<<< Dane tekstu >>>
Autor Božena Němcová
Tytuł Babunia
Rozdział IX
Wydawca Księgarnia Ludwika Fiszera
Data wyd. 1927
Druk Drukarnia A. Dittmann
Miejsce wyd. Łódź, Katowice
Tłumacz Paweł Hulka-Laskowski
Tytuł orygin. Babička
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IX.

W izdebce babuni było jak w ogrodzie: wszędzie pełno było róż, rezedy i innego pachnącego kwiecia, a prócz tego całe naręcze liści dębowych. Basia i Marynia wiązały bukiety, a Cylka wiła wielki wieniec. Na ławce przy piecu siedziała Adelka z chłopcami i przepowiadali sobie powinszowanie.
Była wilja świętego Jana, przeddzień imienin ojca, wielkiego święta całej rodziny. Zawsze na imieniny spraszał pan Proszek swoich najmilszych przyjaciół; taki już był obyczaj. Dlatego w całym domu wszystko było jakby do góry nogami: Urszula szorowała i czyściła, żeby nigdzie nawet pyłka nie było, Bietka parzyła kury, pani piekła kołacze, a babunia pilnowała ciasta, zaglądała do pieca i uważała, czy dobrze skubią drób. Wszędzie była potrzebna. Basia prosiła, żeby Babunia wywołała Janka na dwór, bo nie daje spokoju, ale gdy był na dworze, narzekała Bietka i Urszula, że im się kręci pod nogami i przeszkadza. Wiluś chciał, żeby go babunia przesłuchała, Adelka pociągała ją za sukienkę, prosząc o kołacz, a na dworze gdakały kury, przypominając, że już z niemi czas na grzędę.
— Święci Pańscy... Przecież nie mogę się rozerwać, żeby wszystkim odrazu służyć! — narzekała sobie babunia.
Raptem woła Urszula:
— Pan jedzie do domu!
Dziewczęta z wieńcami zamykają się w pokoju, pani sprząta szybko wszystko, co ma być do jutra sekretem, a babunia nakazuje dzieciom: — A pamiętajcie, żebyście wszystkiego odrazu nie wypaplały!
Ojciec przybywa na podwórze, dzieci biegną mu na spotkanie, ale gdy się z nimi wita i pyta o matkę, są wielce zakłopotane, milczą i nie wiedzą, co mu odpowiedzieć, żeby przecie nie wydać się z sekretu. Ale Adelka, tatusiowa pieszczocha, podchodzi blisko, do ojca, a gdy on bierze ją na ramię, szepcze mu do ucha: — Mamusia i babunia pieką kołacze, bo jutro będą twoje imieniny.
— No, czekaj! — przerywają jej chłopcy. — Dostaniesz za to, że paplesz! — i biegną do matki na skargę.
Adelka się zaczerwieniła, siedzi na ojcowskiem ramieniu zakłopotana a wkońcu zaczyna płakać.
— E, nie płacz — uspakaja ją ojciec. — Przecież ja wiem, że mam jutro imieniny i że mamusia piecze kołacze.
Adelka ociera pięścią oczy, ale ze strachem spogląda na matkę, którą chłopcy z sobą prowadzą. Wszystko się szczęśliwie wyjaśnia i chłopcy dowiadują się, że Adelka nie wydała żadnego sekretu. Ale tajemnica leży na wszystkich kamieniem i trzeba tak jakoś robić, żeby ojciec widząc nie widział, a słysząc nie słyszał. Przy kolacji Basia musi ciągle mrugać na dzieci i dawać im nawet szturchańce, żeby nie wygadały wszystkiego, a Bietka śmieje się z nich potem, że nie umieją trzymać języka za zębami.
Wreszcie wszystko jest gotowe i nawet świeże pieczywo nie pachnie już tak mocno jak z wieczora. Służące poszły spać, tylko babunia drepce jeszcze cichutko po mieszkaniu. Zamyka koty, zalewa iskierki w kuchni, a przypomniawszy sobie, że paliło się także w piecu w suszarni i że mogła tam zostać jaka niedostrzeżona iskierka, nie ufa nawet swojej własnej ostrożności i idzie na wszelki przypadek zobaczyć, jak się rzeczy mają.
