Wicehrabia de Bragelonne/Tom IV/Rozdział XVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVIII.
O OGRODNIKACH, DRABINACH I PANNACH HONOROWYCH.

Na nieszczęście, cuda nie mogły zdarzać się codzień, a zły humor księżny ciągle trwał. Już przez cały tydzień król nie mógł spojrzeć na La Valliere, bez spotkania podejrzliwego wzroku.
Gdy zaś król, jak w Fontainebleau, wziąwszy Saint-Agnana z sobą, chciał pójść do La Valliere, zastał tam pannę de Tonnay-Charente, która tyle narobiła krzyku, iż cały regiment kobiet i paziów nadbiegł, i Saint-Agnan, który pozostał sam, dla ocalenia honoru króla, dostał porządną burę od królowej matki i księżny. Nadto dwie osoby z rodziny Mortemart wyzwały go na pojedynek, i dla pogodzenia ich wdać musiał się w to aż król. Nieporozumienie to stad nastąpiło, że księżna kazała niespodzianie zmienić mieszkanie swoim pannom, wskutek czego La Valliere i Montalais miały przeznaczony na sypialnie gabinet obok pokoi księżny. Nic już nie można było wykonać, nie było można nawet ani listów pisać pod okiem tak srogiego Argusa. Wyobrazić też sobie można, do jakiego stopnia wzburzenia i złego humoru doprowadziły młodego lwa wszystkie te przeciwności. Król łamał sobie głowę nad wynalezieniem takiego środka, ale nie zwierzywszy się ani d‘Artagnanowi, ani Malicornowi, nie mógł znaleźć żadnego.
Malicorne miał kilka niezłych pomysłów, aby ośmielić króla do zupełnego zwierzenia się, lecz czy to przez wstyd, czy niedowierzanie, król nie chciał mu zaufać. Tak naprzykład pewnego wieczora, kiedy król, chodząc po ogrodzie, smutno spoglądał na okna księżny, Malicorne trącił drabinę, leżącą pod szpalerem i szedł do Manicampa, który szedł z nim za królem, nic nie widząc i nie słysząc:
— Nie widziałeś, żem się uderzył o drabinę i tyłkom co nie upadł?
— Nie!... — rzekł Manicamp, jak zawsze roztargniony — aleś przecie nie upadł?
— Mniejsza o to, ależ to niebezpiecznie zostawiać te drabiny!
— Tak, można się skaleczyć, zwłaszcza kiedy się jest roztargnionym.
— Ale ja nie o tem myślę, ja mówię, że to niedobrze jest zostawiać drabiny pod oknami pań honorowych.
Ludwik zadrżał niepostrzeżenie.
— Jakto — rzekł Manicamp.
— Mówże głośniej — szepnął mu Malicorne, trącając go łokciem.
— Jakto? głośniej?... — rzekł Manicamp.
Król nadstawił uszu.
— Bo właśnie taka drabina, dziewiętnaście stóp długa, sięga aż do okien.
Manicamp, zamiast odpowiedzieć, marzył.
— Pytajże mnie do jakiego okna!... — szepnął Malicorne.
— Ale o jakich oknach mówisz?... — zapytał głośno Manicamp.
— O oknach księżny.
— Ależ?
— Ja nie mówię, ażeby kto miał wchodzić oknem do księżny, ale w gabinecie księżny, oddzielonym cieniutkiem przepierzeniem, sypiają panna La Valliere i Montalais, a to ładne panienki.
— Tylko cienkiem przepierzeniem — rzekł Manicamp.
— Patrz, oto apartamenty księżny, widzisz te dwa okna oświetlone?
— Widzę.
— A to okno obok nich, mniej oświetlone, czy widzisz?
— Doskonale.
— To właśnie okno panien honorowych; patrzaj, oto i panna La Valliere otwiera okno i, gdyby miała jakiego śmiałego kochanka, pewnoby ten skorzystał z drabiny, aby chwilkę z nią pomówić.
