Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część trzecia/Rozdział I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


CZĘŚĆ TRZECIA.
DUSICIELE.
I.
SZAŁAS.

Podczas gdy Rodin wysyłał listy w różne części świata... z głębi Ulicy Ursynów, kiedy córki jenerała Simon, potajemnie opuściwszy oberżę pod Białym Sokołem, zostały schwytane wraz z Dagobertem i trzymane w więzieniu w Lipsku, inne sceny, wielce ciekawe dla tych osób, działy się równocześnie... na końcu świata, w Indjach na wyspie Jawie, niedaleko od miasta Batawji, gdzie mieszkał jeden z korespondentów Rodina, Josue Vandael.
Na wyspie Jawie, we wspaniałej i niebezpiecznej okolicy, gdzie wśród najpyszniejszych kwiatów ukrywają się straszliwe gady, gdzie najwyborniejsze owoce zawierają w swych sokach izjadliwą truciznę, gdzie rosną okazałe, ale cieniem swym zabijające drzewa; gdzie wampir, ów olbrzymi nietoperz, wysysający krew ze swojej ofiary, usypia ją, powiewając na nią chłodnem i wonnem powietrzem, najszybciej bowiem poruszany wachlarz nie wachluje tak prędko, jak upiżmowane skrzydła tego potwora.
Miesiąc październik 1831 roku kończył się już; była to właśnie godzina popołudniowa, godzina prawie śmiertelna dla każdego, kto się poważy wystawić na skwarne słońce, które na czysto-lazurowem niebie roztacza palące promienie światła rażącego wzrok.
W błękitnym cieniu, jaki rzucają jaskrawo-zielone drzewa o dziwacznych kształtach, tu zaokrąglone w ciemne sklepienia, tam wysmukłe jak wieżyce, a wszystkie tak liściaste, tak jedne z drugiemi posplatane, powikłane, iż przez ich liściowe dachy deszcz przedrzeć się nie może.
W takim cieniu drzew widać szałas, zbudowany z mat i bambusu.
Bagnisty zawsze grunt, pomimo skwarnego upału słonecznego, ginie pod niezmiernymi splotami pnących się roślin, osobliwych paproci, gęstego sitowia, roślinności, świeżej, niesłychanie bujnego wzrostu, która sięga aż do dachów szałasu, wyglądającego jak gniazdo w trawie.
Trudno sobie wyobrazić coś bardziej duszącego, jak owa atmosfera, przesycona wilgotnymi, jak para z wrzącej wody, gorącymi wyziewami o mocnej, przejmującej woni, gdyż cynamon, imbir, skfanotys, gardenja, pomieszane z rozmaitemi innemi ziołami, wydają z siebie te ostre aromaty.
Wąski a długi szałas zbudowany jest z mat plecionych z sitowia, rozpiętych na polach z grubych bambusów, wbitych w ziemię; pokrywa go obszerny dach z wielkich liści bananów; w jednym końcu kwadratowy otwór, służący za okno, opleciony drobniutką siatką z roślinnych włókien, aby się tędy nie zakradły gady.
Niedaleko od szałasu, pośród tej gęstwiny wznosi się ogromnej grubości martwe już, bardzo pochylone drzewo; z każdej szpary jego popękanej kory, czarnej, pokrytej mchem, wyrasta kwiat osobliwszy, nadzwyczajny, prawie fantastyczny; siatka w oku motyla nie jest przezoczystsza, ani świetniejszym ubarwiona szkarłatem, piękniejszym aksamitem; owe nieznane ptaki, co to we śnie tylko pokazują się nam, nie mają tak dziwnych postaci, jak owe szczególnych kształtów skrzydlate kwiaty, jakby chcące ulecieć ze swych cieniutkich, bezsilnych szypułek; długie kaktusy, gęste, okrągławe, z kształtu podobne do wężów, wiją się także około owego pnia i zwieszają swoje nitkowate szypułki, obciążone wielkimi kwiatami, zewnątrz srebrzysto białego, a w środku żywo-pomarańczowego koloru, z którego rozchodzi się przenikający zapach wanilji.
Mały ceglano-czerwony wąż, grubości gęsiego pióra, pięć do sześciu cali długi, wychyla do połowy płaską głowę z pośrodka ogromnego wonnego kwiatu, na którego dnie trzyma się resztą ciała przyczajony.
W głębi szałasu, na rozciągniętej macie, spoczywa we śnie młodzieniec.
Patrząc na jego złocisto-żółtawą cerę, rzekłbyś, że to miedziany posąg, od którego odbijają się promienie słońca; w postawie jego widać ujmującą prostotę; prawą rękę podłożył pod głowę nieco wzniesioną, obróconą ku górze; ramiona, pierś, ręce godne Antinousa, obnażone, skóra na ciele jędrna, gładka jak marmur, dziwnie odbija miedzianym kolorem od białawej sukni, która okrywa go od pasa aż do końca płowych stóp, na których palcach widać paznokcie gładkie, jak agat wypolerowany.
Na szerokiej, wydatnej piersi widać na bronzowym łańcuchu zawieszony bronzowy medaljon z kształtu i napisu całkiem podobny do medaljonu, jaki nosi jedna z córek jenerała Simon.


