Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.
FONTAINEBLEAU O GODZINIE DRUGIEJ ZRANA.

Jakeśmy widzieli, pan Saint-Agnan opuścił pokój królewski w czasie, kiedy nadintendent Fouquet wchodził do niego. Saint-Agnan miał bardzo pilne zlecenie; zbyteczne zatem mówić, że w miarę możności, pragnął korzystać z czasu.
Pomyślał, że pierwsze objaśnienia, jakich mógł dostarczyć, pochodzić powinny od pana de Guiche. Nakręciwszy się, nabiegawszy i naszukawszy, spostrzegł pan de Saint-Agnan nakoniec coś, jakby postać ludzką, oparta o drzewo. Był to de Guiche.
Pan de Saint-Agnan wiedział, że hrabia de Guiche przyczynił się nieco do mianowania panny de La Valliere damą honorową — dworak wie o wszystkiem i wszystko pamięta — nie wiedział jednak z jakiego tytułu i pod jakiemi warunkami hrabia de Guiche ofiarował jej swoją protekcję.
— A!... — odezwał się Saint-Agnan, podchodząc — szukałem cię.
— Mnie?... — zapytał ze drżeniem Guiche.
— Tak i znajduję cię marzącego przy księżycu. Czy czasem, mój kochany hrabio, nie chorujesz na poezję i nie piszesz wierszy.
Młodzieniec wysilił twarz na uśmiech, gdyż w głębi serca złorzeczył natrętnemu panu de Saint-Agnan.
— Być może — odpowiedział — ale jakiż to szczęśliwy traf..
— A! widzisz, żeś mnie źle zrozumiał.
— Jakto?
— Przecież już powiedziałem, że cię szukam.
— Ty mnie?
— Tak i złapałem cię na gorącym uczynku.
— Wytłumacz się.
— Jak opowiadałeś swoja miłość drzewom.
— To prawda, nie przeczę — odpowiedział Guiche, śmiejąc się.
— Dla ciebie to rzecz, zwyczajna.
— Dla mnie?
— Zapewne. Alboż nie jesteś protektorem każdej pięknej i dowcipnej kobiety?
— Cóż, u licha, mi prawisz!
— Rzeczy znane wszystkim, wiem o tem. Ale za pozwoleniem, i ja jestem zakochany.
— Tem lepiej, kochany hrabio, cieszy mnie to: pójdź i opowiedz mi wszystko.
Hrabia de Guiche, lękając się, chociaż może za późno, aby de Saint-Agnan nie zauważył oświetlonego okna, wziął go pod rękę i chciał odprowadzić.
— O!... — rzekł tenże, opierając się nieco — nie wódź mnie po gęstym lesie, gdzie chłód i wilgoć, a jeżeli łaska, pozostańmy tu przy świetle księżyca.
Następnie po chwili milczenia dodał:
— Kochany hrabio, chciałbym, abyś mi powiedział parę słów o pewnej osobie, którą protegowałeś.
— A którą kochasz?
— Nie mówię: tak, ani nie; mój drogi, pojmujesz, że lada gdzie topić swojego serca nie można i że wprzód trzeba się przekonać.
— To rzecz znana,, mój hrabio. Cóż dalej?
— Idzie tu o pannę Tonnay-Charente.
— Ja nigdy nie protegowałem panny de Tonnay-Charente.
— Albożeś nie wprowadził panny de Tonnay-Charente do księżny?
— Panna de Tonnay-Charente, a musisz to lepiej wiedzieć, niż kto inny, mój hrabio, pochodzą z dobrego domu i łatwo mogła być przyjętą.
— Zatem nie miałeś udziału w jej przyjęciu?
— Najmniejszego.
— I nie znasz jej?
— Widziałem ją pierwszy raz w dniu przedstawienia u księżny. Skoro zatem nie protegowałem jej, i skoro jej nie znam, nie mogą ci dać o niej objaśnień, jakich wymagasz.
Guiche zrobił poruszenie, jakby chciał pana de Saint-Agnan pożegnać.
— Za pozwoleniem, jeszcze chwilkę, mój hrabio; nie wymkniesz mi się tak łatwo.
— Skoro, kochany hrabio, masz mi jeszcze coś powiedzieć, jestem na twoje rozkazy.
— Dziękuję ci. Daj mi słowo, że o niej nic złego nie możesz powiedzieć i że mniej przyjemne objaśnienia nie są powodem twojego milczenia.
— A! przez Boga, ta dziewczyna, sądzę, jest czystą, jak kryształ.
— O! to mnie cieszy. Jednak nie chcę przed tobą udawać całkiem nieświadomego człowieka, jak mówiłem na wstępie. To pewna, mój hrabio, żeś dom księżny zaopatrzył w damy honorowe. Nawet na to zrobiono piosenkę. Czy znasz ją?
— Nie; ale zaśpiewaj, to poznam.
— Nie umiem ci powiedzieć jak się zaczyna, ale koniec pamiętam.
— Dobrze chociaż coś z tego wiedzieć.