Sułtan i Tyrl siedzą na kładce i patrzą na nią ze zdziwieniem, bo o tej porze nigdy jej na dworze nie widują, ale gdy babunia pogłaskała ich po głowach, łasiły się do niej i merdały ogonami. — No, już znowu czatujecie na myszy, wy nicponie! Na myszy sobie polujcie, tylko mi się do chlewika nie dobierajcie! — grozi im babunia, idąc na zbocze. Psy krok w krok za nią. Babunia otwiera piec, ostrożnie grzebie pogrzebaczem w popiele, a nie znajdując ani jednej iskierki, zawraca uspokojona do domu. Koło kładki stoi wysoki dąb, a w jego rozłożystych konarach sypia latem drób. Babunia spogląda ku górze, słyszy śród gałęzi ciche westchnienie i pisklenie. — O czemś im się śni — powiada sobie i idzie dalej. W ogródku przystaje. Czyżby się przysłuchiwała miłemu śpiewowi dwóch słowików w zaroślach ogrodowych? Czy słucha urywanego śpiewu Wikty, dolatującego z nad upustu? Czy zapatrzyła się na zbocze, gdzie krąży mnóstwo robaczków świętojańskich, podobnych do polatujących gwiazdeczek? Pod zboczem nad łąką wznoszą się i chyżo polatują białe obłoczki. To nie mgła, powiada lud, a może i sama babunia wierzy, że w tych przezroczystych srebrnosinych zawojach polatują leśne dziwożony, i przygląda się ich tańcowi przy świetle księżyca? Ani jedno, ani drugie: babunia spogląda na łąkę w stronę młyna.
Od gospody przez mostek na potoku wybiegła na łąkę postać niewieścia, otulona białą chustką. Stoi cicho, jak sarna, gdy z gąszczu leśnego wybiegnie na pastwisko na polanie. Nie słyszy nic prócz przeciągłych tonów słowika, głuchego turkotania młyna i szelestu fal pod ciemnemi olchami. Prawą rękę owija białą chustką i zrywa nią dziewięcioro kwiecia, każde inne. Gdy wiązanka jest gotowa, pochyla się jeszcze i obmywa się świeżą rosą, a potem, nie oglądając się ani na lewo, ani na prawo, szybko wraca do gospody. To Krysia! Będzie wiła świętojański wianek. Zaraz sobie pomyślałam, że tego chłopaka musi lubić — mówiła babunia do siebie, nie spuszczając oka z dziewczyny. Już Krysia znikła jej z oczu, a babunia ciągle jeszcze stała w zamyśleniu. Wspominała dawne swoje lata, gdy jako młoda dziewczyna rwała w noc świętojańską dziewięcioro kwiecia na wieszczy wianek. Tak dokładnie wszystko pamiętała, jakby się to było stało akurat dzisiaj: ogarnął ją ten sam niepokój, jak wtedy, żeby jej nikt nie wszedł w drogę i nie przeszkodził. Widzi samą siebie w swej komórce, widzi swoje poduszki w duże kwiaty i jak pod te poduszki kładzie wianuszek z dziewięciorakiego kwiecia. Przypomina sobie, jak serdecznie się modliła, żeby jej Pan Bóg dał sen, w którym widziałaby tego, którego jej dusza sobie umiłowała. Zaufanie, jakie pokładała w wieszczym wianku, nie zawiodło jej: we śnie ujrzała mężczyznę wysokiego wzrostu, o spojrzeniu jasnem i szczerem, tego, któremu na całym świecie równego nie było. Babunia musi się uśmiechać z tej dziecinnej skwapliwości, z jaką nazajutrz rano śpieszyła do ogrodu, by wtył przez jabłoń przerzucić wianek i dowiedzieć się, czy swego Jerzego ujrzy niebawem, czy też długo wypadnie czekać na niego. Wspomina, jak wschodzące słońce zastało ją w ogrodzie zapłakaną, bo wianek przeleciał przez jabłoń daleko, a to znaczyło, że nierychło spotka się ze swoim kochanym Jerzym.
W zamyśleniu stoi babunia długą chwilę, bezwiednie składa ręce do modlitwy, jej łagodne oczy podnoszą się ku niebu, a z ust spływa cichy szept: — Kiedyż spotkamy się z tobą, mój Jerzy? — Powiał lekki wietrzyk, jakby duch zmarłego całował zwiędłą twarz staruszki. Babunia drży, żegna się i dwie duże łzy spływają na jej modlitewnie złożone ręce. Po chwili wraca cicho do mieszkania.
