Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.
ROZMOWA.

Raul postąpił kilka kroków ku dziewczęciu, przywołującemu go w tak dziwny sposób.
— Ależ, mój koń, panienko — oderwał się zaambarasowany.
— Masz się pan czem kłopotać!... W pierwszem podwórzu jest stajnia; przywiąż tam pan swojego konia i chodź pan, tylko prędko...
— Jestem posłuszny, panienko.
W kilku chwilach załatwił to, czego od niego żądano, i powrócił do małych drzwi, gdzie spostrzegł w pół-cieniu swoją przewodniczkę na pierwszym stopniu kręconych schodów.
— Czy masz pan dość odwagi, aby pójść za mną, mości kawalerze błędny? — odezwało się dziewczę, widząc wahanie Raula.
Zamiast odpowiedzi Raul puścił się po ciemnych schodach. Przebyli trzy piętra, ona pierwsza, on za nią, dotykając ręką co chwila jedwabnej sukienki, gdy po ciemku szukał poręczy.
Za każdem głośniejszem stąpnięciem, lub krokiem, fałszywie postawionym, przewodniczka jego wołała cichutko:
— Psst!...
I podawała mu rękę drobną, aksamitną, wonną.
— Możnaby dojść w ten sposób aż na sam szczyt wieży zamkowej, nie czując zmęczenia — szepnął Raul.
— To niby znaczy, żeś pan strasznie zmęczony, strasznie ciekawy i strasznie niespokojny. Ale uspokój się pan... jesteśmy już na miejscu.
Dziewczę otworzyło drzwi, wiodące wprost do pokoju, z którego wydobywający się snop światła dziennego oświetlił sień dosyć długą, na końcu której stał Raul, trzymając się ręką poręczy.
Brunetka szła ciągle, on postępował za nią. Wkrótce weszli do pokoju.
Zaledwie znalazł się tam, usłyszał okrzyk, odwrócił się i ujrzał o dwa kroki od siebie młodziutką, śliczną blondynkę z włosami jasno-płowemi, oczyma niebieskimi, ramionami białemi, która, złożywszy ręce i przymknąwszy powieki, zakończone długiemi ciemnemi rzęsami, wykrzyknęła tylko:
— Raul!?...
W okrzyku tym tyle kryło się miłości, przymknięte oczy tyle wyrażały szczęścia, że Raul, pociągnięty mimo woli tym urokiem, upadł na kolana na środku izby i szeptał imię Ludwiki.
— No... — odezwała się Montalais — Ludwika nie ma, do mnie żalu, że pana tu sprowadziłam; proszę też pana, abyś się na mnie nie gniewał, żeś musiał iść za mną, by ją zobaczyć... tak... a teraz skoro pokój już zawarty, mówmy jak starzy przyjaciele. — Ludwiko, proszę cię przedstaw mnie panu de Bragelonne.
— Panie wicehrabio — odezwała się Ludwika z wdziękiem poważnym i skromnym uśmieszkiem — mam zaszczyt przedstawić ci pannę Aurorę de Montalais, młodziutką damę dworu Jej królewskiej wysokości księżnej pani, a moją przyjaciółkę, moją serdeczną przyjaciółkę.
Raul skłonił się ceremonialnie.
— A mnie, Ludwiko — odezwał się — nie przedstawisz pannie do Montalais?...
— O!... ona wie, kto jesteś... ona wie wszystko!....
To naiwne „wszystko“ wywołało uśmiech na usta Montalais, a westchnienie, wyrażające szczęście, z piersi Raula; w owem słowie zrozumiał on: całą miłość.
— Grzeczności zostały już wymienione, panie wicehrabio — odezwała się Montalais — więc oto fotel, siadaj pan i opowiadaj nowiny, z jakiemi tu przybyłeś.
— O!... niema już w tem żadnej tajemnicy. Król, jadąc do Poitiers, zatrzyma się w Blois, gdyż chce odwiedzić Jego królewską wysokość stryja swego.
— Król tutaj?... — zawołała Motalais, uderzając rekami. — Ujrzymy dwór!... Pojmujesz ty to, Ludwiko?... Dwór!... prawdziwy dwór paryski!... Mój Boże!... ale kiedy?... kiedy?...
— Być może, dziś wieczorem, a najdalej jutro zrana.
— I panny Mancini tu będą?
