Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XV.
LABIRYNT.
.

Saint-Agnan szukał tylko objaśnień, a znalazł przygodą. Było to dla niego szczęście. Ciekawy dowiedzieć się, dlaczego, a więcej jeszcze, o czem mężczyzna i kobieta rozmawiają o tak późnej godzinie i w podobnem położeniu, schylił się i podlazł prawie pod same szczeble drabiny. Tu starając się, aby mu było jak najwygodniej, oparł się o drzewo i słuchał.
Rozmowa była tej treści:
— Panie Manicamp — mówiła kobieta głosem, w którym pomimo wymawianych wyrzutów, zachował się pewien akcent zalotności — doprawdy, pan mnie naraża na wielkie niebezpieczeństwo. O!... gdyby mnie kto zobaczył, umarłabym ze wstydu.
— Ależ byłoby to dzieciństwem, do którego pani nie jest chyba zdolna.
— Gdyby jeszcze było co pomiędzy nami... lecz bez racji tak się narażać, to trzeba być głupią. Żegnam cię, panie Manicamp.
— Wybornie!... znam mężczyznę, teraz zobaczę kobietę — rzekł do siebie Saint-Agnan, spoglądając na nóżki, obute w atłasowe bladoniebieskie trzewiki i pończochy cielistego koloru.
— Litości!... moja droga panno Montalais — zawołał Manicamp. — nie uciekaj pani!... Mam ci jeszcze powiedzieć wiele ważnych rzeczy.
— Montalais, aha!.. jedna z trzech — pomyślał Saint-Agnan, — Każda z nich ma swoją przygodą; zdaje się tylko, że tej przygoda nazywa się Malicorne, a nie Manicamp.
Na to wezwanie, Montalais zatrzymała się na środku drabiny. Wówczas, widzieć można było, jak nieszczęśliwy Manicamp poruszał się na kasztanie, czy dlatego, aby wdrapać się wyżej, czy też, aby znaleźć sobie dogodniejsze miejsce.
— Słuchaj mnie pani, zapewne domyślasz się, że nie mam złych zamiarów.
— Zapewne, ale co znaczył ten list, który pisałeś pan do mnie, odwołując się do mojej wdzięczności?... poco ta schadzka, której żądałeś ode mnie w podobnem miejscu i o tak późnej godzinie?...
— Odwołałem się do wdzięczności pani, przypominając, że to ja wprowadziłem cię do księżny, bo, pragnąc widzieć się z tobą, na co raczyłaś zezwolić, użyłem środka, który mi się wydawał najpewniejszym. Dlatego wezwałem panią o podobnej godzinie i w to miejsce, bo czas wydawał mi się najswobodniejszym a miejsce zupełnie samotnem. Trzeba zaś pani wiedzieć, że zamierzyłem pytać cię o rzeczy, wymagające ostrożności i ustronia.
— Panie Manicamp, sądzę, że najstosowniej będzie, gdy się oddalę.
— Słuchaj mnie, pani, albo zeskoczę z mojego gniazda w twoje, a wierzaj mi, że to uczynię, bo właśnie w tej chwili gałąź kasztana ciśnie mnie i zmusza do ostateczności. Nie naśladuj pani tej gałęzi i słuchaj mnie.
— Słucham!
— Wyobraź sobie, pani, że dziś o drugiej Guiche wyjechał.
— Cóż z tego?...
— Widząc, że wyjechał, udałem się za nim, jak zwykle.
— Przekonana jestem o tem, bo pana widzę.
— Za pozwoleniem. Ale czy wiesz pani, że biedny hrabia po uszy był w niełasce?....
— Wiem dobrze.
— Była zatem podwójna nierostropność jechać do Fontainebleau, do tych, którzy go wypędzili z Paryża, a nadewszystko do tych, od których go wydalono.
— Rozumujesz pan, jak Pytagoras, panie Manicamp.
— Guiche jest uparty, jak każdy zakochany i nie słuchał moich upomnień, prosiłem go, błagałem, lecz nie chciał mnie słuchać!.. Guiche pojechał konno galopem, a ja za nim, ale truchtem, pozwoliłem zatem wyprzedzić się hrabiemu i jechałem dalej powoli i rozważnie, jak człowiek rozumny, w przekonaniu, że biedak zatrzyma się, odwróci konia i znowu go ujrzę powracającego. Tak przejechałem Ris i Melun; ale jechałem dalej, dziwiąc się, że hrabia nie powraca, nakoniec przybywam do Fontainebleau, dowiaduję się, biegam, pytam; niema hrabiego de Guiche, nikt go nie widział, nikt z nim w mieście nie mówił. Przyjechał do Fontainebleau galopem, wjechał do zamku i zniknął. Od ósmej wieczorem jestem w Fontainebleau, wszędzie szukam i pytam o niego. Nigdzie go jednak niema. Umieram z niepokoju, to prawda, ale nie mam ochoty rzucać się w wilczą paszczę, udając się do zamku, jak to uczynił. Wymyśliłem zatem inny środek, a tym było napisanie listu do pani. Teraz, kiedy powiedziałem ci przyczynę, wytłumacz mi, co się stało z hrabią.
