Beniowski (Słowacki)/Pieśń druga

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł Beniowski
Rozdział Pieśń druga
Pochodzenie Dzieła Juliusza Słowackiego tom III
Redaktor Henryk Biegeleisen
Wydawca Księgarnia Polska
Data wyd. 1894
Druk Drukarnia i litografia Pillera i Spółki
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 

Cały tom III
Indeks stron
PIEŚŃ DRUGA.



I.

O! nie lękajcie się mojéj goryczy!
Dalibóg! nie wiem sam, skąd mi się wzięła;
Długo po świecie pielgrzym tajemniczy,
Chodziłem, farby zbierając do dzieła,
A teraz moja Muza strof nie liczy,       5
Lecz złe i dobre gwiazdy siać zaczęła;
Komu za kołnierz spadnie przez przypadek
Syrjus rzucony przez nią, lub Niedźwiadek,


II.

Spali się — lecz ja nie winien. — Per Bacco!
Różnemi drogi mój poemat wiodę;       10
Jak Chochlik często częstuję tabaką,
A gdy kichają ja zaczynam Odę
Na przykład drugą piękną Odę taką
Jak do młodości. Może serca młode
Pokochają mnie za to żem jest śmiały,       15
Jak Roland który wpół rozcinał skały.


III.

I teraz chciałbym rozciąć — co? — dom jeden,
Podolski jeden dom rozciąć na dwoje;
I pokazać wam jaki szczery Eden!
Jak nieraz pełne aniołów pokoje!       20
Jak złoty, piękny domów jest syredeń!
Ukraińskie to słóweczko nie moje.
Wywołał je tu rym przez dźwięki bliźnie
Nie miłość którą mam ku Kozaczyźnie:


IV.

Chciałbym więc rozciąć jeden z dawnych dworów,       25
Które na górach stoją nad stawami.
Stawy — to tarcze z tęczowych kolorów,
Gdzie się łabędzie białe za gwiazdami
Gonią, podobne do srebrnych upiorów,
A na nie xiężyc jasnemi oczami       30
Patrzy, na niebie jeden, przez topole,
A drugi taki złoty xiężyc — w dole.


V.

Atoli wnętrze tych domów dopiéro
Poetyczne jest — zwłaszcza jeśli miłość
Oświeci, wonną je napełni myrrą,       35
I ścian drewnianych sprostuje pochyłość;
Podolanek są usta srebrną lirą,
Serca... Ta strofa ma pewną zawiłość,
Któréj nie lubię, lecz ją skończyć muszę. —
Serca są takie jak aniołów dusze.       40


VI.

Sam znałem jedną — lecz nie wspomnę o niéj,
Bo się nadzwyczaj mój rym rozserdeczni.
Od serca mi jéj wiało tyle woni
I tyle światła: że mi dziś słoneczniéj —
Chociaż mi zegar teraz północ dzwoni —       45
Niż gdybym w Boga się patrzał najwieczniéj.
Niech was bluźnierstwa nie rospędza trwoga;
Ona umarła już — Jest częścią Boga,


VII.

Duszą, światłością, wolą, jedną chwilą
Wieczności, wiedzą wszystkiego. — O! dosyć!       50
Niech resztę grobu cyprysy ochylą.
Różom najbielszym jéj żałobę nosić.
Ją słońca drogi mlecznéj nie omylą,
Zdziwiona blaskiem, będzie się podnosić
Jako harmonii lekkiéj głos, bez końca       55
Ze słońc, na wielkie słońca, i nad słońca.


VIII.

A gdy się w drogi zatrzyma półowie,
Jak gołąb puszczę za nią skrzydła chyże —
A tu mi ręce zawiążcie na głowie,
I twarzą bladą połóżcie na lirze,       60
Jakbym w Alpejskim upadłszy parowie
Spoczywał — Miałem ja troski i krzyże —
Więcéj niż śniło się wam filozofom.
Lecz dajmy pokój tym myślom i strofom.


IX.

Dosyć o sercach strzaskanych, o świecie       65
Tu, ziemskim i tam, nadsłonecznym; oba
Smętne są. — Światy wam utworzę trzecie,
Jeżeli się mój poemat podoba,
Znów drugi, wielki tom napiszę w lecie:
A te zostaną pieśni jako proba       70
Wcale nie według mego serca — ale
Ponieważ moje są; otwarcie chwalę


X.

Głupi! o sobie dobrze mów! wykrzyka
Ryszard w okropnym bardzo monologu,
Ujrzawszy siebie we śnie, jak krwawnika       75
Oczerwienionym, na piekielnym progu —
Szkoda, że w Xiędzu Kiefalińskim znika
Szekspir; przyczyną jest trudność połogu
W stanie bezżennym — także to że z xiędza
Nie może nagle być Makbeta jędza.       80


XI.

O Xiężach dobrze mów! jest to przestroga
Już nie Szekspira, na tym fundamencie
Moralność cała stoi. — Lecz na Boga!
Gdzie mój poemat? Moje przedsięwzięcie
Epiczne? Moja Arjostyczna droga? —       85
Widzę że wszystko mi stoi na wstręcie
Nawet pisania łatwość rzuca plamę —
Mówią że w czterech dniach układam Drammę.


