Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część pierwsza/Rozdział XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIV.
SĄD.

Przywoławszy psa do izdebki sierot, Dagobert zamknął drzwi i postąpił parę kroków do sieni dosyć obszernej dla pomieszczenia kilku osób, w kącie której przy ścianie była ławka.
Burmistrz, przybywszy na ostatni stopień schodów, zdziwił się, widząc jak Dagobert zamykał drzwi izdebki, do której zdawał się wzbraniać mu wejścia.
— Dlaczegóż te drzwi zamykasz? — zapytał porywczym tonem żołnierza.
— Najprzód, że w tej izdebce śpią dwie panienki, mojej opiece poruczone, a potem, że pańskie pytania niepokoiłyby dzieci, — odpowiedział Dagobert... — Siadaj pan na ławce i tu pytaj się mnie, panie burmistrzu, wszak, zdaje mi się, wszystko ci jedno?
— A jakiem-że to prawem pozwalasz sobie wyznaczać miejsce, w którem mam cię badać? — zapytał urażony sędzia.
— Och nie, ja niczego nie wymagam, panie burmistrzu, — odrzekł z pośpiechem żołnierz, obawiając się. aby na wstępie zaraz nie narazić sobie swego sędziego. — Tylko, ponieważ dziewczęta śpią i już przelękły się, zrobiłbyś nam łaskę, gdybyś raczył badać mnie w tem miejscu.
— Hę... tu, — rzekł urzędnik markotnie... I to warto było wołać mnie tu w nocy... A więc, niech i tak będzie, będę badał waszeci w tem miejscu... potem obróciwszy się do oberżysty dodał: — Postaw waść latarnię na tej ławce i pozostaw nas samych...
Oberżysta postawił latarnię na ławce i odszedł, a za nim i jego ludzie, jak pierwszy, tak i drudzy niekontenci, że nie mogli być obecni przy badaniu.
Żołnierz sam pozostał z burmistrzem.
Ostatni w czapce, owinięty płaszczem, usiadł poważnie na ławie. Był to otyły, gruby mężczyzna, lat około sześćdziesięciu liczący, czerwony na twarzy, pucołowaty, ponury; swoją tłustą pięścią często sobie tarł czerwone oczy, nabrzmiałe od nagłego przebudzenia.
Dagobert, stojący, z odkrytą głową, w uległej postawie, trzymał swoją starą furażerkę w obu rękach, i usiłował wyczytać w pochmurnej fizjognomji swego sędziego, czy będzie mógł pozyskać jego przychylność dla siebie, czyli raczej dla dwóch sierot.
W tej krytycznej chwili, biedny żołnierz starał się, ile możności, zachować zimną krew, jak najwięcej zdrowego rozsądku, wymowy, przytomnej śmiałości; żołnierz, który dwadzieścia razy zimno pogardzał śmiercią, żołnierz, który, spokojny i pewny, bo był szczery i doświadczony, nie spuścił oczu przed orlim wzrokiem Cesarza, swego bohatera, swego bóstwa... czuł brak śmiałości, drżał przed burmistrzem z miasteczka, przed człowiekiem o posępnej twarzy.
Tak samo jak kilka godzin wprzód, musiał znosić szyderskie wyzwanie Moroka, byle nie narazić świętego obowiązku, jaki na niego włożyła umierająca matka, pokazując tym sposobem, jak heroicznie zaprzeć się samej siebie może prosta, szlachetna dusza; lecz wtedy chodziło żołnierzowi tylko o ścierpienie osobistej obrazy, kiedy teraz od jego rozmowy z burmistrzem zależeć miał los dwóch sierot!
— Cóż masz waszeć do powiedzenia mi... na swoją obronę? — zapytał się grubjańsko sędzia.
— Nie potrzebuję uniewinniać się... ja mam prawo skarżyć się — panie burmistrzu — rzekł Dagobert poważnym głosem.
