Wicehrabia de Bragelonne/Tom IV/Rozdział VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.
PODRÓŻ.

Nazajutrz, jako w dniu, wyznaczonym do podróży, król, zeszedłszy po głównych schodach z królową i księżną, wsiadł do karety, zaprzężonej w sześć dziarskich koni. Cały dwór w ubiorach podróżnych oczekiwał na dziedzińcu. Najprzód ruszyła kareta królewska, potem kareta księżny, następnie inne, podług porządku, jaki był wskazany. Gorąco było niezmierne. Lekki wietrzyk, który wydawał się zrana dość mocny, aby odświeżyć powietrze, teraz, ogrzany słońcem, zamiast ochłody, powiększał jeszcze upał.
Król, jadąc najpierwej, jakeśmy to powiedzieli, nie mógł naturalnie widzieć powozów dam honorowych, jadącym za nim. Zresztą, musiał ciągle odpowiadać na nieustanne zapytania młodej królowej, która szczęśliwa z towarzystwa ukochanego męża, jak mówiła w zapomnieniu o etykiecie dworskiej, obarczała go całą swoją miłością, krępowała całą troskliwością, bojąc się, ażeby go jej nie odebrano, albo żeby mu nie przyszedł kaprys opuszczenia jej nagle. Anna Austrjacka, której nic wówczas nie zajmowało, tylko ostre kłucie poczynającej się w piersiach choroby, Anna Austrjacka udawała wesołą i chociaż dobrze widziała niecierpliwość króla, przedłużała ją, złośliwie podniecając rozmowę, właśnie wtenczas, kiedy król chciał być sam z sobą, aby marzyć o swojej miłości. I te ciągle nadskakiwania królowej i sprzeciwiania się Anny Austriackiej, draźniły króla, nie umiejącego ukryć niecierpliwości; skarżył się na gorąco, a był to początek innych skarg, które nie były znów takie, aby Marja Teresa nie mogła poznać prawdziwego ich celu. Kiedy gorąco zmniejszyło się, król uskarżał się, że go nogi bolą od ciągłego siedzenia, a gdy właśnie kareta zatrzymała się dla przeprzęgu, królowa rzekła:
— Jeżeli chcesz, wysiądziemy, bo i mnie nogi zdrętwiały. Przejdziemy się trochę, a gdy powozy nadjadą, znowu wsiądziemy.
Król zmarszczył brwi; była to ciężka próba cierpliwości, jaką zadała zazdrosna żona, która, chociaż pożerana była zazdrością, miała jednak dosyć mocy, aby nie okazać gniewu. Król nie mógł więc odmówić; wysiadłszy z powozu, podał rękę królowej i poszli naprzód, zanim zmieniono konie. Idąc, zazdrosnem okiem spoglądał na dworzan, jadących konno. Królowa spostrzegła wkrótce, że przechadzka równie nudzi króla, jak podróż w karecie, oświadczyła więc chęć wrócenia do powozu, lecz król nie wsiadł i usunął się na bok, a w szeregu karet starał się rozpoznać tę, która go najwięcej zajmowała. W drzwiczkach szóstej z rzędu karety ukazała się biała twarz panny La Valliere. Kiedy król, nieruchomo tonął w marzeniach, a cały orszak oczekiwał jego rozkazu, aby ruszyć dalej, ktoś o trzy kroki odezwał się doń z uszanowaniem.
Był to pan Malicorne, siedzący na koniu i trzymający w ręku luźnego wierzchowca.
— Wasza Królewska Mość żądał konia? — rzekł.
— Konia! pan miałbyś jednego z moich koni? — spytał król, starając się przypomnieć twarz mówiącego, mało mu dotąd znaną.
— Najjaśniejszy Panie, to koń ze stajni Jego Królewskiej Wysokości. Lecz Jego Królewska Wysokość nie jeździ nigdy konno na takie gorąco.
Król nic nie odpowiedział, ale przystąpił do konia, ryjącego ziemię kopytem, i zanim Malicorne zdążył potrzymać mu strzemię, już król był na koniu. Nabrawszy zaś po tem szczęśliwem zdarzeniu wesołego humoru, poskoczył ku karecie królowych i pomimo pomieszanej twarzy Marji Teresy, rzekł:
— Na honor, znalazłszy konia, korzystam z niego, bo też dusiłem się w karecie; do widzenia, moje panie — i kłaniając się zgrabnie, znikł im z oczu.
