Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część piąta/Rozdział I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


CZĘŚĆ V.
OSTATNIA NARADA.
I.
WILJA WIELKIEGO DNIA.

Mniej więcej na dwie godziny przed opisanymi tu wypadkami w klasztorze Panny Marji, Rodin i ksiądz d’Aigrigny znajdowali się razem w gabinecie przy ulicy Środek-Ursynów, gdzieśmy ich poprzednio już widzieli. Rodin, odziany zawsze po swojemu, brudno, niechlujnie, siedział skromnie przy biurku i pisał, jako uniżony sekretarz, chociaż obowiązki jego były daleko ważniejsze; był Socjuszem, a w istocie miał obowiązek nie odstępować swego przełożonego ani na chwilę, pilnie uważać, śledzić najdrobniejsze jego czyny i o wszystkiem donosić do Rzymu.
Pomimo zwykłej, pozornej obojętności na wszystko, okazywał widoczny niepokój; odpowiadał jeszcze krócej, niż zwykle, na rozkazy i zapytania, odbierane od księdza d’Aigrigny, który zaledwie przed chwilą przybył.
— Cóż tu zaszło nowego podczas mej nieobecności? — zapytał margrabia Rodina. — Czy zawsze pomyślne nadchodziły wieści?
— Bardzo pomyślne.
— Przeczytaj je.
— Zanim zdam z nich sprawę Waszej Wielebności — rzekł Rodin — uprzedzić winienem, że Morok znajduje się tu już od dwóch dni.
— Morok? — zdziwił się d’Aigrigny. — Sądziłem, że, opuściwszy Niemcy i Szwajcarję, otrzymał z Friburga rozkaz udania się na południe. Teraz właśnie w Linie i Awugdunionie mógłby być bardzo użytecznym pośrednikiem... gdyż protestanci burzą się, zachodzi obawa reakcji przeciw katolikom.
— Nie wiem, czy Morok nie miał jakich szczególnych powodów do zmienienia kierunku podróży. Powiedział mi, że chce tu dawać przedstawienia.
— Jakie przedstawienia?
— Podczas przejazdu przez Lugdun, agent dramatyczny zobowiązał go, aby za bardzo korzystnem wynagrodzeniem dawał ze swą menażerją przedstawienia w teatrze Porte-Saint-Martin.
— Niechże i tak będzie — rzekł d’Aigrigny, wzruszywszy ramionami — lecz rozpowszechnianiem broszur, sprzedażą różańców i obrazków, jako też przez wpływ, jakiby pewno wywierał na mniej oświecony lud Południowego departamentu i Bretonji, mógłby oddać daleko większe usługi, aniżeli swą działalnością w Paryżu.
— Jest on tu, na dole, wraz z pewnym olbrzymem, który mu zawsze towarzyszy; gdyż Morok, jako dawny sługa Waszej Wielebności, spodziewa się, że dostąpi zaszczytu ucałowania jeszcze dziś ręki Waszej Wielebności.
— Niech o tem nie marzy. Wiesz przecie, ile nam jeszcze pozostało zajęcia na dzisiejszy wieczór. Czy poszedł kto na ulicę Świętego Franciszka?
— Wysłałem... Stary żyd, jak oznajmił, już został zawiadomiony przez notarjusza. Jutro, o godzinie szóstej rano, mularze wybiją zamurowaną bramę, a tak dom ten, po stu pięćdziesięciu latach, pierwszy raz będzie otworzony.
D’Aigrigny zamyślił się, poczem odezwał się do Rodina.
— Dziś, przed tak stanowczym dniem jutrzejszym, trzeba o wszystkiem pamiętać, przypomnieć sobie, i niczego nie zaniedbać. Odczytaj mi kopję owej noty, dotyczącej pana Rennepont’a, zaciągniętej do archiwum zgromadzenia przed 150-ciu laty.
