Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część druga/Epilog

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


EPILOG.

Smutna i dzika okolica...
Jest to wzgórze, najeżone tu i owdzie ogrommemi skałami granitu, z pomiędzy których gdzie niegdzie wznoszą się pożółkłym, jesiennym liściem okryte brzozy i wielkie, posępne zielony jodły.
Ze szczytu tego wzgórza rozciąga się widok na głębokie, ocienione, urodzajne doliny ledwie nawpół zakryte lekką mgłą wieczorną...
Żyzne błonia, cieniste gaje, uprzątnięte z dojrzałych kłosów pola, coraz bardziej łączą się w ciemne, jednostajne tło, które odbija wydatnie od przezroczystego błękitu nieba.
Tu i owdzie z tych dolin strzelają ostremi szczytami dzwonnice, tu czerwoną dachówką, tam siwym łupkiem pokryte... są to wskazówki wielu rozrzuconych osad.
Nadeszła godzina spoczynku, godzina o której zwykle przez wszystkie okienka chatek widać iskrzący się, pośród zmierzchu, na wiejskich ogniskach rozniecony ogień, a ciemne kłęby dymu wznoszą się z kominów ku niebu.
A przecież, rzecz niesłychana, złowróżbna... w tych wszystkich domostwach, z góry widzianych, w żadnem nie świeci się oknie, z żadnego komina dym się nie unosi...
Rzekłbyś, że wszystkie ogniska pogasły lub zostały opuszczone.
Rzecz jeszcze dziwniejsza, jeszcze smutniejsza.. ze wszystkich dzwonnic odzywa się żałobny głos dzwonów...
Zdaje się, że tajniki życia tych osad połączyły się w tym żałosnym jęku dzwonów, rozlegającym się po wszystkich dolinach.
Czasami smutny ten głos, niesiony powiewem wieczornych wiatrów, dolatuje żałosnym jękiem aż do szczytów góry.
W głębi posępnych dolin w każdej osadzie, wszędzie, gdzie dotąd było ciemno, błyskać zaczynają światła.
Lecz nie są to żywe światła iskrzących się ognisk wiejskich.
Są to czerwonawe płomyki, jakby pochodnie, i posuwają się zwolna ku cmentarzom każdego kościoła.
A w miarę ich pochodu, żałobne dźwięki dzwonów pogrzebowych rozlegają się coraz mocniej; powietrze jęczy pod częstemi uderzeniami tych dzwonów, i w rzadkich przerwach śpiewy pogrzebowe dochodzą niewyraźnie aż do wierzchołków wzgórza.
Skądże tyle pogrzebów?
Jakież to doliny zniszczenia... Skądże w każdej wsi zamiast wesołej pieśni wieczornej po znojnej pracy dziennej, słychać tylko żałobne pienia śmierci, a miejsce dziennego odpoczynku zalega wieczny sen śmierci?
Co za dolina żałości, gdzie każda wieś opłakuje tylu zmarłych i grzebie ich o tej samej godzinie, tej samei nocy?
Niestety! śmiertelność następuje tam tak nagle, tak jest wielka, tak straszna, iż ledwo wystarczy żywych do grzebania umarłych.
Przez cały dzień ci mieszkańcy, co pozostali przy życiu, zajmują się znojną pracą, niezbędną około uprawy ziemi, wieczorem tylko, wróciwszy z pól, skołatani trudami, kopać mogą owe pogrzebowe doły, w których spoczywać mają ich bracia, stłoczeni, jak ziarna zboża w kłosach.
A nie same tylko te doliny widziały takie spustoszenie w owych złowrogich latach; w iluż to wsiach, w iluż miasteczkach, w ilu okolicach, przygasły ogniska, opustoszały siedziby.
Tak, niestety! miejsce radości zajęła żałoba.. dzwon pogrzebowy zastąpił wesołe pieśni...
W owych nieszczęsnych dniach straszliwy wędrowiec zwolna przebiegał ziemię od jednego do drugiego guna... z głębi Indyj... aż do krańców Północy... aż fale oceanu, oblewające brzegi Europy Zachodniej.
Ten wędrowiec tajemniczy, jak śmierć, powolny wieczność, nieubłagany jak przeznaczenie, straszny ręka Boga... ten wędrowiec, to... Cholera!... {{kreski-hr} Godzina zmierzchu.