Ofiara
L. G. D. J.


Módlcie się za mnie


Paryż
dnia 13 lutego
1682



W
Paryżu
ulica Ś-go Franciszka Nr. 3
będziecie
po upływie półtora wieku
dnia 13 lutego
1832
Módlcie się za
mnie


Medaljon ten zakrywa w połowie na piersi młodzieńca bliznę rany.
Indjanin ten to Dżalma, ranę tę poniósł, gdy bronił ojca Róży i Blanki, jenerała Simon.
Rysy twarzy Dżalmy są bardzo regularne; jest to obraz pięknej, szlachetnej prostoty; czarne, niejako w ciemny błękit wpadające włosy, rozdzielające się na czole, spadają wolno na ramiona; delikatnie a śmiało rysujące się powieki, mają taki sam ciemno-błękitnawy kolor, jak długie brwi, które rzucają cień aż na bezwłose jeszcze policzki; mocno czerwone, dość wydatne, nieco otwarte usta oddychają z trudnością, sen jego jest ociężały, przykry, gdyż powietrze coraz gęstsze, na twarzy widać niekiedy kurczowe odruchy, jakby miał jakiś nieprzyjemny sen.
Dokoła niego panuje głęboka cisza.
Lekko powiewający wiatr nawet nie zaszeleści olbrzymieni liśćmi, sięgającemi aż do otworu, służącego za okno.
Po chwili liście te zaczynają poruszać się, jakgdyby je poruszało coś pomału czołgającego się pod niemi.
Kiedy niekiedy to słabe poruszenie ich nagle ustawało, i znowu nic nie zakłócało spokoju.
Po kilkakrotnie powtarzanych poruszeniach, wśród gęstwiny ukazała się głowa ludzka.
Była to jakaś podejrzana twarz zielonawo-bronzowego koloru, na głowie długie posplatane włosy, oczy bystre, wzrok dziki, a przytem pełen sprytu i chytrości.
Wstrzymując oddech, człowiek ten, należący do sekty dusicieli, sekty, o której niżej będzie mowa, pozostawał czas jakiś nieruchomy; potem, nie przestając kryć się w gęstwinie, posuwał się na klęczkach, odgarniając liście tak nieznacznie, iż nie było słychać najmniejszego szelestu.
Powoli i ostrożnie zbliżył się do owego grubego pochyłego pnia, którego spód, wprawdzie znacznie odległy był od szałasu, ale wierzch prawie dotykał dachu.
Dusiciel, nadsłuchując jeszcze przez chwilę, nareszcie niemal cały wychylił się z zarośli; prócz lekkiej białej bawełnianej opończy, którą przewiązał na sobie paskiem o krzyczących kolorach, człowiek ten był zresztą nagi, a ciało jego giętkie, nerwowe, było grubo wysmarowane oliwą.
Wspiąwszy się na pień, zasłonięty jego grubością, i otoczony wijącemi się roślinami, zaczął nadzwyczaj ostrożnie, cicho i cierpliwie piąć się na to drzewo.
Patrzącemu na jego wyginający się przy tem wspinaniu grzbiet, na giętkość poruszeń, na ukrytą w nich siłę, która musiała być straszną, zdawało się, że to zdradzieckie ruchy tygrysa, czatującego na swą zdobycz.
Niewidziany przez nikogo, pełzał po pniu aż do wierzchołka, który prawie dotykał dachu szałasu, i stąd już tylko o jednę stopę oddalony był od małego okienka.
Dusiciel wyciągnął ostrożnie głowę, zajrzał do środka szałasu, patrząc, jakby najłatwiej mógł się tam dostać.
