<<< Dane tekstu >>>
Autor Jack London
Tytuł Wojna z polowaniem na mamuta
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Ignis”
Data wyd. 1921
Druk Drukarnia „Rola”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Karol Lilienfeld-Krzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Pogląd na niemożliwości i nieprawdopodobieństwa mam nieco odmienny od państwa. Wierzę w nieprawdopodobieństwa, które stają się prawdą. Wcale się nie dziwię, gdy to, co wydawało się niemożliwem, ziściło się, jako możliwość jasna, jak słońce. Wogóle nie dziwię się, a raczej dziwię się bardzo rzadko, ale wtedy zdziwienie moje graniczy z przerażeniem. Czuję wtedy, że ogarnia mnie całego od cebulek włosów do paznogci u nóg zdziwienie twarde, stężone, zapychające mi gardło tak, że mi oddychać i mówić trudno. Dziwię się raz na pięć, sześć lat, a przytem — to ciekawe — po pięć, sześć razy w dniu, w którym skłonny jestem do dziwienia się. Jest to jakiś chorobliwy atak dziwienia się z lada błahego powodu. Chciałbym jeszcze zaznać kiedy w życiu uczucia strachu i bólu głowy, szczególniej tego ostatniego, o którym wspominają mi często moi znajomi, a nawet własna żona. Nie wiem, co to jest strach i ból głowy. Żona powiedziała mi, iż to dlatego prawdopodobnie, że nie mam głowy. Zła była, że jej powiedzenie wziąłem na serjo. Cóż robić? Wierzę w nieprawdopodobieństwa, nie dziwię się i nie boję, więc uwierzyłem, że nie mam głowy, która mnie z tego powodu nie boli. Inny na moim miejscu zdziwiłby się, nie dał wiary albo nawet że przeraził się.
Niedawno jeden z naszych uczonych mężów, oddający się wyłącznie nauce — człowiek cichy o głośnem nazwisku — opowiadał mi, że widział na seansie spirytystycznym objaw rozdwojenia się. Pewien gość siedział sobie wygodnie na fotelu, a vis à vis siedział jego sobowtór na takim samym fotelu. Zauważono przytem, że sobowtór bał się bardziej od rozdwojonego gościa, który spokojnie przypatrywał się sobie samemu, a nawet zdobywał się względem siebie na krytyczne uwagi. Mąż uczony opowiedział dalej, że wszyscy uczestnicy seansu byli przerażeni, dziwili się niepomiernie i pogodzili się z tem, że nieprawdopodobieństwo dzielenia się człowieka ziściło się w ich obecności. Sam zaś uczony uwierzył w to, co uważał dotąd za niemożliwość: w rozdwajanie się fotelu, a więc materji nieżywej, bo co do materyj żywych — to po licznych doświadczeniach naukowych nie miał żadnych wątpliwości.
Ale co było najzabawniejsze, to to właśnie, że uczony szczerze się zdziwił, iż ja bez odpowiedniego przygotowania naukowego pogodziłem się z możliwością rozłupywania się jednego fotelu na dwa.
Musiałem mu wytłomaczyć, iż: 1) od wczesnej młodości wierzę w niemożliwości, a 2) czy będę wierzył czy nie — wiem z pewnością, że fotelowi wcale nie zależy na mojej opinji.
Muszę tutaj dodać, że moja wiara w możliwe nieprawdopodobieństwa nie jest bierna, lecz czynna, a chcę przez to powiedzieć, iż tkwi we mnie coś takiego, co mnie zmusza w ten, czy inny sposób wplątywać się w historje nieprawdopodobne, których przeżywanie nie sprawia mi jakiejś specjalnej rozkoszy lub przyjemności, lecz które mnie ciągną, jak magnes opiłki, bursztyn kawałeczki papieru, lampa — ćmy. Łatwo sobie wyobrazić, że z tego powodu nie mam wśród ludzi ustalonej opinji. Różni — różnie o mnie mówią. Ci, co są o mnie neutralnego lub nieprzyjaznego zdania, nie zdają sobie sprawy z jednej rzeczy, z tej mianowicie, że nie wszystkie istoty ludzkie mogą uniknąć w życiu cech i wad, zgoła od nich niezależnych. Zdarza się przecież, że jednego napada pasja szewcka, drugiego febra lub hiszpanka, innego znów napada bandyta, a mnie: chęć nieprzeparta pogrążenia się aż po same uszy w niemożliwość. Jak koń wilka, mysz słoninkę, tak ja już zdaleka wietrzę realizujące się nieprawdopodobieństwo, w którem muszę koniecznie umaczać palec.
