Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część pierwsza/Rozdział XV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XV.
WYROK.

Morok trzymał rękę na chustce; wszedłszy poważnie po schodach, skłonił się z uszanowaniem burmistrzowi.
Róża i Blanka, przestraszone widokiem twarzy pogromcy zwierząt, cofnęły się o krok i zbliżyły się do żołnierza.
Czoło Dagoberta zachmurzyło się, uczuł znowu, jak z gniewu na Moroka krew w nim burzyć się zaczynała, uważał go bowiem za sprawcę swych okrutnych kłopotów, choć nie wiedział nawet, że, z namowy Moroka, Goljat wykradł mu pugilares z papierami.
— Czego chcesz, Moroku? — rzekł buimistrz do pogromcy zwierząt, z miną napół łagodną, napół frasobliwą.
— Powiedziałem oberżyście, że chcę tu być sam.
— Przychodzę wyświadczyć ci przysługę, panie burmistrzu.
— Przysługę?
— Wielką przysługę, w przeciwnym razie nie byłbym się ośmielił przerywać ci, ale przyszedł mi na myśl pewien skrupuł. Tak jest, panie burmistrzu, miałem sobie do wyrzucenia, żem ci jeszcze nie powiedział wszystkiego o tym człowieku; zdjęła mnie fałszywa litość.
— Więc cóż masz mi do powiedzenia?
Morok zbliżył się do sędziego i dość długo mówił mu coś pocichu.
Najprzód okazało się na twarzy burmistrza zdziwienie, potem malowała się coraz większa uwaga i nieufność; co chwila odzywał się z wykrzyknikiem zdziwienia i powątpiewania, spoglądając na Dagoberta i sieroty.
Jednakże po jego coraz niespokojniejszych i surowszych spojrzeniach badawczych, sądzić było można, iż tajemna rozmowa Moroka zmieniła powoli chwilowe przyjazne uczucie burmistrza dla Dagoberta i dwóch sierot w uczucie gniewu i podejrzenia.
Dagobert wnet spostrzegł tę nagłą zmianę; obawa jego, na chwilę przytłumiona, wzmagała się jeszcze bardziej.
Róża i Blanka zamilkły, a nie pojmując tej niemej sceny, z udręczeniem spoglądały na żołnierza...
— Do stu katów!.. rzekł burmistrz, zrywając się nagle — to mi nigdy na myśl nie przyszło, a gdzież ja miałem głowę? Ależ bo, mój Moroku, gdy kogo wśród nocy obudzą, wtedy człowiek sam nie wie, co myśli; masz słuszność... wielką mi oddałeś przysługę.
— Wprawdzie ja napewno nie twierdzę...
— Wszystko jedno, tysiąc przeciw jednemu można postawić, że masz rację.
— Jest to tylko podejrzenie, oparte na niektórych okolicznościach, jednakże podejrzenie...
— Naprowadza na drogę prawdy... A ja, co jak ptak, wpaść miałem w sidła... raz jeszcze ci powtarzam, gdzie ja miałem głowę?...
— Trudno jest nie dać się uwieść pewnym pozorom...
— Do kogóż to mówisz, mój kochany Moroku... do kogo mówisz?
Przez cały czas tajemnej rozmowy, Dagobert stał, jak na torturach, przewidując, że, gwałtowna burza nastąpi; o jednej tylko myślał rzeczy, o powściąganiu swego gniewu, a lękał się, czy zdoła być panem siebie.
Morok zbliżył snę do sędziego i, wskazując mu spojrzeniem, znowu zaczął mówić do niego po cichu.
— Ej!... — zawołał burmistrz rozgniewany. — To być nie może.
— Ja nic z pewnością nie utrzymuję... — odrzekł spiesznie Morok.
— Jest to tylko domniemanie, oparte na...
I znowu szeptał burmistrzowi do ucha.
