<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Łańcuchy
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Data wyd. 1935
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Długi przystanek. Śpiący zapadli słodko w niczem już niemąconą ciszę i spokój. Wtem drzwi wagonu otwarły się narozcież i już nie zamknęły, wpuszczając przykre strumienie zimnego wilgotnego powietrza. Zabrzmiały miarowe głosy, stuknięcia kolb karabinowych stawianych na podłodze, urywane wyrazy komendy.
— Hej!... Wstawać!... Rewizja...
Józef z trudem podniósł ociężałe powieki i w popielatem świetle zaglądającego w okna świtu dostrzegł przedewszystkiem szeroki grzbiet sąsiada w szarym aresztanckim chałacie, pochylony nad wypchanym workiem, w którym ogromne jego łapy szybko czyniły porządek.
— Rewizja, słyszysz, mały!... — szepnął głucho wczorajszy wróg, trącając Józefa. — Może masz co do schowania, to daj!...
— Dziękuję, nic nie marni — odrzekł ten, wstając i prostując zdrętwiałe członki.
Żołnierze szli od przedziału do przedziału, przetrząsając pilnie ubogie zawartości zgrzebnych, więziennych worków. Raz po raz ze zwitków „rządowej“ bielizny, zmieszanej z „cywilnemi“ łachmanami, wyławiano „zakazane“ przedmioty: paczki tytoniu, fajki, ołówki, papier listowy, nożyki, a nawet parę razy wymacano pieniądze, wszyte w rąbki odzieży.
— Panie naczelniku, panie naczelniku! Litości — ostatni grosz!
— To nie wiesz, że więcej nie wolno jak rubla? Dziesięć rubli, patrzcie go!...
— Droga daleka, panie naczelniku! Litości! Ostatni raz!... Więcej się to nie powtórzy!...
— Pewnie, że się nie powtórzy, bo ci je zabiorę!... Nie wolno!... Takie prawo!... Ja co? dla mnie choć ty i miljony wieź, ale prawo!... Nie mogę! Co tu głowę sobie zawracać?! Czego stoisz? Gruzdniew idź dalej!...
Józefa, który był w cywilnem ubraniu, obszukano jeszcze staranniej, lecz pieniędzy ukrytych za podszewką kamasza nie znaleziono, a co ważniejsza nie znaleziono również ukrytego w kołnierzu paltota „Regulaminu musztry“. W końcu rewizji poprosił, żeby go przeniesiono do drugiego wagonu, gdzie są polityczni. Podoficer z początku odmówił, ale wkońcu kiwnął mu głową obiecująco i nazwisko jego zapisał sobie w brudnej książeczce.
— Jak pociąg ruszy! — rzekł, odchodząc.
Rozdniewał się ranek chmurny i szary jak wczoraj. Poruszeni aresztanci już nie kładli się do snu, lecz szykowali swe imbryczki, blaszanki i kubki na wodę gorącą do śniadania. Ogonek cały stal przed umywalnią, czekając kolei. Józef nie śpieszył się ani z umyciem, ani ze śniadaniem, spodziewając lada chwila przenosin. Wytarł oczy i twarz suchym ręcznikiem, uczesał włosy i wcisnął się w swój kącik pod oknem. Barczysty jego sąsiad rozłożył przyniesione śniadanie na ławce, jad! łapczywie, nie zwracał na nikogo uwagi i głośno klaskał potężnemi szczękami.
Chudy żydek z drugiego końca ławki przyglądał się mu z przerażeniem i odsuwał z nietajonym wstrętem od skórek kiełbasy, rzucanych przez śniadającego niedbale na wszystkie strony. Siedzący naprzeciwko olbrzym z kolczykiem w uchu, na którego brudnej twarzy oraz zwichrzonych włosach zostały niezaprzeczalne dowody przespanej na podłodze nocy, uśmiechał się złośliwie, śledząc zaropiałemi oczkami za manewrami Żyda.
— Ty, co, świńskie ucho!... — rzekł wreszcie po rosyjsku — wstręt chrześcijaństwu wyrażasz?... Poczekaj, my ci tu zaraz całą mordę temi samemi skórkami wymażemy, skoro tylko pociąg ruszy...