XII.

O! Boże! ileż bym stworzył romansów,
Gdybym chciał wszystkich d.....w być zabawą,       90
Wyspą dla grubych naszych Sanczo Pansów,
Na któréj by się uczyli ze sławą
Syllabizować. Lecz z prozą aliansów
Nie chcę — do wiersza mam, jak sądzę, prawo.
Sam się rym do mnie miłośnie nagina,       95
Oktawa pieści, kocha mię Sestyna.


XIII.

Ktoś to powiedział, że gdyby się słowa
Mogły stać nagle indywiduami;
Gdyby Ojczyzną był język i mowa:
Posąg by mój stał, stworzony głoskami       100
Z napisem patri patriae. — Jest to nowa
Krytyka — Stój! — ten posąg błyska skrami,
Spogląda z góry na wszystkie języki,
Lśni jak mozajka, śpiewa jak słowiki,


XIV.

Otocz go lasem cyprysów, modrzewi,       105
On się rozjęczy jak harfa Eola,
W róże się same jak Dryada wdrzewi,
Głosem wyleci za lasy na pola.
I rozłabędzi wszystko, roześpiewi...
Jak smukła, pełna słowików topola,       110
Co kiedy w nocy zacznie pieśń skrzydlatą:
Myślisz... że w niebo ulatujesz z chatą,


XV.

Że porwał cię głos, jasność xiężycowa,
Serce rozkwitłe, rozlatane pieniem.
O! gdyby mogły się na posąg słowa       115
Złożyć i stanąć pod cyprysów cieniem,
Jak marmur który duszę w sobie chowa,
I zwolna złotym wylewa strumieniem;
A tak powoli leje i łagodnie
Że po tysiącach lat, jak słońce wschodnie       120


XVI.

Stoi w nim cała, ogromna... O! gdyby!
Zachcenia moje są jak Klefta żądze,
Który chciał w trumnie mieć dla słońca szyby
I dla jaskółek — na co? — Znowu błądzę
Jak Telimena gdy wyszła na grzyby,       125
A zbiera mrówki (mrówkami są żądze).
Na wiatr to mówię tylko, lecz w nadziei,
Żem dostrzegł jako Poznańczyk — idei.


XVII.

Czy w poemacie tym, równie szczęśliwa
Krytyka, równe porobi odkrycia?       130
Nie wiem. — Czasami myśl w Etherze pływa
Przez piękne bardzo przelatując śnicia,
Lecz późniéj, pismo, druk, tęcze obrywa
Z kształtów. — A teraz odbłysk mego życia
Na ten poemat pada niezbyt pięknie.       135
Patrzcie jak serce wesołe — gdy pęknie!


XVIII.

Szczęściem że pieśni téj bohatér młody,
Świeży, miłośny i ma ciemne oko,
Złote połyskiem zielonawéj wody,
Lecz nie zbyt na świat patrzące głęboko.       140
Owszem, ma nadto serdecznéj pogody,
Nadto mu prawie na świecie szeroko.
Ach! nieraz szczérze westchniecie z litości
Widząc, jaki w nim brak artystyczności!


XIX.

Poezya go otacza — Czytelniku!       145
Na jego miéjscu, o! ileżbyś razy
Uczuł że dusza twa na wykrzykniku
Hypogryfując, leci, klnie wyrazy;
Klnie, że w około zimnych serc bez liku!
Same szkielety pod nią, same płazy! —       150
Beniowski jakby go Bóg o tém ostrzegł
A priori to czuł — lecz nie spostrzegł.


XX.

Co lepsza, nigdy nie mówił, nie pisał —
Biedaczek! brakło mu formy gotowéj!
Nigdy się w myślów dzwon nie rozkołysał       155
Idei żadnéj w nim nie było nowéj,
Najnowsze, z ustek różanych wysysał;
I teraz, patrzcie! w pasiece lipowéj
Klęczy pokornie przy kochanki nodze, —
Oboje na zbyt niebespiecznéj drodze.       160


XXI.

Lecz młodość — O! ta, pomimo dewotek,
Ta jest najlepszą obroną dziewicom;
To jest kochanków młodość. — Mimo plotek
Szesnastoletnim się przybliżyć licom
Pozwólcie — zwłaszcza gdy chłopiec podlotek       165
Zazdrości skrzydeł dwu synogarlicom.
Dla tego tylko że się mogą bratać,
Piórkami ściskać i gruchać i latać.


XXII.

O! pierwsza miłość! téj wiernym obrazem
Jest zamienienie serc bez interesu;       170
Téj ideałem jest latanie razem
W krainie, w któréj nie ma końca, kresu.
Potém się człowiek głupi staje płazem,
Mimo krew zimną, z każdego karesu
Mogą wyniknąć rzeczy złe i zdrożne,       175
O których xiążki już mówią nabożne.


XXIII.

Za takie rzeczy, nie rozumiem zgoła,
Dla czego w Rzymie nieszczęsne grzesznice
Sadzą do zamku świętego Anioła,
Prócz tych. — Ta strofa musi zakryć lice;       180
Wstydzi się że tę myśl wzięła od czoła,
Nie zaś z profilu. O! Muzy dziewice
Zarumienieniem waszym ucieszony
Wracam do bajki mojéj — z innéj strony.