Dziś, gdy się ożeniłem, ustatkowałem, gdy bądź co bądź mam lat trzydzieści z okładem, jest ze mną znacznie lepiej, niż bywało dawniej. Dziś czekam na niemożliwości, by mi się zaczęły same narzucać, drażnić mnie, — ale dawniej... Dawniej, tuż przed wybuchem wojny nawet — szukałem nieprawdopodobieństw, goniłem za niemi w cierpieniach dusznych, miesiącami całemi nie znajdując ukojenia.
Mając lat czternaście uciekłem z domu do Ameryki.
Czy była to zwykła dziecinnada? Nie! Nie było w tem wcale — jak się domyślacie państwo — przyczyn, uchodzących dziś już za szablonowe. Przedewszystkiem ja nie uciekałem, lecz uciekłem do Ameryki. Nie czytałem powieści podróżniczych, awanturniczych przygód z czerwonoskórymi. To wszystko odczytuję dopiero teraz, bo znając na wylot kraje i okolice, o których brednie niesłychane plotą autorowie książek dla młodzieży, lubię te obrazki. W czwartej klasie gimnazjalnej czytywałem Wyspiańskiego, Żeromskiego i Przybyszewskiego. Przypominam sobie, jak jeden z moich nauczycieli i polonista do tego, bardzo był zirytowany tą moją lekturą. Powiedział mi, że aby poznać Przybyszewskiego trzeba, „smarkaczu, umieć myśleć filozoficznie“. Ta, może i słuszna uwaga (nie znam się na literaturze pięknej), nic nie pomogła, bo wydała mi się bez sensu i do dziś dnia jej nie rozumiem. Znam człowieka, który chełpi się tem, że poznał Przybyszewskiego, a niema pojęcia o filozofji i jest zawodowym urzędnikiem pocztowym w Poznaniu.
A uciekłem do Ameryki w sposób szablonowy — to prawda. Ukradłem ojcu trochę pieniędzy i już bez szeląga znalazłem się w porcie hamburskim na okręcie „Indiana“ pomiędzy beczkami rumu, śledzi, pakami serów szwajcarskich i wogóle pomiędzy woniejącemi beczkami i pakami. Płakałem tam z głodu, dusiłem się z powodu zaduchu, lecz nie mogłem uciec z powrotem na ląd, bo już byłem na pełnem morzu. Własnemi rozszerzonemi oczami, przyzwyczajonemi do ciemności, z dziwnem uczuciem, z którego nie umiałem sobie zdać sprawy, patrzyłem na żywe nieprawdopodobieństwo: oto zażywne myszy, tłuste szczury, wypasione koty, postarzałe w służbie okrętowej, waliły się pokotem, zmożone chorobą morską, — podczas, gdy ja, co po raz pierwszy znalazłem się na głębszej wodzie, byłem zdrów, jak ryba.
Czy państwo myślicie, że — jak to zawsze bywało z chłopcami w mojej sytuacji — głód przemógł we mnie strach i wyszedłem na pokład, gdzie mnie odrazu dojrzał ostry wzrok kapitana?
Czy sądzicie, że mnie chwycił mocno za ucho, obiecał cisnąć za nogi do morza i że rzuciłem mu się do stóp, błagając o życie?
Czy sądzicie, że surowy kapitan, równie odważny, jak szlachetny, zamiast spełnić wyrok groźny — kazał mi być kuchcikiem, czy też posługaczem palacza okrętowego?
Nic podobnego! W ciągu miesiąca podróży nie byłem na pokładzie, nie widziałem nietylko żadnego kapitana, ale wogóle światła dziennego. Nawet człowiek, który mi umożliwił podróż, był synem rasy czarnej.
Żyłem w ciemności, jak sowa. Wyda się to wam niemożliwem, a przecież nikomu prócz mnie nie zdarzyło się takie realne i szczęśliwe zarazem nieprawdopodobieństwo.
Jak to zawsze bywa na okrętach, zakradł się wyjątkowo ciemnej nocy czarny murzyn do beczek z rumem.
Straszne to pijaki te murzyny i nie w tem należy widzieć niemożliwość, że murzynowi okrętowemu zachciało się rumu, ale owszem w tem, że się takiego pasażera nie przeraziłem, jakkolwiek po raz pierwszy w swem niedługiem życiu ujrzałem murzyna i to w nocy wyjątkowo ciemnej.
