Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część pierwsza/Rozdział XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XII.
JOWIALNY I ŚMIERĆ.

Morok, wprowadziwszy Jowialnego do swej menażerji, zdjął mu z głowy kołdrę, która nie dawała mu widzieć i czuć węchem.
Jak tylko tygrys, lew i ryś spostrzegły go, zgłodniałe te zwierzęta rzuciły się do kraty swych zagród.
Koń, przerażony, stanął osłupiały, wyciągnął szyję, wytrzeszczył oczy, drżał, jak wryty z miejsca się nie mogąc ruszyć; zimny pot lał się z niego strumieniami.
Lew i tygrys zaczęły ryczeć przeraźliwie i okropnie miotały się w klatkach.
Ryś nie ryczał... ale niema jego drapieżność straszniejszą była, niż krzyki dwóch innych zwierząt.
Wściekłym susem rzucił się z głębi klatki na kratę, która aż się wstrząsnęła od tego zapalczywego uderzenia; potem, pomimo silnego oporu kraty, Śmierć, zawsze niema, ciągle zajadła, rzucała się naprzód, wracała pełzając i znowu w zapamiętałym zapędzie, usiłowała złamać kratę.
Trzy razy tak przyskakiwała... straszna i milcząca... kiedy tymczasem koń, przechodząc z osłupienia w obłąkanie z przestrachu, zarżał przeciągle, zawrócił szybko i jak szalony skoczył do drzwi, któremi został wprowadźmy.
Znalazłszy je zamknięte, spuścił głowę, przygiął nieco nogi, zbliżył nozdrza do otworu pod wrotami, jakgdyby chciał odetchnąć świeżem powietrzem, potem, coraz bardziej przelękniony, mocniej jeszcze rżał, silnie grzebiąc przedniemi nogami.
Wtedy już Morok się nie wahał.
Zbliżył się do klatki rysia, właśnie w chwili gdy, po nowych usiłowaniach wydobycia się z niej, znowu miał się rzucić.
Ciężka zapora utrzymująca zamknięcie kratami, odepchnięta piką pogromcy zwierząt, usunęła się, a Morok w jednej chwili wskoczył na drabinę, prowadzącą na spichlerz.
Okropny ryk tygrysa i lwa, połączony z rozpaczającem rżeniem Jowialnego, napełniły wszystkie zakątki oberży; w chwili, gdy ryś rzuciwszy się znowu wściekle na kratę, poczuł, że przed nim ustępuje, i widział, że się mu otwiera... wyskoczył...
Skok Śmierci był tak gwałtowny, iż padła na środku szopy.
Światło lampy migotało się na czarno-połyskliwem tle rysiego futra, mieniącego się jeszcze ciemniejszego koloru plamami. Przez chwilę pozostał niewzruszony, jakby przysiadły na swych silnych nogach... zdawał się mierzyć długość kroku, który miał wykonać, dla doścignięcia konia, i rzucił się nań jednym skokiem.
Widząc go wydobywającego się z klatki, Jowialny, nagle się umknąwszy, przyparł bokiem drzwi otwierające się zewnątrz do środka... i cisnął je całemi siłami, jakgdyby je chciał wyłamać. Śmierć wspięła się gwałtownie do skoku. Szybka jak strzała, głęboko przejęła Jowialnemu gardło, chwyciła się go łapami, i swe szpony zatopiła mu razem w piersi i w brzuch, trzymając go przypartego do drzwi.
Oparłszy się w łuk na tylnych łapach, otworzyła mu żyłę gardłową, strumień krwi wytrysnął z pod zębów Śmierci, a ostre pazury zorały aż do kości żywe mięso drgającej ofiary... której zduszone rżenie było przerażające.
Nagle rozległy się słowa:
— Jowialny... nie daj się... ja tu jestem... nie daj się...
Był to głos Dagoberta, który wszelkiemi sposobami usiłował w rozpaczy wywalić drzwi, za któremi toczyła się ta krwawa walka.
— Jowialny — wołał znowu żołnierz — jestem tu... ratunku...
Na ten przyjacielski, tak znany głos, konik próbował jeszcze zwrócić głowę w stronę, skąd słyszał głos swego pana, odpowiedział mu żałosnem rżeniem, i szamocąc się pod morderczemi razami rysia, upadł na kolana, potem na bok... tak, iż grzbiet i kark o drzwi się oparłszy, otworzyć ich nie dozwoliły.