XXIV.

To jest, zostawiam z kochankiem dziewicę       185
Śród róż, drzew, świateł xiężycowych, woni,
Wód rzucających srebrne błyskawice
Z pod brzóz i bielą okrytych jabłoni;
Serce przy sercu, i przy licu lice,
Dłoń niespokojna, w niespokojnéj dłoni;       190
Ach! są to rzeczy bardzo piękne, czułe,
Lecz wieszcza mogą przemienić w gadułę.


XXV.

A więc do zamku wracam, gdzie Starosta
Kłaniał się, poił, dął, puszył, brał na ton:
A chociaż szlachta go słuchała prosta,       195
O rzeczach duszy rozmawiał jak Platon —
Na mózg wesołych ludzi wielka chłosta! —
Więc się rozeszli woląc sen — niż świat on
Co się na ów czas zdał za Atlantykim.
Został się pan Starosta z Dzieduszyckim...       200


XXVI.

Ów Dzieduszycki był to Regimentarz
Podolski, wielki wróg Konfederacyi,
Z któréj niedawno chciał uczynić cmentarz,
Co do jednego wyciąć — niech go kaci!
Z Rulhiera pewnie jego czyn pamiętasz:       205
A tu obaczysz, jak mu się wypłaci
Konfederacja: jak jest niebezpiecznie
Z Demokratami być nie dosyć grzecznie!


XXVII.

Przypomnę tylko, że ten paliwoda
Zdradą na obóz napadł i wycinał,       210
Czego mu potém była wielka szkoda,
Bowiem go czekał stryczek lub puginał.
Nie znano jeszcze w ówczas Walenroda,
I kończył jak pies, kto zdradą zaczynał:
Exemplum: oba Litewskie Biskupy,       215
Na dwóch latarniach miejskich — oba trupy.


XXVIII.

Dziś zdrajcom łatwiéj — jeśli ich pod lodem
Car nie utopi — łatwiéj ujść latarni.
Krukowiecki jest miasta Walenrodem,
Demokratycznym jest Gurowski. — Czarni,       220
Lecz obu wielka myśl była powodem,
Oba chcą Polski, aby ujść bez karni;
Bo zna to dobrze ta piekielna para.
Że łatwiéj odrwić Polaków — niż Cara.


XXIX.

Walenrodyczność, czyli Walenrodyzm       225
Ten wiele zrobił dobrego — najwięcéj!
Wprowadził pewny do zdrady metodyzm,
Z jednego, zrobił zdrajców sto tysięcy.
Tu nie mam więcéj już rymu na odyzm
Co od włoskiego odjar—lo — najprędzéj       230
Może zastąpić brak polskiego słowa
Walenrodyczność więc — jest to rzecz nowa.


XXX.

Mój czytelniku powiem coś na ucho:
I sam Paszkiewicz... domyślaj się reszty —
— Co? sam Paszkiewicz? — O tém jeszcze głucho,       235
Lecz jestem pewny. — Pomyślał: a wiesz ty?
Że on być musi już przejęty skruchą?
On jest Polakiem aż po same meszty
Które mu dzisiaj wyszyła Wallida,
Aby Turkiem był dla Abdul Meszyda. —       240


XXXI.

— Tak jest: obaczysz, lecz trzymaj w sekrecie
Co powiedziałem: nie rzucaj się w spiski,
Bo wielkim rzeczom przeszkodzisz na świecie
Rzeczom, co jako piorunowe błyski
W chmurach się kryją. — Więc już rozumiecie       245
Że Dzieduszycki nie miał jednéj kréski
Od brzegów Dźwiny po hordy Nogajca,
Wszyscy w Ojczyźnie mówili: to zdrajca! —


XXXII.

Zwalił to wprawdzie na króla rozkazy;
Ale się wyparł król, jak zawsze bywa,       250
Wyparł się jako Święty Piotr, trzy razy,
I cała wina na koguta spływa
Dla tego że piał. A więc wszystkie zmazy
Pan Regimentarz, kochanek Gradywa,
Dzwigał na sobie i chował in petto       255
Zemstę, jak Włochy co się mszczą stiletto.


XXXIII.

Tym czasem chciał się ożenić bogato,
I okiem wszystkie przemierzywszy domy,
Najlepszym z domów wydał mu się na to
Ów zamek, wielki, malowniczy, stromy,       260
Gdzie mieszkał szlachcic pół, pół król, pół Kato,
Pół warjat, a pół syn Cezarów Romy;
Maleńki starzec, pół łysego czoła,
Ojciec który miał córkę, pół anioła.


XXXIV.

Wybrawszy teścia, przyjechał bez swatów,       265
Z intencyą ojcu się oświadczył, pannie;
Wspomniał o drzewie swoich antenatów —
Nie wspomniał ani raz o krwawéj wannie
Którą chciał sprawić dla Konfederatów —
Ale o królu mówił nieustannie,       270
Pokręcał wąsa, zarzucał wylotów;
Lubił pić, bardzo nienawidził kotów.