— Czy chcesz mnie uczyć, jakiemi słowy mam ci dawać pytania? — odezwał się burmistrz tonem tak ostrym, iż żołnierz żałował, że tak źle zaczął rozmowę; chcąc ułagodzić swego sędziego, rzekł pokornie:
— Przebacz mi, panie, źlem się wytłumaczył; chciałem tylko powiedzieć, że w tej sprawie nie poczuwam się do żadnej winy.
— Morok mówi przeciwnie.
— Morok! — odpowiedział żołnierz tonem powątpiewającym.
— Morok to pobożny i uczciwy człowiek, on nie kłamie!
— Nic na to powiedzieć nie mogę, lecz pan jesteś tak sprawiedliwy i tak dobre masz serce, iż nie obwinisz mnie bez wysłuchania... to się zaraz pokaże.
Tak, mimo woli, przybierając rolę pochlebcy, Dagobert łagodził, jak mógł, swój gruby głos i starał się nadać surowej twarzy wyraz miły i uprzejmy.
— Taki człowiek, jak pan burmistrz — dodał, podwajając łagodność — sędzia tak szanowny... nie będzie jednem uchem słuchał.
— Nie chodzi tu o uszy... ale o oczy, a lubo moje świerzbią mnie, jakgdyby pokrzywami poparzone... widziałem jednak rękę pogromcy zwierząt ciężko zranioną.
— Tak, panie burmistrzu, to prawda; ale racz pan zauważyć, że gdyby był dobrze pozamykał klatki i drzwi, nie... byłoby wszystko nastąpiło...
— Wcale nie, to ty jesteś winien, trzeba było konia mocno przywiązać do żłobu.
— Słusznie pan mówisz, panie burmistrzu; słusznie, bezwątpienia — rzekł żołnierz coraz łagodniejszym głosem. — Nie ja, biedny człowiek, mógłbym temu zaprzeczyć; jeżeli go jednak przez złość odwiązano i wprowadzono do menażerji... wtedy przyznasz pan, albo przynajmniej przyznać raczysz — poprawił się żołnierz — że to nie moja wina; ale ja nie mam prawa panu rozkazywać.
— A za cóżby to miano ci zrobić taką psotę?
— Nie wiem tego, panie burmistrzu, lecz...
— Nie wiesz... To dobrze! i ja też nie wiem — odrzekł burmistrz niecierpliwie. — Oj! co tu gadaniny o głupiego zdechłego konia!
Twarz żołnierza, tracąc nagle wyraz wymuszonej łagodności, przybrała ton surowy; odpowiedział głosem poważnym, wzruszonym:
— Mój koń zdechł... to prawda, a przed godziną, choć bardzo stary, był jeszcze bardzo rączy i śmiały... a rżał wesoło, gdy usłyszał mój głos... i lizał ręce dwojga biednych dzieci, które po całych dniach dźwigał... tak, jak niegdyś dźwigał ich matkę... Teraz już nikt na nim nie będzie jeździł, wyrzucą go na pożarcie psom i skończy się wszystko... Nie byłoby potrzeby przypominać mi o tem, panie burmistrzu.
— Pojmuję, że żal ci było konia — rzekł mniej niecierpliwym głosem. — Ale nareszcie czegóż chcesz? to przypadek.
— Przypadek... tak, panie burmistrzu; i bardzo nieszczęśliwy przypadek; młode dziewczęta, którym towarzyszę, były za młode do puszczenia się w podróż pieszo, a za ubogie, żeby mogły najmować sobie powóz... Z tem wszystkiem potrzeba było stanąć nam w Paryżu przed miesiącem lutym... kiedy ich matka umierała, przyrzekłem jej, że odprowadzę je do Francji, bo te dzieci nikogo prócz mnie już nie mają.
— Jesteś więc ich...
