Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część druga/Rozdział XXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XXII.
SCHADZKA WILKÓW.

Było to w niedzielę rano.
Dwaj mężczyźni rozmawiali z sobą, siedząc w karczmie w wiosce Villiers, leżącej niedaleko od fabryki pana Hardy. Wieś ta zamieszkana była po większej części przez robotników, obrabiających i wydobywających kamienie w przyległych kopalniach. Nic grubszego, przykrzejszego i mniej zyskownego nad pracę tych rzemieślników. Nieszczęście i ciemnota bywają zawsze przyczyną wielkiego zła, albowiem zazdroszczono szczęścia robotnikom pana Hardy, ale jeszcze nie miano powodu nienawidzieć ich, jak to miało miejsce obecnie. Od czasu, jak skryci nieprzyjaciele fabrykanta, związani z panem Tripeaud, jego konkurentem, zaczęli mieć w tem własny interes, aby ten spokojny stan rzeczy zmienił się... dokazali tego swemi zabiegami. Korzystając z coraz większej obawy zbliżającej się podówczas cholery, rzucano postrach w te słabe i łatwowierne umysły, wskazując im fabrykę pana Hardy, jako ognisko zepsucia, potępienia, mogące sprowadzić pomstę niebios na całą okolicę. Już i tak rozjątrzonych zawiścią mężów podburzały jeszcze bezustannie żony, które, obałamucone mowami księdza, przeklinały to gniazdo bezbożników, mogące ściągnąć na cały kraj klęskę. Znaczna liczba robotników pana Hardy, nim jeszcze weszli do jego fabryki, byli członkami towarzystwa rzemieślniczego, nazwanego Żarłokami; kiedy tymczasem wielu robotników, kamieniarzy i kopiących kamienie, należało do towarzystwa, zwanego Wilki; od dawnych zaś czasów istniała nieprzebłagana zawiść między Wilkami i Żarłokami, i sprowadzała zabójcze między nimi walki. Od tygodnia już Wilcy, podburzani tylu różnymi podszeptami, pałali chęcią znalezienia sposobności i pozoru do spotkania się z Żarłokami; ale ci, nie chodząc do karczmy i prawie nigdy nie oddalając się poza obręb fabryki, przez cały tydzień, aż do owego czasu, nie nastręczali im tej pożądanej sposobności; tak więc Wilcy zmuszeni byli cierpliwie czekać niedzieli. Takie więc było tajemne wzburzenie mieszkańców wsi Villiers wtedy, kiedy dwaj mężczyźni, o których wspomnieliśmy, siedzieli za stołem w karczmie. Mężczyźni ci zażądali osobnej stancji, gdzie-by mogli pomówić z sobą sam na sam. Jeden z nich był jeszcze młody i dosyć porządny miał na sobie ubiór; lecz koszula wpółrozwiązana, poplamiona winem, pobladła cera, zaczerwienione oczy, dowodziły, że noc poprzedzającą spędził na hulance. Młodzieniec pytał, patrząc surowo na towarzysza:
— Pocoście wydobyli mnie z więzienia. Co chcecie ze mnie zrobić?
— Wesołego towarzysza, który rozrzuca pieniądze, nic nie robiąc, smacznie zajada, bawi się z młodemi dziewczętami i wyśpiewuje wesołe piosnki... Alboż to złe rzemiosło?
Nic przez chwilę nie mówiąc, rzekł nareszcie młodzian dalej:
— Dlaczegóż to wczoraj, kiedym wychodził z więzienia, położyliście mi za warunek mej swobody, abym napisał do mej kochanki, że już nigdy nie chcę jej widzieć? dlaczego żądaliście, abym wam oddał ten list?
— Westchnienie!... więc jeszcze myślisz o niej?
— Zawsze...
— Niepotrzebnie... twoja kochanka w tej chwili jest daleko od Paryża... widziałem jak siadała do dyliżansu, nim jeszcze wydostałem cię z więzienia ś-tej Pelagji.
— No, a po djabła przywlokłeś mnie tutaj?
— Chcę, abyś porozmawiał z robotnikami pana Hardy, którzy niezadługo przyjdą tutaj... i namówił ich do zrobienia pewnej rzeczy...
— Do czego? — zapytał młodzieniec.
Przy rozmowie tej obaj mężczyźni opróżniali raz po raz kielichy, to też myśli plątały się trochę młodszemu. Starszy był odporny na działanie alkoholu, mówił spokojnie.