— A wszak dlaczegóżby nie? — odpowiedział sędzia, wznosząc ręce do góry — ci ludzie zdolni są do wszystkiego, on też mówi, że przybywa z Francji czy z Laponji z niemi; dlaczego nie miałby to być szereg bezczelnych kłamstw? ale raz tylko mu się udało, że mnie mógł oszukać — zawołał burmistrz tonem zagniewanym, gdyż, jak ludzie niestałego i słabego charakteru, nie miał litości dla tych, co go chcieli podejść.
— Jednakże nie sądź pan porywczo... a nadewszystko nie dawaj słowom moim więcej znaczenia, aniżeli go mają rzeczywiście — odpowiedział Morok z udanym żalem i pokorą — położenie moje względem tego człowieka (i wskazał na Dagoberta), na nieszczęście jest tak drażliwe, iż mógłby kto przypuszczać, że się powoduję zemstą za wyrządzoną mi przezeń krzywdę; ja zaś pewien jestem w mem przekonaniu, że mną powoduje sama tylko miłość sprawiedliwości i wstręt do kłamstwa. Wreszcie... kto dożyje... zobaczymy... Panie, odpuść mi, jeżeli się mylę; w każdym razie sprawiedliwość orzeknie i za miesiąc lub dwa będą wolni, jeżeli są niewinni.
— Wahać się niema powodu; jest to tylko krok przezorności, nie umrą oni przez to. Zresztą, im więcej się nad tem zastanawiam, tem więcej widzę tu prawdopodobieństwa. Tak, panie, on jest szpiegiem francuskim, rewolucjonistą... teraz wszędzie pełno tych ludzi... Niedawno jeszcze wywołali zawichrzenia w Frankfurcie nad Menem.
— A wreszcie, panie burmistrzu, dobrze się im tylko przypatrz, a przyznasz, że ten człowiek ma coś niebezpiecznego w twarzy... Widzisz...
Mówiąc to, Morok wyraźnie wskazał Dagoberta.
Lubo Dagobert wielką miał nad sobą władzę, jednakże przymus, jaki sobie zadawał od samego przybycia do tej przeklętej oberży, a nadewszystko od początku tajemniczej rozmowy Moroka z burmistrzem, wyczerpywał już wszystkie jego isiły; widział nadto wyraźnie, że jego usiłowania dla ujęcia sobie sędziego zniweczone zostały nieszczęsnym wpływem pogromcy zwierząt.
Zbliżywszy się więc do Moroka, a cierpliwości mu już zbrakło, stanął z założonemi na krzyż rękami na piersiach i rzekł ponurym głosem:
— Jak uważam, to o mnie mówiłeś pocichu z panem burmistrzem?
— Tak jest — odrzekł Morok, schyliwszy głowę.
— A dlaczego nie mówiłeś głośno?
Prawie konwulsyjne drganie grubych wąsów Dagoberta, który, powiedziawszy słowa te, wytrzeszczył oczy na Moroka, zmamionowało, że w piersiach jego wrzała gwałtowna walka.
Widząc, że jego przeciwnik zachowywuje szydercze milczenie, odezwał się do niego silniejszym, ale powściągliwszym głosem:
— Pytam cię, dlaczego mówisz pocichu do pana burmistrza, skoro idzie o mnie?
— Bo zachodzą tu rzeczy haniebne, które byłoby wstyd powiedzieć głośno — wyrzekł Morok z ponurą zuchwałością.
Dagobert aż dotąd trzymał ręce na krzyż złożone.
Nagle rozszerzył je gwałtownie, zacisnąwszy pięści.
Szybkie to poruszenie było tak wyraziste, iż sieroty krzyknęły przelęknione, zbliżając się do żołnierza.
— Panie burmistrzu — rzekł Dagobert, zacisnąwszy z gniewu zęby — niech ten człowiek odejdzie stąd... bo nie ręczę za siebie...
— Jakto — rzekł dumnie burmistrz, — mnie śmiesz rozkazywać?...