Wtedy już wszystko się skończyło.
Ryś przyłożył się jak długi, brzuchem ma koniu, szarpiąc go przedniemi i tylnemi łapami.
— Ratunku... ratunku dla mego konia! — wołał Dagobert, napróżno usiłując wyłamać zamek, potem krzyczał w zapalczywości:
— Nie ma kto broni... czy nie ma broni...?
— Strzeż się... — krzyczał pogromca zwierząt.
I pokazał się w dymniku śpichrza, wychodzącym na dziedziniec.
— Nie wchodź, bo zginiesz... mój ryś wściekł się...
— Ale mój koń... mój koń! — krzyczał przeraźliwie Dagobert.
— Wyszedł w nocy ze swej stajni; wszedł do szopy drzwi popchnąwszy; na jego widok ryś połamał klatkę i rzucił się na niego... Lecz odpowiesz za nieszczęścia, jakie stąd mogą wyniknąć — dodał pogromca zwierząt, odgrażającym tonem — bo ja tylko z wielkiem niebezpieczeństwem dla życia będę mógł go zapędzić znowu do klatki.
— Ale mój koń... Ratuj mego konia... — wołał Dagobert, błagając z rozpaczy, gdyż prawdziwie lubił to biednie zwierzę, utrata którego, zresztą, mogła pociągnąć za sobą najzgubniejsze skutki, czyniąc prawie niepodobną dalszą podróż sierot.
Morok zniknął z dymnika.
Ryk zwierząt, krzyk Dagoberta pobudziły wszystkich ludzi w oberży pod Białym Sokołem. Tu i owdzie oświeciły się i otwierały spiesznie okna. Niebawem służący z oberży przybiegli z latarniami, obstąpili Dagoberta i pytali, co się stało.
— Mój koń tam jest... a jeden zwierz tego niegodziwego człowieka wydobył się... — krzyczał żołnierz, nie przestając popychać drzwi.
Na te słowa ludzie oberżysty, przerażeni już okropnym rykiem, uciekli, i pobiegli uwiadomić gospodarza.
Można sobie wyobrazić zmartwienie żołnierza, czekającego rychło drzwi szopy zostaną otworzone; blady, zadyszany, przysłuchiwał się, czy nie usłyszy rżenia konia.
Powoli ryki ustały, słyszał tylko ponure warczenie i złowrogie raz po raz groźnym, krótkim głosem Moroka powtarzane wołanie:
— Śmierć!... tu... Śmierć!...
Zajęty tym wypadkiem, pośród ciemnej nocy, Dagobert nie widział Goljata który, gramoląc się ostrożnie po dachu krytym dachówką, powracał do śpichrza dymnikiem.
Niebawem otworzyła się brama dziedzińca, wszedł gospodarz, a za nim kilku ludzi; uzbroił się on w karabin, a jego słudzy w widły i kije.
— Co tu się dzieje? — rzekł żywo, zbliżając się do Dagoberta — co to za hałas w mojej oberży!... Niech djabli porwą pokazujących zwierzęta i niedbalców, którzy nie umieją przywiązać uździenicy konia do żłobu... Jeżeli twój koń został raniony, twoja szkoda, żeś nie był o niego dbalszym.
Zamiast odpowiedzieć na te przedwczesne nagany, żołnierz przysłuchując się ciągle co się działo w szopie, kiwnął ręką, aby się uciszono.
Nagle dał się słyszeć ryk drapieżny, a po nim krzyk Moroka, i prawie zaraz ryś zawył żałośnie.
— Jesteś może przyczyną nieszczęścia — rzekł do żołnierza przelękły gospodarz; — czy słyszałeś jaki krzyk!... może Morok został niebezpiecznie skaleczony.
Dagobert miał odpowiedzieć, kiedy otworzyły się drzwi, Goljat ukazał się w progu i rzekł:
— Można wejść, już niema niebezpieczeństwa.
Wnętrze menażerji przedstawiało widok nadzwyczajny, okropny.
Morok, blady, ledwo mogący ukryć swoje wzruszenie pod spokojną powierzchownością, klęczał o kilka kroków od klatki rysia, w postawie zamyślonej: z poruszenia jego ust domyślać się było można, że się modlił.