Na widok Dżalmy, w głębokim śnie pogrążonego, podwoił się blask bystrych oczu Dusiciela; pewien rodzaj nerwowego kurczu, albo raczej niemego, drapieżnego uśmiechu odsłonił dwa rzędy zębów trójkątnych, jak zęby piły, zaostrzonych, połyskujących.
Dżalma leżał tuż przy drzwiach, otwierających się do środka, tak, iż za najmniejszem ich uchyleniem musiałby się koniecznie przebudzić.
Dusiciel, ciągle ukryty za pniem, chcąc zapewne jeszcze lepiej obejrzeć wnętrze szałasu, jeszcze bardziej wyciągnął głowę, i dla dogodności, wsparł się lekko ręką na oknie.
To poruszenie zachwiało wielkim kwiatem kaktusa, w którego kielichu siedział przyczajony wąż; ten wyskoczył, i, jak zwój bicza, jednym rzutem okręcił się około ręki Dusiciela.
Już to z bólu, już z przelęknienia, Dusiciel nie mógł się wstrzymać od lekkiego okrzyku... i cofając się, ciągle do pnia przyciśnięty, spostrzegł, że Dżalma poruszył się...
Istotnie, młody Indjanin, pozostając w niedbałej postawie, nawpół otworzył oczy, zwrócił głowę ku okienku, i głęookie westchnienie podniosło jego pierś, gdyż parne, gorące powietrze było bardzo ciężkie.
Ledwie Dżalma poruszył głowę, w tejże chwili rozległ się między wzruszonymi liśćmi krótki świst, jakim odzywa się rajski ptak, gdy podlatuje.
Usłyszawszy ten okrzyk drugi raz jeszcze, ale już słabiej powtórzony, jakgdyby ptak odzywał się z większej odległości, Dżalma, domyślając się przyczyny szmeru, który przed chwilą obudził go; wyciągnął powoli rękę, trzymaną pod głową i zasnął znowu, prawie w takiej samej, jak dotąd postawie.
Przez kilka minut panowała najgłębsza cisza.
Dokładnem naśladowaniem głosu ptaka Dusiciel starał się naprawić nieostrożny błąd krzyknięcia z bólu i przestrachu, jakiego nabawił go wąż, ukryty w kwiecie. Gdy już mógł sądzić, że Dżalma znowu zasnął, wyciągnął głowę i zobaczył, że się nie omylił. Wtenczas spuścił się z pnia z wielką ostrożnością, pomimo, że lewa ręka znacznie mu napuchła wskutek ukąszenia węża.
Dusiciel znowu zniknął w gęstwinie.
Wtem, w oddaleniu słyszeć się dał przeciągły, jednostajny, melancholijny śpiew.
Dusiciel stanął w krzakach i pilnie przysłuchiwał się głosowi.
Śpiew słychać było coraz bliżej szałasu, gdzie spał Dżalma.
Po chwili Indjanin, biało odziany, idący od strony, gdzie stały tu i owdzie pojedyńczo rosnące drzewa, zmierzał ku gęstwinie, w której ukrył się Dusiciel.
Ten wówczas zdjął z siebie długi, cienki sznureczek, którym był przepasany; na jednym jego końcu uwiązaną była, kształtu i wielkości kurzego jaja, ołowiana kula, drugi koniec owej linki okręcił około pięści prawej ręki... znowu się przysłuchiwał i znikł, czołgając się pomiędzy wielkiemi trawami, ku stronie, z której przychodził Indjanin, jeden ze służących Dżalmy; niósł on list do swego pana.
Służący szedł powoli, nie przestając śpiewać.
Był to młodzieniec mogący mieć lat zaledwie dwadzieścia, o brunatnej cerze.
Przybywszy na miejsce, gdzie ścieżki rozchodziły się, puścił się bez namysłu tą, co prowadziła do namiotu Dżalmy... od którego już ledwie o czterdzieści kroków był oddalony...