— Do opuszczenia tej fabryki, gdzie niewieścieją w samolubstwie, nie myśląc o swych współbraciach.
— Ale jak opuszczą fabrykę, z czego będą żyli?
— Pomyślą o tem inni... w swoim czasie. Tak więc, czy dopomożesz mi?
— Dopomogę wam... tembardziej, że zaczynam już... ledwo sam trzymać się na nogach... Mnie tylko Cefiza utrzymywała na świecie; czuję, że na złej już jestem drodze... a wy mnie jeszcze popychacie... Idź na złamanie karku!... Takim czy owakim sposobem zginąć, wszystko jedno... Do ciebie...
— Pijmy na uciechę następującej nocy... bo przeszłej nocy piliśmy tylko jak fryce.
— Ale powiedzcie-no mi, kto wy jesteście? Patrzyłem na was; ani na chwilę nie widziałem was zarumienionego, lub śmiejącego się... aniście się wzruszyli... siedzieliście jak kamień.
— Już ja nie mam piętnastu lat; czego innego potrzeba do rozśmieszenia mnie... lecz następnej nocy będę się śmiać.
— Nie wiem, czy to gorzałka... ale niech mnie kaci kołyszą, jeżeli ty mnie nie przestraszasz, gdy mówisz, że śmiać się będziesz tej nocy!
Zapukano do drzwi. Wszedł gospodarz domu.
— Przyszedł tam jakiś młodzian, nazywa się Olivier, pyta o pana Moroka.
— Ja jestem, niech przyjdzie.
Karczmarz wyszedł.
— Jest to jeden z naszych; ale sam jeden — rzekł Morok, w którego surowej twarzy malowało się zawiedzione oczekiwanie. — Sam... to mnie dziwi... spodziewałem się ich wielu... czy znasz go?
— Oliviera?... tak, znam... blondyn, zda je mi się...
— Zobaczymy... otóż idzie.
W rzeczy samej, młodzian, otwarty, śmiały, roztropny, wszedł do stancji.
— I ty tu.. Leżynago? — zawołał, zobaczywszy współbiesiadnika Moroka.
— Tak, właśnie ten sam. Wieki już, jak cię nie widziałem, Oliwierze.
— Rzecz prosta, mój kolego... nie w jednem i tem samem pracujemy miejscu.
— Ależ sam jesteś? — zapytał Morok.
I, pokazując na Leżynago, odrzekł:
— Przy nim można mówić... on jest z naszych. Ale dlaczegóż sam jeden tylko jesteś?
— Przychodzę sam, ale w imieniu moich towarzyszy.
— Aha.... — odetchnął Morok — przystają.
— Nie chcą!... i ja także.
— Jakto nie chcą?... a więc braknie im odwagi, jak babom?! — zawołał Morok.
— Posłuchajcie mnie... — rzekł ozięble Olivier — odebraliśmy wasze listy, widzieliśmy wasze pieniądze, przekonaliśmy się, że to ma związek z tajemnemi zamiarami... Lecz dziś rano ojciec Simon zawołał nas do siebie; wyłożyliśmy mu nasze spory; on nas przekonał... będziemy czekali...
— Cicho! — zawołał Leżynago, przysłuchując się i chwiejąc na nogach: — zdaje mi się, że słychać tłumne krzyki...
W rzeczy samej słychać było, najprzód niewyraźne, a potem coraz mocniejsze krzyki, które wkrótce zamieniły się w okropną wrzawę.
— Co to jest? — rzekł Olivier.
— Teraz — odrzekł Morok, złośliwie się uśmiechając — przypominam sobie, że gospodarz, wchodząc, powiedział mi, że we wsi panuje wielkie wzburzenie przeciwko fabryce.
— To więc ta schadzka była pułapką, zastawioną dla uzbrojenia jednych przeciwko drugim robotnikom pana Hardy?! — zawołał Olivier — toście myśleli, że my staniemy razem z ludźmi, których podburzają przeciwko fabryce i że...
Młodzian nie mógł dokończyć. W tej chwili nagle otwarły się drzwi i karczmarz blady, drżący, wpadł do stancji.
— Panowie!... czy jest kto pomiędzy panami, należący do fabryki pana Hardy?
— Ja jestem — odezwał się Olivier.
