Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część pierwsza/Rozdział XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XI.
PODEJŚCIE.

Odczytawszy wyjątki z dziennika ojca, sieroty zamilkły na jakiś czas, smutnie się zamyśliły, oglądając pożółkłe pismo.
Dagobert, także zadumany, myślał o swym synu i o swej żonie, z którymi był już dawno rozłączony, a których niedługo może spodziewał się ujrzeć. Potem pierwszy przerwał milczenie, od kilku minut trwające, i, biorąc pismo z rąk Blanki, złożył je troskliwie, włożył do kieszeni i rzekł do sierot:
— Tak więc, moje dzieci, bądźcie spokojne... widzicie, jak zacnego macie ojca; myślcie tylko o radości, z jaką wkrótce go ucałujecie, i pamiętajcie zawsze o imieniu uczciwego chłopca, któremu zawdzięczać będziecie tę przyjemność; bo gdyby nie on, jużby wasz ojciec był zabity w Indjach.
— Nazywa się on Dżalma... Nigdy go nie zapomnimy — rzekła Rózia — i prosić będziemy naszej matki, aby czuwała nad nim tak, jak nad nami...
— A gdy nasz anioł-stróż Gabrjel przyjdzie jeszcze- — dodała Blanka — powiemy mu także o nazwisku Dżalmy.
— Dobrze, moje dzieci, pewien jestem, że co się tyczy serca, o niczem nie zapomnicie... Lecz wróćmy do wędrownika, który przybył do waszej biednej matki. Widział on generała w miesiąc po zdarzeniach, o których czytałyście, i, w chwili kiedy znowu uderzyć mieli na Anglików, wasz ojciec powierzył mu te papiery i medal.
— Ale, Dagobercie, na co się nam przyda ten medal?
— A co znaczą te wyrazy na nim wyryte? — mówiła Rózia, wyjmując go z zanadrza.

w Paryżu
Ulica Ś-o Franciszka Nr. 3;
będziecie po upływie półtora wieku dnia 13 lutego,
1832 r.
Módlcie się za mnie.