— To rzecz bardzo prosta, panie Manicamp; twój przyjaciel, pan de Guiche był cudownie przyjęty. Król go przypuścił do zabawy. Księżna uśmiechała się doń, a książę jakby go teraz więcej lubił, niż dawniej.
— A!... — rzekł Manicamp, — to mnie objaśnia, dlaczego pozostał w zamku. Ale co robi w tej chwili.
— Według wszelkiego prawdopodobieństwa śpi, albo jeżeli nie śpi, to marzy.
— A co robiono przez wieczór?...
— Tańczono.
— Ów sławny balet zapewne. A hrabia de Guiche?...
— Był cudowny.
— Kochany przyjaciel!... Teraz przepraszam panią, ale muszę się udać do niej.
— Jakto?...
— Pojmujesz że o tej godzinie nie otworzą mi bramy zamkowej, a na gałęzi spać nie mogę; bo zaręczam, chyba tylko papuga utrzymać się na niej potrafi.
— Ale ja, panie Manicamp, nie mogę przeprowadzać przez mur mężczyzny.
— Nie jednego, lecz dwóch — odezwał się drugi głos z bojaźliwym akcentem; łatwo było z niego odgadnąć, że mówiący czuł niewłaściwość swego żądania.
— Mój Boże!.. zawołała Montalais, spoglądając pod kasztan — kto tam do mnie mówi?
— Ja, pani.
— Kto taki?...
— Malicorne, najpokorniejszy sługa.
Malicorne, wymawiając te słowa, z ziemi wspiął się na gałęź, a z gałęzi na mur.
— Panie Malicorne, co robisz?... jak widzę, ci panowie obaj poszaleli.
— O!.. pani, — mówił Malicorne — nie bądź tak okrutną, błagam cię.
— Koniec końców — odezwał się Manicamp — jesteśmy pani przyjaciółmi, a śmierci przyjaciół żądać nie możesz. Skazać nas na spędzenie nocy pod gołem niebem byłoby narażeniem nas na śmierć.
— O!.. — odpowiedziała Montalais — pan Malicorne jest silny i nic mu nie będzie, chociaż spędzi jednę noc pod gołem niebem.
— Dobrze, niech sobie Malicorne robi, co mu się podoba — rzekł Manicamp, — a ja przechodzę.
I, schylając gałęź usiadł przy boku panny de Montalais.
Montalais chciała zepchnąć pana Manicamp; lecz on trzymał się silnie. Walka, trwająca kilka sekund, miała poniekąd stronę malowniczą, z której oko pana de Saint-Agnan odniosło dla siebie korzyść. Ale Manicamp odniósł zwycięstwo. Opanowawszy drabinę, stanął na niej i z grzecznością podał przeciwniczce rękę. Tymczasem Malicorne wpakował się mi kasztan, na miejsce, które przed chwilą zajmował Manicamp, obiecując sobie, że i dalsze jego miejsce zajmie. Manicamp i Montalais zeszli o kilka szczebli; Manicamp ciągnął Montalais, która się broniła i śmiała. Jednocześnie zaś słychać było błagalny głos Malicorna.
— Moja panno Montalais, nie opuszczaj mnie, błagam cię. Miejsce to dla mnie niebezpieczne, bez narażenia się nie mogę przejść na drugą stronę muru; niech Manicamp drze sobie odzież, bo to nie jego, ale hrabiego de Guiche; ja zaś kiedy podrę, to nie pana Manicampa, ale swoją.
— Według mojego zdania, — mówił Manicamp, nie zważając na lamentacje Malicorna — według mojego zdania, najlepiej zaraz poszukać hrabiego de Guiche, bo później może się do niego nie dostanę.
— I ja tak sądzę, — odpowiedziała Montalais — idź zatem, panie Manicamp.
— Dziękuję. Do widzenia pani, nie można być więcej niż pani godną kochania.
— Panie Manicamp, sługa pańska, teraz muszę pozbyć się Malicorna.
Malicorne westchnął. Manicamp postąpił kilka kroków; ale niebawem wrócił pod drabinę.
— Za pozwoleniem pani — zapytał — którędy się dostanę do pana de Guiche?...
— A!.. prawda, to łatwo trafić. Idź pan za szpalerem grabowym.
— Dobrze.
— Zajdziesz pan na zielone rozdroże.
— Dobrze.
— Znajdziesz tam cztery ulice.
— Rozumiem.
— Wejdziesz na prawą.
— Na prawą?...
— Nie, na lewą.
— Dobrze.
— Nie, nie, zaczekaj pan.