— Co on chce?... Czego on gada, kiedy ja z nim nie gadam!? Niech mu pan powie, że ja z nim nie gadam!... — zwrócił się Żyd do Józefa.
— Gadasz, czy nie gadasz!... Ty tu z nami siedzisz i musisz być jak ludzie! — upomniał go surowo barczysty sąsiad. — Nie macie papierosa? — zwrócił się do olbrzyma z kolczykiem.
— Znajdzie się, ale... jak pociąg ruszy!
Józef również czekał z niecierpliwością na ruszenie pociągu, niepewny, czy podoficer dotrzyma obietnicy i przygotowany do konieczności powtórzenia nieraz swej prośby. Postanowił za wszelką cenę wydostać się z obecnego swego towarzystwa.
Wreszcie po długiem gwizdaniu ze zwykłym „towarowym“ jękiem, brzękiem i zgrzytem pociąg ruszył dalej małym truchcikiem. Żydek przeniósł się zaraz z tobołkiem bliżej konwoju, z czego skorzystał niebawem sąsiad Józefa, obejmując w posiadanie opuszczone miejsce, przyczem mrugnął znacząco olbrzymowi z kolczykiem. Porozumienie między nimi dokonało się szybko zapomocą dowcipnej kombinacji polskich wyrazów z rosyjskiemi końcówkami.
Józef z utęsknieniem spoglądał w brudniejsze jeszcze niż wczoraj zapocone okno i czekał na podoficera; ten wszakże ani myślał się z jawić. Wreszcie chłopiec zniecierpliwiony poszedł do przedziału zajętego przez konwój. Żołnierze siedzieli na ławkach, paląc zwinięte z grubego papieru cygaretki. Jeden czytał gazetę.
— Proszę panów — zaczął grzecznie Józef — podoficer obiecał mi, że przeniesie mię do tamtego wagonu do politycznych, kiedy pociąg ruszy...
— Niema go; właśnie tam siedzi u politycznych... — odpowiedział życzliwie jeden z żołnierzy.
— A wy kto będziecie? Też polityczny?
— Tak.
— Pie-pie-es?
— Nie.
— Es-de?
— Nie...
— To któż będziecie?... Może „machajczyk“?...
— Nie. Ja za... szkołę!
— Acha!... Administracyjny.
— Młodziuśki wy bardzo... Siadajcie, starszy zaraz przyjdzie. Bez niego nic nie możemy.
— O cóż wy w tej szkole?... Zwyczajnie „ucząca się młodzież“? — rozpytywał dalej ten sam ciekawy żołnierz. Inni dość obojętnie słuchali, pykając nieznośny duszący dym machorki. Czytający gazetę oderwał na chwilę od niej oczy i obrzucił Józefa bystrem spojrzeniem.
— My chcemy własnej szkoły, polskiej szkoły! Jak u was: wy macie własną, my też chcemy własnej.
— Pocóż ona wam?... Czy nie wszystko jedno; wy tak dobrze mówicie po rusku; będzie lepiej jak się wszyscy w całej imperji będą mogli porozumieć w tym samym języku. Nieprawda, co?...
— Nie! — gorąco protestował Józef — każdy kocha swój naród, swój język...
— To tylko przeszkoda!... Nacjonalizm. Lud roboczy całego świata i włościaństwo muszą się połączyć... — rzucił nagle ten, co czytał gazetę.
— Wy Polacy zawsze buntujecie, taka wasza przyroda!... — ciągnął dalej rozmowny żołnierz.
Józef poczerwieniał i chciał już ostro odpowiedzieć, gdy drzwi otwarły się i wszedł podoficer.
— Acha, to wy!... Dobrze, dobrze!... Wania, odprowadź go do tamtego wagonu, a przyprowadź stamtąd takiego chudego kryminalistę, co przy drzwiach zaraz na prawo siedzi. Prosił, żeby go tu przenieść do znajomych!... Więc się dobrze złożyło, nie trzeba będzie oficerowi meldować... Idźcie już, bywajcie zdrowi!... — odpowiedział uprzejmem kiwnięciem głowy na podziękowanie Józefa.