Sekretarz wyjął z szafy notę i czytał:
„Dziś, dnia 19 lutego 1682 roku, Przewielebny ojciec Aleksander Bourdon nadesłał zawiadomienie, z temi słowy: niezmiernie ważne na przyszłość“:
„Niedawno powzięto wiadomość, z zeznań umierającego, o rzeczy, zachowywanej w wielkiej tajemnicy.
„Pan Marjusz Rennepont, jeden z najczynniejszych i najniebezpieczniejszych przywódców wyznania reformowanego, jeden z najzawziętszych wrogów naszego świętego zgromadzenia, wrócił był, jak się zdawało na łono świętej matki naszego kościoła, a to jedynie w tym celu, aby uchronić swój majątek przed konfiskatą, za karygodne, niereligijne jego postępowanie; gdy jednak wiele osób z naszego towarzystwa dostarczyło dowodów, że nawrócenie się Marjusza Rennepont’a — jest pozorne tylko, ogłoszono go za odszczepieńca, z rozkazu króla Ludwika XIV, skonfiskowano mienie, on zaś sam skazany na dożywotnie galery. Dla uniknięcia tej kary dopuścił się samobójstwa; za taką haniebną zbrodnię, ciało jego włóczono po ulicy, a w końcu oddano psom na pożarcie“.
„Po tej wstępnej wiadomości, przystępujemy do rzeczy tajemnej, tak niezmiernie ważnej w przyszłości dla dobra naszego towarzystwa.
„Jego Królewska Mość Ludwik XIV, w swej ojcowskiej i katolickiej miłości dla kościoła, a szczególniej też dla naszego towarzystwa, w nagrodę za to, żeśmy się przyczynili do wykrycia, iż Rennepont był haniebnym i świętokradzkim heretykiem i odszczepieńcem, darował nam skonfiskowane jego dobra.
„Dowiedzieliśmy się z pewnością, że przy tej konfiskacie, a zatem z uszczerbkiem naszego towarzystwa, zatajono dom w Paryżu, przy ulicy Świętego Franciszka Nr. 3, i sumę pięćdziesięciu tysięcy talarów w złocie.
„Dom sprzedany został przed konfiskatą, podstępnym sposobem, pewnemu przyjacielowi pana Rennepont’a, na nieszczęście dobremu katolikowi, którego przeto nie można ścigać z przyzwoitą surowością.
„Dom ten, wskutek nagannego porozumienia się tegoż przyjaciela z wydziedziczonym, którego to przyjaciela jednak do odpowiedzialności pociągnąć nie można, został zamurowany, i ma być otworzony nie prędzej jak za sto pięćdziesiąt lat, a to stosownie do ostatniej woli pana Rennepont’a.
„Co się tyczy owych pięćdziesięciu tysięcy talarów, powierzone one zostały osobie, na nieszczęście dotąd niewiadomej, na procent składany, z tem, aby, po upływie stu pięćdziesięciu lat, rozdzielone były pomiędzy wówczas żyjących potomków pana Rennepont’a.
„Suma ta w ten sposób pomnażana, stanie się z czasem olbrzymią, i wyniesie, mniej więcej, od czterdziestu do pięćdziesięciu miljonów liwrów turońskich.
„Z niewiadomych dotąd powodów, objaśnionych w testamencie, pan Rennepont zataił przed swą rodziną, którą ustawy przeciw heretykom-protestantom wypędziły z Francji, i rozproszyły po Europie, zataił, mówię, istnienie wspomnianej sumy; wezwał tylko krewnych, aby z pokolenia na pokolenie zalecali następcom, iżby przy życiu pozostali potomkowie, po stu pięćdziesięciu latach zebrali się w Paryżu, przy ulicy Świętego Franciszka Nr. 3, dnia 13-go lutego 1832 r. Aby zlecenie owo nie zostało zapomnianem, zobowiązał niewiadomego człowieka, którego jednak rysopis nam dostarczono, ażeby sporządził z bronzu medale, na których to zlecenie i ta data były oznaczone, i ażeby rozesłał je, po jednym egzemplarzu, członkom jego rodu. Był to środek tem potrzebniejszy, że z innych, również niewiadomych pobudek, które zapewne będą wyjaśnione w testamencie, spadkobiercy obowiązani będą stawić się owego dnia, przed południem, osobiście, a nie przez zastępców, gdyż w ostatnim razie utraciliby prawo do spadku.