Nazajutrz dzieci wypatrywały oknem rodziców, mających lada chwila wrócić z miasta. Byli oboje w kościele. Ojciec dał tego dnia na mszę świętą, a babunia dała na modlitwy za wszystkich Janów swego rodu, ilu ich tylko było od paru pokoleń. Piękny wieniec, powinszowanie, podarki, wszystko to leżało przygotowane na stole. Basia przesłuchiwała chłopców, czy umieją dobrze powinszowanie, ale od samego pośpiechu uroniło się słówko tu i słówko owdzie, i trzeba było zaczynać od nowa. Babunia miała pełne ręce roboty, ale i tak co chwila uchylała drzwi, zaglądała do pokoju i napominała dzieci: — Bądźcie grzeczne i nie swawolcie! — I szła gdzieindziej.
Właśnie szła babunia do ogródka, żeby naciąć świeżej pietruszki, gdy wtem ujrzała Krysię biegnącą po zboczu i niosącą w chustce jakieś zawiniątko. — Daj Boże zdrowie! Dzień dobry, babuniu! — wołała z twarzą wesołą i promieniającą, aż się babunia na nią zapatrzyła.
— Tak wyglądasz, moja dziewczyno, jakbyś się na różach wyspała — mówi babunia i uśmiecha się.
— Zgadłaś, babuniu, bo na powłoczkach moich poduszek są duże róże! — woła Krysia z uśmiechem.
— Ty figlarko, udajesz, że nie rozumiesz, ale czy tak, czy owak, byle było dobrze. Prawda, Krysiu?
— Prawda, prawda, babuniu — zgadzała się Krysia, ale domyśliwszy się znaczenia słów babuni, trochę się zmieszała.
— Co też niesiesz?
— Niosę coś na wiązanie dla Janka. Tak mu się zawsze podobały nasze gołębie murzyny, więc niosę mu parę młodych, żeby je sobie chował.
— Ale, ale, poco sobie robić szkodę; przecie ten chłopak nawet sobie na to nie zasłużył — mówiła babunia.
— Chętnie się dało, babuniu. Ja dzieci bardzo lubię, a wiem, że z takich rzeczy bardzo się radują, więc im tej radości życzmy. Ale byłabym zapomniała powiedzieć babuni, co się u nas stało onedajszej nocy.
— Wczoraj było u nas jak na jarmarku, nie można było ani na chwilę przystanąć, żeby porozmawiać, więc nic nie słyszałam, co się stało. Tyle tylko, żeś mi chciała powiedzieć coś o tym Włochu. Opowiadaj więc, ale krótko i węzłowato, bo wypatruję naszych, którzy lada chwila wrócą z kościoła, a potem zaraz przyjdą goście — zachęcała babunia Krysię do pośpiechu.
— Więc niech sobie babunia wyobrazi, że ten Włoch, ten powsinoga, przychodził do nas co wieczór na piwo; zresztą to nic, bo gospoda jest dla każdego. Ale ten, to nie taki porządny człowiek, żeby usiadł przy stole i siedział, tylko włóczy się za mną po całem podwórzu, nawet do obory za mną wszedł. Jednem słowem, że gdzie się ruszyłam, tam on za mną. Mój ojciec dobry człowiek i nie lubi sobie zrażać gości, osobliwie tych z zamku, ale mu się to nie podobało. Nic nie powiedział, tylko wszystko pozostawił mnie, żebym się z nim sama rozprawiła. Ja temu Włochowi parę razy powiedziałam, żeby sobie poszedł, że na niego patrzeć nie mogę, a ten swoje, chociaż dobrze wiem, że po naszemu rozumie, tylko że mówić nie umie. Wciąż wkółko to jedno: „Ladna panienka ja lubić.“ Ręce przede mną składał jak do modlitwy, nawet ukląkł.
— A to gruba skóra!