Nie tylko, że się nie przestraszyłem, choć mógł przecież zdradzić mą kryjówkę, lecz steroryzowałem go. Gdy klęknął obok jednej z beczek i przewiercił w niej świderkiem zgrzytliwym dziurkę i gdy ciągle klęcząc, oparł się rękoma na ziemi, by móc wygodniej pić, wskoczyłem na murzyna i siedząc na nim okrakiem, biłem go, wołając po cichu:
— A ty, złodzieju!
Jeszcze i dziś śmiać mi się chce, gdy sobie przypomnę tę scenę i wyraz gęby murzyna, choć tyle lat przecież minęło.
Porozumieliśmy się odrazu. Byłem panem sytuacji. Murzyn obiecał mnie karmić i wogóle dbać o moje wygody, a ja — nie przeszkadzałem mu w jego brzydkiem rzemiośle. Zaprzyjaźniliśmy się nawet i do chwili rozstania się naszego murzyn nie wiedział, że kryłem w swym sercu zdradę, do której ujawnienia na szczęście nic mnie nie zmusiło. Liczyłem się z tem, że mógł nas obydwóch przyłapać ktoś głęboko pod pokładem. Na taką chwilę miałem plan ukartowany. Siadłbym okrakiem na murzyna, biłbym go i wołał, ale w niebogłosy:
— A ty złodzieju!
Zdobyłbym sobie łaskę kapitana za wykrycie złodziejstwa i tępienie pijaństwa, a murzyn... o! murzyn miałby się wtedy zpyszna!
Dojechałem szczęśliwie do Ameryki, do kraju, dokąd mnie, młodego chłopca, pchnęło nieprzezwyciężone niczem, bo ani głosem rozsądku, ani wołaniem serca, tęskniącego za domem i ojczyzną, pragnienie stykania się zbliska, oko w oko z możliwemi nieprawdopodobieństwami.
Nie będę państwu opowiadał, co za nawałnica niemożliwości rozbijała się o mnie w tej Ameryce, jakie nieprawdopodobieństwa, wyszukiwane po całym Nowym Świecie, koiły me serce niespokojne, gdy się ziszczały, przy mnie, koło mnie, nademną i jeszcze trochę obok. Wolę, spostrzegłszy się, że trochę odbiegłem od tematu, wrócić do tego, od czego zacząłem i postawić sprawę jako znawca, jako tak bardzo poszukiwany obecnie fachowiec, na gruncie naukowym.
Znamy dwie grupy niemożliwości i nieprawdopodobieństw. Do pierwszej należą niemożliwości i nieprawdopodobieństwa fantastyczne, albo, jak je zwą niektórzy badacze, kłamliwe. Są to niemożliwości i nieprawdopodobieństwa które są niemożliwe i nieprawdopodobne tak w przestrzeni, jak i w czasie. Takie mnie nigdy nie nęciły, absolutnie w nie nie wierzę i nie zajmuję się niemi wcale.
Grupę drugą stanowią nieprawdopodobieństwa realizujące się, albo, jak inni mówią, „zaistniewające“, oraz możliwości możliwe czyli autentyczne. Ta grupa, którą znam świetnie, dzieli się na dwie kategorje: a) niemożliwości i nieprawdopodobieństwa, które się nam zdarzyły, a więc zrealizowały i w których braliśmy bezpośredni, czyli czynny i pośredni, czyli bierny udział, b) niemożliwości i nieprawdopodobieństwa, które zdarzyły się nie nam, lecz innym ludziom, którzy ze swej znowu strony brali w nich udział bezpośredni lub pośredni.
Co do mnie — cenię kategorję a) bardziej niż b), chociaż przyznaję, że i ta kategorja nie jest bynajmniej do pogardzenia, lecz, aby miała jakąkolwiek wartość, nie może pod żadnym pozorem należeć do pierwszej, kłamliwej grupy.
Musimy być absolutnie pewni, że ci, którzy nam opowiadają o zrealizowaniu się niemożliwości, nie nabierają nas na kawał. Ludzie są czasami do tego skłonni i, niby żartując, kłamią zupełnie świadomie, chcąc nas oszukać lub wprowadzić w błąd.
Nieprawdopodobieństwa kłamliwe, fantastyczne, poznajemy po tem, że nie wytrzymują najlżejszej krytyki rozumu i nie opierają się na zasadach logiki.
W kategorję b) grupy drugiej wpadłem jedynie w ostateczności, gdy, pędzony nałogiem stykania się z niemożliwościami, nie mogłem w żaden sposób, pomimo bezustannego poszukiwania, natrafić na nie i gubiłem ich ślad na czas dłuższy. Wówczas koiła mnie kąpiel w kategorji b), którą mocno przeżywałem z przekonaniem, że mam do czynienia z niemożliwą prawdą, ale nie z niemożliwem kłamstwem, które się od wierutnego niczem nie różni.