— Mówię panu, abyś kazał odejść temu człowiekowi — odpowiedział Dagobert w uniesieniu — bo jeżeli nie, przyjść może do nieszczęścia!
— O! Boże!... Dagobercie, uspokój się — wołały dzieci, biorąc go za ręce.
— I ty, podły włóczęgo, będziesz tu rozkazywał — zawołał rozjątrzony burmistrz. — Aha, sądzisz, że dla oszukania mnie dość jest powiedzieć, że zgubiłeś papiery! Myślisz, że dość jest wlec z sobą te dwie dziewczyny, które pomimo ich niewinnej powierzchowności... mogą być...
— Milcz! — rzekł Dagobert, przeiywając burmistrzowi mowę takiem poruszeniem i spojrzeniem, iż sędzia nie śmiał dokończyć.
Tu żołnierz wziął dzieci za ręce i, słowa im wymówić nie dając, w mgnieniu oka wprowadził je do izdebki; potem, zamknąwszy drzwi i włożywszy klucz do kieszeni, wrócił prędko do burmistrza, który, przelękniony postawą i groźną twarzą żołnierza, cofnął się o dwa kroki i chwycił się jedną ręką poręczy schodów.
— Słuchajno ty — rzekł żołnierz, uchwyciwszy sędziego.za barki i patrząc mu oko w oko. — Przed chwilą ten nędznik naigrawał się ze mnie... wszystko zniosłem, bo mnie to dotyczyło... Ale ty ośmielasz się krzywdzić córki mojego generała, córki marszałka i księcia de Ligny... to ja ciebie nauczę...
Na taki postępek Morok omało nie podskoczył z radości.
Istotnie Dagobert, rozjątrzony, widząc, że wszystko stracone, nie hamował już swojego gniewu, tłumionego z trudnością od kilku godzin.
Burmistrz z największem zadziwieniem obejrzał się na Moroka, jakgdyby nie mógł uwierzyć temu, co zaszło.
Dagobert, żałując swego uniesienia, ale już gotów na wszystko, gdyż nie było już dla niego sposobu pojednania, żywo spojrział wkoło siebie i, cofając się o kilka kroków, stanął na pierwszych stopniach schodów.
Burmistrz stał przy ławce w kącie sieni, Morok tuż przy burmistrzu. Ten, zmylony poruszeniem żołnierza, sądząc, że Dagobert chce uciekać, zawołał:
— Aha! myślisz, że się wymkniesz, ośmieliwszy podnieść rękę na mnie... Nędzniku!
— Panie burmistrzu, miej litość nade mną... zlituj się... Nie mogłem się oprzeć uniesieniu; żałuję mego postępku, — rzekł Dagobert żałosnym głosem, pokornie schylając głowę.
— Nędzniku! żadnej litości dla ciebie... zgaduję twoje skryte zamiary... Nie jesteś tym, za kogo się podajesz, w tem wszystkiem ukrywać się może zbrodnia stanu, — dodał urzędnik tonem wielce dyplomatycznym. — Ludzie, chcący zakłócić spokój, gotowi są na wszystko.
— Nie wierz, panie burmistrzu... biedak jestem... i nic więcej...
— Dobrze, dobrze, wszystko się wyjaśni w więzieniu — odpowiedział burmistrz.
— A ty — dodał żołnierz, izwracając się do Moroka — ty, co jesteś sprawcą wszystkiego... przemów przynajmniej choć słowo za mną do pana burmistrza.
— Powiedziałem mu... co miałem do powiedzenia — odrzekł Morok ironicznie.
— Aha! wstyd ci teraz, stary włóczęgo... Myślałeś, że mnie oszukasz twemi jeremjadami — rzekł burmistrz, postępując ku Dagobertowi, — ale znam ja cię, ptaszku... Zobaczysz, że w Lipsku są dobre więzienie dla francuskich wichrzycieli i dla awanturniczych nierządnic, bo te twoje panienki nie są lepsze od ciebie... Chodźno za mną... a ty, Moroku, idź...