— Tacy już ludzie, babuniu. Jak mają czas, to gadają i gadają, aż uszy puchną. Juścić głupi byłby ten, coby im wszystko wierzył, bo wiadomo, wiatr wieje, pies szczeka. Ale ten Włoch dokuczył mi już na dobre. Onegdaj byłam na łące, grabiłam siano, a tu jakoś się przypatoczył Kuba — (babunia musiała się uśmiechnąć z tego przypatoczenia) — rozmawialiśmy o tem i owem, więc mu także powiedziałam, jaki krzyż Pański mam z tym Włochem. — No, już się postaram, żeby przestał ci się naprzykrzać — powiada Kuba. „Tylko żebyś ojca nie pogniewał“, mówię, bo znam żernowskich chłopaków i wiem, że z nimi nie przelewki. A wieczorem mój Włoch przychodzi sobie znowu, a niedługo za nim idą chłopaki. Czterech ich było: Kuba i jego towarzysze, a wśród nich jego najlepszy przyjaciel, Tomesz. Zna babunia Tomesza? Wesoły chłopak i będzie się żenił z Andzią Cichankówną. Cieszyłam się, że chłopcy przyszli, jakby mnie kto na sto koni wsadził. Śpieszę do nich, podaję im piwo i do każdego przepijam. Włoch się boczy, że to do niego nigdy nie przepiję; bo i jakże? Taki może człowiekowi jeszcze czego podsypać. Chłopcy usiedli przy stole i zaczęli grać w karty, ale tylko na oko, a przytem bezustannie pokpiwają sobie z tego Włocha. Młody Witek powiada: „Patrzcie, chłopcy, tak wygląda, jak sowa w makaronie!“ A Tomesz na to: „Wciąż na niego patrzę, kiedy sobie ze złości nos odgryzie. Dużo fatygi toby nie miał, bo nos mu sięga aż za brodę.“ I tak to szło dalej. Włoch wymienił po kolei wszystkie kolory, ale ani słowa nie pisnął. Wreszcie wstał, rzucił na stół pieniądze, zostawił piwo nietknięte i bez pożegnania wyszedł. Zrobiłam za nim krzyżyk, ale chłopcy mówili. „Gdyby nas był mógł przebić spojrzeniem, to już byłoby po nas.“ Gdy wyszedł, zabrałam się do roboty, bo od czasu jak matka niedomaga, całe gospodarstwo na mojej głowie. Chłopcy także poszli. Było może już po dziesiątej, kiedy poszłam do swojej komory spać. Zaczynam się rozbierać, a tu puk-puk-puk! Myślę sobie, że pewno Kuba coś zapomniał i puka do okienka. Bo on zawsze coś zapomina, a ja mu mówię, że jeszcze u nas kiedy głowę zgubi.
— Już się to stało — kiwnęła babunia głową na potwierdzenie.
— Rzuciłam na siebie chustkę — mówiła Krysia dalej z uśmiechem, — i idę żeby okno otworzyć, a tu — zgadnij, babuniu, kto? Juścić Włoch! Zatrzasnęłam okno a ze strachu aż splunęłam. A on jak nie zacznie molestować i gadać, choć dobrze wie, że nic nie rozumiem, nawet złote pierścienie zdejmował z palców i podawał mi. Rozgniewało mnie to na dobre. Chwyciłam za dzban z wodą, podchodzę do okna i mówię: „Idź sobie szukać frajli śród swoich, a nie tutaj, bo jak nie pójdziesz dobrowolnie, to cię tą wodą obleję.“
Trochę cofnął się od okna, ale w tej chwili z zarośli wyskoczyli chłopcy, złapali go, zatkali mu usta, żeby nie mógł krzyczeć, i do niego! „Czekaj, Włochu włochaty, dostaniesz teraz, co ci się należy!“ powiada Kuba. Ale ja go prosiłam, żeby Włocha nie bili i zamknęłam okno, właściwie tylko przymknęłam, bo nie mogłam wytrzymać, żeby się nie przyglądać, co z nim będą robili. „No, Kuba, co z tym fantem zrobimy?“ pytają koledzy, a Włoch się ze strachu trzęsie, jakby go febra tłukła. Serce w nim było zajęcze. „A możeby go wychłostać pokrzywami?“ powiada jeden. „Wysmarujmy go dziegciem!“ doradza drugi. „Nic z tego“, zawyrokował Kuba. „Trzymaj go, Tomesz, a wy, chłopcy, chodźcie ze mną.“ Odeszli.