— Ależ ona tam nie jest sama, bo powiedziałeś, że jest i panna Montalais?
— O! tej to jakby nie było! to przyjaciółka od dzieciństwa i zupełnie jej oddana. A zresztą, jej powierzyć tajemnicę, to wszystko jedno, co wrzucić ją do studni.
Król słyszał całą rozmowę. Nawet Malicorne zauważył, że król zwolnił kroku, aby mógł ją wysłuchać. Przyszedłszy do drzwi, pożegnał wszystkich prócz Malicorna. Nikogo to jednak nie zdziwiło, wiedziano bowiem, że król jest zakochany i że układa wiersze po księżycu, a chociaż księżyc nie świecił tego wieczora, nie przeszkadzało to zajmować się wierszami. Kiedy wszyscy odeszli, król rzekł do Malicorna.
— Co to pan mówiłeś o jakiejś drabinie?
— Ja, Najjaśniejszy Panie? mówiłem o drabinie?
I Malicorne wzniósł oczy do góry, jakby sobie przypominał.
— Tak! o drabinie, długiej na dziewiętnaście stóp!
— A prawda! Wasza Królewska Mość chcę ją widzieć?
— Pokaż mi ją.
Malicorne zaprowadził do niej króla.
— Oto jest, Najjaśniejszy Panie!
— Wyciągnij ją trochę.
Malicorne wyciągnął ją na ścieżkę.
— Hm! hm!... — rzekł król — mówisz, że ma dziewiętnaście stóp długości.
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie!
— Dziewiętnaście stóp! o! to długa, ale zdaje mi się, ażeby tyle miała.
— Bo tak od razu nie można dobrze zmierzyć, Najjaśniejszy Panie, daleko łatwiej byłoby dojść prawdy, gdyby drabina była oparta o drzewo albo o mur.
— To wszystko jedno! ale mnie się jednak nie zdaje, ażeby była tak długa.
— Wiem, że Wasza Królewska Mość ma niezawodną miarę w oku, a jednak założyłbym się o to.
Król pokiwał głową.
— Jest niezawodny sposób sprawdzenia — rzekł Malicorne.
— Jaki.
— Każdy to wie, że od dołu aż do pierwszego pietra wysokość pałacu wynosi stóp osiemnaście.
— To prawda.
— A zatem opierając drabinę o mur, łatwo się przekonać.
— A prawda.
Tymczasem Malicorne już oparł drabinę o mur.
I czy przypadkiem, czy też umyślnie, podstawił drabinę pod okno La Valliere.
Drabina zupełnie przypadła pod pierwsze piętro, tak iż człowiek, stojący na jej przedostatnim szczeblu, łatwo mógł rozmawiać z osobami, stojącemi w oknie.
Skoro tylko drabina została postawiona, król, porzucając udawanie, do jakiego się zmuszał, wlazł po niej do góry, a Malicorne podtrzymywał ją; lecz zaledwie był w połowie drogi, kiedy patrol z oddziału gwardji Szwajcarów pokazał się w ogrodzie, postępując wprost ku drabinie. Król, zlazłszy co prędzej, schował się w krzaki. Malicorne, pojął że musi się tu poświęcić. Gdyby bowiem był także się schował, szukanoby dopóty, dopóki nie znaleziono jego i króla. Lepiej więc byłoby, gdyby znaleziono tylko jednego. Dlatego też tak się tylko schował, ażeby go zaraz zobaczono, co też nastąpiło.
Aresztowano go, zaprowadzono na odwach, lecz tam został poznany i natychmiast uwolniony. Tymczasem król, od krzaku do krzaku, dostał się do drzwi swego mieszkania, bardzo niezadowolony z tego zdarzenia.