Anna Austrjacka wychyliła się, aby go widzieć; nie pojechał daleko, gdyż, zbliżywszy się do szóstej karety, zatrzymał konia i zdjął kapelusz. Było to powitanie panny La Valliere, która, wydawszy okrzyk zdziwienia, zaczerwieniła się a radości. Montalais, która siedziała obok niej, ukłoniła się głęboko królowi, poczem, jako kobieta dowcipna, obróciwszy się w przeciwną stronę, udawała, że ją zajmuje bardzo widok krajobrazu. Rozmowa króla z panną La Valliere zaczęła się, jak wszystkie rozmowy kochanków, od wymownych spojrzeń i nic nie znaczących wyrazów. Król mówił, że mu tak było duszno w karecie, iż koń był prawdziwem dobrodziejstwem nieba.
Potem rozmowa zeszła na poważniejsze sprawy.
— Tak to — mówił z westchnieniem król — swoboda wiejska już się kończy, a częstsza służba przy księżniczce pozbawi nas możności widywania.
— Wasza Królewska Mość zbyt wysoko ceni księżnę, abyś nie miał często jej odwiedzać, a przechodząc przez pokój...
— O! — rzekł król głosem czułym, zniżając go stopniowo — spostrzec, nie jest to widzieć się, lecz dla pani, jak się zdaje, to wystarcza.
Ludwika nic nie odpowiedziała, tylko westchnienie odezwało się z jej piersi.
— Masz pani wielką moc panowania nad sobą — rzekł król.
La Valliere uśmiechnęła się smutnie.
— Obróć tę siłę na rzecz miłości — mówił dalej król — a Bogu podziękuję, że jej pani udzielił.
La Valliere milczała i tylko wzniosła na króla wzrok, pełen miłości. Wtenczas Ludwik, jakby trawiony tym palącym wzrokiem, potarł ręką po czole i, ściskając konia, wyjechał naprzód. A ona nawpół przymkniętemi oczyma goniła za tym pięknym jeźdźcem, który owładnął jej całą duszą. Kochała go już zupełnie i miłość ta upajała ją. Po chwili król powrócił.
— O! — rzekł — czyż pani nie widzisz, że milczenie twoje zabija mnie, musiałabyś być okrutna, chcąc ze mną zerwać, a przytem zdaje mi się, że jesteś niestałą, wreszcie boję się tej miłości, którą czuję dla ciebie.
— O, mylisz się, Najjaśniejszy Panie — odrzekła La Valliere — jeżeli kiedy pokocham, to na całe życie z pewnością.
— Jeżeli pani pokochasz — podchwycił król z boleścią — a więc pani nie kochasz?
La Valliere ukryła twarz w dłonie.
— Widzisz więc, pani, widzisz, iż mam słuszność oskarżać ciebie, żeś obojętna, zmienna, zalotna, o mój Boże! mój Boże!
— O! nie, Najjaśniejszy Panie, uspokój się, nie, nie.
— Przyrzecz więc, że będziesz dla mnie zawsze jednaką.
— O zawsze, Najjaśniejszy Panie.
— Że nie będziesz miała w sobie tego okrucieństwa, co mię dręczy, tej zmienności, co mię o śmierć przyprawia.
— Nie, nie, nie.
— A więc uważaj. Lubię przyrzeczeniom nadać formę przysięgi, to jest oddać chcę wszystko to, co me serce oddaje pod boską opiekę. Przyrzecz mi więc, albo raczej przysięgnij mi, że, jeżeli w tem życiu, które rozpoczynamy, w życiu pełnem tajemnic, ofiar, boleści, w życiu przeciwności i nieporozumień, przysięgnij mi, że jeżeli się w czem pomylimy, jeśli się źle zrozumiemy, jeśli nawet uchybimy sobie lub zawinimy względem naszej miłości, przysięgnij mi, Ludwiko...
La Valliere zadrżała aż do głębi duszy, gdyż pierwszy raz usłyszała swoje imię, tak prosto wymówione przez swego ukochanego kochanka. Ten zaś, zdjąwszy rękawiczkę, wyciągnął rękę aż do karety.
— Przysięgnij mi — mówił dalej — że we wszystkich naszych sprzeczkach, zdala jedno od drugiego nie przepędzimy dnia w takiem nieporozumieniu bez zobaczenia się, a przynajmniej bez przesłania sobie pociechy i uspokojenia.
La Valliere schwyciła zimnemi rękami pałającą rękę króla i ściskała ją dotąd, aż koń, przestraszony bliskością karety, odskoczył i pozbawił ją tego szczęścia. Przysięgła.
— Powracaj, Najjaśniejszy Panie, powracaj do królowej, bo przeczuwam burzą, która zagraża memu sercu.
Ludwik był posłuszny. Skłonił się pannie Montalais i popędził do karety królowych.
Przejeżdżając, widział śpiącego w powozie księcia. Księżna nie spała i rzekła do przejeżdżającego króla:
— Co to za piękny koń, Najjaśniejszy Panie. Ale czy to nie gniadosz mego męża?....
Królowa zaś wyrzekła tylko:
— Czy ci już lepiej?... mój drogi, Najjaśniejszy Panie?...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.