Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część pierwsza/Rozdział XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIII.
BURMISTRZ.

Żołnierz był coraz niespokojniejszy, lubo był pewny, że koń jego dobrowolnie do szopy nie poszedł, i lubo przypisywał ten nieszczęsny przypadek złośliwości pogromcy zwierząt. Napróżno usiłował odgadnąć przyczynę zawziętości tego niegodziwca, i przemyśliwał z bojaźnią, aby jego sprawa, jakkolwiek słuszna, nie zależała od dobrego lub złego humoru sędziego przebudzonego ze snu, a który, na zasadzie zwodniczych pozorów, mógł wydać zgubny wyrok.
Postanowiwszy jak najdłużej ukrywać przed sierotami nowy cios, który go spotkał, już miał otworzyć ich izdebkę, gdy wtem potrącił Ponurego, gdyż pies przybiegł na swoje stanowisko, po bezskutecznym oporze przeciw Morokowi uprowadzającemu Jowialnego.
— Dobrze, że tu jest pies, biedne dzieci przynajmniej były strzeżone, — rzekł żołnierz otwierając drzwi: lecz jakież było jego zdziwienie, gdy ujrzał izdebkę pogrążoną w ciemności..
— Dzieci... zawołał, — dlaczegóż to nie macie światła?
Nie odpowiedziano mu.
Przerażony bieży pooinacku do łóżka, bierze jednę sierotę za rękę: zimna!
— Róziu!... dzieci! — woła przerażony, — Blanko! odpowiedzcież mi... Przerażacie mnie...
Toż samo milczenie, niema władzy w ręce, którą trzyma, zimna... puścił ją... upadła martwa.
Wschodzący księżyc, wyjaśniwszy się z zakrywających go czarnych chmur, rzucił do małej izdebki, a mianowicie na łóżko, stojące naprzeciw okna, tyle bladawego światła, iż żołnierz spostrzegł obie omdlałe siostry.
Blade księżycowe światło powiększyło jeszcze bladość sierot: trzymały jedna drugą w objęciu, Rózia usiłowała ukryć swoją głowę na łonie Blanki.
— Z przestrachu zemdlały, — zawołał Dagobert, biegnąc do swej małej podróżnej manierki. Biedne dzieciska! nie dziw, po tylu dziwnych przykrych wrażeniach.
I zwilżywszy nieco wódką róg chustki, żołnierz ukląkł przy łóżku, natarł lekko obydwom skronie i dotknął rumianych ust i małych różowych nozdrzy...
Ciągle klęczący, nachyliwszy ku sierotom swoją opaloną, zmieszaną twarz, wzruszony, a w owej chwili cały światłem księżyca oświecony, zaczekał chwilę, zanimby wypadła potrzeba jednego jeszcze środka ratunku, który był w jego mocy.
Lekkie poruszenie Rózi wkrótce ożywiło nadzieję, żołnierza; dziewica z westchnieniem przewróciła głowę na poduszce.
Dagobert podał jej jeszcze do powąchania wódki; drgnęła, otworzyła oczy, zdziwione i przelęknione zarazem, potem, nie poznając zrazu Dagoberta, zawołała:
— Siostro! — i rzuciła się w objęcia Blanki.
I ta także zaczynała uczuwać skutki troskliwości żołnierza. Krzyk Rózi wyrwał ją wreszcie z letargu, i znowu, podzielając jej trwogę, a nie wiedząc jej przyczyny, przytuliła się do niej.
— Przecież przyszły do siebie... to dobrze, — rzekł Dagobert; — lekkomyślny przestrach prędko przeminie. Potem dodał łagodnym, ile mógł, głosem:
— Nic to, nic, moje dzieci... uspokójcie się... lepiej wam... ja jestem... ja... Dagobert.