„Człowiek nieznany, który udał się dla rozdania tych medaljonów członkom rodziny Rennepont’a, jest mężczyzną do trzydziestu sześciu lat mającym, miny wyniosłej, smętnej, wysokiego wzrostu; każę nazywać się Józefem; pada mocne podejrzenie, że ten podróżny jest czynnym i niebezpiecznym emisarjuszem owych zbrodniczych, nienawistnych Bogu republikanów i reformatorów siedmiu zjednoczonych prowincyj!
„Z powyższego wynika, że ta suma, powierzona przez owego odszczepieńca niewiadomym rękom, sposobem ukradkowym, wymknęła się z pod zapewnionej nam przez króla konfiskaty; ogromny to więc uszczerbek, szkaradny podstęp, który koniecznie wypada nam powetować, jeśli nie teraz, to przynajmniej w przyszłości.
„Ponieważ nasze towarzystwo trwać będzie aż do skończenia wieków, łatwo więc będzie, dzięki związkom naszym na całej kuli ziemskiej, za pomocą misyj i innych instytucyj, śledzić odtąd rozgałęzienia tej rodziny Rennepont’ôw, od pokolenia do pokolenia, nigdy ich z oka nie spuszczając, aby za sto pięćdziesiąt lat, w chwili podziału tego ogromnego nagromadzić się mającego majątku, towarzystwo nasze wejść znowu mogło w jego posiadanie, od którego tak zdradziecko zostało usunięte. Wrócić zaś powinno per fas aut ne fas, jakim bądź sposobem, choćby nawet podstępem lub gwałtem, gdyż nasze towarzystwo nie jest obowiązane postępować inaczej przeciwko przyszłym przywłaszczycielom naszych dóbr, tak złośliwie, łotrowsko zdefraudowanych przez tego niegodziwego, świętokradzkiego odszczepieńca. Bo wszystkim i każdemu wiadomo, że dozwolonem jest prawnie bronić, zachowywać i odzyskiwać swoją własność wszelkiemi sposobami.
„Ta więc rodzina Rennepont’ôw, aż do chwili zupełnej restytucji wydartego naszemu towarzystwu majątku, uważaną ma być za potępioną i odrzuconą, jako przeklęte pokolenie Kaina odszczepieńca; dobrze więc będzie nietylko dawać na nią ustawiczną baczność, ale nadto, w miarę możności, prześladować ją.
„Dlatego potrzeba koniecznie, poczynając od dnia dzisiejszego aż do wyżej oznaczonego terminu, wyprowadzać rok rocznie śledztwo, co do stanu członków tej rodziny“.
Rodin przestał czytać i rzekł do księdza d’Aigrigny:
— Następują coroczne sprawozdania o stanie tej rodziny od 1682 roku, aż do ostatnich dni. Sądzę, iż zbyteczną byłoby rzeczą czytać Waszej Wielebności te sprawozdania?
— Nie trzeba — odpowiedział d’Aigrigny — ta nota dokładnie przedstawia wszystko. — Następnie dodał z triumfem:
— Jakże wielką jest potęga stowarzyszenia, opartego na podaniu i wieczności!... Dzięki tej nocie, zachowanej przez półtora wieku w naszem archiwum, rodzina ta była śledzoną z pokolenia do pokolenia. Nareszcie jutro odzyskamy tę wierzytelność, małą w zaczątku, ale w ciągu stu pięćdziesięciu lat, wzrosłą do ogromnego majątku. A w tem wszystkiem jedna jeszcze okoliczność mocno mnie zajmuje.
— Jakażby to? — zapytał Rodin.
— Myślę o wiadomościach, które nadaremno usiłowano otrzymać od starego żyda, stróża domu przy ulicy Świętego Franciszka... Czy próbowano raz jeszcze, jak to poleciłem?
— Próbowano...
— No i cóż?