XXXV.

Dla tego kochał psy, gdy gardło zalał...
Pozwolił nieraz Anieli szpicowi
Aby mu lizał wąs... za psami szalał,       275
Zalecał nawet dóbr Intendentowi,
Ażeby Chłopów psóm kąsać pozwalał,
Mówiąc za zwyczaj, że to psy uzdrowi
Od bolu zębów a stąd od wścieklizny —
Miał jednak dobrą stronę — anewryzmy —       280


XXXVI.

Te dowodziły że miał serce. — Głowy
Nie dowodziła w nim choroba żadna,
Lecz materjalny kadłub, z okiem sowy
Na szyi zawsze nieruchoméj; składna
Figurka, uśmiech i ukłon wężowy;       285
Grzeczność co w takim panu bardzo ładna!
Wielka znajomość świata, krajów, ludzi,
I wiele tego wszystkiego co łudzi.


XXXVII.

Ów pan układny więc siedział przy stole
Przy samym panu Staroście, na prawo;       290
Dobijał właśnie targu i na czole
Widać mu było niecierpliwość krwawą,
Gryzącą; oczy utopił sokole,
Za ręce teścia, trzymał ręką prawą,
Lewą na stole wyciągniętą, prosto       295
Ku kielichowi i mówił! „Starosto!


XXXVIII.

„Jakem człek prawy! jakem Polak prawy!
Tak pragnę córkę twoją uszczęśliwić,
Wierzaj mi i bądź starosto łaskawy.“
Tu pragnąc trupi głos nieco ożywić       300
Pociągnął wina; pił jak but dziurawy,
I zwykł się nieco był po piciu krzywić,
Tak wyciągnąwszy blisko wina kwartę
Zmarszczył i czoło rozjaśnił wydarte.


XXXIX.

I rozjaśniony znów do zamku pana:       305
„Starosto zezwól na szczęśliwość naszą.“
Tak mówiąc teścia przyszłego kolana
Ścisnął pod stołem, i oczy co straszą
Chłopów, jak oczy czerwone szatana,
Uczynił cukrem i ponętą ptaszą —       310
A miał na oczach swoich, jak jastrząbek,
Z powiek wilgotno czerwonych obrąbek.


XL.

Starosta napół spiący, ale grzeczny
Nie wstawał ani odpowiadał na to,
Pan to był bowiem, co chciał być bezpieczny,       315
Zwłaszcza gdy ujrzał twarz żółtą, wąsatą,
I wiedział że gniew może ściągnąć wieczny,
Gniew, który czeka z lichwą i z wypłatą.
Siedział więc zimny lecz trochę się puszył,
Że w konkur, wielki pan, o córkę ruszył.       320


XLI.

Nie odpowiadał nic bo przez półowę
Już spał — a wreszcie nie chciał odpowiadać.
Pan Dzieduszycki zaczął proźby nowe,
Jak do pacierzy jął ręce układać;
Już się był począł przez słowa miodowe       325
Do uśpionego napół serca wkradać,
Już widział uśmiech co poprzedza wszędzie
Ostatnie, słodkie słowo: niech tak będzie.


XLII.

Gadając ręce pokornie złożone
Na stół położył obie, i wytrzeszczał       330
Na pana zamku oczy zaiskrzone —
Albowiem uśmiech mu senny obwieszczał
Że po pijanemu zdobył sobie żonę —
W tém nagle jak wąż wzdął się i zawrzeszczał,
Wstał — lecz na stole miał obiedwie dłonie       335
A na nich papier i orła w koronie...


XLIII.

Orzeł na karcie był — a karta była
Nożem Tureckim do rąk mu przybita...
Boleść go nad nią w arkadę skrzywiła,
Oczy w niéj toną — myślałbyś że czyta,       340
Że karta trupie kolory odbiła
Na jego żółtą twarz. Xiądz Karmelita
Za stołem cicho stał i patrzał z góry
Na czytelnika bladego tortury.


XLIV.

Ocknięty zamku pan — to raz na xiędza,       345
To znów na ściany patrzał wstając zwolna,
Ręka na szabli, w oczach gniewu jędza
Ledwo się w sobie pohamować zdolna...
Lecz myślał że mu sen, mary napędza,
Tak dziwną była ta cisza okolna,       350
Ten papier nagle do stołu przybity,
Dzieduszyckiego jęk — wzrok Karmelity.


XLV.

Już dawno by się był skokiem lamparta
Rzucił do szabli — ale mówiąc szczerze...
Myślał że sen mu grał sztukę Mozarta,       355
Że Don-Żuana widział na operze,
Gdy trupa ziemia puściła otwarta
Na muzykalny wieczór i wieczerzę.
Tak trudno było pomiarkować z razu,
Czy xiądz był z ciała ludzkiego czy z głazu.       360


XLVI.

Godzina była nocna i bez przerwy
Piał kogut, świéce miały długie knoty,
Na wieżach zamku spiewał ptak Minerwy,
A w jedném oknie miesiąc stanął złoty —
Znacie działanie téj gwiazdy na nerwy. —       365
Miesiąc więc w oknie stał — dziwne łoskoty
Na dachu, jakby jęczenia grobowe —
Wreszcie Ladawy pan — odzyskał mowę.


