<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Łańcuchy
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Data wyd. 1935
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVIII.

Kamera, do której ich zamknięto, była ciasna i tak brudna, że nawet oduczeni dawno od czystości więźniowie nie śmieli jednak kłaść się na pryczach. Podłogę pokrywała warstwa cuchnącego szlamu, do którego lipły podeszwy; po ścianach i deskach — wszędzie pełzało obżarte, wstrętne robactwo.
Gniewni, wzburzeni więźniowie tłoczyli się w przejściach.
— Tu tyfusu można dostać!... Tu nie wiadomo co przedtem było: chlew czy szpital!... Robactwo najłatwiej roznosi zarazę... Wiadomo!... — wołał Somow.
— Protestujemy!... Stukajcie towarzysze do drzwi!... — krzyczał Orłow.
— Czekajcie, musimy kogoś wybrać, żeby się rozmówił z władzą!... — zauważył Aronson.
— W zastępstwie Dobronrawowa i Butterbrota niech zrobi to Wojnart... Ma wprawę!... — radził Wujcio.
— Doskonale!... Wojnart!... Dawajcie Wojnarta!...
— Jestem. Ale się nie zgadzam. Niech idzie Odesskij!...
— Poco ja?... Pan żartuje?... Ja tego nie potrzebuję robić... Oni nie będą mnie słuchać!...
— Dlaczego nie mają słuchać!? Zmusi ich pan do tego, jako przedstawiciel wszystkich!...
— Nie, nie!... Lepiej niech idzie kto inny!...
— Bez żartów, Wojnart!... Idź, dowiedz się co to wszystko znaczy; wytłumacz, że my tu się podusimy w tej ciasnocie i zaduchu... Ten żyd tego nie zrobi... Srogie tutaj władze... Nie możemy im posłać przedstawiciela z takim nosem... — szeptał Wujcio.
— No i kolacja?... Nic w ustach nie mieliśmy od rana!...
— Tak, tak!... Pomyśl o kolacji Wojnart, przedewszystkiem!...
— O czem chcesz pomyśl, byle jeść!... Umieramy z głodu!...
Wojnart dał się wkońcu namówić i wszczął pertraktacje z początku z klucznikiem, a potem ze starszym.
Ten mu potwierdził, że ich niedługo przeprowadzą na barkę i dlatego wyznaczono im lokal trochę ciasny i niezupełnie czysty...
— Zmiłuj się pan!... On jest strasznie brudny i tak ciasny, że ruszać się nie można!...
Gruby klucznik poważnie pokiwał głową:
— Przepełnienie, wszędzie przepełnienie!... Im dalej na Wschód, tem ciaśniej!... Chwalcie Boga, że płyniecie wodą, a nie jedziecie koleją!... Z wiosną w więzieniach... urwanie głowy!... Kłopotu mamy niech Bóg uchowa!...
— No, ale przecież jeść nam dacie?... Nie jedliśmy od samego rana... Przecież myślę, że i na dziś wyznaczono nam strawne?...
Nadzorca znowu pokiwał głową:
— Nie wiem — dziś komisja!... — bąknął powątpiewająco. — Kto za dzisiejszy dzień odpowiada, niewiadomo. Bo to ani wy w więzieniu, ani na parowcu... Trudno tę zagadkę rozwiązać!... Trzeba będzie papier pisać do Gubernji...
— A jeść?...
— Jeść!?... Nie wiem! Skąd mogę wiedzieć!... Naczelnik mówi, że nie ma dla nas pieniędzy... Trzeba do Gubernji...
— Więc dobrze!... Do gubernji... Wezwijcie władzę, powiedzcie, że my żądamy prokuratora!...
— Phi!... Późno już!... Biura zamknięte, prokuratora na mieście niełatwo znaleźć!... Zresztą nie przyjdzie w godzinach nieurzędowych... Też człowiek jest!...
— A... jeżeli bunt... z głodu?
— Bunt?... Od tego jest oficer konwoju!... Zresztą ja wam poradzę i gotówem pomóc: kupcie tymczasem za swoje pieniądze a jutro podacie prośbę, to wam zwrócą... Strawne nie może przepaść... Nie do pomyślenia!...
Na tem stanęło. Wojnart po krótkim namyśle przyjął propozycję i gburowaty dotychczas nadzorca stał się nagle niezmiernie uprzejmy. Chleb, bułki, mleko, gorąca herbata zostały niezwłocznie dostarczone z kuchni więziennej, do której po te rzeczy puszczono nawet kilku zesłańców politycznych. Tam dowiedzieli się od kryminalistów, że barka istotnie tej nocy odchodzi, że partja kryminalistów już tam odeszła i że tylko patrzeć jak poprowadzą tam i politycznych...
— Konwój już gotów!... — szeptali tajemniczo.
— Dlaczego nas tu trzymają?...
— Tego nikt nie wie. Może jaka depesza z Petersburga!... Może... manifest!?...
Fantastyczne wieści wywołały niezmierne poruszenie wśród politycznych. Mówiono o rewolucji w Moskwie, o upadku gabinetu i zmianie rządu, robiono przypuszczenia, rojono projekty, coraz weselsze i śmielsze w miarę jak ciepła strawa napełniała wygłodzone żołądki.
— Gołowin, szykuj się na premjera!... — krzyknął wreszcie Somow.
Olbrzym uśmiechnął się:
— Na to jeszcze poczekamy, ale wy napewno zostaniecie niedługo ministrem oświaty w „samostinoj Ukrainie!“
— Tem pewniej, że nie umie ani słowa po ukraińsku! — dorzucił Awdiejenko.
— To nie znaczy, że nie mogę być w zasadzie dobrym ukraińskim patrjotą! — obraził się Somow.
— Broń Boże!... Jak nie przeszkadza mnie nazwisko na „eńko“ być patrjotą rosyjskim.
Zanosiło się na długą dyskusję, słuchacze już otoczyli ciekawem kołem zapaśników, gdy drzwi się otwarły i starszy nadzorca ogłosił wymarsz.
Znowu pod konwojem przeszli, brzęcząc łańcuchami, gromadą ulice, pełne mroku nocnego, kurzu i zaduchu ubiegłego dnia.
Przystań oraz barka, na której niebawem się znaleźli, były zupełnie podobne do dobrze im znanych z Wołgi i Kamy; kajuta jednak wydała się im trochę mniejszą, a na jej pokładzie w przeznaczonym na spacery „kurniku“ nie było poprzecznej przegrody.
— To znaczy, że albo niewiast z nami tymczasem nie przewożą, albo że pozwolą im spacerować razem z nami!...
— Hurra!... Niech żyje płeć piękna!... Będziemy się o to starać!... — krzyknął Wujcio.
— One już są. Przyprowadzono je przed nami. Mówił mi to posługacz z przystani... — oznajmił marząco Leskow.
— Tem lepiej! Urządzimy im zaraz serenadę!... Chór, gdzie mój chór!...

Noc była gwiaździsta, ciepła; świeże, czyste powietrze nęciło więźniów do pobytu na pokładzie. Chór rychło się zebrał i nad szemrzącem cicho czarnem zwierciadłem rzeki, pocentkowanem złotem gwiazd odbiciem popłynęła z wodą cudna melodja, śpiewana solo przez Leskowa:

Wychażu adin ja na darog
Skwoź tuman kremnistyj put’ blestit,
Nocz ticha, pustynia wniemlet Bohu
I zwiezda z zwitzdoju gawarit.
W niebiesach torżestwienno i czudno
Spit ziemia w sijanji gałubom
Cztoże mnie tak bolno i tak trudno,
Żal czewo, taskuju-li a czom?

Później słodko i łagodnie jak echo rzecznego szmeru rozsnuła się dumka chóralna:

Oj, puszczu ja konyczenki w sadu
A sam pijdu neńki na poradu
Neńka mija,
Neńka mija...
Po sadoczku choo-ody,
Konyczeńka za powodija woody...

Potem znowu Leskow śpiewał solo Lermontowa:

Tuczki niebiesnyja, wiecznyje stranniki,
Stiepiu łazurnoju, ciepiu żemczużnoju
Niesiotieś wy, budto kak ja że izgnanniki...

Potem chór:

Na siewierie dikom stoit adinoko sasna...“

Następnie:

Wijut witry, wijut bujni, aż derewja hnutsia...“

I tak dalej wyśpiewali wszystkie pieśni, jakie znali o marzeniach i tęsknocie...

— Tam u nas ciepło; teraz kwitną azalje i jaśminy... Taki zapach w wąwozach... aromat... zdrowie!... Pierś dyszy lekko... Siądziesz na progu, słuchasz pieśni, co płyną z sakli rozsypanych po zboczach... Strasznie lubię śpiew Leskowa, on mi przypomina... — zwierzał się, ciężko dysząc, Dżumbadze Gorainowi...
Szewc milczał posępnie.
— Burżujstwo!... — rzekł wreszcie. — Ot u nas, wiśnia była pamiętam, w sadzie sąsiedzkim. Owoców zawsze jak nasiał, czerwona cała jak w ogniu, liści nie widać. Raz pokusa wzięła, przeleźliśmy z bratem przez parkan i na drzewo; już, już owoców sięgamy... Wtem: cap!... Sąsiad nas za kark... Tak nas sprał, tak sprał, że trzy dni siedzieć nie mogliśmy, a ojciec jeszcze poprawił. ...Ot tobie, lato i dobra pogoda!
— Tak, wielka szkoda!... Okrutni bywają ludzie!... — westchnął chory.
Późno w nocy wrócił Dobronrawow z miasta i nie zaraz mógł się Wojnart z nim rozmówić.
Długo trwały rozmowy gospodarcze starosty i z nowym oficerem konwojowym i ze starostą oraz kucharzami kryminalistów, długo układano warunki i porządek nowego życia zanim wreszcie zmęczony i zły jak „sto djabłów“ Dobronrawow przysiadł na rogu pryczy w zajętem dlań miejscu. Butterbrot dawno już chrapał; większość więźniów leżała na posłaniach, gwarząc półgłosem i paląc ostatnie przed snem papierosy.
Słychać było jak Leskow upomina łagodnie kaszlącego okropnie Dżumbadzego.
— Widzisz, siedziałeś za długo na pokładzie!... Jak małe dziecko!... Oka z ciebie spuścić nie można!...
— Śpiewałeś tak ślicznie dzisiaj!... Było ciepło. Nie przypuszczałem. Tu pod pokładem tak ciemno, smutno!... Tak chciałem, tak chciałem, chociaż trochę!... Nie gniewaj się!... — tłumaczył się chory.
— Pojmuję i wcale się nie gniewam, ale czyż nie gorzej, jeżeli potem parę dni zrzędu nie możesz wychodzić!... Weź krople, ulży ci!... Pomóż mi, Gawar, dać lekarstwo, potrzymaj świecę!...
Wśród sąsiadujących z chorym Polaków zrobił się mały ruch.
Wojnart tymczasem ześliznął się niepostrzeżenie z pryczy i zbliżył nieśmiało do Dobronrawowa.
— Cóż?
— A nic! Masz swoją kartkę zpowrotem.
— Przecież prosiłem cię, żebyś ją zniszczył?
— Eh, zapomniałem. W głowie się mąci od interesów. Ten żyd zamęczy mię swemi pomysłami. Wszystko się już układało doskonale, pieniądze obiecano nam i w Tobolsku, i w Tomsku... Znalazłem kredyt tymczasowy u żyda, co u kryminalnych trzyma „majdan“. Wtem: trach!
— Co: trach? Czy ona ci co powiedziała?
— Nie o niej mówię, a o interesach. Jej nie widziałem, nie przyszła...
— Nie widziałeś, nie przyszła?...
— Zato był jakiś jegomość w „grochowym paltocie“[1] i nawet się do nas przyczepił...
— Co ty mówisz?... O cóż was pytał?...
— Nic nie pytał, ale wtrącał się, ot, tak: a skąd to panowie? A jak tam panowie?... Czy możemy wziąć od niego karteczkę do jego znajomego tutaj?
— Kogóż nazwał?...
— Nie pytaliśmy się, odpędziliśmy go precz...
— Szkoda. Trzeba się było dowiedzieć... Może on tu w naszej partji ma wspólników.
— Jakich wspólników?...
— Ależ to szpieg, ajent?...
— Więc dobrze, żeśmy go odpędzili!...
— Niezupełnie... Lepiej było się dowiedzieć?... A tak nie słyszeliście w mieście, w sklepach od nikogo, czy nie było czasem w mieście... aresztowań?...
— Aresztowań?... Do głowy nie przyszło mi... Prawda, tej twojej panny nie widziałem, ale... nie byłem wprost w stanie myśli skupić, ten obrzydliwy żyd wciąż nu nad uchem brzęczał jak bąk. Wciąż ten sam, wciąż ten sam „majufes“... A drogo!... A poco takie wydatki!? O jej! Aj waj!... No i kupiliśmy połowę tego, co trzeba. Wiem, że droga długa, że dostać nie będzie gdzie, lecz taka mię pasja wzięła, że powiedziałem sobie: „zdechnijcie, kiedyście mi tego żyda wpakowali“... Parfaitement!... Przecież pieniędzy jeść nie będziecie, a wtedy przekonacie się!... Tak to, drogi przyjacielu, źle!... Ale ranek od nocy mądrzejszy!... Idź spać i nie martw się... Jeżeli sobie jutro coś jeszcze przypomnę, to ci opowiem... Dobranoc!
Uścisnął rękę Wojnarta i wyciągnął się na swem cieniutkiem posłaniu, zrobionem ze starego chałata, przykrył zwierzchu kurtą więzienną i podciągnął pod siebie skromnie okute kajdanami nogi.
Wojnart stał chwilę bez ruchu z twarzą chmurną i zamyśloną; w gęstym mroku, przesyconym parą i szmerem oddychających we śnie piersi, czerwono płonął woddali ogarek świecy u wezgłowia zaczytanego w wielkiej księdze Lwowa.
Wojnart potrząsł głową, westchnął cichutko i podtrzymując łańcuchy, aby, o ile można, nie brzęczały, poszedł na swoje miejsce obok Gawara.









  1. U Rosjan „pan w grochowym paltocie“ — w paltocie koloru grochu — synonim szpiega. Termin wprowadzony przez satyryka Szczedrina.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.