Burmistrz nie mógł dokończyć.
Dagobert od kilku chwil, chcąc tylko zyskać na czasie, nieznacznie oglądając się na prawo i na lewo, spostrzegł drzwi nawpół otwarte, naprzeciw izdebki dziewcząt, do sieni wychodzące. Wpadłszy szybko na burmistrza, uchwycił go za szyję i tak silnie rzucił go we drzwi, iż tenże, osłupiały niespodziewanym napadem, potoczył się w głąb ciemnej izby.
Potem, zwróciwszy się do Moroka, który, widząc wolne schody, śpieszył ku nim, pochwycił go za długą czuprynę, przyciągnął do siebie i, zatkawszy mu gębę, aby nie mógł krzyczeć, pomimo silnego oporu, wepchnął go do tejże izby, gdzie już leżał potłuczony burmistrz.
Zamknąwszy drzwi na dwa spusty i włożywszy klucz do kieszeni, Dagobert, po paru krokach, już był na dole schodów, prowadzących na korytarz od dziedzińca.
Deszcz lał potężnie; żołnierz widział przez okno w izbie na dole, gdzie się paliło na kominie, oberżystę i jego ludzi, czekających na wyrok burmistrza. Zamknąć drzwi do korytarza i tym sposobem przeciąć przystęp z dziedzińca było dla żołnierza dziełem jednej minuty, poczem wrócił spiesznie do sierot.
Morok, odzyskawszy przytomność, krzyczał, lecz szum wiatru i deszczu zagłuszył go.
Dagobert zapewnił więc sobie z godzinę czasu, gdyż nieprędko mogło komuś przyjść na myśl, że rozmowa z burmistrzem zadługo się ciągnie, a choćby podejrzenie lub obawa nakłoniły go do zobaczenia, co się dzieje, w takim razie musiałby wyłamać dwoje drzwi, to jest, zamykające korytarz od schodów i drugie do izby, w której byli zamknięci burmistrz i Morok.
— Moje dzieci, trzeba pokazać, że w waszych żyłach płynie krew żołnierska, — rzekł Dagobert, wpadłszy nagle do młodych dziewcząt, przestraszonych hałasem, który słyszały.
— Ach, mój Boże! Dagobercie? cóż to siię stało? — zawołała Blanka.
— Więc cóż mamy czynić? — rzekła Róża.
Żołnierz, nic nie mówiąc, skoczył do łóżka, wyciągnął prześcieradła, mocno je razem związał, na jednym końcu zrobił duży węzeł i przywiązał go do ramy okna, a drugi spuścił za okno.
Wtedy żołnierz wziął tornister, walizę dziewcząt, futro reniferowe, wyrzucił wszystko oknem, dając znak Ponuremu, aby, wyskoczywszy, stanął za oknem na straży. Pies nie wahał się, skoczył i już był na dole.
Róża i Blanka, zdumione, patrzyły na Dagoberta, nie mówiąc ani słowa.
— Dalej teraz, moje dzieci — rzekł im, — trzeba uciekać lędy, bo inaczej przytrzymają nas i wsadzą do więzienia... was osobno... mnie osobno, i po naszej podróży!
— Przytrzymają nas... wsadzą do więzienia!... — zawołała Róża.
— Mamy być odłączone od ciebie! — dodała Blanka.
— Tak, moje dzieci, izabito nam Jowialnego... Pieszo musimy uciekać i starać się, o ile można, dostać się do Lipska... Będę was niósł po kolei, gdy się zmęczycie, i choćby mi żebrać przyszło po drodze, przybędziemy... Ale wszystko stracone, jeżeli się choć kwadrans spóźnimy... Dalej, moje dzieci, miejcie we mnie ufność... Pokażcie, że córkom generała Simon nie braknie odwagi... jeszcze pozostaje nam nadzieja...