— Jestem tylko ich sługą, panie burmistrzu, a teraz, kiedy mi zabito konia, proszę pana, cóż mam począć? racz to pan zauważyć, bo może i pan masz dzieci?... Gdyby kiedy były w takiem położeniu, jak moje dwie sieroty, które za cały majątek, za cały ratunek na świecie mają tylko starego żołnierza, który je kocha, starego konia, który je dźwigał... gdyby, nacierpiawszy się od samego urodzenia, tak nieszczęśliwie, bo moje dziewczęta są córkami wygnańców... szczęście znaleźć dopiero miały w końcu podróży i niechby przez utratę konia dalej odbyć jej nie mogły, powiedz, panie burmistrzu, czyżby to nie wzruszyło pańskiego serca? czy nie pojmujesz pan, że dla mnie utrata mojego konia powinna być wynagrodzona?
— Zapewne, mój kochany — odnzekł burmistrz, człowiek w gruncie rzeczy dość dobry, mimowolnie podzielając wzruszenie Dagoberta. — Pojmuję teraz, jak wielką poniosłeś stratę, a przytem obchodzą mnie te sieroty, w jakim są one wieku?
— Mają po piętnaście lat i dwa miesiące, bliźnięta...
— Piętnaście lat i dwa miesiące, to prawie wiek mojej Fryderyki.
— Masz pan córkę w tym wieku — odpowiedział Dagobert, odzyskując nadzieję, — a więc już spokojny jestem o los moich sierot... wymierzysz nam sprawiedliwość...
— Wymierzyć sprawiedliwość to mój obowiązek... ale w tej sprawie winy z obydwóch stron są prawie równe; ty źle przywiązałeś swojego konia, zaś pogromca zwierząt zostawił drzwi menażerji otworem... On mówi: zostałem zraniony w rękę... ty powiadasz: mój koń zabity... wielce mi żal mojego konia.
— Pan w mojej sprawie mówi lepiej, aniżelibym ja potrafił mówić, panie burmistrzu, właśnie ja tak samo miałem mówić. Koń ten był całym moim majątkiem, słusznie więc...
— Ani wątpić — przerwał burmistrz — masz zupełną słuszność... Morok... uczciwy i świątobliwy człowiek, na swój sposób bardzo zręcznie przedstawiał rzeczy, a przytem oddawna już znamy się z sobą. Na poczciwość wyznaję ci, żem tu przybył z myślą...
— Potępić mnie... nieprawdaż, panie burmistrzu? — rzekł Dagobert, coraz bardziej inabierając śmiałości.
— Tak i nie, taiłem się przed Morokiem, który na to rzekł mi bardzo wspaniałomyślnie: „ponieważ potępiasz pan mego przeciwnika, nie chcę więc nadużywać mego położenia, i powiem panu pewne rzeczy...
— Na mnie?
— Tak się zdaje, lecz jako wspaniały nieprzyjaciel, zamilkł, gdym mu powiedział, że zapewne skażę cię na zapłacenie znacznej kary pieniężnej; nie taję bowiem, że zanim usłyszałem twoje tłómaczenie, postanowiłem już wymagać od ciebie, abyś wynagrodził Moroka za ranę...
— Widzisz pan, panie burmistnzu, jak to najsprawiedliwsi ludzie mogą być oszukani — rzekł Dagobert, przybierając pochlebczy ton, — ale nic nie pomoże być Morokiem, takiego jak pan człowieka oszukać nie można.
Urzędnik zaczął się uśmiechać, z ojcowską miną potrząsając głową; potem odpowiedział żartobliwie:
— Tak, tak, Morok źle prorokował... nic mu nie zapłacisz; uważam winy obydwóch stron za równe, a krzywdy za dostateczne wynagrodzenie... On został zraniony, a twój koń zabity, więc kwita.
— A ileż, według pańskiego zdania, on mi będzie winien? — zapytał żołnierz naiwnie.
— Ja kto?
— Tak, panie burmistrzu, jaką on mi zapłaci sumę?
— Mówisz o pieniądzach?