„Księżny damy honorowe
De Guiche wszystkie ma gotowe“.

— Niema w tem myśli i rym nędzny.
— Cóż chcesz, mój drogi, wszakże to nie pisał Racine ani Moliere, ale de La Feuillade i pewien znakomity pan, który się nie zna na wierszach.
— Szkoda, że tylko koniec pamiętasz.
— Zaczekaj, zaczekaj, oto przypominam sobie początek drugiej zwrotki.
— Słucham.

Dał on La Valliere
I Montalais i...

— Przez Boga! La Valliere!... — zawołał Guiche zniecierpliwiony, nie wiedząc, do czego zmierza pan Saint-Agnan.
— Jakto, czy nie protegowałeś La Valliere?
I Saint-Agnan śmiać się zaczął.
— Tak, to prawda — odpowiedział Guiche — ja wprowadziłem ją do księżny.
— O!... — podchwycił Saint-Agnan.
— Ale — mówił dalej z powagą — wyświadczysz mi łaskę, kochany hrabio, jeżeli nie będziesz żartował z tego nazwiska, panna Labaume Leblanc de La Valliere jest osoba bardzo cnotliwą.
— To nie nowość — rzekł Saint-Agnan.
— Nie wiem, zobowiążesz mnie jednak, kochany hrabio, jeżeli zachowasz tę piosenkę dla siebie, aby się nie rozpowszechniała.
— Ho! ho! ho! coś bierzesz na serjo.
— Tak jest, hrabio, pannę de La Valliere kocha jeden z moich dobrych przyjaciół.
Saint-Agnan zadrżał.
— Czy tak?... — zapytał.
— Tak, hrabio — odrzekł Guiche — dlatego więc łatwo pojmujesz, że jako człowiek najgrzeczniejszy we Francji, nie mogę pozwolić, aby ośmieszano mego przyjaciela.
— A to cudowne!
Saint-Agnan ogryzał paznogcie nawpół ze złości, gdyż ciekawości nie zaspokoił.
Guiche pięknie mu się ukłonił.
— Odpędzasz mnie od siebie?... — rzekł Saint-Agnan z gniewem, że się nie dowie nazwiska tego przyjaciela.
— Bynajmniej... Chcę skończyć wiersze do mojej kochanki.
— Czy z łatwością piszesz wiersze?
— Z ogromną.
— To skończysz do jutra.
— Tak sądzę.
— Więc do zobaczenia jutro!...
— Do zobaczenia.
Saint-Agnan, sam sobie zostawiony, skierował się ku gmachom. Guiche udał się w przeciwną stronę. Jeden szedł ku tarasowi, drugi zbliżał się do murów. Saint-Agnan postępował pod ciemnem sklepieniem jarzębin, bzów tureckich i olbrzymich tarni, stąpając po miękkim piasku. Myślał nad powetowaniem niepowodzenia i martwił się, że pomimo dowcipnego wzięcia się do rzeczy, niczego się nie mógł dowiedzieć. Nagle odgłos ludzkiej mowy doszedł jego ucha. Był to odgłos jakby kobiecego narzekania, jakby śmiechów, wzdychań i przytłumionych krzyków. Saint-Agnan zatrzymał się aby zobaczyć, skąd odgłos pochodzi; poznał z największem zdziwieniem, że pochodzi on nie z ziemi, ale z wierzchołka drzew. Wzniósł głowę podsuwając się bliżej, i spostrzegł przy wyłomie mura kobietę, wspartą na szczeblu drabiny i żywo rozmawiającą z mężczyzną, siedzącym na drzewie. Kobieta była z jednej strony muru, mężczyzna z drugiej.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.