Wspomnienia z maleńkości/Opowiada Wacek

<<< Dane tekstu >>>
Autor Dzieci „Naszego Domu“ w Pruszkowie
Tytuł Wspomnienia z maleńkości
Wydawca Spółdzielnia Księgarska „Książka“
Data wydania 1924
Drukarz L. Bogusławski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Opowiada Wacek.

Jak ja byłem na wsi, to mi kazali wszystko robić, wciąż kazali robić, gotować dla krów, dla świń, dla kur, królom dać jeść. Takie garnki były duże, że jak nie mogłem uradzić, to na brzuchu tak opierałem. Raz dla cielaka wystawiałem garnczek z jedzeniem i tak samo oparłem o brzucho, a garnczek się wymknął, bo był strasznie gorący i on wyleciał na ziemię i wylałem wszystko. Gospodyni zaczęła bardzo krzyczeć i musiałem drugi raz gotować. Krzyczała na mnie, ja aż się popłakałem z tego wszystkiego. I jeść mi się chciało, bo wpierw gotowali dla zwierząt, a potym dla nas. — To mi się jeść chciało, to wziąłem kartofel, co dla krów, obstrugałem i jadłem. Dopiero jak dałem wszystkim jeść, to wtenczas kazali mi iść do piwnicy po kartofle i obierać. — Krów miałem z początku 3, bo jedna była na wychowaniu u jednego gospodarza, co miał duże pastwisko, a potym było cztery i cielak. To w lato mi się zawsze ten cielak gził — uciekał w żyto lub kartofle, w szkodę. To ja za nim lecę, a wtedy te stare krowy lecą w groch i ja nie wiem co robić, czy krowy wyganiać, czy cielaka. Aż siadłem i zacząłem płakać. Zły byłem na nich, zacząłem przeklinać rozmaicie na nich. I tak siedzę, przeklinam, a patrzę, że one coraz dalej idą w szkodę. Chwyciłem kamienia — takiego, że ledwie objąłem ręką i w róg — krowę. Aż łbem zakręciła. Ja na południe nie przyganiałem krów, tylko mi przynosili jeść. I raz usnąłem tak przed obiadem, bo mi się spać chciało, bo gospodarstwo było duże, trzeba było o 2-ej wstawać, bo zaczym się uprzątnie, co, a kładłem się czasem o 11-ej, czasem o 12-ej; żeby można było krowy wcześniej przygnać, toby czasu było więcej, ale gospodarz naznaczył godzinę i zawsze o tej samej porze gospodarz albo gospodyni doili krowy.
Jak się wieczorem uprzątnęło z krowami, ze wszystkim, wszystkiemu dane było żryć, to wtedy gotowałem dla nas. — Gospodarz miał sad wielki i ule. Ale ten gospodarz to taki był zazdrosny, nigdy mi nie dał popróbować. Tylko gospodyni, jak raz on wybierał miód, to mi dała kawałeczek. No — ona mi dała i mówi: „idź po kartofle do piwnicy“. Poszedłem, nasypałem kartofli prędko i poszłem sobie do małej spiżarni i tam wziąłem butelkę miodu, a korki były porcelanowe i napiłem się trochę tego miodu. Ale że było ciemno i okienka malutkie i były gnojem zagarnięte, to jak miałem do tego miodu pójść, to ode dworu trochę gnoju odgarnąłem, żeby mi było widniej i małą dziureczkę wykręciłem ręką, żeby światło szło. — Słyszę — gospodyni krzyczy: „czemu on nie wraca?“ — Ja korka do butelki nie zdążyłem wsadzić, przestraszyłem się, lecę, a jak gospodyni nie zacznie mię bić, ledwo łeb wysadziłem z piwnicy, i tam był jeden chłopak znowuż, ona była jego ciotka. (Ja nie wiedziałem, jak nazwać i tak samo mówiłem „Ciociu“). Ale raz z nim poszłem do komórki, gdzie króle byli, zanieść im jeść. A oni byli takie łagodne. Złapaliśmy jego przez pół i się złamał. My nic, jego położyliśmy i poszliśmy do mieszkania i zara jak te króle były na górze, a te świnie na dole i ten król — jakimści sposobem zleciał — świnie go porozrywali całego. Ale ja mówię do tego chłopca, chodź zobaczymy, co ten król