Na widok oberżysty i jego ludzi Morok wstał, mówiąc głosem uroczystym:
— Boże! dzięki niech ci będą... że mi jeszcze dozwoliłeś zwyciężyć.
Ręce składając na piersiach dumnem czołem, poważnem, zadowolonem wejrzeniem zdawał się cieszyć triumfem, jaki się mu udało odnieść nad Śmiercią, która, rozciągniona w głębi klatki, wyła jeszcze żałośnie.
Obecni tej scenie, nie wiedząc, że pogromca zwierząt, od stóp do głów pod futrem był uzbrojony, i krzyk rysia przypisując bojaźni, dziwili się i zdumiewali nad nieustraszoną i prawie nadprzyrodzoną potęgą człowieka.
O kilka kroków za mm, stał Goljat, oparty na jesionowej włóczni... Wreszcie niedaleko od klatki, rozciągnięty na ziemi, w kałuży krwi, leżał trup Jowialnego.
Na widok poszarpanych, krwawych zwłok zwierzęcia Dagobert osłupiał na chwilę; nachylił się, wlepił weń oczy; na jego surowej twarzy malował się żal głęboki... Potem, upadłszy na kolana, podniósł głowę Jowialnego. Ledwo już na samych gołych kościach trzymała się szyja. Widząc skrzepłe, zamroczone, napół zamknięte, owe wielkie, niedawno jeszcze tak pojętne, wesołe oczy zwierzęcia, żołnierz nie mógł wstrzymać bolesnego okrzyku...
Wtedy to już zapomniał swego gniewu, żywo stanęły mu na myśli nieszczęsne skutki tego opłakanego zdarzenia, dla losu biednych młodych sierot; i z bólem myślał o okropnej śmierci starego konia, swego dawnego towarzysza trudów wojennych, tak odważnego w boju, a przytem tak powolnego, wiernego, cierpliwego, który podobnie jak on, dwa razy był raniony... i z którym od tylu lat na chwilę się nie rozłączyli...
To proste, bolesne wzruszenie tak wybitnie i dotkliwie malowało się na twarzy żołnierza, iż oberżysta i jego ludzie zdjęci zostali na chwilę litością nad starcem klęczącym nad martwym koniem.
Lecz gdy pośród dolegliwych żalów wspomniał, że Jowialny był także towarzyszem jego wygnania, i że niegdyś matka sierot, podobnie jak jej córki, odbyła na tym biednym koniu przykrą, daleką podróż, zgubne skutki jego utraty boleśniej jeszcze stanęły na myśli Dagoberta, po rozczuleniu nastąpiło oburzenie, powstał, jego oczy roziskrzyły się gniewem, i nie mogąc już powściągnąć zapalczywości, skoczył do Moroka: jedną ręką pochwycił go za gardło, a drugą, po wojskowemu, uraczył go pięciu czy sześciu potężnemi pięściami w piersi, tak, iż ledwo się oparły o żelazne uzbrojenie Moroka.
— Łotrze... odpowiesz mi za zgubę mego konia, mówił żołnierz, nie przestając okładać Moroka pięściami. Morok wysmukły, żylasty, nie mógł walczyć korzystnie z Dagobertem, który pomimo podeszłego wieku, przy swym kolosalnym wzroście niepospolitą okazywał siłę. Ledwo Goljat i oberżysta wyrwali mu z rąk Moroka.
Po chwili rozłączono przecie dwóch walczących rycerzy. Morok zbladł ze złości. Trzeba było znowu niedopuścić mu wziąć się do piki, do której porwał się na Dagoberta.
— Ależ to nieznośne; — odezwał się oberżysta do żołnierza, który pogrążony w rozpaczy to wyciągał przed sobą w jedną pięść złożone, niespokojne ręce, to bił się niemi w czoło.
— Narażasz tego godnego człowieka na pożarcie przez zwierzęta, i jeszcze chcesz go bić... Czy takie postępowanie przystoi siwej brodzie? mamże posłać po siłę zbrojną? więcej rozsądnym okazałeś się wczoraj wieczór.
Te słowa opamiętały żołnierza; tembardziej żałował swej popędliwości, że przez nią, jako obcy, większego jeszcze narobić mógł sobie kłopotu w swojem położeniu; wypadło wszelkiemi sposobami wymóc zapłacenie sobie konia, aby można było ruszyć niezwłocznie w dalszą podróż, a której, jak się powiedziało, pomyślny skutek ani o jeden dzień spóźnić nie dozwalał. Zdobywając się więc na ostatni wysiłek, opanował się.
