Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.
NIEPOKÓJ KRÓLA.

Zostawmy biedną la Valliere nawpół omdlałą pomiędzy towarzyszkami, a powróćmy do dębu królewskiego. Trzy dziewice, uciekając, zaledwie dwadzieścia kroków uczyniły, gdy szelest, który je przestraszył, stał się silniejszym. Wkrótce, rozchylając gęste gałęzie, ukazał się mężczyzna na ścieżce lasu. Widząc zaś ją pustą, wybuchnął głośnym śmiechem.
— A co, Najjaśniejszy Panie — rzekł drugi, wysuwając się bojaźliwie — zdaje mi się, że Wasza Królewska Mość spłoszyłeś nasze turkawki.
— Tak jest, niestety — odpowiedział król — nie obawiaj się, Saint-Agnan, możesz się pokazać.
— Ale ostrożnie, Najjaśniejszy Panie, żeby cię nie poznano.
— Bądź pewny, że uciekły daleko.
— Łatwo je dogonić, szczególnie kiedy się dowiedzą, kto je ściga.
— Jakim sposobem?...
— A, przez Boga!... wszakże jednej się podobałem, a druga porównała ciebie, Najjaśniejszy Panie, do słońca.
— To jedna przyczyna więcej, abyśmy pozostali ukryci. Słońce nie pokazuje się w nocy.
— Na honor, Najjaśniejszy Panie, Wasza Królewska Mość nie jesteś ciekawym. Na twojem miejsca, ja musiałbym się dowiedzieć, kto są te dwie nimfy, dwie drjady, dwie hamadrjady, które tak dobrą mają o nas opinję.
— O!... poznam je, nie goniąc za niemi, ręczę ci za to.
— A to jakim sposobem?...
— Po głosie. Należą do dworu i ta, która mówiła o mnie, ma głos prześliczny.
— O!.. Wasza Królewska Mość, pozwalasz się uwodzić pochlebstwu.
— No, nikt nie powie, że ty używasz tego środka.
— Przebacz, Najjaśniejszy Panie, ja jestem sobie prostaczek.
— Dobrze, dobrze, pójdź, gdzie ci mówiłem.
— A to szczęśliwe zdarzenie. Najjaśniejszy Panie, gdybym śmiał radzić Waszej Królewskiej Mości, radziłbym, ażeby za niemi pogonić.
— Doprawdy?
— A ta namiętność, z której zwierzyłeś mi się, Najjaśniejszy Panie, czy już zapomniana?...
— A!... broń Boże!... Jakże chcesz, aby można zapomnieć oczy takie, jak panny de La Valliere.
— Ta ma głos tak miły.
— Która?...
— Ta, która kocha słońce.
— Panie de Saint-Agnan!...
— Przebacz, Najjaśniejszy Panie.
— Nie gniewam się, iż przypuszczasz, że lubię przyjemny głos równie, jak piękne oczy. Znam cię, jesteś straszny gaduła: jutro przypłacę zaufanie, jakie mam do ciebie.
— Jakto?...
— Mówię, że jutro wszyscy będą wiedzieli, co myślę o tej biednej de La Valliere: ale ostrożnie, panie Saint-Agnan, tobie tylko powierzyłem moją tajemnicę i jeżeli ktokolwiek wspomni mi o niej, będę wiedział, skąd zdrada.
— Nie lękaj się niczego, Najjaśniejszy panie.
— Dobrze — pomyślał król, uśmiechając się sam do siebie — jutro wszyscy będą wiedzieli, że biegałem za La Valliere.
— Wiesz, Saint-Agnan, — rzekł król, poufale opierając się na ramieniu pana de Saint Agnan i zwracając się na drogę, o której sądził, że prowadzi do zamku — to naiwne zwierzenie się, to bezinteresowne danie pierwszeństwa, cała ta przygoda mocnoby mnie zainteresowała, gdybym nie był tak zajęty panna de La Valliere.
— Niech to nie wstrzymuje Waszej Królewskiej Mości, dosyć masz czasu przed sobą.
— Jak to?...
— Mówią, że La Valliere jest dziewczyną bardzo surowych zasad.
— Obudzasz moję ciekawość, Saint-Agnan, i tembardziej pragnę ja znaleźć. Pójdźmy, pójdźmy.
Król kłamał, wcale mu nie było pilno, ale chciał taką rolę odegrać. I zaczął śpiesznie iść. Saint-Agnan szedł za nim w pewnej odległości. Nagle król zatrzymał się, a za nim jego dworzanin.