Po chwili wracają i przynieśli tykę i maźnicę z dziegciem. „Zdejmcie mu chłopcy buciki i odwińcie mu nogawice!“ nakazał Kuba, a chłopcy zaraz to zrobili. Gdy zaczął ich kopać, łagodzili go jak młodego konika: „Cieś-cieś, cieśka, cieś-cieś! Nie dostaniesz podkówek, nie bój się!“ powiada Kuba, „tylko ci nóżki nasmarujemy, żeby ci się lepiej do domu leciało.“ „Przynajmniej przejdziesz zdrowym zapachem,“ śmiał się Tomesz, „bo czuć od ciebie pachnidłami, aż człeka mdli.“ Jak mu nasmarowali nogi, to wyglądał tak, jakby miał jakieś śmieszne buciki, potem położyli mu grubą tykę na plecach, ręce rozciągnęli w obie strony i przywiązali do tej tyki jak na krzyżu. Włoch chciał krzyczeć, ale Tomesz położył mu dłoń na ustach i trzymał go jak na torturach. „Takim leniuchom jak ty, bratku, to nie zaszkodzi, gdy im się gnaty trochę wyciągną, bo jeszcze ci się żyły skrócą.“ — „Chłopcy,“ nakazał znowuż Kuba, „zwiążcie jego buty i przerzućcie mu je przez ramię. Wyprowadzimy go na szosę i niech sobie idzie, skąd przyszedł!“ — „Poczekajcie, damy mu jeszcze kwiatek do fraczka, żeby przecie widzieli, że idzie od dziewczyny”, powiada Witek, urwał pokrzywę i oset i wsunął mu do dziurki fraka. „Tak, teraz masz już wszystko, jesteś bardzo ładny i możesz wędrować“, śmiał się Kuba. Ujęli go z Tomeszem pod pachy i cicho, bez hałasu wyprowadzili z ogrodu.
Po chwili przyszedł Kuba jeszcze raz do okienka, mówił mi, jak bardzo się Włoch srożył i jak prędko z tyką na ramionach uciekał. „A jakżeście go podpatrzyli?“ pytam Kubę. „Ano,“ powiada, „chciałem ci jeszcze powiedzieć dobranoc, więc kazałem chłopcom, żeby na mnie poczekali w młynie, a sam stałem w waszym ogrodzie. Wtem zobaczyłem, że po zboczu ktoś się zakrada jak złodziej i prosto do twojego okienka. Jak tylko go poznałem, wyszedłem cichutko z ogrodu i po chłopaków! Udało się nam bardzo dobrze. Zdaje mi się, że już cię więcej razy napastować nie będzie.“
Wczoraj się z tego figla przez cały dzień śmiałam, ale wieczorem przyszedł do nas nocny stróż Kohoutek, co lubi wypić i wszystko opowiedział. Taki już jest, że co wie, to powie. Opowiedział nam, jak Włoch przyszedł w nocy do domu. „Jakieś szelmy“, powiada, „urządziły go straszliwie“, i zaczął opowiadać istne okropności; z igły zrobił widły, jak to bywa. Psy się pono rzucały na Włocha, że tak strasznie wyglądał, a żona stróżowa do samego rana miała co szorować, żeby zmyć z nóg ten dziegieć. Dał jej srebrnego talara, żeby nikomu na zamku nic nie mówiła i podobno przysięgał straszliwie, że się na tych chłopakach zemści. Teraz się boję o Kubę, bo podobno ci Włosi są bardzo mściwi. I jeszcze stróż ojcu opowiadał, że Włoch chodzi do Marynki pana rządcy, a jej starzy sobie myślą, że jakby pani księżna dała mu dobrą służbę, to Marynka mogłaby za niego wyjść. I widzi babunia, Kuba chce iść na rok do zamku na parobka, żeby nie musiał być żołnierzem, bo wiadomo, jak to z żołnierką bywa. A teraz, jak ten Włoch jest na niego taki wściekły, to rządca go do roboty nie przyjmie i nowa bieda. O tem wszystkiem dużo myślałam i już mnie to nie cieszy, że ci chłopcy wypłatali Włochowi takiego figla. Dzisiejszy sen mnie oczywiście znowu uspokoił, ale bo ja wiem, jak to będzie? Co wy na to, babuniu?
