Artur (Sue)/Tom IV/Rozdział jedenasty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Artur
Wydawca B. Lessman
Data wyd. 1845
Druk J. Jaworski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Arthur
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział 11.
POGADANKI ŚWIATOWE. ―

Było to na początku Listopada, w piątek, dzień, który uważałem jako nieszczęśliwy.
Od niejakiego czasu, pani de Fersen, uwiadomiona o bliskim powrocie męża, i chcąc odwrócić wszelkie podejrzenie, osądziła iż powinna zawsze znajdować się u siebie, i niezamykać przed nikim drzwi swoich. Przyobiecała mi jednak, że dla mnie kilka godzin poświęci.
Nasze widywania się tak rzadkie, tak trudne, dzięki tłumowi którym zawsze była okolony, że, również jak ona, przywiązywałem wielką wartość do tego dnia szczęśliwego. Katarzyna już dawno naprzód go przygotowała, odkładając lub kończąc tysiąc nic nieznaczących drobnostek, które są tyluż niewidzialnemi węzłami, w których kobiéta światowa, chociaż wolna na pozór, jest jednak codziennie uwikłaną. Nakoniec, dniem pierwéj, podczas herbaty, Katarzyna jeszcze ponowiła mi swą obietnicę, w obec koła, które się zwykle u niéj zgromadziło, mówiąc do mnie, wedle naszej umowy, iż się spodziewa że nazajutrz będzie piękna pogoda na jéj przechadzkę.
Przypominam sobie, że trudniący się encyklopedyą Baron de **** który tamże się znajdował, rozpocząwszy z powodu téj nadziei pięknéj pogody uczony ustęp meteorologiczny i astronomiczny, żywa powstała sprzeczka względem wpływów planetarnych i przyczyn atmosferycznych.
Po kilkakrotnie Katarzyna i ja niemogliśmy wstrzymać się od uśmiechu, pomyślawszy na przyczynę, powabną, i tajemniczą, która dawała powód do tak poważnych rozpraw tylu uczonym osobom. Potrzebowaliśmy niezmiernie wiele krwi zimnéj, aby nie parsknąć ze śmiéchu na wyborne przyczyny, które przytaczał Nuncyusz Papiezki, chcąc dowieść że jutro koniecznie musi być jak najpiękniejsza pogoda. Tak bardzo podzielałem jego zdanie, iż na ślepo przychyliłem się do jego strony, i wzięliśmy górę nad deputowanym Stanów-Zjednoczonych, który uporczywie przepowiadał jak najszkaradniejszy niepogodę.
Opuściłem więc Katarzynę, upojony nadzieją, również niecierpliwą, jak w początkach naszéj miłości.
Zdawało mi się iż tego dnia bardziéj ją jeszcze kocham, niżelim ją kochał dni innych; tysiączne złote sny marzyłem o tém widzeniu się; serce moje przepełnione było miłością i nadzieją.
Tego wieczora, wydała mi się jeszcze piękniejszą, jeszcze bardziéj słuchaną, jeszcze bardziéj uwielbianą jak zwykle; i należy ze wstydem naszym wyznać; prawie zawsze pochwała lub nagana obojętnych lub zazdrosnych, stanowią zmiany zapału lub ostygnięcia którym miłość nasza ulega.
Nazajutrz, miałem wyjść, gdym odebrał słówko od niéj... Nasze widzenie się ze sobą było niepodobném: dowiedziała się, że jak najważniejsza rozprawa, o której sądziła że będzie odłożony, toczyć się miała tego właśnie dnia w izbie deputowanych.
Mój żal, gniew, złość i zmartwienie były niezmierne.
Godzina posiedzenia jeszcze niewybiła; udałem się do pani de Fersen.
Kamerdyner, zamiast mnie zaanonsować, powiedział mi że Księżna nie kazała wpuszczać nikogo, i że miała konferencyę z ministrem Pruskim...
Chociażby całe pokolenie Margrabi Brandeburskiego znajdowało się w salonie, byłbym tam wszedł; jednak kazałem więc kamerdynerowi aby mnie zaanonsował.
Katarzyna, na domiar rozpaczy, nigdy jeszcze piękniejszy niebyła, mój gniew, moje nieukontentowanie tém bardziéj się jeszcze zwiększyły.
Zdała się nieco zdziwiona moją wizyta, i szanowny Hrabia W*** niebardzo także z niéj był kontent, co przyznam się, bynajmniéj mnie nieobchodziło.
Opuścił Księżnę, mówiąc, że późniéj dokończy rozmawiać o tym interesie.
— Jakże jestem nieszczęśliwa złéj zwłoki! — rzekła do mnie smutnie Katarzyna...
— Ale oto niedługo pierwsza... posiedzenie zaczyna się o drugiéj, i nasz ambassador....