XLVII.

„Ktoś ty?“ xsiądz milczał „co tu robisz mnichu?
Co znaczy papier ten? na Lucyfera!“       370
Tu Dzieduszycki zajęczał po cichu,
Ale tak jęknął jak człek co umiera.
Spojrzał — chciał spojrzeć, lecz w powiek kielichu
Nie było oczu, tylko białość szczera
Jak w zwierciadlanym łysnęła odruzgu       375
Szkło tylko — gałki uciekły do mózgu.


XLVIII.

Starosta spojrzał, i cofnął się biały
Jak wosk, jak oczy którrmi go szukał
Pan Dzieduszycki; ale okazały
W cofnieniu się swém na ludzi nie hukał,       380
Zwłaszcza że xiądz był wielki — a on mały.
vNieraz zaś przed tém pan Starosta fukał
Na równych sobie, niższym dawał szlagę,
Licząc na swoją małość i powagę.


XLIX.

Więc co miał w oczach skier, wszystkie zapalił,       385
Co miał na czole zmarszczków zebrał razem.
Sam by się Jowisz oburzony chwalił,
Tak Olimpijskim na twarzy wyrazem.
Spiorunowany xiądz się w proch nie walił,
Lecz w jedną szybę okien rzucił głazem.       390
Na ten brzęk, wszystkie ganki i komnaty
Przewiał ogromny wrzask: Konfederaty.


L.

Starosta spuścił łeb — xiądz się przybliżył
I wyjął szablę mu złoconą z ręki:
„Przebacz wielmożny pan jeślim ubliżył       395
Lecz zamek był nam potrzebny; a jęki
Tego człowieka słuszne. Bóg go zniżył.
Ten co na krzyżu poniósł krwawe męki
Ten go nam daje; a wyrok nie minie:
Kto mieczem grzeszył, ten od miecza zginie.“ —       400


LI.

Podczas téj mowy, twarze się wąsate
Pokazywały w podwojach, kołpaki,
Konfederatki, czapki i rogate
I krągłe, i kapuzy, i pakłaki,
I owe jeszcze uszami skrzydlate       405
Co ekonomów są laurem. Gdy taki
Rój czapek i rój północnych latarek
Zjawił się: rzekł xiądz: „ja jestem xiądz Marek!“


LII.

Wstrzymał się — powiódł okiem po Staroście
Zmarszczył się... i rzekł: „dla Kozaka Sawy,       410
Który się bije z chłopami na moście,
Wypuścić racę nad zamkiem Ladawy,
Wy się tu proszę bracia nie panoszcie
Rabunkiem, zamek się nie poddał krwawy;
Ale wielmożny dziedzic sam to czuje,       415
Że opór próżny — więc kapituluje.“ —


LIII.

— Na to Starosta krzyknął „protestuję
Przeciwko zdradzie haniebnéj waszmościów
Jako Rzymianin z zamku ustępuję.
Mieć nie będziecie nawet moich kościów.“ —       420
Tu mi czytelnik zapewne daruje
Trochę w téj mowie niegramatycznościów;
Lub niechaj raczy ze mną na spoczynek
Do xiężycowych wrócić Anielinek.


LIV.

O! tam poezya gotowa — Romeo!       425
Pożycz mi twoich słów rozpłomienionych.
Zresztą już Ursę mam z Kassyopeą,
Mam xiężyc i mam dwoje serc pęknionych,
I Philomelę co tak jak J. B. O.
Ów Londyńczyków słowik zapalonych,       430
Śpiewa dla chcących spać arystokratów,
Tak że go wszyscy dają do stu katów.


LV.

O! tam poezya. — Gdyby tylko na to
Aby się żegnać, warto brać amanty.
Czuliście kiedy tę łzę lodowatą       435
Przy pożegnaniu, ciężką jak brylanty?
Te słowa, „pójdę i skonam za kratą!“
Czyście słyszeli te słodkie kuranty
Grane przez wszystkie pozytywki żywe,
A jednak — przysiągłbym że niefałszywe:       440


LVI.

Czyście żegnali? klęczeli? włos rwali?
Tracili ducha? wymowę? kolory?
Pugilares z paszportem? i t. d.
Czy przysięgaliście jako upiory
Wrócić po śmierci przy xiężycu biali?       445
Łopotać w okno czarne skrzydłem zmory?
Kochankę swoją w noc poślubną napaść
Unieść na koniu, i w ziemię się zapaść?


LVII.

Czy wam pozwolił potém los nie wrócić?
Zachować smutku wrażenie niestarte,       450
I całe życie się przeszłością smucić;
Odwiedzać morza, ludy, Egipt, Spartę,
A zawsze: — „ona teraz musi nucić!
Teraz na xiężyc oczy ma otwarte!“ —
Ach takem ja śnił — lecz na piramidzie,       455
Tfu! — odebrałem list że zamąż idzie.


LVIII.