— Chłopcy nie postąpili zbyt mądrze, ale jak młodzież nauczyć rozumu, gdy się jeszcze do wszystkiego przyplącze kochanie! Mój Jerzy też kiedyś spłatał takiego figla i musiał za to pokutować.
— A cóż to było takiego, babuniu?
— Nie chcesz chyba, żebym ci zaczęła o tem opowiadać w tej chwili! Kiedyindziej, jak się nadarzy sposobność, to ci powiem. I tak się już zagadałam, a zdaje mi się, że słyszę tętent koni. To nasi jadą. Pójdźmy! Ja będę myślała o tem wszystkiem, coś mi opowiedziała i może znajdzie się jaka dobra rada — dodała babunia, wchodząc do mieszkania.
Dzieci słysząc głos Krysi, wybiegły do sieni, a gdy Jan dostał młode gołębie, uchwycił Krysię za szyję i z radości tak mocno ją ściskał, aż miała od tego ściskania czerwoną pręgę na białej szyi. Byłby otrzymane gołąbki najchętniej zaraz zaniósł do gołębnika, gdyby Basia nie była zawołała: — Tatuś już przyjechał! — Jednocześnie z powozem przybyli na Stary Bielnik pan ojciec z młyna i pan strzelec. W kole miłych przyjaciół i rodziny, którą kochał serdecznie, a z którą w ciągu roku tak często musiał się rozstawać, był pan Proszek bardzo wzruszony, a gdy Basia zaczęła mu składać życzenia, do oczu zbiegły mu się łzy. Dzieci widząc, że ojciec ma łzy w oczach, a matka i babunia także, zaczęły się jąkać w swoich powinszowaniach i wreszcie rozpłakały się na dobre. Bietka i Urszula, przysłuchujące się przy drzwiach, jak dzieci ojcu winszują, zakryły oczy niebieskimi fartuchami i płakały jak najęte. Pan młynarz kręcił tabakierką jakby kółkiem młyńskiem, pan strzelec ocierał rękawem wspaniały nóż łowiecki, (bo był dzisiaj ubrany w całej strzeleckiej paradzie), aby tylko ukryć wzruszenie. Ale Krysia stała przy oknie i nie oglądając się na nikogo i na nic, płakała sobie ile wlazło, aż pan młynarz podszedł do niej i trąciwszy ją tabakierką w ramię, szepnął: — Prawda, Krysiu, że sobie teraz myślisz: Co to będzie, jak mnie tak będą winszowali!
— Wy, panie ojcze, zawsze tylko dokuczacie — odpowiedziała dziewczyna, ocierając oczy.
Ze łzami w oczach, ale z radością i zadowoleniem w sercu podszedł pan Proszek do stołu, nalał wina do kieliszka i wypił „za zdrowie wszystkich“! Potem wszyscy pili za zdrowie gospodarza i niebawem wszystkie oczy jaśniały weselem i zadowoleniem. Janek był najszczęśliwszy: od strzelca dostał dwa króliki, od pani strzelcowej ogromny kołacz, posypany wszelkiemi pachnącemi korzeniami, jakie bardzo lubił, od babuni jednę z tych nowiutkich dwudziestówek, co je miała schowane w malowanej skrzyni, od rodziców dużo różnych prezentów, zaś po obiedzie w ogrodzie zjawiła się nagle pani księżna z hrabianką, a gdy pan Proszek i jego żona razem z babunią wybiegli witać miłych gości, dostał Janek od hrabianki ładną książkę, w której było dużo zwierząt pięknie wymalowanych.
— Przyjechałam zobaczyć, jak się dzisiaj bawisz, mój Janie — ozwała się księżna uprzejmie do swego koniuszego.
— Przy rodzinie i w kole miłych przyjaciół jest zawsze dobrze, jaśnie pani księżno — odpowiedział Proszek.
— Kogóż gościsz?
— Swoich sąsiadów, młynarza z jego rodziną i strzelca z Ryzemburga.
— Nie będę ci więc zabierała czasu, wracaj do swoich gości, a ja także zaraz odjadę.
Pan Proszek skłonił się przed księżną, nie odważając się zatrzymywać swoją chlebodawczynię, ale babunia w swojej prostej serdeczności zaczęła inaczej:
— Jeszczeby też, żeby pani księżnej i pannie hrabiance nie podać kołacza! Idź Teresko i przynieś; co podadzą niespodzianie, to zawsze dobrze smakuje. Basiu, skocz po koszyczek, a ja narwę trochę czereśni. Może się pani księżna napije trochę śmietanki albo wina?