Idąc za mimowolnym popędem, siostry ujęły się za ręce, jakgdyby zjednoczyć się chciały przeciwko niebezpieczeństwu; na ich zachwycających, a od tylu przykrych uczuć pobladłych twarzyczkach, malowało się naiwne postanowienie, polegające na zupełnej ufności w żołnierzu.
— Bądź spokojny, Dagobercie... nie będziemy się bały — zekła Róża silnym głosem.
— Zrobimy, co będzie potrzeba — dodała Blanka niemniej pewnym tonem.
— Byłem tego pewien — zawołał Dagobert, — dobra krew zawieść nie może... dalej w drogę! lekkie jesteście jak piórka, prześcieradło jest mocne, ledwie osiem stóp od okna do ziemi... A Ponury na was czeka...
— Ja pójdę pierwsza, ja dziś jestem starsza — zawołała Róża, czule pocałowawszy Blankę.
I pobiegła do okna, chcąc opuścić się pierwsza, i gdyby było jakie niebezpieczeństwo, sobą zasłonić Blankę.
— Tak, ale teraz już po północy — odrzekła Blanka, która miała tę samą myśl, — więc na mnie przypada kolej, nieprawdaż, Dagobercie?
Ten łatwo pojął przyczynę tego współzawodnictwa.
— Kochane dzieci — rzekł, — rozumiem was, ale nie lękajcie się o siebie, niema żadnego niebezpieczeństwa... sam związałem prześcieradła... prędzej, moja Różo.
Lekka jak ptak dziewczyna stanęła na oknie, potem, przytrzymana przez Dagoberta, chwyciła się prześcieradła i zsunęła się powoli, według zalecenia Dagoberta, który, wychyliwszy się za okno, zachęcał ją do tego.
— Nie bój się... nie bój, siostro — rzekło dziewczę po — cichutku, stanąwszy na ziemi, — bardzo łatwo opuścić się, Ponury jest tu i liże mi ręce...
Blanka nie dała czekać na siebie, równie odważna jak jej siostra, także szczęśliwie zsunęła się na ziemię.
— Biedne dzieci, cóż one zawiniły, ażeby tak być dręczone? Nieszczęsny jakiś los uwziął się na tę rodzinę — rzekł Dagobert, mając ściśnione boleścią serce, gdy widział świeżą, miłą twarz młodej dziewczyny, niknącą w pomroce nocy, tem przykrzejszej jeszcze z przyczyny gwałtownego wiatru i ulewnego deszczu.
— Dagobercie, czekamy na ciebie, chodź prędko — mówiły zcicha sieroty, stojące pod cknem.
Dzięki wysokiej postaci, żołnierz zeskoczył raczej, aniżeli zsunął się na ziemię.
Zaledwie upłynął kwadrans od chwili, kiedy Dagobert, z dziewczętami w ucieczce opuścił oberżę pod Białym Sokołem, gdy wielki trzask rozległ się w domu.
Morok i burmistrz wspólnemi siłami, za taran używszy stołu, wyłamali drzwi więzienia gwałtownem uderzeniem; widząc światło, wbiegli do izdebki sierot, już pustej.
Ujrzawszy prześcieradło za oknem, Morok wykrzyknął:
— Panie burmistrzu!... patrz... tędy uciekli... przy tak ciemnej i burzliwej nocy nie mogli jeszcze daleko zajść.
— Bezwątpienia... złapiemy ich... nikczemne włóczęgi... Oj! zemszczę ja się... Prędzej, Moroku... idzie tu o twój i mój honor...
— O więcej tu jeszcze idzie dla mnie, panie burmistrzu — odpowiedział Morok ponuro gniewnym głosem, potem, szybko zbiegając po schodach, otworzył drzwi dziedzińca i zawołał na całe gardło:
— Goljat! spuść psy z łańcuchów... gospodarzu, latarni, pochodni... uzbrójcie się ludzie... W pogoń za zbiegami; nie mogą nam się wymknąć, trzeba ich dostać... żywych lub umarłych!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.