To mię cokolwiek zmięszało — nie bardzo —
Ale cokolwiek zmięszało, Bóg świadkiem! —
Są ludzie którzy wtenczas klną i gardzą,
Lecz ja to smutnym nazywam wypadkiem.       460
Takich dwa: — a me serce tak zatwardzą,
Że niezabudką już, ani bławatkiem
Nie da się nigdy wyprowadzić w pole,
Chyba mi posag położą na stole.


LIX.

Ha, takem zgorzkniał, że nawet nie trącę       465
W téj pieśni, smutnéj lutni pożegnania.
Szeptali długo jak wierzby płaczące,
Gołębie słychać tam było gruchania,
Łzy zimne, usta zmywają gorące,
Słychać serc bicia, płacze, słowa, łkania,       470
Już się rozeszli — rzecz skończona — Horror!
Miłość, przechodzi już w pamiątek kolor...


LX.

W kameleona, w serdeczną jaszczurkę,
W rzecz poetycznie piękną, w sen niebieski,
W muzę Olimpu zamglonego córkę,       475
W poemat smutny od deski do deski,
W mgłę podnoszącą się z łez, w białą chmurkę
Na tle przeszłości, w gwiazdę, w arabeski
Tęczowe — chmurą obwiedzone złotą.
W dole: Raphaël pinxit, albo Giotto.       480


LXI.

W galleryi siedzi dusza. — O! tęczowa
Kopuło myśli, tyś moim kościołem! —
Wymalowana, jasna, xiężycowa
Nad srebrnym duszy wisząca aniołem,
Modlitwą w tobie są rospaczy słowa       485
Serce wygląda jak urna z popiołem
W najtajemniéjszéj kaplicy stojąca —
Tak jesteś, gdy cię żaden wiatr nie trąca. —


LXII.

Lecz kiedy burza zawieje i zruszy
Z filarów ciebie, kopuło tęczowa,       490
Pękasz jak niebo nad Aniołem duszy;
Próżno się broni w błyskawicach głowa,
Cały gmach na nią upada i kruszy,
I ją, i serce które biedna chowa
Jak smętny łabędź pod skrzydły białemi.       495
Pękło — popioły rozwiał wiatr po ziemi.


LXIII.

Skończona wielka tragedja powagi
I ciszy greckiéj; reszta wiatru wyciem,
Myśl zabłysnęła nagle jak miecz nagi,
Marzenia stają się czynem i życiem,       500
Czyny się stają piorunem odwagi —
Rozbiły kościół! — Pod jego rozbiciem
I serce pękło i burza przewyła...
Z wszystkiego, patrzcie co? — krzyż i mogiła. —


LXIV.

Precz wszystkie takie sceny odgrywane       505
W teatrze naszych wnętrzności, Maurycy
Przejdzie, uczuje sercem każdą zmianę,
Czas mu postawi zwierciadło różnicy,
Czas matematyk. Dziś serce strzaskane,
Ruszył na koniu pędem błyskawicy,       510
Za nim pasieka, szczęście, przeszłość, ona,
Kto wié za kilka lat, czy jego żona?


LXV.

Panna Aniela, jeszcze nieświadoma
Odmian które się w zamku wydarzyły,
Biegła, ścieżeczka przed nią była stroma,       515
Pomiędzy skalne wijąca się bryły;
Potém sadzawka i ów dąb z rękoma
Założonemi, ów dąb pełen siły,
Który się dawniéj kochał bez nadziei
Jedne swe oko topiąc w Galathei.       520


LXVI.

Nad tą sadzawką nasza młoda panna,
Już zadyszana stanęła, poprawić
Włosy. Sadzawka była bowiem szklanna,
Można się było w niéj oczyma bawić,
I była to gwiazd kryształowych wanna,       525
I rybki się w niéj zaczynały jawić
Długie, błyszczące robiąc korowody,
Ilekroć łezkę rzuciła do wody:


LXVII.

Ale przed rankiem, rybki spały na dnie.
Panna Aniela uwiązała włosy,       530
Nie przypatrzyła się nawet — czy ładnie,
Lękała się tknąć kwiatów pełnych rosy...
I serce biło w niéj — bo chciała zdradnie
Do zamku dostać się — a jakieś głosy
W powietrzu cichem brzęczały i gwary       535
Jak gdyby przez sen mruczał zamek stary.


LXVIII.

Konfederatów był to wrzask daleki
Którzy już doszli byli do piwnicy.
Panna Aniela wezwała opieki,
Nabożną będąc, u Bogarodzicy —       540
A w tém, gdy wzniosła do nieba powieki
Blask jakiś nagły jak od błyskawicy
Całą oślepił — Nim oddech utracę
W téj strofie, powiem że, ujrzała racę.


LXIX.

Była to owa raca, nakazana       545
Przez xiędza Marka, na znak Panu Sawie...
Pod biedną panną zadrżały kolana
Z trwogi — wąż leciał paląc się jaskrawie,
I syczał, i tak jak oko szatana
Spojrzał z błękitu; i tak jako pawie       550
Piór płomienistych zaokrąglił końce,
I zatrzymany w niebie, trwał jak słońce.


LXX.

Anieli zdało się, że już odkryta,
Że już ją widzi ojciec, jéj dugena,
Niebo, ta raca na gwiazdach rozbita,       555
I każda róża w ogniu, i phalena;
Już zdało się jéj że świat cały pyta
I pokazuje ją palcem. — Ta scena
Byłaby bardzo przykra dla téj panny,
Gdyby to zamiast racy, był świt ranny.       560


LXXI.