— Prawdę mówisz... zanadto się uniosłem, — rzekł do oberżysty zmienionym głosem, który starał się uspokoić. Przed chwilą brakło mi cierpliwości. Z tem wszystkiem pytam się, azali ten człowiek nie powinien mi zapłacić za mego konia? Sami osądźcie.
— Dobrze więc, jako sędzia, nie podzielam twego zdania. Sam jesteś twej szkody przyczyną. Źle uwiązałeś konia, wyszedł ze stajni, drzwi sobie otworzywszy, wydostał się na podwórze, a stąd do szopy, której drzwi musiały być zapewne otwarte, rzekł oberżysta, ujmując się oczywiście za pogromcą zwierząt.
— To prawda, — odezwał się Goljat, — przypominam sobie: zostawiłem drzwi szopy na noc napół otwarte, aby zwierzęta miały więcej świeżego powietrza; ponieważ klatki były dobrze zamknięte, nie było więc niebezpieczeństwa...
— Bardzo słusznie! — odezwał się jeden z przytomnych.
— Gdy zwierzęta spostrzegły konia, obudziła się ich żarłoczność i połamały klatki, — dodał drugi.
— Raczej Morok powinien skarżyć, — rzekł trzeci.
— Zachowajcie sobie wasze zdania jedni i drudzy, — rzekł Dagobert, któremu już zbrakło cierpliwości, — ja wam powiadam, że natychmiast potrzeba mi albo pieniędzy albo konia, gdyż myślę opuścić oberżę, w której mnie spotkało takie nieszczęście.
— A ja powiadam ci, że to ty zapłacić mi musisz, — zawołał Morok, który bez wątpienia, zachowywał na koniec teatralny wybieg, to jest pokazał skrwawioną rękę, dotąd ukrywaną w rękawie futra. Na całe życie może pozostanę kaleką, — dodał. — Patrz, jaką ranę zadał mi ryś.
Rana, lubo nietyle jak on mówił, szkodliwa, była jednak dość głęboka. Ten ostatni argument pozyskał mu powszechne współczucie. Rachując pewno na tę okoliczność dla przechylenia słuszności w sprawie, którą uważał niejako za swoją, rzekł oberżysta do garsona stajennego:
— Jeden tylko widzę sposób zakończenia tej sprawy... to jest trzeba iść obudzić pana burmistrza, i prosić go, aby się tu pofatygował; on rozstrzygnie, kto tu ma słuszność.
— I ja właśnie chciałem to powiedzieć, — rzekł żołnierz, — gdyż, bądź co bądź, nie można sobie samemu wymierzać sprawiedliwości.
— Fryc, biegnij do pana burmistrza, — rzekł oberżysta.
Garson pobiegł co żywo. Oberżysta, który wczoraj zaniedbał żądać papierów od żołnierza — rzekł mu:
— Burmistrzowi będzie bardzo przykro... że go się trudzić będzie o tak późnej godzinie. Nie radbym ja ucierpieć na tem, dlatego proszę waszeci, abyście mi przynieśli wasze papiery, jeżeli je macie... bo moja to wina, żem ich nie zażądał zaraz wczoraj wieczór, gdyście przybyli.
— Mam je na górze w mym tornistrze, będziecie je zaraz mieli — odpowiedział żołnierz, — potem, odwracając oczy i gniewliwie czoło zmarszczywszy, kiedy przechodził obok zwłok Jowialnego, poszedł zobaczyć dwie siostry.
Morok rzucił nań triumfujące spojrzenie i mówił sobie:
— Bez konia, bez pieniędzy, bez papierów... Więcej już zrobić nie mogłem, gdyż zabroniono mi zrobić więcej...
W kwadrans po tej uwadze pogromcy zwierząt, Karol, kolega Goljata, wyszedł z kryjówki, gdzie mu przez wieczór pan jego kazał pozostać, i odjeżdżał do Lipska z tajemniczym pakietem adresowanym do jednego z tamtejszych mieszkańców i z listem, który Morok naprędce napisał.
Zaraz za przybyciem, Karol miał oddać ten list na pocztę, adres jego był taki:

A Monsieur Rodin,
Rue du Millieu-des-Ursins, N. 11
A Paris.
France.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.