robi. — Patrzymy, a świnia go trzącha, trzącha i dawaj my za tego króla i idziem do gospodyni. I mówimy — „świnia porwała króla“, a niepowiedzieliśmy, że my złamaliśmy króla, tylko że wszystko świnia. I gospodyni mówi: „Szkoda takiego tłustego króla“. A myśmy się bali powiedzieć, bo ona króle lubiła, a jakby się dowiedziała, że to my — to tam z nami niewiadomo coby porobiła. No i nam kazała wziąść, opłukać go w misce, skórę zedrzeć, to się usmaży. No i myśmy oprzątnęli go i na patelnię i usmażyła go na obiad i zjedliśmy. A potem się wydało. Bo myśmy powiedzieli kolegom na wsi, a gospodyni opowiadała po wsi, że świnia króla pogryzła. Gospodyni przychodzi i mówi: „co to wy przełamaliście?“ a my mówim — tak. — — A czemuśta odrazu nie powiedzieli? Mówimy, że się baliśmy, a ona: „no, żebym ja odrazu wiedziała, tobym wam pokazała“. Było to w zimę. I raz wieczorem myśmy ugotowali dla świń i taka była straszna zawierucha, że aż wyspy nawiało tego śniegu; jak stodoła była, to na większe pół stodoły nasypało tego śniegu. I myśmy nieśli z tym chłopakiem jedno koryto ze żarciem dla krów, a gospodarz drugie — dla konia. Ale my tak idziem, a tu taki straszny wiatr, w usta nabrałem powietrza, ani w tą ani w tą stronę odetchnąć nie mogę: krzyczę do tego chłopaka: „zaczekaj, zaczekaj, bo powietrza nie mogę złapać“. A ten gospodarz jak nic krzyknie: „ja wam tu zaczekam; chodźta prędzej“. No jak my już wszystko zrobiliśmy, położyliśmy się spać i ja śpię, ale obudzam się w nocy, co mi taka mokra głowa. A to mi chłopak wymiotował na głowę, taką miałem kostrupatą. Obudziłem się. Potym mama do mnie przyjechała, pokłóciła się o coś z gospodynią i już nie byłem u niej, poszłem do drugiej. U drugiej trochę mniej było roboty, ale hiszpanka nadeszła: na drugi dzień choruje gospodyni. A ja mówię: „Mój Boże, jak to ludzie chorują, chorują i nie mogą się wychorować“, a gospodarz mówi: „poczekaj — jeszcze i ty zachorujesz“. A ja mówię: „ktoby mi kazał chorować“. A patrzę, na drugi dzień córka gospodyni zaczyna chorować, duża była. Potym znowu na drugi dzień zachorował gospodarz sam, znowuż taki duży chłopak, co u nich był na służbie, też zachorował. Ale już niema komu co ugotować. I wtedy gospodyni mówi mi, żebym poszedł do drugiej gospodyni żeby przyszła co ugotować nam. Ona przyszła, ugotowała i dała mnie trochę i dla nich, a sama poszła, a ja potym krowy wygnałem na łąkę i nic. Znów przygnałem, dobrze, najadłem się trochę i na drugi dzień znów wyganiam krowy, ale przygnałem na obiad i znowu zagnałem na łąkę; i tam blizko był groch gospodarza. Najadłem się tego grochu, ale w głowie kołować się zaczyna. I mówię:, „co ja będę siedział. Kołuje mi się w głowie“ i przygnałem krowy, A gospodarz mię pyta: „co tak prędko przygnałeś krowy?“ — Ja mówię: „głowa mię boli i przygnałem“. Jak przygnałem te krowy — to gospodarz mówi: „zagrzej sobie kawy, ukraj chleba i sobie zjedz, może ci przestanie bolić“. Ukrajałem chleba, ugrzałem sobie kawy i położyłem się spać. Wstaję rano, patrzę, a ja wcale wstać nie mogę, chlaps na ziemię i leżę. — Gospodarz mówi: „może będziesz mógł wstać?“, a ja jak rozchorowałem się we czwartek, to wstałem aż w sobotę. Ale wstałem, znów się położyłem, a gospodarz mówi: „to już się połóż, jak nie możesz“. Ale krowom niema kto dać żryć, krowy beczą, wszystko chce żryć. No to przez ścianę gospodyni zawołała drugą gospodynię i ona ugotowała jeść i krowy wygnała trochę na łąkę.