— Nie, napewno nie!...
— Ależ powiadają, że król nawet na chwile nie może się wyrzec towarzystwa panny Marji.
— Będzie się musiał wyrzec... Pan kardynał tego chce... Wygnał swoją siostrzenicę do Brouage.
— On?.. hipokryta!..
— Ba.. — szepnęła Ludwika, przykładając palec do różowych ust.
— Psst... przecież tu mnie nikt słyszeć nie może... Mowie, że stary Mazarino Mazarini jest hipokrytą... aż ginie z chęci ujrzenia swej siostrzenicy na tronie francuskim.
— Ależ przeciwnie... Pan kardynał pragnie koniecznie, aby Jego królewska mość poślubił infantkę Marję-Teresę... To już dawny jego projekt.
Montalais spojrzała w oczy Raulowi.
— I pan wierzysz w te bajki?.. pan? paryżanin!.. no, to my tu, w Blois, jesteśmy dowcipniejsi.
— Jeżeli król przejeżdża przez Poitiers, udając się do Hiszpanji, jeżeli warunki kontraktu ślubnego już zostały ułożone pomiędzy don Ludwikiem de Haro i Jego Eminencją, wiec chyba pani zgodzisz się, iż nie są to igraszki dziecinne.
— Tak... ale król jest królem, przypuszczam...
— Bez wątpienia, ale kardynał jest kardynałem.
— To chyba król nie jest mężczyzną... albo może nie kocha Marji Mancini?..
— Uwielbia ją!..
— A wiec ją poślubi... będziemy mieli wojnę z Hiszpanją, pan Mazarini wyda parę miljonów, które sobie uciułał, nasza szlachta złoży dowody męstwa i powróci przyozdobiona wieńcami wawrzynu, a my w dodatku przyozdobimy niektórych mirtem... i tak się skończy cała sprawa... przynajmniej ja tak rozumiem politykę.
— Ależ zrozumiej, Montalais — dowodziła Ludwika — że królowa matka życzy sobie związku z infantką... czyż król może być nieposłusznym matce, czyż może dawać taki zły przykład... Gdy rodzice zabraniają miłości, należy jej się wyrzec.
Ludwika westchnęła; Raul spuścił oczy z miną wymuszoną. Montalais śmiała się w najlepsze.
— Ja nie mam rodziców — zauważyła.
— Zapewne masz pan wiadomości o zdrowiu hrabiego de La Fere, — rzekła Ludwika, jakby w dalszym ciągu owego westchnienia, kryjącego smutek wewnętrzny.
— Nie, jeszcze go nie widniałem. Właśnie wybierałem się do domu, gdy panna de Montalais mnie zatrzymała. Mam jednak nadzieję, iż zastanę pana hrabiego w dobrem zdrowiu. Nie słychać przynajmniej nic złego, nieprawdaż.
— Nic, panie Raulu, Bogu dzięki.
Przez chwilę panowało milczenie, w którem te dwie dusze doskonale się porozumiewały; nie wzywając nawet wzroku do pomocy.
— A!.. mój Boże!.. ktoś nadchodzi!.. — zawołała nagle Montalais.
— Kto to może być?.. to pewno p. Malicorne... Jeśli to on, nie mamy się czem niepokoić.
Ludwika i Raul pytali wzrokiem, co to za jeden ten pan Malicorne.
Montadais zrozumiała to pytanie.
— O!.. on nie jest zazdrosny.. ale za to bardzo dyskretny...
— Boże!.. — zawołała Ludwika, która tymczasem podsłuchiwała przez drzwi nieco uchylone... — Poznaje chód mojej matki!...
— Pani de Saint-Remy?.. gdzież je się skryję...
— Tak tak... to nasza kochana mama... słyszę odgłos jej pantofli... dodała Montalais, tracąc także głowę. — Panie wicehrabio... żałuję, że okno jest wysokie na pięćdziesiąt stóp, i że wychodzi na podwórze, zabrukowane kamieniami.
Raul bezmyślnie wyjrzał przez okno, jakby się chciał o tem przekonać. Ludwika chwyciła go za ramię.
— Jakaż ja jestem szalona — zawołała nagle Montalais, — przecież jest szafa na suknie.. zupełnie, jakby na to stworzona...