— Tak jest, lecz wprzód, nim suma zostanie oznaczona, wypada mi uprzedzić pana burmistrza o jednej rzeczy; zdaje mi się, że mam prawo domagać się, abym nie potrzebował wydawać wszystkich pieniędzy na konia... Pewny jestem, że w okolicach Lipska tanio dostanę na wsi konia... A nawet, przyznam się panu, że gdyby mi się zdarzył mały osiołek... nie pogardziłbym nim wcale...
— O jakiej to sumie i o jakim osiołku mówicie mi? Powiedziałem wam, że nic nie zapłacicie Morokowi, ale i on wam również nic nie zapłaci.
— On mi nic nie zapłaci?
— Jak widzę, macie głowę słabszą, aniżeli myślałem; powtarzam wam, że jeżeli zwierzęta Moroka zadusiły waszego konia, to i Morok został mocno zraniony... Więc kwita... albo, żebyście lepiej zrozumieli, powiadam: wy jemu nic nie winniście i on wam także nic nie winien... Rozumiecie?
Żołnierz, zdumiony, stał przez chwilę nic nie mówiąc, tylko, głęboką boleścią zdjęty, patrzył na burmistrza; widział znowu, że taki sąd pozbawia go wszelkiej nadziei.
— Ależ, panie burmistrzu — odpowiedział mocno zmienionym głosem, — zbyt sprawiedliwy jesteś, abyś nie miał na względzie jednej okoliczności... rana pogromcy zwierząt nie przeszkadza mu trudnić się dalej rzemiosłem... zaś utrata mego konia pozbawia mnie możności udania się w dalszą podróż; wypada więc, aby mię wynagrodził...
Sędziemu zdawało się, że wiele uczynił dla Dagoberta, gdy go nie pociągał do odpowiedzialności za ranę Moroka, który, jakeśmy powiedzieli, wywierał pewien wpływ na tamecznych mieszkańców, a nadewszystko na ich żony; nadto wiedziano, że go protegują różne znakomite osoby. Dlatego to naleganie żołnierza obraziło burmistrza, który przybrał wyniosły ton i rzekł poważnie:
— Jak widzę, zmuszasz mnie do żałowania mej bezstronności. Jakto? zamiast podziękować mi, więcej jeszcze żądasz?
— Ależ, panie burmistrzu... to, czego się domagam, słusznie mi się należy... chciałbym być ranny w rękę, jak Morok, bylebym mógł dalej ruszyć w podróż.
— Tu nie idzie o to, czegobyś chciał lub nie chciał... i koniec.
— Dość... dość... o czem innem już mówmy... proszę o papiery.
— Powiem panu...
Kończmy już... Proszę o papiery... Czy chcecie, abym was kazał aresztować, jako włóczęgów!
— Mnie!... mnie aresztować!...
— Bo gdybyście nie chcieli oddać mi papierów, toby znaczyło, że ich wcale nie macie... A ludzi, niemających papierów, zawsze się aresztuje i trzyma, aż do decyzji władzy... Pokażcie mi papiery, bo musizę spieszyć się do domu.
Położenie Dagoberta stawało się tem przykrzejsze, że na chwilę uwiódł się nadzieją i że w bolesnem odurzeniu, jakiego nabawiła go utrata pieniędzy i pugilaresu, zapomniał o tym groźnym przypadku.
Był to ostatni cios, spotykający jeszcze biednego żołnierza, potem wszystkiem, co już wycierpiał od początku; próba, równie okrutna jak niebezpieczna dla człowieka charakteru, wprawdzie prostego, lecz nieposzlakowanego, prawego ale cierpkiego, na wszystko się odważającego, dla człowieka wreszcie, który tyle lat będąc żołnierzem przywykł do bezwzględnego sposobu traktowania ludzi niewojskowych.
Na to słowo: papiery, Dagobert zbladł; usiłował jednakże pokryć zakłopotanie pewnym spokojnym tonem, sądził bowiem, że tym sposobem zjedna sobie ufność burmistrza.