Sieroty nagle poruszyły się, obróciły do żołnierza swoje miłe twarze, pełne jeszcze trwogi, wzruszenia, i, w uniesieniu pełnem wdzięku, obie wyciągnęły ku niemu ręce, wołając:
— To ty jesteś... Dagobercie... jesteśmy ocalone...
— Tak, moje dzieci... to ja jestem, — rzekł żołnierz, biorąc ich ręce, i ściskając je z radością. — Czy w mojej nieobecności tak mocno lękałyście się?
— Ot, wielceśmy się lękały... małocośmy nie poumierały...
— Gdybyś wiedział... mój Boże... gdybyś wiedział...
— A lampa, czy zgasła? Dlaczego?
— To nie z naszej przyczyny...
— Nie wiemy...
— Cóż więc, uspokójcie się, biedne dzieci, i powiedzcie mi, co to było... Ta oberża zdaje mi się niebezpieczna... Wkrótce też opuścimy ją... Przeklęty los wprowadził mnie do niej.. Ależ niema drugiej w mieście... Cóż to było, co tu zaszło?
— Ledwo odszedłeś... aż oto okno gwałtownie się otworzyło, lampa spadla z wielkim łoskotem.
— Wtedy już straciłyśmy odwagę, objęłyśmy się rękami, z krzykiem, gdyż usłyszałyśmy, że ktoś chodził po izbie.
— I tak przelękłyśmy się, iż słabo się nam zrobiło...
Dagobert sądząc, że to gwałtowny wiatr stłukł był już szyby i oderwał okno, był tego przekonania, że źle zamknął okiennice, i drugi ten przypadek przypisał tej samej przyczynie, co i pierwszy, i dlatego sądził, że przywidziało się tylko przelęknionym sierotom.
— Wreszcie, skończyło się już, nie myślmy o tem, uspokójcie się, — mówił im.
— Ale, ty, dlaczego tak spiesznie poszedłeś od nas... Dagobercie?
— Tak, tak, teraz sobie przypominam; nieprawdaż, siostro, słyszałyśmy wielki krzyk, i Dagobert pobiegł po schodach mówiąc: mój koń... co tam robią memu koniowi?
— Czy to Jowialny tak rżał?
Te pytania odnowiły udręczenia żołnierza, lękał się odpowiedzieć na nie, i rzekł zakłopotanym tonem.
— Tak... Jowialny rżał... ale nic się nie stało!... Ależ trzeba nam światła. Czy nie wiecie, gdzie położyłem wczoraj moje krzesiwko?
— Pewno je włożyłeś do małego blaszanego pudełka...
— Tak, tak, prawda, zapomniałem już, jest ono w mej kieszeni. Dobrze, że tam jest świeca: zapalę ją i poszukam w worku papierów, których potrzebuję.
Dagobert skrzesał ognia, zapalił świecę: spostrzegł, że okno było jeszcze otwarte, stół przewrócony, a przy lampie leżał tornister; zamknął okno, podniósł stolik, położył na nim swój tornister, i otworzył go, chcąc wyjąć swój pugilares, włożony wraz z krzyżem i woreczkiem z pieniędzmi (prócz trzech lub czterech franków, które miał zawsze przy sobie) w pewnym rodzaju kieszeni, między podszewką, a skórą tornistra.
Żołnierz włożył rękę do owej kieszeni, która była tuż przy otworze tornistra i nic nie znalazł. Jakby piorunem ugodzony, zbladł, i krzyknął:
— Nic!
— Dagobercie, cóż ci to? — rzekła Blanka.
Żołnierz nic nie odpowiedział.
Osłupiały, schylony nad stolikiem, ciągle trzymając rękę w kieszeni, stał jakby odurzony... Niebawem pokrzepiając się jeszcze niepewną nadzieją... tak okrutnej rzeczywistości nie mógł przypuścić, zaczął prędko wykładać wszystkie rzeczy z tornistra: były to napół zużyte rupiecie, jego dawny mundur grenadjerski, z konnej gwardji cesarskiej, święte relikwie żołnierza. Lecz napróżno Dagobert rozwijał i wytrząsał każdą sztuczkę odzieży, nie znalazł ani worka z pieniędzmi, ani pugilaresu, w którym był jego paszport, listy generała Simon i jego krzyż.