T-a-a-k! T-a-a-k! Straszne są te napady jakiejś fatalnej siły, pchającej nas do brania udziału w ziszczaniu się nieprawdopodobieństw. Ja naprzykład z tego powodu zostałem Piłsudczykiem i poszedłem na wojnę ze strzelcami. Wcale mnie do tego nie pchnęła żadna ideowość, ani wiara polityczna. A było to tak:
Tuż, ale tuż, przed wojną polowałem w Karpatach gdzie zabiłem dzikiego kota, który się tam zabłąkał, zgubiwszy drogę z bajki Kiplinga. Postrzeliłem śrutem grubym lisa farbowanego i rysia w centki. Gdy mierzyłem do biedaka, zmrużył jedno oko i przypatrywał mi się ironicznie, jak ja to zrobię. Skonał też w męczarniach z przymrużonem okiem, przekonawszy się zbyt późno, że mam rękę pewną i broń, jak piorun.
W tych samych Karpatach, tylko z innej strony, na gęsto zarośniętych zboczach tłukłem, bez miłosierdzia i zastanowienia kaczki, bażanty, perliczki i dzikie indyki. Wszystko to patroszyłem, wypychałem trocinami, a gdy mi trocin brakło pod ręką, to i pokrzywą, która pięknie się rodzi w Beskidach i wysyłałem najbliższej, bliskiej i dalszej rodzinie. Z tego powodu moja najbliższa, bliska i dalsza rodzina miała się bardzo dobrze i świetnie wyglądała.
Nagle dowiaduję się, że wybuchnęła wojna europejska. Nie dziwię się niczemu, więc mnie i to nie zdziwiło. Polowałem spokojnie nadal. Ale z dołu przynoszą mi nową wiadomość: Piłsudski z trzystu strzelcami wypowiedział wojnę Rosji!
Ależ to nieprawda... — wykrzyknąłem — schwyciłem karabin i począłem biec.
Napadło mnie. Zeskakiwałem z góry na górę, ze skały na skałę i biegłem, jak sarna, w dół, starając wytłomaczyć sobie, że Piłsudski, trzysta strzelców i wojna z taką potęgą, jak Rosja — to nieprawdopodobieństwo fantastyczne z grupy pierwszej, niemożliwość kłamliwa.
Dogoniłem strzelców pod Kielcami. Byłem głodny, zziajany, wyglądałem — dzięki długiej podróży pieszej — jak ostatni oberwaniec, ale miałem karabin i wobec tego niczem się nie różniłem od nich.
I cóż państwo powiecie? Zetknąłem się z realizującem się nieprawdopodobieństwem. Ot, i wszystko! Dodam tylko to, że cała rodzina moja, od najbliższej do najdalszej, pozbawiona dziczyzny, zwalczała namiętnie strzelców Komendanta Piłsudskiego.

∗                                                  ∗

Korzystam z tego, że mi państwo nie przeszkadzacie i że mam trochę wolnego czasu, postaram się więc wyczerpać sprawę nieprawdopodobieństw i niemożliwości. Zresztą, nie ja w tem zacnem towarzystwie kwestję tę poruszyłem.
Otóż, od tego czasu, jak się ożeniłem, siła niczem nieokiełzana nie pcha mnie więcej do przeróżnych niemożliwości, jak gdyby przyzwyczajone do mnie na dobre, od czasu do czasu ukazują mi się one w najrealniejszej postaci lub w kategorji b).
Żonie swojej ani przed, ani po ślubie nie zdradziłem swego coraz bardziej słabnącego nałogu do wszystkiego, co jest niemożliwe. Nigdy nie wyszłaby za mnie, gdyby wiedziała, że mam znane państwu napady. Ale od czasu do czasu zapominam się i raz tu, drugi raz ówdzie, opowiadam przy żonie w pierwszej osobie rzeczy nieprawdopodobne, jako autentyczne. Mało jest, niestety, ludzi na świecie, którzy drugą grupę z obydwiema kategorjami traktują poważnie — z wyższego punktu widzenia. Historja nieprawdopodobna, któraby była zupełnie prawdziwą, wprost historyczną, wydaje się im kłamstwem. Nie dziwię się więc i swojej żonie, kobiecie, będącej zawsze w stanie nerwowym, a teraz w innym jeszcze, że ubrdała sobie, że kłamię. Robi mi takie piekło z tego powodu w domu, że dalej nie idzie. Właściwie żona moja posuwa się jeszcze dalej, bo grozi mi rozwodem. Z racji mego jakiegokolwiek błahego opowiadania robi niesłychaną awanturę i wrzeszczy, że nie wyszła za mnie za mąż dla mnie, lecz dlatego, iż byłem w Brygadzie Piłsudskiego i mam krzyż „za wierną służbę“ z literami J. P. Żona moja twierdzi, że będziemy mieli dzieci i że powinienem dbać o swoje przyszłe potomstwo, które nie może mieć ojca, z którego ust nie można usłyszeć ani słowa prawdy. Co za przesada w jednej i do tego młodej kobiecie! Bardzo ucieszyłem się, że będziemy mieli z żoną dzieci, choć przyznaję, że nie wiem dokładnie, co moje dzieci będą miały ze mną wspólnego, gdy, jak to ciągle we własnym domu słyszę, żona moja wyszła za krzyż I Brygady.