Pan Proszek i jego żona byli zakłopotani i bali się, żeby ten prosty poczęstunek księżnej nie obraził, ale ona przeciwnie uśmiechała się bardzo uprzejmie, zeskoczyła z konia, podała uzdę Proszkowi, a siadając pod gruszą na ławeczce, mówiła: — Gościnność wasza jest mi bardzo miła, ale nie chciałabym, abyście dla nas zaniedbywali swoich gości, więc poproście ich tu do nas!
Pani Proszkowa poszła do gości, pan Proszek przywiązawszy konia do drzewa, przyniósł stolik przed ławeczkę, na której siedziała księżna, a po chwili wyszedł pan strzelec, nisko się księżnej kłaniając, i pan młynarz z wielkiem certowaniem. Ale gdy pani księżna zapytała go, czy dużo miele i czy młyn daje duży dochód, był odrazu w swoim żywiole i tak dalece się rozruszał, że poczęstował panią księżną tabaką. Porozmawiawszy z każdym uprzejmie, przyjęła księżna od pani Proszkowej kołacz, a od babuni szklankę śmietanki.
Tymczasem dzieci otoczyły Janka, który pokazywał im swoje malowane zwierzęta, a hrabianka stała przy dzieciach, chętnie odpowiadając na każde ich pytanie.
— Popatrz, mamusiu, tu jest nasza sarenka! — wołał strzelców Bertek na swoją matkę, gdy Janek pokazywał im sarnę, i wnet matki i dzieci pochyliły głowy nad książką.
— Sułtan! Tu jest Sułtan! — wołał Wiluś, a gdy na ten okrzyk Sułtan przybiegł, Janek pokazywał mu książkę i tłumaczył: — Widzisz, to jesteś ty! — A w książce był też olbrzymi słoń, taki wielki, że Adelka aż się go bała. Były tam konie i krowy, zajączek i wiewiórki, kury, jaszczurki i węże, ryby, żaby, motylki, biedronki, a nawet mrówki. Wszystkie te zwierzęta dzieci znały, a babunia widząc obrazki wężów i jaszczurek, dziwiła się i mówiła: — Czego ci ludzie nie zrobią! Nawet takie różne padalce wymalują.
Ale gdy pani młynarka chciała zobaczyć złego smoka, który z pyska ogniem zieje, hrabianka powiedziała, że takiego zwierzęcia na świecie niema, że to jest tylko taki potwór zmyślony.
— E, proszę panienki — uśmiechnął się pan młynarz, kręcąc tabakierką — takich jadowitych smoków jest na świecie dużo. To nie żaden wymysł. Są takie poczwary z ognistemi językami, ale należą do rodzaju ludzkiego i dlatego niema ich między temi niewinnemi zwierzętami.
Hrabianka się roześmiała, ale pani matka trzepnęła młynarza przez rękę i rzekła: — Za dużo gadania, panie ojcze!
Księżna rozmawiała tymczasem ze strzelcem i swoim koniuszym o różnych rzeczach i sprawach, a wreszcie pytała, czy w okolicy dużo jest kłusowników.
— Jeszcze mam dwóch takich psotników; było ich trzech, ale tego najgłupszego skazałem parę razy na grube kary i teraz siedzi w domu. Lecz ci dwaj to kute sztuki i w żaden sposób nie dają się złapać, chyba żeby ich przystrzelić. Pan nadleśny mi to zawsze nakazuje, ale tak jakoś nie mogę się zdecydować, żeby za zająca robić z człowieka kalekę.
— Nie chcę, żeby ktokolwiek został z takiego powodu okaleczony — rzekła księżna.
— Ja też tak myślę, że taki drobiazg miłościwej pani księżnej nie zuboży, a na grubą zwierzynę kłusownik się nie odważy w moim rewirze.
— Ale słyszę, że lud mi w lesie dużo kradnie — rzekła księżna.