Nadaremno, z dziecinną, smutną drobiazgowością, jaka zwykle towarzyszy beznadziejnym poszukiwaniom, żołnierz, wziąwszy tornister za dwa rogi, silnie go wytrząsał: nic nie wypadło.
Sieroty spoglądały na siebie niespokojnie, niczego się nie dorozumiewając z milczenia i zajęcia Dagoberta, który tyłem był do nich odwrócony. Blanka ośmieliła się przemówić do niego bojaźliwym głosem:
— Co ci to, Dagobercie?... Nie odpowiadasz nam... Czego szukasz w swym tornistrze?
Ciągle milczący, Dagobert prędko szukał około siebie, przewrócił wszystkie swoje kieszenie, nic...
Pierwszy to może raz w życiu, jego dwoje dzieci, jak je zawsze nazywał, dwa razy do niego odzywały się, a on im ani słowa nie odpowiedział; dlatego Rózi i Blance łzy lica zrosiły; sądząc, że żołnierz rozgniewał się na nie, mówić już do niego nie śmiały.
— Nie... nie... to być nie może... nie... powtarzał żołnierz, przykładając rękę do czoła, i chcąc jeszcze przypomnieć sobie, gdzieby mógł włożyć tak drogie dla niego rzeczy, nie mógł jeszcze uwierzyć, aby je już postradał... Promień radości zabłysł w jego oczach... skoczył do stołka, na którym leżała waliza sierot; było w niej trochę bielizny, dwie czarne suknie, i pudełko z białego drzewa, a w niem chustka od nosa, niegdyś ich matki, dwa loki jej włosów, i czarna wstążka, którą nosiła na szyi. Dagobert przewracał, przerzucał wszystko.. przeszukał kąty walizy, nic a nic nie było...
Teraz już całkiem zrozpaczony, osłabiony, oprzeć się musiał o stół, człowiek tak jeszcze czerstwy i dzielny... Twarz jego rozognioną, oblewał zimny pot... nogi pod nim drżały.
Mówią, że tonący brzytwy się chwyta; podobnież rzecz się ma z rozpaczą; Dagobert trapił się ostatnią nadzieją, nadzieją niedorzeczną, płochą, niepodobną... obróciwszy się raptownie do sierot, rzekł... nie myśląc o swem pomieszaniu w twarzy i o zmianie głosu:
— Czy nie dałem wam ich... do schowania?
Zamiast mu odpowiedzieć, Rózia i Blanka, przerażone jego bladością, pełnym rozpaczy wyrazem twarzy, krzyknęły ze strachu:
— Oh mój Boże... mój Boże... ty nas... przerażasz, — mówiła Rózia.
— Macie je... powiedzcie tak lub nie? — zawołał piorunującym głosem, nieszczęśliwy, żalem obłąkany. — Bo, jeżeli nie... pierwszy nóż, jaki mi się nadarzy... utopię w sobie!
— Przebóg! ty, tak dobry... przebacz nam, jeżeliśmy ci wyrządziły jaką przykrość...
— Ty nas tak kochasz... ty nam nic złego zrobić nie zechcesz...
To mówiąc, sieroty zaczęły płakać, wyciągać błagalnie ręce do żołnierza. Ten, nie widząc ich, patrzał na nie obłąkanem okiem; potem, gdy pierwszy szał minął, rzeczywistość ze wszystkiemi swemi okropnemi skutkami stanęła mu w myśli, złożył ręce, upadł na kolana przed łóżkiem sierot, wparł na niem czoło, i, pośród łkań przejmujących, bo i ten żelazny człowiek płakał, te tylko słychać było przerywane słowa:
— Przebaczcie... przebaczcie... nie wiem... Ach! co za nieszczęście!... co zą nieszczęście! przebaczcie...