Dziwny odblask nadaje najlepiej nawet znanym staciom, kształty niepojęte, fantastyczne!...
Na skalistym gruncie góry odezwało się powolne, równe, jakby miarowe stąpanie...
Po skałach rozległ się odgłos podkutego obuwia... między grubemi kłodami ponurych jodeł przeszedł jakiś człowiek.
Był on wysokiego wzrostu; głowę pochylił na piersi; twarz jego była spokojna, smutna...
Brwi z sobą połączone, od skroni do skroni tworzyły na jego czole złowróżbną pręgę.
Zarówno na piasku, jak na mchu, pokrywającym skały, człowiek ten, przechodząc, zostawiał po sobie ślad stopy, ze znakiem krzyża.
Człowiek ten, zatopiony w myślach, jakby nie słysząc żałobnego dźwięku dzwonów, rozlegającego się płaczliwym głosem po dolinie.
Szedł pogrążony w dręczących go myślach.
— Zbliża się 13 lutego... — myślał, — zbliża się... dzień, w którym potomkowie mej ukochanej siostry, ostatnie odrośle naszego szczepu, zebrać się mają w Paryżu...
Niestety! lat temu sto pięćdziesiąt, odkąd prześladowanie rozproszyło po całej ziemskiej tę rodzinę, za którą ja przez ośmnaście wieków z czułością dążyłem... nie odstępując jej we wszystkich wędrówkach, na wygnaniu, przy zmianach losu i imienia.
Ach! ta rodzina, pochodząca od mej siostry, siostry ubogiego rzemieślnika, jakąż słynęła wielkością, to znów jak była poniżoną, wzgardzoną, później jakim jaśniała blaskiem, potem w jakiej żyła nędzy, wreszcie jaką okrywała się sławą!
Iluż w niej zmazało się zbrodniami... ilu wsławiło się cnotami!
Historja tej jednej rodziny, to dzieje całej ludzkości!
Przez tyle pokoleń przebiegając żyły nędzarza i bogacza, mędrca i głupca, tchórza i bohatera, krew mojej siostry zachowała się aż do tej chwili.
Cóż pozostaje z tej rodziny?...
Siedmiu potomków?
Dwie sieroty, córki wygnanej matki, i wygnanego ojca.
Książę, pozbawiony tronu.
Ubogi ksiądz misjonarz.
Człowiek średniego stanu.
Młoda dziewica wielkiego imienia i majątku.
Rzemieślnik.
W nich wszystkich razem znajdziemy cnotę, męstwo, upodlenie, blask, nędzę naszego rodu!
Azja północna... Indje... Ameryka... Francja...
Oto miejsca, gdzie los ich rozproszył!
Mnie instynkt ostrzega, gdy komu z moich grozi niebezpieczeństwo... od Północy do Południa... od Wschodu do Zachodu biegnę im na ratunek... biegnę im na ratunek; wczoraj wieczór przy biegunie lodowatym, dziś w umiarkowanej strefie, jutro pod spiekłym równikiem, ale niestety! często w chwili, kiedy obecność moja ocalić ich może, niewidzialna ręka odpycha mnie w wir nieprzeparty i...
Dalej... dalej!...
— Niech-że przynajmniej dokończę, com zaczął!...
— Dalej!...
— Tylko godzinę!... niech tylko spocznę jednę godzinę!...
— Dalej!...
— Przebóg! mamże pozostawić nad przepaścią tych, których kocham...
— Dalej!... Dalej!!!
— Taka jest kara moja; okropna, ale zbrodnia moja była jeszcze okropniejsza! Zapóźno otworzyłem oczy, zapóźno poznałem żal, zapóźno nauczyłem się łagodności, zapóźno wreszcie zrozumiałem Boskie słowa, które być winny prawem dla całego.oda ludzkiego.
Miłujcie się nawzajem.
Napróżno w ciągu wieków, aby zasłużyć na przebaczenie, czerpałem siłę i przekonanie z tych Boskich słów, napełniałem politowaniem i miłością serca, które były przepełnione gniewem i złością; napróżno rozpłomieniałem dusze wstrętem do niesprawiedliwości...