— Co za cud? — myślał ten, dźwigając swój worek w ciasnem przejściu między sztachetkami platformy wagonów.
Znalazł się w wagonie zupełnie podobnym do tego, jaki opuścił, z takiemi samemi zakurzonemi, zakratowanemi oknami, z obdrapanemi żółto malowanemi ścianami i ławkami, na których siedział tłum takich samych jak tam szarych, brudnych zakutych i ogolonych aresztantów. Drzwi pilnowali uzbrojeni w karabiny żołnierze w szarych szynelach.
Ale młode już doświadczone oczy Józefa rychło dostrzegły w końcowym przedziale wagonu odmienne twarze i postacie. Odzież była ta sama, szara i gruba, lecz rysy były drobne, inteligentne, spojrzenia śmiałe i wesołe, a częsty uśmiech na młodych ustach odbijał tak rażąco od posępnego tła reszty więźniów, że serce Józefa drgnęło radośnie.
— Są!... — pomyślał.
Podszedł nieśmiało i zapytał:
— Czy tutaj są polityczni?
— Tak, albo co?!... — odrzekł kędzierzawy brunet z binoklami na garbatym nosie.
— Bo ja też jestem polityczny, siedziałem sam w tamtym wagonie, więc poprosiłem, żeby mię tu przeniesiono. Czy panowie zgadzają się mnie przyjąć?
— Ależ owszem! Bardzo prosimy, miejsca jest dosyć — zawołał wesoło młody głos z gromadki siedzącej na ławce.
— Jak się nazywacie kolego? Skąd was bogi prowadzą i za co to was tak wcześnie... flancują... w step szeroki, w kraj bezludny... Ha, ha! Co, dobrze powiedziane: flancują!? — śmiał się wesoło młody blondyn, błyskając białemi zębami.
— Jestem Józef Gawar. W sprawie Związku Młodzieży szkolnej...
— Acha, Józef Gawar... Mój sąsiad z cytadeli... Chodź tutaj młodzieńcze! Posuń się Bolek... Prosimy między nas na stare miejsce... — wmieszał się do rozmowy wysoki, starszy już więzień, łysawy z rzadką, ciemną starannie rozczesaną brodą.
— Doktór Frączak, „frak“ z 38-go numeru! przedstawił się, podając Józefowi rękę.
— My też się już znam!l — rzekł jego sąsiad, blady, chudy szatyn ze zmęczonemi ołowianemi oczyma w czerwonej obwódce — Bolesław Potocki!
— Acha, to to jest „lewica!“ — pomyślał z niechęcią Józef i zawahał się na chwilkę, lecz Potocki tak uprzejmie robił mu miejsce na rzeczy na górnej półce, a następnie szykował siedzenie na ławce, że przezwyciężając zmieszanie, umieścił się między dawnymi swymi sąsiadami.
— Doskonale: na starem miejscu!... A nota bene nie trzeba będzie pukać... Kiepsko, kawalerze, stukaliście, trzeba przyznać... — gadał wesoło Frączak.
— Nie miałem wprawy... Nie wszędzie można było stukać i nie zawsze... miało się ochotę.
— Wiem. Wynagrodzimy sobie teraz przy; musowe milczenie... Ale przedtem może się napijesz herbaty, kawalerze!
Wetknął mu kubek gorącej herbaty do ręki i podsunął dobrotliwie cukier; Potocki podał mu obwarzanki.
Nie zdążył Gawar wypić paru łyków, gdy z dalszych przedziałów napłynęli więźniowie, pytając:
— Gdzież ten nowy?...
Więc się podniósł i przedstawiał, zamieniał uściśnienia rąk i urywane zdania krótkich informacyj.
— Acha, wiemy, wiemy, 7 numer! Było o tem w piątym numerze „X-go Pawilonu“.
— Nawet przypominam sobie, że widziałem przez okno obywatela na spacerze.