— Ach! Pani! — zawołałem przerywając jéj, i uderzając gwałtownie nogą o podłogę, — porzućmy posiedzenia i ambassadorów; należy wybierać pomiędzy interessami naszéj miłości lub interessami ludów, którym się pani poświęcasz... Zastosowanie bardzo jest śmieszném, wiem o tém... ale Pani to niepodbne do uwierzenia postępowanie zmusza mnie do uczynienia go.
Pani de Fersen spojrzała na mnie z głebokiém i bolesném zadziwieniem, gdyż nie przyzwyczaiłem ją do tak opryskliwego obchodzenia się.
Mówiłem daléj.
— Jestem z resztą bardzo kontent, że znajduję sposobność powiedzenia Pani raz nazawsze, że twe rozmowy, twe ciągłe paplania z teéi wszystkiemi nudnemi i zarozumiałemi figurami niepodobają mi się, niecierpliwią mnie nad wszelkie wypowiedzenie... Nigdy Pani nie znajduję saméj... zawsze jesteś otoczoną temi ludźmi, którzy znajdują bardzo dogodnie, zamieniać twój salon w kancellaryę... Wolałbym tysiąc razy widzieć Panią otoczoną młodzieżą najbardziéj elegancką i najdowcipniejszą, choć byś Pani miała się dla niéj okazywać równic wabną jak pani V***! Mógłbym przynajmniéj być zazdrośnym o kogóś; mógłbym współ ubiegać się w staraniach i czułości z rywalem. Lecz tu... z kimże chcesz pani abym się passował? Z narodami?... Oświadczam więc pani, że nieznajduję nic nędzniejszego, nic bardziéj upokarzającego, jak być do tego przywiedzionym aby zazdrościć Europie, lub wydzierać serce ukochanéj kobiéty mówcom Izby Deputowanych... jak to dzisiaj uczynić musiałem.
— Mój drogi przyjacielu... czy to na prawdę mówisz?... — rzekła do mnie pani de Fersen z niepewnością zarazem nieśmiałą, lękliwą i nieco szyderską, któraby wydała mi się być bardzo przyjemną i zabawną, gdyby Katarzyna nie była piękną aż do wprawienia w rozpacz, i gdyby mnie to nieczyniło prawie waryatem i złym że mi nie idzie podług moich życzeń. Zresztą, zapytanie pani de Fersen przywiodło mnie do ostateczności, bo mi dało postrzedz że mój gniew był istotnie bardzo bliskim stania się komicznym.
— Serca poświęcające się, umysły sz’lachetne odgadują wrażenia a niepytają się... Jeśliś pani doszła do tego stopnia że mi się pytasz czego doznaję, żałuję panią... co do mnie, jestem daleko przenikliwszy... i pojmuję aż nadto, że mnie niekochasz...
— Niekocham cię! — rzekła pani de Fersen składając ręce z bolesném osłupieniem; potém znowu powtórzyła: — Niekocham cię... i mnie to powiadasz... mnie?...
— Gdybyś mnie pani kochała, poświęciłabyś mi to wszystko co cię otacza, a czego ja nienawidzę, gdyż mi przeszkadza, gdyż jest niepotrzebne, gdyż panią zmusza do psucia dobrowolnie swego rozumu i dowcipu. Słowem, gdybyś mnie kochała, poświęciłabyś mojemu szczęściu zadowolenie twéj miłości własnéj.
— Méj miłości własnéj... to więc przez miłość własną zachowuję, utrzymuję te stosunki! O Boże! trzebaż ci powtarzać, Arturze, to, czego niemówię nigdy bez wstydu i boleści... Byłam bardzo występną, dozwól mi przynajmniéj czynić co mogę aby niepogorszać mojéj winy.
— Otóż teraz znowu zgryzoty, — rzekłem jéj ostro, — zerwanie naszych związków zapewne nie jest dalekiém... lecz może Pani zostaniesz w tym względzie uprzedzoną...
— Ach!... co mówisz?... to okropnie... czyż zasłużyłam na to!!! — zawołała Katarzyna z oczyma łzami zalanemi.
— Jego Jaśnie Wielmożność Ambassador Rossyjski, — zaanonsował kamerdyner.
Pani de Fersen zaledwie miała czas zniknąć po za portierą salonu, i wejść do swego sypialnego pokoju.
— Oczekuję podobnież jak Pan pani de Fersen, — rzekłem do pana P* de B***; — zapewne jeszcze jest przy swéj gotowalni... Pan udajesz się do Izby, jak sądzę?
— Tak... nic niebędzie świetniejszego i bardziéj zajmującego jak to posiedzenie: powiadają że Beniamin Constant, Foi i Kazimierz Perrier mają zabrać głos, i że pan de Villèle im odpowie.
Katarzyna napowrót weszła, spokojna i poważna, jak gdyby nic pomiędzy nami niezaszło.
Władza jaką miała sama nad sobą oburzyła mnie.