Ale mniejsza z tem! Moje życie prywatne nikogo nie obchodzi i obchodzić nie powinno. Ciekawe jest to, że nieprawdopodobieństwa płatają mi figle nielada! Nie chcąc mnie zupełnie od siebie uwolnić, obrały sobie za narzędzie w ataku na mnie moją rodzoną żonę. Przecież to jest pyszne! Wprost bajeczne!
Któregoś tam dnia żona moja przeczytała w komunikacie, że wojska nasze zdobyły Smorgonie. Było to w lecie zeszłego roku. Bynajmniej nie ni stąd, ni zowąd, ale w zupełnie określonym miejscu, bo przy obiedzie mówi mi żona:
— Pojedziesz, złotko, do Smorgoń na parę tygodni! — Inny mąż na mojem miejscu zdziwiłby się, ale ja nie, bo się wogóle nie dziwię... Ale zrozumiałem wszystko... Zrozumiałem, że się zaczęło... Nieprawdopodobieństwa poczynają zbliżać się do mnie wielkiemi krokami, niemożliwości drażnią mnie, a wszystkie razem czekają, aż, jak to bywało dawniej, runę w nie „na całego“.
Bo przecież to nieprawdopodobieństwo, aby kochająca, nerwowa i jeszcze inna żona wysyłała kochanego męża i to gdzie: na front! I dokąd: do Smorgoń! A przecież słyszałem na własne uszy!
Wyobraziłem sobie siebie, człowieka inteligentnego, na stanowisku, trzydziestoletniego z okładem, żonatego, spodziewającego się potomstwa — na froncie... Ręce mi poczęły latać, głos drżeć, uszy ruszać się — wszystko to są objawy napadu... Żelazną siłą woli powstrzymałem się, by nie popędzić, jak stałem, do Smorgoń i zapytałem, udając, że nie wiem, kto opętał moją żonę:
— Ależ, koteczku, po co ja właściwie pojadę do Smorgoń? Usłyszałem piękny wykład. A że Smorgonie to są historyczne, a że tyję, a że jestem nieruchliwy, jak niedźwiedź, a że to, a że owo. Inny mąż na mojem miejscu przeraziłby się, że mu żona sfiksowała, ale ja nie znam uczucia strachu, więc się nie zląkłem. Zjadłem szybko obiad i poszedłem do znajomego porucznika na poważną rozmowę. Wróciłem do domu wieczorem, szczerze wdzięczny porucznikowi za cały szereg informacyj pożytecznych, oraz za wypożyczenie mi kamaszy amerykańskich, z wysokiemi sznurowanemi cholewkami i obcasami podkutemi.
Żona już spakowała mi mój amerykański plecak. Pożegnała mnie serdecznie, czule powtarzając: „Miej wzgląd na przyszłe potomstwo“.
Na schodach usłyszałem to samo, a gdy znalazłem się na ulicy, wysunęła głowę z okna i powiewając chusteczką, krzyknęła mi znowu: „Pamiętaj, miej wzgląd na przyszłe potomstwo“.
Ta przestroga ciągle mi tkwiła w umyśle. Jak mucha natrętna bzykała mi koło ucha w Wilnie i w drodze do Smorgoń, a wreszcie przez długie godziny poszukiwania tej miejscowości historycznej, widocznej jak wół na mapie. Ale na zgodnym z mapą terenie — leżało zaledwie dziesięć cegieł i dwie zardzewiałe blachy kuchenne. Ten właśnie materjał budowlany, zewidencjonowany zresztą, jak się później dowiedziałem, w Oddziele Budowlanym Dowództwa Frontu Litewsko-Białoruskiego i Sekcji Zdobyczy Wojennych Nacz. Dow. W. P. podobało się ludziom upartym i konserwatywnym nazywać Smorgoniami.