— Pani jakoś nie jesteś pewna siebie. Jeżeli łaska, raz jeszcze powtórz.
— Na środkową.
— Wszak są cztery ulice.
— Prawda; wiem, że z czterech ulic jedna prowadzi do księżny i tę znam dobrze.
— Ale pan de Guiche nie jest przecież u księżny?....
— A tak.
— Zatem droga, prowadząca do księżny zupełnie jest mi niepotrzebna, a ja chciałbym się dostać na tę, która prowadzi do pana de Guiche.
— Tak, wiem o tem i znam ją; ale oznaczyć ją nie tak łatwo.
— Ale przypuśćmy, że znalazłem tę szczęśliwą ulicę.
— Zatem trafisz pan.
— Dobrze.
— Tak, tylko przebędziesz pan labirynt.
— Tylko, do djabła!... zatem jest i labirynt?
— Nawet łatwy do zabłądzenia, bo i w dzień błądzą po nim, bez końca tam ulic, uliczek i ścieżek, ale uważaj pan: najprzód trzy razy wrócisz się na prawo, potem dwa razy na lewo, potem raz... raz, albo dwa razy, rozumiesz pan, nakoniec, wychodząc z labiryntu, znajdziesz pan ulicę jaworową, a ulica jaworowa zaprowadzi prosto do pawilonu, który zamieszkuje pan de Guiche.
— Dziękuję pani — rzekł Manicamp — wyborne objaśnienie i zaręczam, że, idąc za niem, trafię do celu. Teraz o jednę łaskę mam panią prosić.
— O jaką?..
— Abyś podała mi rękę i raczyła poprowadzić jak druga... jak druga... Na honor, uczyłem się mitologji, ale w tem zamieszaniu zapomniałem o wszystkiem, pójdź pani, błagam cię.
— A mnie — wołał Malicorne — mnie opuszczacie?...
— Panie, to niepodobna — odpowiedziała Montalais Manicampowi — gdyby mnie zobaczono o podobnej godzinie, sam pomyśl, coby powiedziano.
— Ale sumienie i przekonanie pani — krótko odrzekł Manicamp.
— Niepodobna, panie niepodobna.
— Zatem pomóż mi, pani, sprowadzić Malicorna, to chłopiec pojętny i wiele ma węchu, on mnie będzie prowadził: kiedy zabłądzimy, to we dwóch i przynajmniej wzajemnie będziemy się ratowali. Gdyby nas kto we dwóch spotkał, mógłby o nas coś uczciwego pomyśleć, sam zaś wyglądałbym, jak złodziej lub kochanek. Pójdź, Malicorne, oto drabina.
— Panie Malicorne — zawołała Montalais — ani mi się waż ruszać z drzewa, jeżeli nie chcesz się narazić na mój gniew.
Malicorne cofnął się ze smutkiem.
— Pst!... cicho — rzekł Manicamp.
— Co tam takiego?... — zapytała Montalais.
— Słyszę stąpanie.
— A!... mój Boże!...
Rzeczywiście niepewne początkowo stąpanie stawało się głośnem, gałęzie rozsunęły się i pan de Saiint-Agnan ukazał się z uśmiechającemu oczami i ręką wyciągnioną, chwytając wszystkich na stanowiskach, w jakich ich zastał, to jest: Malicorna na drzewie z wyciągniętą szyją, Montalais na szczeblach drabiny, Manicampa zaś na ziemi, przygotowanego do dalszego pochodu.
— Witam, panie Manicamp!... — rzekł hrabia — witam, kochany przyjacielu!... brakowało cię nam dzisiejszego wieczora i pytano o ciebie. Panno de Montalais, najniższy sługa.
Montalais zapłoniła się.
— O!... mój Boże!... — zawołała, zakrywając twarz rękami.
— Pani — mówił Saint-Agnan — uspokój się, wiem o twojej niewinności i gotów jestem zaświadczyć ją; panie Manicamp, pójdź za mną, szpaler grabowy, labirynt i bezdroża znają mnie, będę twoją Ardjaną. A co, znalazłem twoje mitologiczne wyrażenie?...
— Na honor, prawda, panie hrabio. Bardzo dziękuję.
— Ale przy tej samej sposobności, panie hrabio — rzekła Montalais — zabierz pana Malicorna.
— Bardzo przepraszam — odpowiedział Malicorne — pan Manicamp rozmawiał z panną, dopóki mu się podobało, teraz na mnie kolej. O wielu rzeczach mam z panią pomówić, a wszystkie dotyczą naszej przyszłości.
— Słyszysz, pani — rzekł hrabia z uśmiechem — zostań pani z nim, wszak wiesz, że ta noc pełna tajemnic.
I hrabia, biorąc pod rękę Manicampa, śpiesznie poprowadził go na drogę, którą panna de Montalais znała doskonale, a która przecież tak źle opisywała.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.