— A więc zginąłeś pan!... Wilki przybywają tłumem, krzyczą, że tu są Żarłoki z fabryki pana Hardy i żądają, aby się z nimi rozprawić... jeżeli Żarłoki nie odstąpią tej fabryki i nie połączą się z nimi.
— Ani wątpić, że to była zasadzka!... — zawołał Olivier, patrząc na Moroka i Leżynago z groźną miną — chciano nas skrzywdzić, gdyby przybyli moi towarzysze!
— Chodź! — zawołał karczmarz.
I, nie dając Olivierowi czasu na odpowiedź, chwycił go za barki i, otworzywszy okno wychodzące na daszek, rzekł mu:
— Umykaj tem oknem, póki czas...
Jeszcze przeraźliwsze odezwały się krzyki, gwizdania, wycie:
— Wojna Żarłokom!
— Uciekaj, Olivierze! — zawołał Leżynago, niemal wytrzeźwiony zagrażającem niebezpieczeństwem.
Ledwo wymówił te słowa, gdy drzwi do wielkiej izby, z której wchodziło się do tej stancji, otworzyły się ze strasznym łoskotem.
— Otóż ich macie, — zawołał karczmarz, załamując ze strachu ręce.
Potem, skoczywszy do Oliviera, wypchnął go, iż tak powiem, oknem, bo, nogą jedną stojąc na futrynie, robotnik jeszcze się wahał.
Kamieniarz, wzrostu i siły herkulesowej, mający głowę przewiązaną czerwoną chustką, której końce spadały mu na ramiona, okryty starą kozią skórą, wywijał grubemi żelaznemi kleszczami, i zdawał się dowodzić wyprawą; z zaczerwienionemi oczami i z groźną dziką fizjognomją, ruszył ku stancji, udając, że chce odepchnąć Moroka, i wołając piorunującym, głosem:
— A gdzież tu są Żarłoki!... Wilki chcą ich zjeść.
Karczmarz otworzył co żywo drzwi do stancji, mówiąc:
— Niema nikogo, moi przyjaciele... nikogo niema... sami zobaczcie.
— Prawda! — rzekł kamieniarz zdziwiony, obejrzawszy się wkoło po stancji — a gdzież oni są? Powiedziano nam, że jest ich tu z piętnastu. Albo musieliby pójść z nami do fabryki, albo byłaby batalja, a Wilcy byliby kąsali!
— Byleby tylko Wilcy nie zlękli się Żarłoków! — dodał Morok.
— Ponieważ podejrzewasz nas o strach... ty pójdziesz z nami i zobaczysz, jak się spotkamy! — zawołał straszny kamieniarz piorunującym głosem, postępując ku Morokowi.
I mnóstwo głosów odezwało się za kamieniarzem:
— Wilcy mieliby się ulęknąć Żarłoków!
— To się nigdy jeszcze nie zdarzyło.
— Bitwa!... bitwa!... i koniec na tem.
— Dosyć już tego nam... Na co tyle biedy dla nas, a tyle szczęścia dla nich?
— Bitwa!... bitwa!... — krzyczano chórem.
— A więc do fabryki, moje kochane Wilki!... — krzyczał Morok głosem stentora — do fabryki!
— Tak, tak, do fabryki! do fabryki! — powtórzyła zapalczywa tłuszcza, gdyż powoli wszyscy, którzy mogli wleźć na schody, wtłoczyli się do dużej izby.
Na te okrzyki, odzyskawszy przytomność, Leżynago rzekł pocichu do Moroka:
— A, to ja widzę, wy chcecie morderstw? Nie chcę należeć do tego...
— Będziemy mieli czas zapobiec temu w fabryce, opuścimy ich w drodze — odrzekł Morok.
Potem zawołał głośno do gospodarza, przestraszonego tem poruszeniem:
— Gorzałki! trzeba pić za zdrowie walecznych Wilków! Ja funduję!
Niebawem zgraja ta oddaliła się z karczemnego podwórza i pobiegła hurmem do fabryki pana Hardy.
Na czele jej szedł olbrzymi kamieniał z, wywijając ogromnemi kleszczami; za nim, pomieszani, w nieładzie, jedni uzbrojeni kijami; drudzy kamieniami, postępowali tłumem robotnicy.
Morok i Leżynago zniknęli w chwili, gdy tłuszcza wychodziła z podwórza, postępując ku fabryce.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.