Znalazłem wreszcie okopy, w których mieściła się grupa naszego wojska. Dowodził nią, jak się okazało, kapitan, dawny strzelec i mój znajomy. Zameldowałem mu się, oddałem ukłony od żony i powiedziałem, że pobędę w jego grupie przez parę tygodni.
Kapitan zgodził się. Chciał się tylko przekonać czy pamiętam musztrę i donośnie zakomenderował:
— Uwaga, bo za chwilę będzie „baczność“. Po chwili: Baczność! A teraz — zawołał — w tył zwrot!
Obróciłem się błyskawicznie i jak potrzeba było. Kapitan zaś ciągle krzyczy za mną: w tył zwrot!
Choć tego czynić nie wolno, odwróciłem głowę i melduję krótko: „Przepraszam pana kapitana za zwrócenie mu uwagi, ale melduję, że mojem zdaniem rozkaz wykonałem“.
— „A mojem nie! Na „amerykany“, rekruckie twoje ucho, spójrz!“
W pasji na to „ucho rekruckie“ spojrzałem na swoje amerykańskie kamasze... Innego człowieka, skłonnego do dziwienia się lub strachu, trafiłby z racji tego widoku szlag, oryginalny galicyjski szlag.
Proszę sobie wyobrazić, że w moich „amerykanach“ stopy moje zrobiły w tył zwrot, ale amerykany — nie. Ciągle ten sam front utrzymywały. Ja więc byłem z tyłu, a moje kamasze z przodu.
Nic dziwnego, że się kapitan zdenerwował. Ale go przebłagałem, wyjaśniwszy, że wziąłem od porucznika kamasze, prawdopodobnie o dwie ludzkie stopy dla mnie zaduże.
Kapitan postanowił wkrótce „stuknąć“ front bolszewicki, i, gdy zaczęła się bitwa, ruszyliśmy na nią. Mój dowódca twierdził, że dla takich, jak ja, niedźwiedzi, ogień bolszewicki, to szkoła najlepsza. Złośliwie przytem spoglądał na mój brzuszek dyskretny, któregom się nabawił, ustatkowawszy się po ożenku. Żona moja, jakkolwiek nerwowa i z tego jedynie powodu nieco swarliwa, umie świetnie robić zrazy. Boże! jakie ta niewiasta szykuje zrazy!
Ruszyłem więc z kapitanem, który dzielnie kierował bitwą, a obładowany byłem tem wszystkiem, co mi dobra żona wpakowała do mego olbrzymiego plecaka myśliwskiego, który pamiętał najniemożliwsze niemożliwości, nawet te, w których mnie nie było. Bo trzeba wam wiedzieć, że plecak mój przynosił ludziom poczucie uczciwości i — choć nieraz kradziono mi go — zawsze cudem jakimś djabli brali złodzieja, którego spadkobiercy uczciwi oddawali mi plecak z gorącą prośbą, abym darował winę nieboszczykowi, co też robiłem, nie będąc z natury człowiekiem mściwym ani zawziętym.
Bitwa była sroga. Przewaga liczebna była po stronie bolszewików. Na stu bolszewików był nasz jeden żołnierz. Aby wybrnąć z tej rozpaczliwej sytuacji, kapitan wydał rozkaz, aby każdy żołnierz polski w tym czasie, gdy bolszewik odda jeden strzał — palnął do niego sto razy. Tym sposobem jako tako i z wielką biedą wyrównał się rachunek. Ale łatwo możecie sobie wyobrazić, co to było. Lufy żołnierzy rozpalały się do czerwoności i topiły się. Zachodziła potrzeba robienia z dwu, trzech krótkich luf — jednej o właściwej długości. Było to tylko żartem w porównaniu z tą szaloną ilością kul, które koło nas bzykały. Kapitan biegł zawsze na zagrożone najbardziej miejsca, a ja za nim.
Ponieważ bolszewicy, którzy mnie spostrzegli, najwyraźniej do mnie celowali, dookoła mnie utworzyło się istne rojowisko. Dla nich było to oczywiście zabawką — mnie chodziło o życie. Skakałem pomiędzy kulami, jak opętany, uważając, aby mnie która nie zadrasnęła. Nie był to taniec smorgońskiego niedźwiedzia na rozpalonej blasze. Zręczność skradającego się kota, uwaga małpy, wiszącej na ogonie nad kolczastym kaktusem... nic, nic nie da się porównać z tem, co ja tam wyprawiałem. Sił, a trzeba było mieć siły nadludzkie, dodawała mi myśl o przyszłym potomstwie, dla którego przecież musiałem zachować życie. Gdyby o mnie chodziło, niech się dzieje co chce, dałbym się zabić...