Dzień przebaczenia jeszcze nie nadszedł!...
Ja cierpię za ród ludzki; cierpię za swoich: biedny tułacz, nie zawsze mogę wspierać potomków ukochanej siostry mojej.
Ale kiedy boleść przewyższa moje siły, kiedy czuję, że moim niebezpieczeństwo zagraża, a ocalić ich nie mogę, wtedy myśl moja, przebiegając światy, leci do tej, jak ja, przeklętej niewiasty... owej córki królewskiej, która, tak jak ja, syn rzemieślnika, tuła się... tuła i tułać będzie aż do skończenia wieków...
Raz tylko w ciągu każdego wieku, jak planety, zbliżające się do siebie w swych wiecznych obrotach... i ja spotkać mogę tę niewiastę w nieszczęsnym tygodniu...
A po tem spotkaniu, pełnem okropnych pamiątek i niezmiernych boleści, znów, jak błądzące gwiazdy wieczności, tułamy się w nieskończonym biegu.
I ta niewiasta, wędrująca od jednego do drugiego końca świata, ona, jedyna na ziemi, odpowiada moim myślom...
Ona tylko ma współczucie, i myśl dla tej jedynej sprawy, która daje ulgę mojemu wiecznemu ciężarowi...
Kocha, wspiera potomków.mej kochanej siostry. Dla nich śpieszy ona także od wschodu do zachodu, od północy ku południowi... lecz, niestety, niewidzialna ręka odpycha i ją także... unosi ją i na nią głos woła:
— Idź... dalej, dalej!
— Niech-że przynajmniej dokończę, com zaczęła — i ona, jak ja, mówi również.
— Dalej...
— Tylko godzinę... nie więcej, jak godzinę spoczynku.
— Dalej...
— Mam-że pozostawić nad przepaścią tych, których kocham!...
— Dalej...
— Słowo jedno... bo to jedno słowo uratować ich może.
— Dalej... Dalej!...
Gdy tułacz tak zanurzył się w myślach, wiatr wieczorny, dotąd lekki, wzmógł się, a głos pogrzebowych dzwonów, w przewlekłych, silnych jękach, dosięgał aż do szczytu góry.
Niebawem wiatr zaczął dąć gwałtownie, następował orkan; już błyskawice pruły obłoki... już głuchy i przeciągły szum wichru oznajmiał zbliżenie się burzy.
Nagle ten, co nie może ani płakać, ani uśmiechnąć się, zadrżał. On, do którego żadna boleść fizyczna nie miała przystępu... nagle przycisnął rękę do serca, jakby w niem uczuł niespodzianie gwałtowny ból.
— Ach! — zawołał — czuję... w tej godzinie... wielu z moich... z potomków ukochanej siostry mojej, cierpią i na wielkie wystawieni są niebezpieczeństwa... Jedni w głębi Indyj... drudzy w Ameryce... inni tu, w Niemczech. Walka się wznawia, a ohydne namiętności znowu się rozsrożyły. O ty, która mnie słyszysz, ty, jak ja, przeklęta, Herodjado, dopomóż mi w ich obronie... Niech prośba moja dojdzie cię w głębi pustyń Ameryki, gdzie się znajdujesz w tej chwili... Byleśmy tylko... na czas przybyli!
Wtedy stała się rzecz nadzwyczajna.
Noc nadeszła.
Człowiek ten ruszył z miejsca śpiesznie... lecz niewidzialna siła zatrzymała go i popychała w przeciwną stronę...
W tejże chwili rozległy się piorunujące grzmoty. Burza wyrywała drzewa z korzeniami... wstrząsała skałami.
A pośród tego orkanu przy świetle błyskawicy, widać było człowieka z czarną pręgą na czole, schodzącego z góry po skałach pomiędzy wielkiemi drzewami, uginającemi się pod gwałtownym wiatrem.
Chód tego człowieka nie był już powolny, pewny i jednostajny... ale oporny, chwiejny, nierówny, jak u człowieka, walczącego daremnie z nieprzepartą siłą... lub porwanego w wir gwałtownego orkanu.
Napróżno wyciągał ku niemu rękę, błagając.
Znikł wkrótce pośród ciemności nocy i gromów burzy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.