Mówiłem o chorobie naszej na hiszpankę. Już popasła trochę i przygnała krowy i potym byli do samego rana, ale niema kto ich wydoić. Gospodarz mówi: „No wstań, może będziesz mógł ich wydoić?“ I ja wstaję, co, nie mogę nic zrobić, jak pijany zupełnie. I płakać zaczynam. A gospodarz mówi: „wyjdź na dwór, to się ochłodzisz“. I kazał mi się ubrać, ja się ubrałem, gospodarz mówi: „pani ci da kawy, napijesz się, i popędzisz na łąkę krowy“. No i ja usiadłem koło kuchenki — i jeszcze gorzej, jak się napiłem kawy. A w sieni była posadzka kamienna, taka z cegieł. I ja mówię: — może się ochłodzę — i chłapnąłem na posadzkę. A gospodyni mówi: „no, wstawaj“. A ja wstać nie mogę, bo takie kamienie chłodne, przytuliłem się do kamieni głową i leżę. — Ale gospodyni kazała wstać. Ona mi podała palto, ja się ubrałem, wziąłem krowy z łańcucha spuściłem i wygnałem ich. A gospodarz mówi: „dokąd będziesz mógł, to paś, jak nie będziesz mógł, to przygnaj“. Jak ja zagnałem na łąkę i puściłem ich tak, sam usiadłem na trawie blizko żyta i myślę: pewno nie usnę i zacząłem powoli drzemać, oczy mi się kleją i nazad otwierają. Ale nareszcie odrazu kiwnąłem głową i usnąłem. — Obudzam się potym, patrzę — krowy są. I znowu usnąłem. Budzę się — krowy są. Dwie się położyły, a dwie stoją. To ja sobie myślę: one pewno i te dwie się położą, to ja się jeszcze wyśpię. I usnąłem. Śpię. Śni mi się, że jestem w domu, że śpię na łóżku, że się ze snu obudziłem i rozmawiam z mamą. Ale tak sobie przypominam, że ja krowy pasłem. Obudzam się — oglądam: leżę pod żytem, na łące, krów niema. Idę na górkę — patrzeć, gdzie one. A one już daleko w życie. Ja dawaj za niemi. I zacząłem rozmaicie przeklinać, już nie wiem, jak mogłem. Jak gospodarz wyzdrowiał i zobaczył żyto, to pyta: „co to się z tym żytem robi?“ A ja mówię nasamprzód: — nie wiem. A on mówi: „pewno twoje krowy latały?“ A ja mówię: — nie, co miały latać. I nie powiedziałem mu. Ale na drugi dzień znowu wygnałem i znowu usnąłem. Ale jak się zbudziłem, to już krów nigdzie znaleść nie mogłem, ani w życie, ani na łące. Lecę do domu, do obory wprost. A one przywiązane stoją. No i ja boję się wejść do mieszkania, ale myślę: wejdę, wszystko jedno, co będzie, to będzie. Wchodzę, a gospodarz mówi: „Tak pilnujesz krowy?“ Ja nic. A on jeszcze raz mówi, a ja nic. Złapał paska i dawaj mię bić. A gospodyni dosyć mię lubiła troszkę i mówi: „nie bij go, on nie chciał usnąć“. No to dobrze. Uderzył mię parę razy paskiem, no, zjadłem obiad i poszedłem do jakiegoś chłopaka, zaczym jeszcze krowy wygnałem, bo on mi obiecał kapelusz upleść. I ja poszłem do tego chłopaka. Już uplótł te paski, mama jego szyła, ja czekałem. Wszyscy krowy wypędzają, tylko on nie i ja nie. Nie czekałem już na kapelusz (wieczorem on mnie przyniósł sam, ten chłopak) tylko poszłem do domu, a gospodarz mówi: „Gdzieś był?“ A ja mówię: „Na kapelusz czekałem, bo jeden chłopak mi szył“. A on miał taką linkę i stoi we drzwiach. Ja wskakuję prędko, krowy odwiązuję, żeby gnać, a on mię bęc — bez łeb — potym złapał mię przez rękę i walił. Ja krzyczę: „oj, panie, już nie będę, nie będę“. A on: „ja ci tu nie będę“. I bił a krzyczał na mnie „prędko wyganiaj krowy“. Ja wygnałem krowy na łąkę — i chłopaki też są. Ale co to? Dzwony biją. Największy dzwon także bije. Co to może być? — Dopiero mówią, że to Niemcy dzwony zabierają. Zara na ostatku tak wszystkiemi dzwonami zadzwonili. A potym Niemcy spuszczali. Jeden dzwon największy spadając wkopał się w ziemię. Niemcy powiedzieli do księdza: jak chce żeby dzwony zostały, niech zapłaci. — I ksiądz zara rozesłał po wsiach, żeby składkę zbierali. I zapłacił. — Potym te dzwony zakładali — jak niemcy wyszli. Założyli, a nie wszyscy wiedzieli, że już dzwony założone. Jak dzwony zadzwoniły, tak się uradowali wszyscy.