Jak długo robiłem te ósemki i wykrętasy pomiędzy kulami, tego nie pamiętam. Nie lubię blagować, wiem tylko, że skacząc w tym deszczu ognistym, nie spoglądałem na mapę i nie orjentowałem się według kompasu. To mnie uratowało. W pewnej chwili zabłądziłem I znalazłem się we wsi pustej, opuszczonej przez mieszkańców. Nie jestem poetą, ani powieściopisarzem. Owszem, sfilistrzałem na dobre. Cóż zresztą w tem dziwnego. Od czternastego roku życia przez długie, długie miesiące pędziłem żywot, uchodzący za awanturniczy w Ameryce, później napad znany pchnął mnie z Komendantem na wojnę. Widziałem w życiu nie jedno i mając lat trzydzieści z czemś, ustatkowałem się. A i żona, przyszłe potomstwo... Marka coraz spada i coraz więcej marek człowiekowi potrzeba...
Ale mówię, że ta wieś cicha, opuszczona przez wszystko, co żywe, to temat dla ludzi z talentem literackim nielada. Po huku i grzmotach bitwy — cisza, zupełna cisza, cisza sama w sobie, idealny zanik wszelkiego ruchu. Ale nie była to cisza martwa — jak piszą czasami w powieściach. Była to cisza żywa, bo mi dzwoniła w uszach. Zmierzch zapadał, zapadał, aż zapadł się w wieczór. Zgodnie z prawem chemicznem, którego nie umiem teraz nazwać, akurat tyle wieczoru zamieniło się w noc, ile zmierzchu zapadło w wieczór, a po tej kłótni atomów powietrznych nastała zupełna noc, aby oko człowieka śmiertelnego nie przejrzało istotnej przyczyny zamiany zmierzchu na noc. Zarazki tyfusowe zlekka wydęte, czyli brzuszne, i barwne, czyli plamiste, ciągnęły, jak komary, całemi słupami do chałup na spoczynek. Nie chcąc noclegu dzielić z takiem towarzystwem, siadłem sobie na ławeczce przy jednej z chałup z myślą wyładowania zawartości smacznej swego plecaka. Gwiazdy, mrugając filuternie, kokietowały księżyc, który wobec tego w popłochu panicznym rzucił się do ucieczki. Dopiero, gdy zrobiła się, dosłownie zrobiła się ciemność, domyśliłem się, że to był ze strony księżyca wybieg. Chodziło mu o co innego. Naiwny księżyc. Człowiek, który tyle, co ja przeżył — nie jedno w życiu widział, coprawda tylko na ziemi.
Pyta się pan, dla czego nie szukałem swego oddziału i kapitana? Słusznie się pan pyta. Zabłądziłem. Nie wiedziałem, w którą stronę skierować się, a zresztą myślałem o czem innem. Trzeba wam wiedzieć, że jestem naturą refleksyjną. Jestem człowiekiem niebogatym, wiążę zaledwie koniec z końcem i nie mogę nigdy związać, bo ciągle zastanawiam się, od którego końca najlepiej zrobić węzeł. Ale mam swoje myśli. I tem się różnię od innych ludzi. Moje myśli myślą mi się najlepiej wtedy, gdy jestem sam. Jest to prawdopodobnie jakiś dziwny atawizm, przeklęta dziedziczność. Myślę poważnie, nawet ośmielę się powiedzieć filozoficznie, gdy jestem sam z sobą.
Nie szukałem swego kapitana, nie myślałem o jego tak krwawo walczącej beze mnie grupie wojska, bo myślałem sobie o czem innem. Przede mną był mały otulony nocą sad. Wzrok mam doskonały, wzrok myśliwego i żołnierza. Znany byłem jako oceniacz odległości, który myli się o trzy kroki zaledwie i to krótkie. Dojrzałem w sadzie delikatne pnie jabłonek młodych, a na nich, niech pan nie przeszkadza, nie gruszki, lecz jabłka... Skąd na jabłonkach gruszki? Właśnie, że jabłka i to niedojrzałe. Czy to nie zastanawiające? Mój Boże? — nędza w tych stronach, głód, ludzie o twarzach ziemistych jedzą chleb z trawy pokrzyw, na lewo wojna, na prawo wojna. Smorgonie w gruzach, a na jabłonce w czerwcu jabłka niedojrzałe. Prawda, że to ciekawe. Jest się nad czem zadumać. Myślałbym z kolei i o czem innem, równie zbożnemi myślami, gdyby nie to, że zapaliłem papierosa. Co się właściwie stało nie wiem. Nie będę kłamał. Ale właściwie to papieros zapłonął jak świeca, rozległ się huk, a ja z wybałuszonemi oczami, z których łzy ciekły, z rozczapierzonemi rękoma, nie mogąc złapać tchu, stałem nieprzytomny.