— Tym razem, jak poprzednio, niepodobna było dowiedzieć się cośkolwiek od tego skrytego, starego żyda; zresztą on już prawie zupełnie zdziecinniał, a jego żona również nie więcej warta od niego.
— Kiedy pomyślę — mówił ksiądz d’Aigrigny — że od półtora wieku dom ten przy ulicy Świętego Franciszka był zamurowany i zamknięty, że straż jego z pokolenia na pokolenie pozostawała przy tej samej rodzinie Samuela, nie mogę przypuścić, iżby oni nie wiedzieli, kto był i jest depozytarjuszem sum, które wzrastając ciągle, stanowią teraz ogromny kapitał.
— Widziałeś, Wasza Wielebność — odrzekł Rodin — z noty, załączonej do akt naszych o tym interesie, że w różnych epokach usiłowano otrzymać od nich wiadomości w tym przedmiocie, którego nota ojca Bourdon nie wyjaśniła. Pomimo tych usiłowań, ta rasa stróżów żydów zawsze była niemą, z czego wnosić należy, że rzeczywiście nic nie wiedzieli.
— Otóż właśnie uważam za rzecz nieprawdopodobną... bo przecież... pradziad tych wszystkich Samuelów, przed stu pięćdziesięciu laty, był obecnym przy zamykaniu tego domu... Był on, jak mówią akta, powiernikiem czy też służącym pana Rennepont’a. Niepodobna, żeby nie wiedział o wielu rzeczach, o których podanie pewno przechowało się — dowodził d’Aigrigny.
— Jeśliby mi wolno było uczynić uwagę... — rzeki pokornie Rodin.
— Mów... proszę...
— Niewiele lat temu powzięto wiadomość, że kapitał istnieje i że doszedł do ogromnej sumy...
— Tak jest — odpowiedział d’Aigrigny — osoba, która powiedziała o tem swemu spowiednikowi, ze wszech względów zasługuje na zupełną wiarę... Niedawno jeszcze ponowiła to zeznanie... lecz pomimo wszelkich nalegań w tej mierze przewodnika jej sumienia, nie chciała wyjawić, w czyjem są ręku, zapewniając zawsze, że nie można było złożyć ich w pewniejsze ręce. Jednakże, kto wie, czy obecny posiadacz tej ogromnej sumy stawi się jutro, pomimo, że tak wychwalają jego prawość? Co do mnie, im bardziej zbliża się stanowcza chwila, tem niespokojniejszy jestem... Bo też idzie tu o rzecz tak wielkiej wagi, że gdyby się udała, skutki jej byłyby nieobliczalne!... Zresztą, przynajmniej... wszystko się zrobiło, co tylko zrobić było można.
Socjusz nic nie odpowiedział.
D’Aigrigny spojrzał ze zdziwieniem i dodał:
— Czy nie podzielasz zdania mego?... można było uczynić co więcej?... alboż nie uczyniliśmy wszystkiego, co tylko jest w mocy ludzkiej?...
Rodin nisko się ukłonił, lecz nie rzekł ani słowa.
— Jeżeli sądzisz, że pominięto jaką potrzebną ostrożność — zawołał d’Aigrigny — mów!... Jest jeszcze czas... Co można zrobić? Wszak wszyscy potomkowie są usunięci; skoro więc Gabryel stawi się jutro przy ulicy Świętego Franciszka, on będzie jedynym przedstawicielem rodziny Rennepont’ôw, a zatem jedynym spadkobiercą tego ogromnego majątku. A stosownie do jego piśmiennego zrzeczenia się i według ustaw naszych, nie on, ale zakon nasz posiądzie go. Możnaż było działać lepiej?
— Nie śmiem objawić w tej mierze żadnego mego zdania — odrzekł Rodin pokornie — dobry lub zły skutek okaże, czy dobre lub złe użyte były środki.
D’Aigrigny wzruszył ramionami i żałował, że pytał o radę tej maszyny do pisania, która służyła mu za sekretarza, i która, według jego mniemania, miała tylko trzy zalety: pamięć, ostrożność i akuratność.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.