Tembardziej że hałas, stad powstały, ściągnął do okna La Valliere, Montalais, a nawet księżna pokazała się w swojem oknie, zapytując, co się stało. Napróżno Malicorne i d’Artagnan, który przybiegł na wezwanie pierwszego, wysilali dowcip dla nadania jakiegoś pozoru temu wypadkowi. Malicorne musiał przyznać się wreszcie, że chciał wejść po drabinie do pokoju panny Montalais, tak, jak przedtem Saint-Agnan wyznał, że chciał otworzyć drzwi do pokoju panny de Tonnay-Charente. Księżna była nieubłagana z dwóch przyczyni jeżeli istotnie Malicorne chciał wejść do pokojów w nocy po drabinie, aby widzieć pannę Montalais, był to postępek godny kary. Jeżeli zaś Malicorne służył tylko za pośrednika pomiędzy La Valliere i inną, której nie chciał wymienić, osobą, występek jego był jeszcze cięższym, gdyż nie miał za sobą zaślepienia namiętności, któraby go tłumaczyła. Księżna narobiła wiele hałasu i kazała Malicorna usunąć z dworu księcia, — i w zaślepieniu gniewu zapomniała, że Malicorne i Montalais, jak to mówią, mieli ją w ręku, za odwiedziny u Guicha i wiele innych równie drażliwych wydarzeń. Montalais, rozjątrzona, chciała się natychmiast zemścić, ale Malicorne przekonał ją, że względy króla zastąpią tę niełaskę i że nie będzie bez korzyści cierpieć trochę dla króla. I Malicorne miał słuszność.
Król najprzód kazał wypłacić Malicornowi, jako wynagrodzenie za stracone miejsce, pięćdziesiąt tysięcy liwrów. Potem umieścił go na swoim dworze, zadowolony, że choć tem zemścić się może na księżnie za wszystkie jemu i La Valliere wyrządzone przykrości. Ale, nie mając Malicorna, któryby mu kradł chustki i mierzył długość drabiny, biedny kochanek był w wielkim kłopocie. Bo ani nie było możności zbliżyć się do La Valliere, dopóki będzie w Palais Royal.
Na szczęście, Malicorne czuwał i tak się starał, że spotkał się z Montalais; wprawdzie i ona też czyniła, co mogła, aby się z nim spotkać.
— Co robisz w nocy u księżny?... — spytał ją.
— W nocy... śpię!... — odpowiedziała.
— Ależ to bardzo źle spać, kiedy kto ma tak wielkie zmartwienie, jak panna?
— A jakież ja mam zmartwienie?
— Czyż nie rozpaczasz z powodu mojej nieobecności?
— Ależ nie!... dostałeś pięćdziesiąt tysięcy liwrów i miejsce u króla.
— Mniejsza o to!.. jesteś bardzo zmartwiona, że mnie nie widujesz tak często, jak dawniej, i jesteś nadewszystko w rozpaczy, żem stracił zaufanie u księżny, nieprawdaż?
— O!.. tak, to prawda!
— Otóż zmartwienie przeszkadza ci spać w nocy i dlatego też płaczesz, wzdychasz i ucierasz nos bardzo mocno, — dziesięć razy na minute.
— Ależ, mój kochany, księżna nie może znieść najmniejszego hałasu.
— Wiem o tem dobrze, i dlatego księżna, widząc tak mocną twoja boleść, nie omieszkała jak najprędzej usunąć cię od siebie.
— Rozumiem!
— Nareszcie!
— Ale cóż potem będzie?
— A to będzie, że La Valliere sama jedna, rozłączona z tobą, będzie w nocy jeszcze mocniej płakać i wzdychać, niżbyście to we dwie uczyniły.
— A wtenczas przeniosą ją do innego pokoju.
— O to właśnie chodzi.
— No zacznij więc od dziś swoje jeremiady.
— Nie zaniedbam.
— I oświeć co do tego La Valliere.
— Nie bój się, dość ona płacze pocichu.
— Dobrze!... to teraz niech płacze głośno.
Po tej rozmowie rozeszli się.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.