Stali dokoła oparci o ławki w przejściu, mieś rżąc badawczo błyszczącemi oczami młodziuchną, zlekka zapłonioną twarz nowego towarzysza.
— Coś jest zacz? Czy pomoc będziem mieli z ciebie, czy kłopot?... — czytał w ich spojrzeniach Józef, doreszty zmieszany i onieśmielony.
Większość z nich byli to starsi już ludzie, poważni robotnicy wysyłani „za przynależność do organizacyj zawodowych“ albo udział w strajkach. Ci mówili mało i głównie przyglądali się. Młodsi „z organizacji“ byli o wiele ciekawsi i rozmowniejsi.
— Jakże to tak: sam jeden idziecie?
— Sam. Nie wzięli nikogo więcej, nie udało się im wykryci... — z dumą odpowiadał Gawar.
— He, widzę, nie w ciemię bity jesteście towarzyszu!...
— Polak od małości, jak kaczka do wody przyzwyczajony do więzienia!
— Uczyć nie trzeba!...
— Już się o to inni starają.
— Mało nas to uczyli?
Wkrótce jednak uwaga powszechna ku wielkiej uldze Gawara została zwrócona na spór, jaki rozgorzał w sąsiednim przedziale. „Klasowe stanowisko“, „proletarjat“, „kapitał“, „burżuazja“ co chwila tam padały w ogólnym tumulcie słów jak dźwięczny podzwon o nagie kowadło, kujących żelazo miotów.
Twarze, oczy, uszy skierowały się w tamtą stronę i Józef zabrał się znowu do herbaty.
Wtem ktoś jakby znany mu, zaczął mówić po rosyjsku.
— Co to?
— A nic! Pewnie żołnierze przyszli...
— A kto z nimi mówi?...
— Jest tu taki... wielki tego amator niejaki pan Stanisław Butterbrot...
— Butterbrot?... Ależ znam go dobrze z Pawiaka... To i jego wywożą?
Podniósł się i chciał biec przywitać, lecz wyjrzawszy za poręcz ławki, spotkał się z tak obojętnem, prawie wrogiem spojrzeniem uzbrojonych w binokle czarnych oczu, że zaniechał zamiaru. Właściciel oczu i binokli wycierał duży garbaty nos brudną chustką i mówił do stojącego obok podoficera konwoju:
— Ja wam goworju, czto etowo tak nielzia ostawit’... Wy panimajetie, czto zdieś dieło nie w tom, czto ja potierał diengi a dieło w princypie...
Gawar usiadł szybko na miejscu.
— Powiedzcie, obywatelu, — zwrócił się do doktora Frączaka, co to za dziwni żołnierze pilnują nas dzisiaj?...
— Istotnie dziwni. Dobrze trafiliśmy. Byle tylko nam wkońcu nie połamali żeber... Bo i to zdarza się czasem.
— Nie o tem mówię, tylko że... tacy uprzejmi! A mnie pytali nawet, czy nie jestem pepees?...
— Powiadają, że większość z nich to „trudowicy“, a podoficer nawet ma być es-erem.
— Trudowicy?... A tak nas rewidowali?
— Co to szkodzi. Nas też rewidowali... Butterbrotowi pieniądze odebrali. Ale gazety nam dają, nawet świeże rewolucyjne odezwy przynieśli...
— I mimo to rewidowali?...
— A rewidowali!... Dusza rosyjska „obszerna i bogata“...
— No nie przesadzaj: rewidowali nas inni! — wmieszał się Potocki.
— Dla mnie oni mogą być inni, ale dla ciebie wszędzie ci sami... proletarjusze w mundurach. — Nie wykręcaj się! —
Potocki widocznie nie miał ochoty do dyskusji, bo kiwnął głową w stronę sąsiedniego przedziału i mruknął:
— Daj pokój i posłuchaj lepiej co mówią!
Zamiast tego doktór zwrócił się do Gawara:
— Cóż widział pan rodziców?
— A widziałem. Już straciłem nadzieję, wyprowadzono nas do rewizji, gdy wtem, niech pan sobie wyobrazi... — zaczął z radosną gadatliwością chłopak.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.