— Panie burmistrzu, w kilku słowach rzecz całą opowiem... Zdarzyć się to może każdemu... wszak nie wyglądam ani na żebraka, ani na włóczęgę, nieprawdaż? A zresztą... jeżeli mężczyzna odbywa podróż z dwiema panienkami...
— Co tu gadać! Papiery!
Na szczęście zjawiła się niespodziewana pomoc.
Sieroty, coraz bardziej niespokojne, i słysząc głos jego za drzwiami, wstały i ubrały się tak, iż w chwili, gdy burmistrz mówił porywczym głosem:
— Co tu gadać! Papiery!
Róża i Blanka, trzymając się za ręce, wyszły z izdebki i pokazały się w sieni.
Na widok tych dwóch zachwycających twarzyczek, których wdzięk podniósł jeszcze ubogi ubiór żałobny, burmistrz powstał zdziwiony.
Z własnego natchnienia, obiedwie siostry, wziąwszy za za ręce Dagoberta i przytuliwszy się do niego, patrzyły na burmistrza oczyma rzarównie niespokojnemi, jak i niewinnemi.
Stary, okazałej postaci żonierz, przedstawiający, iż tak powiem, swemu sędziemu dwoje niewinnych dzieci, stanowił obraz tak piękny, iż burmistrz, mimo woli, uczuł litość na ten widok: spostrzegł to Dagobert i, postąpiwszy nieco, trzymając wciąż dwie sieroty za ręce, rzekł z uczuciem:
— Oto dwie sieroty, panie burmistrzu. Czyż to nie najlepszy mój paszport?
Mówiąc to, skołatany tylu bolesnemi wrażeniami, Dagobert nie mógł się wstrzymać od łez.
Burmistrz lubo z natury popędliwy i podrażniony przebudzeniem z pierwszego snu, uczuł się wszakże wzruszonym. Osądził, że człowiek, mający takie towarzyszki podróży, zasługuje na zaufanie.
— Biedne dzieci... — rzekł, z politowaniem — sieroty tak młode... a zdaleka przybyły...
— Zdaleka, panie burmistrzu. Już dłużej niż miesiąc jesteśmy w podróży... Czy to nie dość trudów dla dzieci w tym wieku... Dla nich to żądam łaski i pomocy pana... dla nich, na które spadają dziś wszystkie nieszczęścia, gdyż właśnie w tej chwili, gdym poszedł po papiery... w moim tornistrze nie znalazłem pugilaresu, w którym były z memi pieniędzmi i mym krzyżem... bo, panie burmistrzu, proszę mi wybaczyć... gdy mu powiem... nie przez chełpliwość... ale byłem ozdobiony własną ręką cesarza, a człowiek, którego on własną ręką ozdobił, przyznasz pan, nie może być lada jakim człowiekiem, pomimo że przypadkiem stracił papiery... i pieniądze... Tak, panie burmistrzu... teraz właśnie, szukając w tornistrze.... nie znalazłem ani pugilaresu, ani pieniędzy! Oto nasze nieszczęście, i dlatego tak się domagałem wynagrodzenia...
— A jakimże to sposobem... gdzieżeś to wszystko stracił?
— Nic nie wiem, panie burmistrzu, pewny jestem tylko, że onegdaj na noclegu wziąłem trochę pieniędzy z woreczka i że widziałem pugilares; przez dzień wczorajszy wystarczyły mi drobnte, którem wymienił, i woreczka nie wydobywałem...
— A gdzież był tornister przez wczoraj i przez dzisiaj?
— W izdebce, gdzie były dzieci, ale tej nocy...
Tu przerwał mowę Dagoberta ktoś, idący po schodach.
Był to Morok.
Ukrywszy się w ciemnnem miejscu przy schodach, podsłuchiwał.
Bał się, aby słabość burmistrza nie zaszkodziła zupełnemu powodzeniu jego zamiarów, których niemal już całkiem dopiął.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.