— Mam zaszczyt służyć pani księżnej już ładnych parę lat, ale ta szkoda, jaką lud przez ten czas w lesie wyrządził, nie przedstawia się tak strasznie. Dużo się gada: na przykład i ja mógłbym wszak w ciągu roku wyciąć tyle a tyle drzew, a gdybym się potem nie mógł należycie wyliczyć, mógłbym poprostu powiedzieć, że ktoś ukradł. Lecz na co obciążać sumienie kłamstwem i podstępem? Na jesieni, gdy ludzie przychodzą do lasu po ściółkę, a biedota po chrust, to robię takie piekło, aż się cały las trzęsie, żeby się ludzie bali i nie robili szkody. Ale cóż zrobić z taką staruszką, co ledwie nogi wlecze za sobą, gdy sobie czasem podniesie jaką grubszą gałąź? Miałżebym ją bić i poniewierać? Zwierzchność moja — myślę sobie — i tak jakoś wyżyje, a biedota się poratuje i jeszcze powie: Bóg zapłać! Takich rzeczy za szkodę nie uważam.
— Bardzo słusznie — zgodziła się księżna. — Zdaje się jednak, że w pobliżu jest zły lud. Onegdajszej nocy wracał Piccolo z miasteczka a w bażanciarni chcieli go obrabować; gdy się bronił, obili go do utraty przytomności. Dotąd jest chory. O tem mi opowiedziano.
— Wydaje mi się to niepodobnem do wiary, wasza książęca mości — kręcił głową pan Proszek.
— Jeszcze nigdy nie słyszeliśmy, żeby ktokolwiek został napadnięty w bażanciarni, czy gdzieindziej — ozwali się jednocześnie strzelec i młynarz.
— A co takiego się stało? — zapytała babunia, podchodząc bliżej.
Strzelec jej odpowiedział.
— A to łgarz załgany! — zawołała babunia, ujmując się z gorliwości pod boki. — Że też się taki Boga nie boi! Powiem ja pani księżnej jak to było naprawdę.
I babunia opowiedziała wszystko, co jej rano Krysia powiedziała. — Broń Boże, abym to pochwalała, co te chłopaki zrobiły, ale trudna rada, każdy swego broni. Gdyby kto takiego włóczykija widział stojącego w nocy pod oknem dziewczyny, rozniosłoby się to po świecie z ujmą dla jej sławy i szczęścia. Zarazby ktoś powiedział, że taka, która przyjmuje różnych zalotników, nie jest dobra na żonę dla gospodarza. A ta dziewczyna jeszcze się teraz boi, żeby ten powsinoga nie mścił się na niej — dodała babunia.
— Niech się niczego nie obawia, ja to załatwię — rzekła księżna, poczem dała znak hrabiance, że czas odjechać, obie dosiadły koni i pożegnawszy się grzecznie z całem towarzystwem, szybkim kłusem odjechały w stronę zamku.
— Trzeba przyznać, że mało kto odważyłby się rozmawiać z panią księżną tak otwarcie, jak nasza babunia — rzekła pani Proszkowa.
— Czasem lepiej jest rozmawiać z cesarzem, niż z pisarzem, a dobre słowo trafi do dobrego ucha. Gdybym była nie powiedziała co i jak, kto wie, coby z tego mogło być — rzekła babunia.
— Już nieraz mówiłem ozwał się strzelec — że źle się dzieje pani księżnej, iż ją całe jej otoczenie okłamuje. — Rzekłszy to, zabrał się z panem Proszkiem i młynarzem zpowrotem do pokoju.
Ku wieczorowi przyszedł dawny kataryniarz z katarynką, a dzieci, jak tylko usłyszały muzykę, puściły się z Bietką, Krysią i Urszulą w tan. Nawet szampańskiego nie brakło, bo pani księżna posłała gospodarzowi parę butelek, żeby wypił z gośćmi za jej zdrowie. Nie zapomniano o nikim, nawet Wikcie. Gdy zapadł zmierzch, babunia zaniosła na omszony pień przy upuście obfity gościniec.
Nazajutrz rano skarżyła się pani matka młynarka babuni, że pan ojciec za dużo gadał i że po drodze do domu zataczał się trochę, ale babunia uśmiechnęła się i odrzekła: — E, pani matko, przecież to raz do roku! A niema takiej kapliczki, żeby w niej choć raz na rok nie było kazania.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Božena Němcová i tłumacza: Paweł Hulka-Laskowski.