawiliśmy zaraz, jakeś kazał, straże, żeby uprzedzić przybywających, na szczęście nikt nie przyjechał... Dopiero jutro rano zaczną pewnie napływać... Będziemy pilnować. Ale... co z nimi robić?... Co robić!... Ani mieszkań, ani pieniędzy!... Nie wiadomo, gdzie ich chować, jak ich żywić! Wszyscy radzą, żeby wyprawić ich zpowrotem do domu najbliższym pociągiem, że to najbezpieczniej, bo zjazd i tak się nie uda!...
— Dlaczegóż się nie uda?... Przecież dwóch tylko wzięli?...
— Ale jakże... bez Księżniczki?...
Józef zamyślił się.
— To prawda, będzie ciężko, ona miała wszystkie nici w ręku i onaby nam pomogła i pieniądze znalazła i mieszkania... Jej starsi słuchali, miała głos i szacunek u wielu.
— No, nie bardzo!... Raczej u niewielu!... Nie mieliśmy przyjaciół, ani ona, ani my!... I doprawdy nie wiem, poco my się tak rozbijamy!... Nie chcą, to niech ich djabli wezmą!...
— Więc co!? Iść do szkoły rosyjskiej!?... Tegobyś chciał? Co!? — wybuchnął Józef. — To ty myślisz, że ja nie chcę się uczyć po rusku, żeby starszym dogodzić?... Jeszcze czego?... Ja nie chcę się uczyć po rosyjsku dla siebie, bo nie chcę być moskalem, mówiącym po polsku... Mało to wam razy tłumaczyłem, baranie łby!... Co starsi wiedzą? Ot byle spokój, byle pierzyna!... Byle wszystko zostało, jak jest... Wiadomo!...
— Rozumie się! Stare gnaty nie chcą się narażać!... — sentencjonalnie wstawił Zabora.
— Ale... wracajmy do Księżniczki... Prawda, szkoda ogromna, będziemy brak jej bardzo odczuwać, ale... gdyby naprzykład umarła, czyliż dlatego miałaby zginąć cała sprawa? Wyobraź sobie, jaki popłoch rozniosą delegaci po całej prowincji... I tak z trudem wstrzymujem rozmaitych tchórzów i karjerowiczów od złamania całkowitego bojkotu... Jakżeż cieszyć się będą rozmaite ciemięgi i ugodowcy, kiedy delegaci, zamiast otuchy i pokrzepienia, przywiozą z Warszawy lęk i dezorganizację... Do tego żadną miarą nie można dopuścić!... — dowodził Józef coraz goręcej, coraz namiętniej, głosem jednak przytłumionym skulonemu na ławce i drżącemu z zimna koledze.
— Tak, ale skąd wziąć mieszkania, pieniędzy... Nikt ze starszych się nie zgodzi, nikt nie pomoże, nie da schronienia i pomocy. Znasz ich — podli!... Pamiętasz, co było? Jak to na nas wymyślali, jak to nam grozili?... Wszyscy opuścili nas, została tylko Księżniczka... — powtarzał uparcie Zabora.
— A jednak to musi być zrobione! Potem nas będą błogosławić! — przerwał mu gwałtownie Józef. — Słuchaj, Władek, tobie zimno, do mieszkania poprowadzić cię nie mogę, bo nie chcę straszyć starych, ale właź pod kożuch do mnie, pogadamy...
Zdjął szubę z jednego rękawa, przygarnął ku sobie przyjaciela i okrył go połą nagrzanej baranicy.
— Widzisz, tu w naszym domu jest puste mieszkanie, na trzeciem piętrze, obok Zawadzkich. Poproszę jego, który jest wprawdzie pijaczyna, ale niezgorszy człowiek, aby wziął to mieszkanie niby na lekcje tańca dla swoich córek, na miesiąc... Gospodarz mu odda... Zapłacimy ze składek...
Przytuleni do siebie pod wspólnym, grubym pokrowcem, radzili długo głuchemi, przyciszonemi głosami, mieszając świeże, młode oddechy, śmiałe myśli i gorące bicia serc w jedną porywczą całość. Gdy po godzinie rozmowy Józef połę kożucha odchylił, wyskoczył stamtąd Władek czupurny i nastroszony, jak orlę:
— Ho, ho!... Pokażemy im!... Tym tchórzom! Ho, ho!
Pogroził pięścią w powietrzu, podniósł kołnierz paltocika i wyskoczył przez otwartą furtkę na zadeszczoną ulicę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.