— A to, moje dzieci... znaczy, że 13 lutego 1832 r. trzeba nam być w Paryżu, na ulicy św. Franciszka Nr. 3.
— A cóż tam będziemy robili?
— Biedna wasza matka tak nagle zachorowała, iż nie mogła mi tego powiedzieć; wiem tyle tylko, że ten medal dostała od swych rodziców; były to relikwie przechowywane w jej rodzinie przeszło od stu lat.
— A jakże dostał się on naszemu ojcu?
— Gdy wyjeżdżał w nocy, kładąc spiesznie do powozu wszystko, co mu na drogę było potrzebne, włożył także, między innemi, rzeczy należące do matki; między niemi znajdował się ten medal, potem już generał nie mógł go odesłać, nie mając do tego żadnej sposobności.
— A więc ten medal jest dla nas rzeczą nader ważną?
— Bezwątpienia, gdyż nie widziałem nigdy waszej matki szczęśliwszej, jak w owym dniu, gdy go jej oddał podróżny... „Teraz los mych dzieci może będzie tak błogi, jak dotąd był nieszczęśliwy“, rzekła do mnie wobec urzędnika, ze łzami radości w oczach: „pojadę z niemi córkami do Francji... Jeślibym zasłabła, ty je odprowadzisz, Dagobercie; ruszysz niebawem, bo na nieszczęście wiele już zmarnowało się czasu... a jeżelibyś nie przybył przed 13 przyszłego lutego, to okrutne rozłączenie, ta przykra podróż byłaby nadaremna“.
— Jakto, choćby nawet jeden tylko dzień spóźnienia...
— Jeżelibyśmy przybyli 14 zamiast 13, jużby było po czasie — mówiła wasza matka.
— A jakże sądzisz, czy staniemy na czas w Paryżu?
— Spodziewam się; jednakże, gdybyście się czuły na silach, byłoby dobrze pośpieszać trochę.
— Ale, ponieważ ojciec nasz jest w Indjach, i jako skazany na śmierć, nie może powrócić do Francji, kiedyż zobaczymy się z nim?
— A gdzież będziemy się z nim widziały?
— Biedne dzieci, to prawda... ile to jest rzeczy, o których nie wiecie; nie mógł generał wrócić się do Francji, kiedy go opuszczał podróżny, to prawda, ale teraz już może.
— A dlaczegóż teraz może?
— Gdyż we Francji wiele zaszło zmian: nowy król... nowa dynastja... dawne rzeczy poszły w niepamięć. Ta wiadomość dojdzie do Indji; a wasz ojciec pewno przybędzie i oczekiwać was będzie w Paryżu, gdyż będzie się spodziewał, że wy i wasza matka przybędziecie tam na 13 lutego następnego roku.
— Aha! rozumiem teraz, możemy się spodziewać oglądać go — rzekła Rózia z westchnieniem.
— A to wszystko winne będziemy jego przyjacielowi wędrownikowi.
— A wiesz Dagobercie, jak się nazywa ten podróżny?
— Nie, moje dzieci... ale czy się on nazywa Paweł czy Gaweł, dosyć że poczciwy człowiek. Kiedy odchodził od waszej matki, z płaczem dziękowała mu za jego dobroć dla generała, dla niej i dla ich dzieci. Wtedy uścisnął jej ręce i rzekł jej tak łagodnym głosem, aż mnie to wzruszyło: „Za cóż dziękujesz mi, pani... czyliż nie powiedziano: „kochajcie się nawzajem“?
— Kto tak powiedział, Dagobercie, On?
— Tak, o kim to mówił podróżny?
— Tego nie wiem; uderzył mnie tylko sposób, którym on wymówił te słowa, i te były ostatnie słowa, które powiedział.
— Kochajcie się nawzajem?... — powtarzała Rózia.
— Jak to dowodzi dobrego serca... — mówiła Blanka — nieprawda, Dagobercie?
— Ponieważ ten wędrownik jest przyjacielem generała, to już dowodzi, że ma dobre serce.
— Jakaż to szkoda, żeśmy go nie widziały...
— A gdzież poszedł ten podróżny?
— Bardzo daleko... bardzo daleko, na Północ, — powiedział to waszej matce; która potem mówiła mi o nim: „Proste jego słowa rozrzewniły mnie; przez cały czas, jakiem go słuchała, było mi lepiej; mocniej jeszcze kochałam mego męża, moje dzieci, a z tem wszystkiem, patrząc na wyraz jego twarzy, sądziłbyś, że nigdy się nie uśmiechnął, ani zapłakał“, dodała wasza matka, i to prawda.
— Nigdy się nie roześmiał, ani zapłakał? — dodała Blanka.
— Kiedy odchodził, wasza matka i ja, stojąc we drzwiach, patrzyliśmy za nim dopóki mogliśmy, szedł ze spuszczoną głową. — Chód jego był powolny... spokojny... pewny... myślałby kto, że kroki liczył... i co do kroku jego rzecz jeszcze osobliwszą spostrzegłem.
— Co, co, Dagobercie?
— Wiecie, że droga prowadząca do domu, była zawsze wilgotna, a to z przyczyny miłego źródełka, które ją zalewało...
— Tak, tak.
— A więc ślady jego zostały na glinie i widziałem, że na jego podeszwach były ćwieki powbijane w kształcie krzyża...
— Oto tak — mówił Dagobert stawiając siedem razy palec na kołdrze — ot, takim wbite były porządkiem. Widzicie, że będzie krzyż.
— Ach prawda... krzyż, widzisz, siostro.
— Cóż to ma znaczyć, Dagobercie?
— Dalipan, nie wiem... może przypadkiem... Jakkolwiek bądź, odwiedzimy tego tajemniczego gościa zapowiadały coś niedobrego. Gdyż jak tylko od nas odszedł, jedno za drugiem dotykały nas nieszczęścia.
— Niestety! śmierć naszej matki?
— Tak, ale wprzód jeszcze... inne zmartwienie!... Trzeba nam było jechać co prędzej do Paryża, a okoliczności zmusiły was do wyjazdu w przeciwną zupełnie stronę. Matka wasza mówiła: „Miano w tem interes, aby przeszkodzić mnie lub moim dzieciom udać się do Francji, i dlatego tak postąpiono“.
— Może to niespodziewane zmartwienie nabawiło ją choroby?
— Oh nie, moje dzieci, była to owa nieszczęsna choroba, co nie wiedzieć skąd się bierze, bo i ona także odbywa podróże i uderza jak piorun; w trzy godziny po odejściu wędrownika, kiedyście powróciły z lasu wesołe, zadowolone, z dużemi bukietami dzikich kwiatów dla waszej matki... ona już prawie konała... już poznać jej nie można było; piekielna cholera zjawiła się we wsi... Wieczorem pięć osób umarło... Wasza matka ledwo miała czas włożyć ci medal na szyję, moja kochana Róziu... polecić mi was obie..., prosić mnie, abyśmy natychmiast puścili się w drogę do Paryża... Kiedy wasza matka umarła, zmieniły się okoliczności i wybraliśmy się w drogę. — Żołnierz nie mógł skończyć; zakrył sobie twarz rękami, kiedy tymczasem sieroty rozrzewnione rzuciły mu się obie w objęcia.
— Tak, ale — rzekł z dumą Dagobert... — po chwili bolesnego milczenia.
— Wtedy okazałyście się godnemi córkami zacnego generała... pomimo niebezpieczeństwa, nie można było oderwać was od loża waszej matki; pozostałyście przy niej aż do końca... Wy zamknęłyście jej powieki, wy czuwałyście nad nią... i wy nie chciałyście odjechać pierwej, aż ujrzałyście krzyż postawiony na jej grobie.
Tu Dagobert nagle przerwał mowę.
Usłyszawszy okropne lżenie konia, połączone z dzikim rykiem, podskoczył ze stołka i zawołał:
— To Jowialny! mój koń. Cóż to robią mojemu koniowi? Potem, otworzywszy drzwi, zbiegł prędko po schodach.
Dwie siostry przytuliły się do siebie tak przerażone, iż nie spostrzegły ręki sięgającej wybitą szybą, otwierającej rygiel okna, odpychającej gwałtownie futro i przewracającej na małym stoliku lampę przy której leżał tornister żołnierza.
Tak więc sieroty pozostały pośród głębokiej ciemności.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.