Na ten wybuch żałości, której przyczyny nie pojmowały, a która w takim, jak Dagobert, człowieku straszną być musiała, obie siostry objąwszy rękami siwą głowę starca, wołać zaczęły głosem przerywanym szlochami.
— Ale spojrzyjże na nas! powiedz nam, co cię martwi... To nie my?
Głośne stąpanie dało się słyszeć na wschodach.
W tej chwili rozległo się szczekanie Ponurego, który pozostał za drzwiami.
Im bliżej słychać było stąpanie, tem mocniej pies szczekał; wreszcie gotów już był rzucić się na nadchodzących, gdyż słyszeć się dał głos rozgniewanego oberżysty:
— A zawołajże tam przecie, hej!... zawołajcie na swego psa... albo powiedzcie mu, że pan burmistrz idzie...
— Dagobercie., czy słyszysz... burmistrz? — rzekła Rózia.
— Ktoś tu idzie... mówiła Blanka.
Na słowo: burmistrz, wiszystko sobie przypomniał Dagobert, uzupełniło to, iż tak powiem, obraz okropnego położenia. Koń zdechł, niema papierów, ani pieniędzy, niema możności wyruszyć w podróż, a jeden tylko dzień zwłoki, pozbawić mógł ostatniej nadziei obie siostry i uczynić bezowocną długą i przykrą podróż.
Mocnego hartu ludzie, a właśnie do takich się zaliczał żołnierz, wolą wielkie niebezpieczeństwa, położenia groźne, ale oczywiste, jak owe niepewne udręczenia, zwykłe poprzedniki nieszczęścia...
Dagobert, obdarzony zdrowym rozsądkiem, szlachetnie się poświęcający, pojmował, że jedyny ratunek był dla niego w sprawiedliwości burmistrza, i że wszelkie usiłowania swoje zwrócić mu wypadało na to, aby ująć sobie przychylność tego urzędnika; otarł więc oczy prześcieradłem, leżącem na łóżku, wstał, wyprostował się, i spokojnie rzekł do sierot:
— Nie lękajcie się niczego... moje dzieci, bądźcie spokojne, pewne; to idzie nasz zbawca.
— Chodźże, zawołaj i uwiąż swego psa — krzyczał ciągle oberżysta, wstrzymany na schodach szczekaniem Ponurego, który, jako czujny stróż, ani na krok zbliżyć się mu nie dozwalał. — Ten pies oszalał... Czy nie dosyć już narobiłeś nieszczęścia w moim domu? — Mówię ci, że pan burmistrz ciebie zkolei chce badać, bo już wysłuchał Moroka.
Dagobert przygłaskał ręką swoje siwe włosy i wąsy, zapiął pod szyję swoją opończę, oczyścił rękawy, aby ile możności lepiej wyglądać; sądził bowiem, że los sierot zależeć będzie od jego rozmowy z tym urzędnikiem.
Z biciem, serca sięgnął ręką do klamki, powiedziawszy dziewczętom coraz bardziej stwożonym tylu przypadkami:
— Ukryjcie się dobrze w łóżku, moje dzieci... jeżeli koniecznie będzie potrzeba, aby tu kto wszedł, wtedy sam tylko burmistrz wejdzie...
Potem drzwi otworzywszy, żołnierz postąpił do sieni i rzekł:
— Leżeć!... Ponury tu.
Pies usłuchał, z wyraźną niechęcią. Pan jego musial dwa razy powtórzyć mu rozkaz wstrzymania się od wszelkiej napaści przy spotkaniu oberżysty, który z latarnią w jednej, a czapkę trzymając w drugiej ręce z uszanowaniem poprzedzał burmistrza; za tym sędzią, o kilka schodów niżej, widać było przy słabem świetle latarni ciekawe twarze gospodarskiej czeladzi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.