Doprowadził mnie do przytomności granat bolszewicki. Najpierw — pierwszy, później drugi, trzeci, wreszcie szrapnel, nakoniec szrapnel temperowany na granat. Poczułem niebezpieczeństwo, zrozumiałem wszystko i ująwszy siebie samego w garść, zacząłem działać. Dziś już wiem wszystko. Żołnierze spłatali mi figla i to takiego, jakiego urządzają sobie bardzo często. Któryś tam z nich przerobił mego papierosa wyłącznie z tytoniem na papierosa, ze szczyptą prochu artyleryjskiego. Taki zaś papieros gdy zapłonął jak świeca i wybuchł, stał się wabiem dla bolszewików, którzy siedzieli za wsią na skraju lasu. Powiedziałem, że poczułem niebezpieczeństwo, a w takiej chwili wraca mi natychmiastowo przytomność. Postanowiłem, spodziewając się ataku, nie dać wsi, odeprzeć bolszewików i zdobyć wszystkie krzyże, jakie będą nadawane w armji polskiej. To, co zrobiłem, uczyniłem nie dla siebie. Co mnie po tem! Na myśl przyszła mi przestroga żony: „Miej wzgląd na przyszłe potomstwo“. Przeskoczyłem jakiś płot i już byłem poza wsią, przed posuwającą się linją tyraljerską bolszewicką. Wieś poczęła się palić... Bolszewicy pędzili naprzód... Zorjentowałem się szybko w ich liczebności. Chyba strzelę sto razy — postanawiam.
Sięgam do ładownicy... Tylu ładunków nie mam. Jazda więc nazad do wsi. Hyc! przez jeden płot. Hyc! przez drugi! Cisnąłem granatem ręcznym na najbliższą chałupę. Pali się! Doskonale! macham maciejówką, dmucham. Ogień się przenosi na sąsiednią chałupę. Wracam do bolszewików i rzucam w ich kierunku trzy granaty, spluwam jedną salwą, macham rękami, wrzeszczę w niebogłosy i nazad do wsi. Rozniecam szalony pożar i znowu nazad do bolszewików.
Du — du — du — du! udaję karabin maszynowy.
Bolszewicy przypadli do ziemi. Spostrzegli, że nie łatwa to sprawa zdobyć wieś, której bronię. Posuwają się jednak pojedyńczo. Przekonałem się później, przyjrzawszy się trupom, że miałem do czynienia z ideowemi komunistami, którzy się znakomicie biją. Pomimo nadludzkich z mej strony wysiłków nie mogłem ich nie dopuścić do wsi. Inny na mojem miejscu wycofałby się w porządku. Ale ja — nie. Nie na takiego trafili! Prażąc w komunistów z różnych stron resztą ładunków, a strzelam celnie, począłem szybko, szybko biegać pomiędzy płonącemi chałupami a tu, jak wiecie noc. W bitwie, którą prowadził kapitan, chodziło o to, abym się wymigiwał od kul. Teraz chodziło mi o to, aby komuniści myśleli, że wieś jest pełna naszego żołnierza. Chałupy płoną, trzeszczą, walą się, snopy iskier lecą w górę, huk i trzask, a ja wciąż biegnę, uwijam się pomiędzy chałupami i wszędzie zostawiam cienie, mierzące z karabina, rzucające granaty. Wytężałem wszystkie siły, aby biec po wsi płonącej prędzej od swoich cieniów, które rozsiałem wszędzie za sobą. Cienie, nie mogąc nadążyć za mną, zamierały ze znużenia tam i sam, przystawały dla odpoczynku tu i ówdzie, znikały wreszcie w czasie bitwy tchórzliwie, a ja, niezmęczony, z poczuciem odpowiedzialności wobec przyszłego potomstwa, ciągle biegłem z szybkością jelenia w sile wieku i mnożyłem straszne cienie.
Bolszewicy cofnęli się, okupując swój atak licznemi trupami. Jeńców brać nie chciałem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Griffith Chaney i tłumacza: Karol Lilienfeld-Krzewski.