Po kilku nic nieznaczących wyrazach, pan P* de B*** uczynił jéj uwagę że już było późno, i że należało jechać aby znaleść jeszcze miejsce w trybunie dyplomatycznéj. Ofiarował rękę pani de Fersen, która mi proponowała abym im towarzyszył, popierając tę proźbę błagającém spojrzeniem, na które pozostałem nieczuły.
Wyszedłem od pani de Fersen rozgniewany, niekontent z niéj i siebie...
Wysiadłem w Tuilleries aby się przejść.
Przypadkiem spotkałem Pommeriva.
Niewidziałem go od czasu mego wyjazdu z Paryża. Tak byłem smutny, tak kwaśny, iż gniewałem się żem znalazł roztargnienie dla mych myśli.
— Zkądże to pan przybywasz, panie de Pommerire? — rzekłem mu.
— Nie mów mi pan o tém.... przepędziłem trzy miesiące w Franche Comté w Saint-Prix, u państwa Arancey... to rzecz oburzająca!
— Ci jednak dość są bogaci aby panu dawali te wyśmienite obiadki które tak bardzo lubisz, i za które okazujesz się tak wdzięcznym panie Pommerive.
— Jedyny sposób dowieść że się jest wdzięcznym za dobry obiad, jest zjeść go z przyjemnością, — rzekł cynik. — Nie skarżę się też na stół Aranceyów: można się tam najeść dobrze i do sytu. Ojciec Arancey dość nakradł na dostawach i na wszystkiém; dość narozbierał starych zaników, dość narobił bankructw fałszywych i innych, ażeby syn jego mógł się popisywać z takim zbytkiem... Ale, czy wiesz że on się nazywa d’Arancey jak ja Jeroboam! Nazywa się po prostu cóś nakształt Polimard; otóż to mieszczańskie imię nie bardzo się podobało jegomości i, za pomocą maleńkiéj zmiany, zastępując bardzo zręcznie Poli przez Aran, a mard przez cey, zamienił tym sposobem piękne nazwisko Polimard na Arancey... To mu się lepiéj podoba... Powiesz mi że ten syn bankruta nie miał żadnego powodu obstawać przy swém nazwisku, gdyż nie miał żadnego, niebędąc przyznany za syna przez Polimarda Ojca, który padł ofiarą zaraźliwej choroby panującéj w jego departamencie... lecz to nie jest przyczyną aby przybierać nazwisko d’Aranceyów a co gorsza ich herb, który jego żonka, bezwstydna i prostaczka, nazywa swoim herbem! a który wszędzie umieszcza, zdaje mi się nawet że aż na kuchennych fartuchach swych dziewek. To bardzo miłą jest rzeczą dla heraldyki d’Aranceyów, których nazwisko na nieszczęście wygasło; bo inaczej wartoby było biczować i piętnować Polimardów, tak mężczyzn jak kobiéty, jakby należało było uczynić z ojcem Polimardem, pierwszym tego nazwiska!
Nie miałem tą razą dość odwagi aby zganić Pommeriva: ci ludzie byli w istocie tak prostaczemi dochrapalskiemi, ich bezwstydność tak była mieszczańską, ich lokajska zuchwałość tak śmieszną, że z całego serca oddałem mu ich na pastwę. — Lecz cóż tak pana oburzyło w tych nieocenionych przyjaciołach, panie de Pommerive?
— Wszystko... gdyż wszystko jest dobre, a obecność tych istot wszystko umié popsuć! Znajdując się z tymi dochrapalskiemi, zawsze sądziłem że jestem z kommissarzem i gospodynią jakiego wielkiego pana, który wyjechał zagranicę, a którzy wyprawiali sobie hulankę w czasie jego nieobecności... Ale to jeszcze nie wszystko.... czyż ten Polimard-d’Arancey nie uroił sobie aby miéć cały przybór myśliwski!... czyż nieośmielił się wziąść za pierwszego Strzelca sławnego La Brisée, który wychodził z łowiectwa księcia de Bourbon! Lecz domyślasz się pewno, żem tak zawstydził La Brisego, iż nagania zwierzynę jakiemuś tam Polimardowi, żem go odmówił, zarekomendowawszy go margrabiemu D. H***, u którego miałby przynajmniéj zaszczytne miejsce i był należycie oceniony.
— Widzę, panie de Pommerive, że bardzo mało się zmieniłeś... Jesteś zawsze najuprzejmszym z ludzi.
A czy bywasz pan jeszcze u księżnéj de Fersen, bo co ja, to tam już i nogą niepostanę.
— A zjakiegoż to powodu Księżna de Fersen jest pozbawiona zaszczytu widywania pana?...
— Dla czego?... bo ja tak zwykle sobie postępuję jak wszyscy; a wyjąwszy dyplomatyków i kilku cudzoziemców, nikt z lepszego towarzystwa ani nogą już u niéj niepostanie.
— A to dla czego? — spytałem machinalnie pana de Pommerive.
— O!... to wcale nie jest tajemnicą; wszyscy o tém wiedzą jak ona sobie postępuje.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.