Lecz raca zgasła i swe włosy złote
W ciemném powietrzu cicho osypała.
Kilka z tych włosów przez grubą ciemnotę
Upadło właśnie z nieba tam gdzie stała
Panna Aniela, myśląc jak tę psotę       565
I te wycieczki będzie ubierała
W wymówki; i pod ulewą ognistą
Przybrała na się postać dziwnie czystą.


LXXII.

Różane usta przygryzła zdradliwie,
Z oczu spuszczonych w bok miotała błyski;       570
Trochę się patrząc smutnie i fałszywie
Przygotowała dla ojca uściski,
Dla guwernantki podobne pokrzywie
Pocałowanie i jeden ukłon niski
Dla pretendenta do obrączki ślubnéj,       575
I z tym ukłonem uśmiech — treści zgubnéj.


LXXIII.

Mimo to wszystko, serce biło szybko,
Cóś do téj główki wpadło i pobiegła
Biegnąc jak gdyby była złotą rybką,
Która od wędki zdala plusk spostrzegła;       580
I coraz prędzéj leciała i gibko
Chwiała się, ogniem twarzyczkę zażegła,
Zadyszała się — i różowa wpadła
W bramę i w koło spojrzała i — zbladła.


LXXIV.

Przy bramie stali obcy ludzie, mnodzy,       585
Różnego stroju, wąsaci i zbrojni.
Widać że byli trzymani na wodzy,
Bo ujrzeli ją i stali spokojni.
Byli to wszystko, szlachcice ubodzy,
Patryotyczni bardzo, bogobojni,       590
Na pierwszy ogień szli, stali przy bramach,
Choć zimno, rzadko który w lisich błamach.


LXXV.

Nie zapytała ich o nic, nie śmiała
O nic zapytać Panna starościanka.
Ale spojrzawszy na nich już nie drżała,       595
Już wyglądając dumnie jak Rzymianka
Wyprostowana, sroga, trochę biała,
A okiem paląc jak Transteweranka,
Biegła, jak wicher szła przez korytarze
O swego ojca twarz patrząca w twarze.       600


LXXVI.

Jako Elektra weszła; elektrycznie
Cała się wstrzęsła widząc ojca w tłumie,
Który dowodził wtenczas retorycznie
Że schylić głowy przed nikim nie umie;
Że radby się był rozsądzić granicznie       605
Z konfederacyą i t. d. — W szumie
Tych słów, nic więcéj nie pojęła córa,
Tylko że ojcu grozi jakaś chmura.


LXXVII.

Blady był bowiem starzec, jego ręce
Drżały. — Tu powiem że Dzieduszyckiemu       610
Pożyczył niegdyś proszony, na prędce
Kozaków, przeciw Panu Pułaskiemu.
Słusznie więc teraz zbladł jako jarzęce
Świece, trupowi podobien białemu.
I ów Pan cały purpurowy wczora       615
Wyglądał jako statua Komandora.


LXXVIII.

Ujrzawszy córka to, nie mówiąc słowa
Pewnymi kroki do stołu się zbliża,
Widzi że sterczy w nim sztyletu głowa
W papier utkwiona, więc jak piorun chyża       620
Wyrywa ów nóż i za gorset chowa.
Wtenczas, by ręce Boże zdjęte z krzyża
Rąk dwoje wyszło z pod papieru, obie
Te ręce zdrajca położył na sobie.


LXXIX.

I oblały go krwią jasną dziurawe       625
Dłonie i włos mu okrwawiły siwy.
Potém ku piersiom poniósł ręce krwawe,
I na żupanie białym, znak straszliwy
Został, jak owe ordery plugawe
Które dziś każdy kat i człowiek krzywy       630
Wiesza na piersiach. — Potém się posunął,
Dał krok, zawrzeszczał jak szatan — i runął.


LXXX.

Serce w nim chore biło coraz prędzéj
Czekając tylko na noża wyjęcie,
I pękło. — Siwy ten sęp z okiem jędzy       635
Utonął teraz już w dziéjów odmęcie;
Ale są życia co z téj saméj przędzy
Winą się, dla nich ten rym i przeklęcie!
Niech swoją przyszłość w téj pieśni odkryją!
Niech jak psy patrzą na trupa i wyją!       640


LXXXI.

Gdy padł rąk własnych sczerwieniony łzami,
Xiądz Marek z krzyżem do niego przyskoczył:
Lecz zdrajca za krzyż ukąsił zębami,
A potém ręką odepchnął i zbroczył.
Szmer zgrozy zachwiał w pokoju światłami.       645
Xiądz wyjął brewiarz, ustami namoczył
Palec, i karty przewracał z pokorą,
Wiedząc że duszę tę — już diabli biorą.


LXXXII.

Wtenczas Starosta rzucił się do stołu,
Kułakiem stuknął krzycząc: „rozbójnicy!“       650
Przemierzył księdza od góry da dołu:
„Waszeć byś lepiéj modlił się w kaplicy
Niż — Z mojego cię wyklnę Kapitołu!
Córko podaj mi papier — kozak, świecy! —
Siadaj tu Panna, et pagina fracta       655
Pisz protestacją, która pójdzie w akta.“ —


LXXXIII.