A potem mama mówiła: „Po skończonej wojnie wrócisz do nas“. Jak mama przyjeżdżała — pytała — czy mi dobrze, nigdy nie mówiłem, że mi źle. — Ale potym mówię: „co, już po skończonej wojnie, — pojadę do domu“. A gospodyni mówi: „jak chcesz, to ciebie możemy wysłać“. I pojechać miałem z jedną nauczycielką, ale kupili mi takie buty, co tu jeszcze w nich przyjechałem, to jak założyłem — a wyszedłem, to się obalałem, bo zawsze w łupkach i boso i boso, i w zimę i w lato, a w butach, to jakbym w powietrzu latał, jakbym fruwał. A gospodarz mówi: „Idź do tej nauczycielki“. Ja poszłem, a ta nauczycielka mówi: „przyjdź jutro“. To ja znowu poszłem do domu, a ona znów mówi, że nie pojedzie, że furmanki niema, „a rzeczy mam dużo, sama nie poradzę, dosyć kawał drogi. No i ty na drugi dzień nie przychodź, idź do Mławy i tam na rogu czekaj u żydówki, to ja będę jechać, to ciebie wezmę“. A do Mławy było 2 mile. Ja czekam jeszcze i czekam — już słońce zachodzi — a jej niema. Przyjeżdża fura — i tam człowiek mówi: „pani nie pojedzie dziś, idź do domu“. Ja drogi bardzo nie znałem, bo tam same lasy. Przyszłem do domu, a gospodyni mówi: „jedzie jeden pan znajomy, to cię zabierze do Warszawy“. No to dobrze. Rano wyjechałem z tym panem, dali mi kawałek chleba, jak ten kajet — plasterek i kawałek mięsa usmażyli i z tym to idź w drogę. Schowałem sobie do tego palta, co w nim przyjechałem, popiaszczyło się to wszystko, nawet jeść mi się nie chciało. Ten pan w Mławie miał swoich znajomych bogatych, zabrał ze sobą, ten pan dał obiad, zjadłem i o 6-ej wyjechać mieliśmy. I ten pan kupił bilet dla siebie i dla mnie i pojechaliśmy do Warszawy. I ten pociąg co miał przyjechać na 11-tą w nocy, to przyjechał na drugą. Tramwaje nie jeździły, to nie pojechałem do domu, tylko na stacji zostaliśmy. Zostali do rana — i tak już tramwaje zaczęły jeździć, to wsiadłem i pojechałem do domu. Jak pojechałem, to nikogo nie zastałem. — Ale pani jedna miała klucz, wziąłem klucz, otworzyłem mieszkanie i wziąłem sobie kawałek chleba, zjadłem i wyszłem na wał nad Wisłę. No i mama potym przyjechała z Warszawy i nic nie mówiła.
A na drugi dzień przyjechała gospodyni i spytała, czy mię mama nie oddałaby znowu. Ale mama nie chciała oddać, bo mówi, co — byłem przez cały rok, a nic mi nie dali, tylko jedne buty, a tak wszystko, co miałem to swoje.
I skończone.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .