Śmierć Hanrahana

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Butler Yeats
Tytuł Śmierć Hanrahana
Pochodzenie Opowiadania o Hanrahanie Rudym; Tajemnicza róża; Rosa alchemica
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Całe Opowiadania
Pobierz jako: Pobierz Całe Opowiadania jako ePub Pobierz Całe Opowiadania jako PDF Pobierz Całe Opowiadania jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Śmierć Hanrahana.

Hanrahan nie lubił nigdzie długo zagrzewać miejsca, to też w czas jakiś zaszedł z powrotem pomiędzy wioski, leżące u podnóża Slieve Echtge, a zwane Illeton, Scalp i Ballylee; zatrzymywał się raz w tym domu, to znów w innym, a wszędzie znajdował gościnne przyjęcie ze względu na wiek, dar pieśni i uczoność. W skórzanej sakiewce pod kubrakiem brzęczało mu ta nieco srebrników i miedziaków, ale rzadko bywał zmuszony stamtąd coś wysupłać, bo potrzebował niewiele, a żaden z ludzisków nie przyjąłby od niego zapłaty. Ociężała mu już ręka, którą opierał na palicy, a policzki mu się zapadły i wychudły; wszakże ile chodzi o strawę, to miał zawsze wbród ziemniaków, mleka i placków owsianych, a nawet w zakątku tak zapadłym i bagnistym, jak Echtge, nigdy mu nie odmówiono kwaterki gorzałki, trącącej nieco dymem torfowym. Zapuszczał się w wielki bór koło Kinadife lub przesiadywał wiele godzin dziennie w szuwarach nad jeziorem Belshragh, już to wsłuchując się w szmer strumieni, zbiegających ze wzgórków, już to przyglądając się cieniom na rdzawych łachach błotnych, a siedział tak cicho, że nie płoszył zwierzyny, która za nadejściem nocy schodziła tędy z wrzosowisk na trawiaste polany i orne niwy. W miarę jak upływał dzień za dniem, wydawało się, że ów samotnik staje się coraz bardziej przynależny do jakiegoś świata niewidzialnego i mglistego, którego granicami są barwy i cisze, znajdujące się poza obrębem barw i milczeń tego świata. Czasami słyszał jakowąś gędźbę, snującą się po lesie, która ulatniała mu się z pamięci, ledwo umilkła; kiedyindziej znów w ciszę południową do uszu jego dochodził hałas, nito szczęk licznego oręża, trwający długi czas bez przerwy. A za nadejściem nocy, gdy wzeszedł księżyc, jezioro stawało się podobne do gościńca ze srebra i drogich kamieni, a z jego głuszy dobywały się stłumione zawodzenia, lękliwe śmiechy, przerywane szumem wiatru, oraz jakoweś nieprzeliczone trupie ręce, wymachujące nad topielą.
Pewnego wieczora (było to podczas żniw) siedział tak, poglądając w wodę, i rozmyślał o przeróżnych tajemnicach, zawartych pośród gór i jezior; naraz od południa doszedł go krzyk, z początku bardzo niewyraźny, później coraz donośniejszy i wyrazistszy, w miarę jak wydłużały się cienie szuwarów. Wkońcu mógł już wyróżnić słowa:
— Jam piękna, jam piękna! ptaki w powietrzu, ćmy pod liśćmi, muchy nad wodą przypatrują mi się, bo nie widziały nigdy nikogo tak pięknego, jako ja. Jam młoda, jam młoda: poglądajcie na mnie, góry, poglądajcie, ginące knieje, bo ciało moje lśnić będzie, jako wody przejrzyste, gdy wy zapadniecie się w nicość. I wy i plemię ludzkie i stada zwierzęce i ryby i roje skrzydlate — skazani jesteście na zagładę, jako świeca, co się dopala; ja wszakże śmieję się z całej mocy, bom jest wciąż młoda!
Od czasu do czasu głos się urywał, jakby wskutek zmęczenia, a potem znów się ożywał, wykrzykując jedne i te same słowa:
— Jam piękna, jam piękna!
Wtem zatrzęsły się chaszcze na skraju jeziorka; jakaś stara babina, przedarłszy się przez gąszcz, minęła Hanrahana, wlokąc się krokiem ociężałym. Twarz jej była ziemistej barwy i tak pomarszczona, że równać się z nią nawet nie mogła twarz jakiejkolwiek czarownicy; siwe jej włosy zwisały jak kłaki, a łachmany, które miała na sobie, nie osłaniały ciemnej skóry, stwardniałej od wichrów i słoty. Przeszła obok niego z oczyma szeroko wytrzeszczonemi, z głową podniesioną do góry, z obwisłemi po bokach rękoma i znikła w cieniu wzgórz po stronie zachodniej.
Dreszcz przeniknął Hanrahana, gdy ją obaczył, gdyż poznał w niej niejaką Winny Byrne, która włóczyła się po prośbie z miejsca na miejsce. Nieraz mu opowiadano, że była ona niegdyś tak mądra, że wszystkie kobiety w okolicy zasięgały we wszystkiem jej rady, a miała głos tak cudny, iż zbiegali się zewsząd mężczyźni i kobiety, by posłuchać jej śpiewu na kiermaszu czy weselu. Ale Wciórnastki, wielkie Sidhe, ukradły jej przed laty rozum w pewną noc Samhain, gdy zdrzemnęła się na rozdrożu i ujrzała we śnie sługi Echtge ze wzgórz.
A gdy znikła na zboczu pagórka, zdawało się, że jej krzyk: — Jam piękna, jam piękna! — wychodzi z pośród gwiazd na niebie.
Zimny wiatr wczołgał się pomiędzy sitowie; Hanrahan uczuł dreszcz, więc powstał, by zajść do jakiejś chałupy, gdzie będzie ogień na nalepie. Zamiast jednak, jak po inne dni, skręcić w dół, począł się wspinać na wzgórze niewielkim żlebem, który może był wydrążony koleinami, a może był poprostu wyschłem łożyskiem strumienia. Była to ta sama droga, którą poszła poprzednio Winny, a wiodła do małej koliby, w której ona nocowała, o ile wogóle miała ochotę gdziekolwiek nocować. Gramolił się na wzgórze z wielką trudnością, jakby miał na plecach ogromne brzemię, aż wreszcie nieco na lewo zobaczył światełko; przyszło mu na myśl, że to niewątpliwie świeci się w domu Winny, przeto zboczył ze ścieżki, by tam się udać. Lecz chmury zakryły niebo i nie mógł dokładnie rozeznać drogi, to też uszedłszy zaledwie kilka kroków, pośliznął się i wpadł w rów, służący do osuszania moczarów; wprawdzie jakoś tam się z niego wydostał, chwytając się pęków wrzosu, jednak upadek bardzo nim wstrząsnął, tak iż miał raczej ochotę, by spocząć, niż iść dalej. Ale Hanrahan zawsze był zuchem, więc jakoś tam kusztykając puścił się znów w drogę, aż wreszcie zaszedł do koliby Winny; nie miała ona okien, a światło wydostawało się przez drzwi. Postanowił wejść do chaty i krzynkę odpocząć, jednakowoż gdy stanął w drzwiach, nie zobaczył tam Winny; siedziały w izbie jeno cztery siwe staruchy, grając w karty — Winny nie było pomiędzy niemi. Hanrahan przysiadł na kupie torfu, ponieważ był zmęczony śmiertelnie i nie miał najmniejszej chęci do grania, a kości jego i stawy odczuwały dotkliwie niedawną przeprawę. Słyszał, jak cztery kobiety grając rozmawiały i wywoływały swe karty, a zdawało mu się, że mówiły tak samo, jak przed laty ów cudzoziemiec w lamusie:
— Wino i dzwonka, odwaga i siła; żołądź i czerwień, wiedza i przyjemność.
Zaczął powtarzać te słowa, jakby rozmawiał sam ze sobą; może śnił, może i nie, ale ból w lewej łopatce nie opuszczał go ani na chwilę. Po niejakim czasie cztery baby jęły się swarzyć w izbie, pomawiając się nawzajem o szachrowanie w grze; głosy ich stawały się coraz to bardziej podniesione, przechodząc we wrzaski i przekleństwa, aż nakoniec dokoła chaty i ponad nią rozlegał się hałas przeraźliwy. Hanrahan słysząc to pół przez sen, pół na jawie, przemówił:
— Jest to odgłos walki między sprzymierzeńcami i nieprzyjaciółmi człowieka bliskiego śmierci. Zachodzę w głowę, kto w tem pustkowiu może być człowiekiem blizkim śmierci...
Ani chybi, musiał zasnąć na dobre i przespał czas dłuższy. Skoro otworzył oczy, ujrzał nad sobą starą pomarszczoną twarz Winny z Rozstajnej Drogi. Wpatrywała się w niego nieruchomo, jakby chcąc się upewnić, że nie umarł, i mokrą szmatą obcierała krew, co zakrzepła na jego licach, po chwili zaś bądź podpierając go, bądź niosąc wciągnęła osłabionego do izby i ułożyła na czemś, co zastępowało jej wyrko. Podała mu garstkę ziemniaków z garnka stojącego na piecu i, co więcej go orzeźwiło, kubek wody źródlanej. Od czasu do czasu drzemał nieco, niekiedy zaś słyszał, jak śpiewała sobie coś pod nosem, uwijając się po izbie — w ten sposób zbiegła mu noc. Gdy świt zaczął rozjaśniać niebo, Hanrahan domacał się sakiewki, gdzie miał trochę grosiwa, i podał ją babinie; wyjęła z niej pieniądz miedziany i jeden srebrny, ale włożyła je z powrotem, jakby lekce je sobie ważąc — może dlatego, że nie żebrała nigdy pieniędzy, lecz jadła i przyodziwku, a może brzask dnia rozniecił w niej dumę i nową dufność w wielką swą urodę. Wyszła z chałupy, użęła kilka garści wrzosu i przyniósłszy do izby, przysypała niemi Hanrahana, coś tam mówiąc o chłodzie poranka; przy tej sposobności zauważył zmarszczki na jej twarzy, siwiznę jej włosów i wykruszone zęby, poczerniałe już i pełne dziur. A gdy już był dobrze obłożony wrzosem, wyszła za drzwi i zbiegła po zboczu góry; przez czas pewien słyszał jeszcze jej krzyk: Jestem piękna, jestem piękna!
W miarę jak się oddalała, głos jej przycichał coraz to bardziej, aż nakoniec zamilkł zupełnie.
Hanrahan przeleżał tak w bólach i chorobie dzień cały; gdy zapadały już wieczorne mroki, posłyszał znowu jej głos, dochodzący ze zbocza góry. Przyszedłszy, zagotowała ziemniaki i podzieliła się z nim tą strawą tak samo jak poprzednio. Mijał tak dzień za dniem i zaczęło mu ciężyć brzemię ciała. Lecz w miarę jak opadał z sił, rozpoznawał, że w izbie oprócz niego były jeszcze jakieś inne istoty; cała chatka jęła się niemi zapełniać. Zdawało mu się, że w Ich ręku były wszelkie potęgi, że jednem dotknięciem mogą obalić ów mur, jaki dokoła niego zbudowała Boleść niepożyta, i wziąć go w świat swój udzielny. Niekiedy zaś słyszał ich głosy, przyciszone a radosne, odzywające się z pod pułapu lub z ognia na nalepie, kiedyindziej zasię cały dom napełniał się gędźbą, która przeciągała przezeń, niby wiatr. Nieco później osłabienie spowodowało zupełny zanik bólu, a dokoła niego nastała wielka cisza, niby cisza w głębinie jeziora, a w niej, niby płomyk świecy o knocie z sitowia, chwiały się nieustannie głosy przyciszone a radosne.
Pewnego poranka usłyszał kędyś za drzwiami gędźbę, która z biegiem dnia stawała się coraz to głośniejszą, aż nakoniec zagłuszyła głosy radosne a przyciszone, a nawet wołanie starej Winny na stoku wzgórka za nadejściem wieczora. Około północy naraz wydało mu się, że ściany rozpływają się w niwecz, a jego tapczan unosi się w jakowejś bladawej i mglistej jasności, która świeciła ze wszech stron, jak okiem zasięgnąć. Gdy przejrzał po chwilowem olśnieniu, obaczył, że w onej jasności pełno było zjaw wielkich a niewyraźnych przelatujących tu i tam.
W tejże chwili gędźba stała się tak wyraźna, iż pojął, że były to jeno ustawiczne szczękania mieczów.
— Już po mnie... umieram — rzekł do siebie — i to pośród muzyki niebiańskiej. O Cheruby i Serafiny, przyjmijcież duszę moją!
Na jego wołanie najbliższy okrąg światłości napełnił się iskrami jeszcze promienniejszego blasku i postrzegł, że były to ostrza mieczów, wymierzone w jego serce; potem nagły płomień, gorejący i błyszczący jako miłość Boża lub gniew Boży, zniósł ową światłość i zniknął... Hanrahan znalazł się w ciemnościach. Z początku nie widział nic, gdyż wokoło było tak ciemno, jakby zakopano go w czarnej ziemi torfiastej, lecz naraz wystrzelił ogień, jakby ktoś cisnął pośrodek garść słomy zapalonej. Poglądnąwszy w tę stronę, Hanrahan ujrzał, że światło połyskiwało na wielkim garnku, zwisającym z haka, na płaskim kamieniu, gdzie Winny nieraz wypiekała podpłomyki, na długim zardzewiałym nożu, którym ścinała pęki wrzosu i na długim kiju głogowym, który sam przyniósł do chałupy. Gdy się przyglądał tym czterem przedmiotom, jakieś wspomnienia odżyły w pamięci Hanrahana i znów powróciły mu siły; podniósł się i usiadłszy na łożu, przemówił nader głośno i wyraźnie:
— Kocieł, Głaz, Miecz i Włócznia... Co one oznaczają? Do kogo należą? Wtedy zadawałem sobie to pytanie...
Rzekłszy to, upadł znów nawznak z osłabienia i zabrakło mu tchu.
Winny Byrne — ona to trzymała łuczywo — stanęła nad nim, wlepiwszy oczy w wyrko. Nikłe, rozśmiane głosy poczęły znów pokrzykiwać, a blade światło, szare niby fal powierzchnia, rozpełzło się po izbie; Hanrahan nie mógł dociec, z jakiego świata ono tu napływa. Widział zwiędłą twarz Winny i jej wyschłe ramiona, co szarą barwą przypominały rozsypującą się w grudki ziemię; pomimo całego wycieńczenia wzdrygnął się i odsunął się ku ścianie. A wtem z łachmanów, stwardniałych od błota, wydobyły się ramiona tak białe i rozwiewne, jak piana na rzece, i spoczęły na jego ciele, a głos, który słychać było wyraźnie, lecz pochodził jakby z oddali, zaszeptał doń:
— Nie będziesz już mnie szukał na łonach kobiet.
— Ktoś ty? — zapytał.
— Jestem z plemienia wiekuistego, jestem jednym z wiekuistych niepożytych Głosów, a mieszkam w duszach ludzi złamanych, konających i tych, co postradali rozum. Ciebie szukałam — tyś mój, póki cały świat nie zgorzeje, jak wypalona świeca. A teraz spojrzyj wgórę, gdyż oto zapłonęły nasze wici weselne.
Ujrzał, że w chacie zagęściło się od bladych, widmowych rąk, a każda ręka trzymała, bądź coś nakształt wici, zapalanej przed weselem, bądź też coś nakształt podługowatej gromnicy, jaką dają konającym.
Nazajutrz rano równo ze wschodem słońca, Winny z Rozdroża, która siedziała przy zwłokach, powstała i powlekła się znów na żebry od powiatu do powiatu, nucąc po drodze niezmienną śpiewkę:
— Jam piękna, jam piękna! poglądają na mnie ptaki w przestworzu, ćmy pod liśćmi, muchy nad wodą. Przypatrzcie mi się, ginące knieje, bo ciało moje lśnić będzie, jako wody jeziora, gdy wy zapadniecie się w nicość. I wy stare plemię ludzkie i stada zwierzęce i ryby i roje skrzydlate — skazaniście na zagładę, jak wypalona świeca. Ja wszakże śmieję się, co mocy, bom jest wciąż młoda.
Nie powróciła już do koliby ani tej nocy, ani żadnej następnej. Dopiero po upływie dwóch dni kopacze torfu, wybrawszy się na trzęsawiska, znaleźli ciało Owena Hanrahana Rudego i zwołali ludzi, by go pochowali, i baby, by nad nim zawodziły. Wyprawiono mu pogrzeb, godny tak wielkiego pieśniarza.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Butler Yeats i tłumacza: Józef Birkenmajer.