Posłuszna panna Aniela usiadła,
Chwyciła w rękę pióreczka łabędzie:
A starzec do niéj „ta krew czarna, zsiadła,
Ta krew na stole atramentem będzie.       660
Umocz tu pióro. „Aniela pobladła;
Krwią był zalany stół aż po krawędzie,
Krwią co wyciekła z rąk Regimentarskich,
Gdy mu przybito do rąk wyrok Barskich.


LXXXIV.

Ale posłuszna w krwi zmoczyła pióro,       665
Potém spójrzała i dreszcz ją przeniknął. —
„Wezwawszy Bogów na świadki — pisz córo! —
Których bogdajby wzroku nie uniknął
Ów czyn nieszczęsny i haniebny... juro!...“
Tu karmelita xiądz powstawszy krzyknął:       670
„Ja exorcyzmem te szatany zwalczę...
Co ty krwią każesz pasać bałwochwalcze?


LXXXXV.

„A ty panienko grzech ściągasz na duszę
Pisząc bluźnierstwa takie krwią człowieka.
Ja was tu jednym znakiem krzyża skruszę,       675
I na tém miejscu krwi popłynie rzeka
Gdzie stoję, a te góry palcem ruszę
I na Moskali pójdą! — Kto tu szczeka?
Kto tu urąga się z Bożego Ducha?
Kto tutaj słysząc nie słyszy i słucha?       680


LXXXVI.

„Zaprawdę mówię ci Panie Starosto,
Że masz na oczach bielmo i ślepotę.
I powiem ci tu bez ogródek — prosto,
Że prosto idziesz w piekielną ciemnotę,
Za to cię Pan Bóg chciał ukarać chłostą,       685
I gdyby nie ja; te komnaty złote
Byłyby dzisiaj twoją krwią zwalane,
I purpurowe i w ogień odziane.“


LXXXVII.

„Czy nie wiesz o tém? że na Ukrainie
Zaczęła się rzeź i szlachty wyrznięcie?       690
Pod święconemi nożami krew płynie;
Pop otwiera pierś, a chłop daje cięcie
W bijące serce. Cały naród ginie
Jak w zapalonym przez Boga okręcie;
A ty że byłeś jak miecz obosieczny       695
Ale bezczynny: sądzisz żeś bezpieczny!


LXXXVIII.

„Gdyby nie nasze nad tobą czuwanie,
Dzisiejszéj nocy kozak twój Mohiła
Miał tu pohulać z tobą wielki Panie.
Dziśby tu wielka rzeź w zamczysku była.       700
Idź! — on przykuty łańcuchami w ścianie,
A przy nim zbójców powiązanych siła...
Idź! obacz, jakie teraz mają łoże;
Leżą na workach a w tych workach noże!“


LXXIX.

„O! taka pościel będzie dla grzesznika,       705
Co jak ty, patrzy na mordy spokojnie,
Dziś byłbyś w piekle, tu, bez spowiednika
Zamordowany. — Pan Sawa się zbrojnie
Z twojemi chłopy na moście potyka,
I za twą całość krew wylewa hojnie.       710
A twoja siwa się tu rzuca głowa,
Jak gołąb biała, lecz w myślach jałowa.“


XC.

Podczas téj mowy Pan Starosta w czoło
Xiędza jasnemi patrzał się oczyma;
Nagle jak człowiek gdy ujrzy że gołą       715
Zbójca siekierę nad głową zatrzyma...
Zadrżał. — A w tém Pan Sawa wszedł wesoło,
Sawa, ogromny skarb dla pisoryma,
Pół kozak a pół szlachcic — ten donosił
Że całą groblę starosty, krwią zrosił.       720


XCI.

I widać było to na nim, wszedł z brzękiem,
Hucznie, lecz spójrzał i zmięszał się cały
Ujrzawszy oczy w których całym pękiem
Kupido trzymał najeżone strzały.
Zamek był broni napełniony szczękiem,       725
Trup na podłodze, karmelita biały
Nad trupem, blady Starosta, stół krwawy,
Za stołem Panna anielskiéj postawy


XCII.

Jako Sybilla z piórem w ręku. — Basta!
Na tym się moja pieśń kończy obrazie.       730
Daléj ujrzycie zapalone miasta,
Szlachcica, z żydem, z psem, na drogoskazie
Wiszących — romans w poemat urasta,
Coś w nim o królu będzie, o zarazie,
O Panu Bogu. Pociągnąwszy hausta       735
Jak się rozogni myśl napiszę Fausta.


XCIII.

Jak się rozgniewam nad imaginacyą
Djabłowi oddam bohatéra duszę...
I pewnie zyskam wszystkich aprobacyą,
A tych co płakać ze mną nie chcą — zmuszę.       740
I Demokracyą i Arystokracyą
Do łez głębokich trzecią pieśnią wzruszę
Wziąwszy następnie za rymów dywizę
Jeżeli gryzę co — to sercem gryzę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.