Ogromny motyl, jakich mnóstwo jest na wyspie Jawie, co, rozpostarłszy skrzydła, zajmują przestrzeń pięciu do sześciu cali, koloru ultra-maryny, przelatując z kwiatu na kwiat... usiadł na krzaku wonnej gardenji, tak, iż go łatwo było dosięgnąć ręką.
Spostrzegłszy to, młody Indjanin zaprzestał śpiewu i stanął; wysunął naprzód ostrożnie nogę, potem rękę... chcąc złapać motyla...
Nagle złowróżbny Dusiciel stanął przed Indjaninem, świst, podobny do puszczonej procy, obił się o jego uszy, i z szybkością rzucona linka trzykroć okręciła się dokoła szyi, a jednocześnie kula, znajdująca się na niej, gwałtownie uderzyła go w głowę.
Napad Dusiciela był tak nagły, tak niespodziany, iż sługa Dżalmy nie zdążył ani krzyknąć ani nawet jęknąć.
Zachwiał się na nogach...
Dusiciel szarpnął linką, ciągnąc jej koniec trzymany w ręku...
Śniada twarz Indjanina zczerniała, jak ciemny karmazyn, upadł na kolana, machając rękami.
Dusiciel przewrócił go... zacisnął linkę około szyi tak gwałtownie, iż krew wytrysła przez skórę... ofiara drgnęła jeszcze kilka razy konwulsyjnie, a potem... już ani znaku życia...
Podczas tej krótkiej, ale okropnej walki ze śmiercią, morderca, klęcząc przed swoją ofiarą chciwie czy chał na najmniejsze jej drgnienia, wlepił w nią nieruchome, iskrzące się oczy, i zdawało się, że pogrążył się w upojeniu okrutnej rozkoszy... nozdrza jego rozdęły się, żyły na skroniach i szyi nabrzmiały, i tenże sam straszny uśmiech, który szpecił jego twarz, kiedy spostrzegł, że Dżalma śpi, odsłonił znowu czarne, ostre zęby, któremi, skutkiem nerwowego drgania, zgrzytał...
Lecz wkrótce złożył ręce na wzdymających się mocno piersiach, spuścił głowę i zcicha wyrzekł kilka słów tajemniczych, podobnych do wzywania bóstwa lub modlitwy...
A potem oddał się znowu dzikiemu wpatrywaniu w trupa...
Krwawy, zwierzęcy wzrok tego człowieka okropniejszym był od wzroku hyjeny albo tygrysa, kiedy, gotując się do rozszarpania swej zdobyczy, usiadłszy przy niej, z rozkoszą spogląda na ofiarę... Lecz, przypomniawszy sobie, iż rzecz jeszcze nie załatwiona, z żalem oderwał się od lubego widowiska, a odjąwszy stryczek i opasawszy się nim, odciągnął ostrożnie trupa z drogi i schował go w zaroślach.
Dusiciel wrócił znowu w stronę namiotu Dżalmy i zbliżył się do niego, czołgając się ciągle na brzuchu.
Powiedzieliśmy już, że namiot tworzyły maty, rozpięte na bambusach.
Wydobywszy z za pasa nóż, którego obosieczne ostrze obwinięte było liściem bananowym, dusiciel zrobił w macie nacięcie na trzy stopy długie; uczynił to ostrożnie, cierpliwie i zręcznie, zwłaszcza, że nóż był bardzo ostry i najlżejsze pociągnięcie djamentu po szkle większego narobiłoby szelestu.
Dusiciel przysłuchiwał się znowu przez chwilę, schował nóż za pas, wsadził głowę do namiotu, zrobionym w macie otworem, i zajrzał wewnątrz.
Widząc, że Dżalma śpi mocno, nie zawahał się wsunąć do środka z niesłychaną śmiałością.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.