Czas już był najwyższy... Pani de Saint Remy szła prędzej, niż zwykłe. Weszła na górę właśnie w tej chwili, gdy Montalais zamykała drzwi szafy, i w obawie, aby się nie otworzyły oparła się o nie plecami.
— A!... — zawołała pani de Saint-Remy — Jesteś tu, Ludwiko!...
— Tak... jestem — odrzekła bledsza, niżby ja pochwycano na zbrodni.
— Dobrze, dobrze!..
— Może pani będzie łaskawa spocząć — wtrąciła Montalais, podsuwając fotel i, ustawiając go tak, że pani de Saint-Remy musiała usiąść tyłem do szafy.
— Dziękuję, panno Auroro, dziękuję... Chodź prędzej, moja córko...
— Dokąd mam pójść, pani?..
— Do domu, trzeba przecież przygotować ubranie.
— Co?.. — wtrąciła Montalais, udając zdziwienie i nie chcąc dopuścić do słowa Ludwiki, z obawy, aby ta nie powiedziała jakiego głupstwa.
— Jakto?.. więc nic nie wiecie?.. — zapytała pani de Saint-Remy.
— O czem?..
— Nowina!.. wielka nowina!..
— Jakże pani chcesz, abyśmy wiedziały o wielkich nowinach, siedząc w tym gołębniku.
— Co?... nie widziałyście nikogo?...
— Mówi pani zagadkami i każesz nam umierać na wolnym ogniu — zawołała Montalais, która, widząc jak Ludwika blednie coraz bardziej, nie wiedziała któremu świętemu oddać się w opiekę.
Nareszcie dostrzegła spojrzenie swej towarzyszki, spojrzenie tak wymowne, że nawet mur mógłby je zrozumieć. Ludwika wskazywała swej przyjaciółce nieszczęsny kapelusz Raula, leżący na stole wprost przed oczami pani de Saint-Remy.
Montalais poskoczyła i zasłoniła go sobą, wzięła w rękę poza piecami, i, zręcznie manewrując, zdołała nareszcie ukryć go gdzieś w kącie.
— Otóż — mówiła pani de Saint-Remy — przybył właśnie kurjer z zawiadomieniem, iż Jego królewska mość przyjeżdża do naszego zamku. Trzeba się ładnie pokazać, moje panny.
— Nie może być!... — zawołała Montalais — prędzej... prędzej, Ludwiko... śpiesz za panią Saint-Remy... i ja także muszę dla siebie ubranie przygotować.
Ludwika wstała.
Pani de Saint-Remy ujęła ja za rękę i poprowadziła na schody.
— Chodźmy...
Będąc już na schodach, dodała cicho:
— Dlaczego chodzisz do tej Montalais, kiedy ci tego zabroniłam?...
— To moja przyjaciółka, pani... Zresztą dopiero co tam weszłam.
— Nikogo przed tobą nie ukryto?...
— Jakto, pani?...
— Widziałam na stole kapelusz męski... pewnie tego hultaja... nicponia!.. Tego lenia Malicorna!.. fi!.. młoda panienka, dama honorowa, żeby się tak prowadziła... a!.. coś strasznego!..
Głosy ich umilkły wreszcie na niższych schodach.
Montalais słyszała wszystko, bo echo odbijało się głośno wśród okrągłych murów, niby w tubie.
Wzruszyła ramionami i, widząc Raula, który opuściwszy swą kryjówkę, również wszystko słyszał:
— Biedna Montalais — rzekła — ofiara przyjaźni!.. Biedny Malicorne... ofiara miłości.
I już miała roześmiać się głośno, lecz powstrzymała ją od tego tragi-komiczna mina Raula, zagniewanego na siebie, iż w jednym dniu mimowoli podchwycił tyle sekretów...
— Panno Montalais... doprawdy nie wiem, jak odwdzięczyć się za tyle dobroci.
— Przyjdzie czas, że się policzymy, a tymczasem umykaj pan co tchu, panie wicehrabio, bo pani Saint-Remy nie jest wcale pobłażliwa i mogłaby nam tu nasłać kogoś w odwiedziny, niezbyt wesołe dla nas wszystkich... Do widzenia!...
I z temi słowami wypchnęła prawie Raula, który, przekradłszy się nieznacznie przez podwórze, dosiadł konia i popędził tak, jak gdyby miał na karku wszystkich ośmiu strażników księcia pana.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.