— Saint-Agnan, czy nie słyszysz westchnień?
— W rzeczy samej, nawet zdaje mi się, że słyszę wołania.
— Z tej oto strony, — rzekł król, wskazując kierunek.
— Zdaje mi się, że to płacz, czy łkanie kobiece.
— Biegnijmy!...
W miarę, jak się zbliżali, krzyki te stawały się coraz wyraźniejszemi.
— Pomocy!... pomocy!... — wołano.
Obaj podwoili szybkość biegu.
Nagle, nad brzegiem fossy, pod wierzbami o rozłożystych gałęziach, spostrzegli klęczącą kobietę, która trzymała drugą, omdlałą. O kilka kroków dalej, trzecia wzywała pomocy. Spostrzegłszy dwóch mężczyzn, których w ciemnościach nie poznała, zaczęła głośniej wołać. Król wyprzedził swojego towarzysza, przeskoczył rów i znalazł się niebawem przy tej gromadce w chwili, kiedy z końca ulicy, wychodzącej od zamku, nadbiegało ze dwanaście osób, zwołanych krzykiem, tym samym, który sprowadził Ludwika i pana de Saint-Agnan.
— Panie!... cóż to takiego?... — zapytał Ludwik.
— Król!... — zawołała panna de Montalais zdziwiona, wypuszczając z ręki głowę La Valliere, która opadła na ziemię, — Tak, król. Ale to jeszcze nie powód, aby upuszczać głowę towarzyszki. Któż ona?...
— Panna de La Valliere, Najjaśniejszy Panie.
— Panna de La Valliere? Czy zemdlała?... Biedne dziecię!... — mówił dalej król. — Prędzej, prędzej doktora!...
— Saint-Agnan, — ciągnął król dalej — czuwaj nad panną La Valliere, proszę cię, i przywołaj doktora. Ja biegnę uprzedzić księżnę o wypadku, jaki spotkał jej damę honorową.
I, nie czekając odpowiedzi, kiedy pan de Saint-Agnan zajęty był przeniesieniem panny de la Valliere do zamku, pobiegł szczęśliwy, że znalazł sposobność zbliżenia się do księżny i pomówienia z nią chwil kilka. Na szczęście, przejeżdżała kareta; zatrzymano woźnicę, a jadące osoby, dowiedziawszy się o wypadku panny de La Valliere, z chęcią ustąpiły jej miejsca. Pęd powietrza podczas jazdy szybko przywrócił przytomność chorej. Przybywszy do zamku, chociaż słaba, zdołała wysiąść z karety i przy pomocy swych towarzyszek dostać się do mieszkania.
Umieszczono ją w pokoju, przyległym do dolnych salonów.
Tymczasem król zastał księżnę pod jednym z klombów; usiadł przy niej, a noga jego szukała stopy księżny pod krzesłem.
— Ostrożnie, Najjaśniejszy Panie, — rzekła Henrjetta cicho, — nie wyglądasz na obojętnego człowieka.
— Niestety!... — odparł Ludwik XIV-ty tym samym tonem, — lękam się, czyśmy nie zawarli układu nad nasze siły.
Później rzekł głośno:
— Czy wiesz już pani o wypadku?...
— O jakim wypadku?...
— A!... mój Boże, widząc cię, pani, zapomniałem, że umyślnie przybyłem, aby ci o nim opowiedzieć. Bardzo mi przykro, iż smutną wieść ci przynoszę; jedna z twoich dam honorowych, biedna La Valliere, zemdlała.
— Biedaczka!... — spokojnie rzekła księżna — a to od czego?...
Później dodała cicho:
— Ale nie myślisz o tem, Najjaśniejszy Panie, że masz wmówić w świat namiętność twoją dla tej dziewczyny, bo jesteś tu, kiedy ona tam cierpi.
— A!... księżno — rzekł król z westchnieniem — jak dobrze grasz swoją rolę i jak pamiętasz o wszystkiem.
I powstał, mówiąc tak głośno, aby go wszyscy słyszeli:
— Pozwól pani, że cię opuszczę; niepokój mój jest wielki i chce się przekonać osobiście, czy spełniono moje rozkazy.
Król wyszedł, aby na nowo udać się do La Valliere; tymczasem obecni roztrząsali jego powiedzenie: — Niepokój mój jest wielki.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.