<<< Dane tekstu >>>
Autor Erazm Majewski
Tytuł Doktór Muchołapski
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1892
Druk P. Laskauer i W. Babicki
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Julian Maszyński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXV.
Szlachetna sprzeczka. Na skrzydłach wiatru.


A to pyszne! — zawołał oburzony Anglik. — Nie można tu nawet spokojnie porozmawiać. Raz piżmo, to znowu stokroć gorsze od niego „praeparatum”. Powiedz­‑że mi, doktorze, czy i „to” ma służyć do zdobywania serc sześcionogich piękności?
— Cóż znowu! — odparłem, zadyszany od szybkiego biegu, — zapach ten ma inne przeznaczenie. Jest on jedynym puklerzem niewinnej pluskwy polnej.
— Ależ co nas może jej niewinność obchodzić? Za co nas dręczy, gdy nawet nie myśleliśmy o zaczepianiu jej?
— To też broń nie przeciw nam była skierowana; musiał się pojawić groźny napastnik; warto się nawet mieć na baczności, aby i nas nie zaskoczył znienacka...
Zatrzymaliśmy się przy okrągłej bryle kwarcu. Z gęstwiny, która dała nam przytułek, wycofał się, krocząc tyłem, nasrożony i płaski potwór. Szeroki jego grzbiet, niby skorupa olbrzymiego żółwia, miał kolor brunatno­‑zielony w żółtawe pręgi, spód zato był przepysznej cytrynowej barwy.
Długie różki, niby dwie złamane laski bambusowe, wyrastały na małej, trójkątnej głowie i gwałtownemi ruchy zdradzały silne wzruszenie potworu.


Oto winowajczyni, zawołałem...

Na grzbiecie, w tych miejscach, gdzie wyrastają skrzydła, widniały dwie krótkie klapki.
— Oto winowajczyni! — zawołałem, wskazując wzrokiem na pluskwę, która tymczasem uspokoiła się i opuściła najprzód lewy rożek, potem prawy, potem podniosła lewy i trzymając go nieruchomie, a prawym tylko manewrując, ostrożnie, zatrzymując się za każdym krokiem, znikła wśród zieleni.
— A gdzie napastnik? — zagadnął Anglik, wpatrujący się w gęstwinę.
— Przestraszył się zapewne perspektywy kataru i umknął — odrzekłem, ubawiony niepewną miną lorda.
— Dlaczegóż ta pańska pluskwa broni się w tak nieprzyzwoity sposób? Czyż niema skuteczniejszych argumentów: szczęk silnych, albo skrzydeł do ucieczki?
— Niestety, broni się ona jak może. Szczęk odmówiła jej natura. Przecież motyle i muchy także ich nie posiadają. Biedna pluskwa ma tylko długi dziobek, zdatny do ssania płynnych pokarmów, a choć opatrzony jest ostremi sztyletami, służącemi do przekłuwania naskórka roślinnego, na nic się on nie przyda jako broń przeciw napastnikom. Pozostają jej tylko wcale pokaźne, ale niezbyt powrotne skrzydła, te jednak w gęstwinie są bardzo niewygodnym, a niekiedy wprost niemożliwym środkiem ucieczki. Zresztą ta, którąśmy widzieli, jest młoda i skrzydła jej jeszcze nie wyrosły. Z konieczności więc odgrywa rolę Tchórza (Mustela putorius).
— Przyznać trzeba, że doszła do perfekcyi. Zkąd­‑że ona wydziela swój zbawienny zapach, czy także z włosków na skrzydłach, jak motyle?
— Wcale nie. Natura nie lubi się powtarzać, bo ma tysiące sposobów do uniknięcia jednostajności. Po bokach ciała pluskwy dwa gruczoły zawierają znaczną ilość żółtawego płynu o nader przenikliwej, jak pan się przekonałeś, woni. W razie potrzeby ściska owe zbiorniki zapomocą odpowiednich muskułów i eteryczny płyn wydziela nazewnątrz.
— Jest to nader zajmujące urządzenie, — odrzekł Anglik, wysłuchawszy tych zoologicznych objaśnień, — ale nie myślmy już o tem. Uważam, że nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo, odpoczęliśmy także nieco po wzruszeniach i czas wielki poruszyć najżywotniejszą sprawę, kwestyę powrotu. Wieczór niedaleko, pan, jako zbawca, masz głos, decyduj więc, co czynić.
 — Rzeczywiście, że czas nagli. Kto wie, czy nie będzie słoty. Chmurzy się i wiatr się wzmaga. Trzeba koniecznie, abyś pan przed nocą odbył metamorfozę.
— Nie rozumiem pana?
— Trzeba, abyś pan wypił eliksir Nureddina.
— Alboż to ja mam uczynić? — zawołał Puckins, wpatrując się we mnie zdziwionym wzrokiem. — A cóż w takim razie będzie z tobą, doktorze?
— Cóż ma być? Powrócimy obaj do Zakopanego. Spodziewam się, że mię pan tu nie zostawisz. Ulokuję się bezpiecznie w pańskiej cygarnicy lub pudełku od zapałek, i odwieziesz mię pan potem do Warszawy, sam zaś wyruszysz do Indyj. Pod opieką poczciwego sługi, mam nadzieję, że nie znudzę się do pańskiego powrotu...
— Tego nigdy nie zrobię! — przerwał mi Anglik. — Ty właśnie, doktorze, wyświadczysz mi przysługę, o jakiej mówisz.
Determinacya, jaka brzmiała w jego głosie, zaniepokoiła mię.
— Zacny lordzie, ustąp mi, — błagałem, — tu chodzi o bagatelkę, o parę miesięcy, które upłyną mi jak dzień jeden...
— Nie! nie! — zawołał Puckins. — Dość już poświęceń! Nie wymagaj podobnej podłości odemnie...
— Nie rozumiem, o jakich pan poświęceniach mówisz? — zawołałem.
— Małożeś pan narażał swe życie dla mnie? — odezwał się Anglik, marszcząc brwi groźnie. — Czy sądzisz, że jeszcze i teraz byłbym zdolnym korzystać z twej szlachetności? Nie, nie, i jeszcze raz nie!
— Ależ nie zapalaj się, kochany lordzie, — zawołałem, — raczej daj sobie wytłumaczyć, że upierasz się przy wielce niepraktycznej kombinacyi. Zapomniałeś, że ani znam Nureddina, ani wiem, gdzie go szukać. Zresztą, gdybym go nawet znalazł, to może nie uwierzyć opowieści nieznajomego.
— Nie troszcz się pan, — przerwał mi Puckins. — Będziemy razem. Odnajdziemy Indusa, a ten pozna mię nawet bez szkieł powiększających.
— Wszystko to wcale mię nie przekonywa. Plan twój, milordzie, jest prosty i praktyczny, ale z tą poprawką, że sam go wykonasz.
— To być nie może... mam powody, dla których nie ustąpię!
— Zaklinam cię, lordzie, nie obstawaj przy swojem postanowieniu. Przenikam twoje skrupuły, ale zapewniam, że wobec moich powodów muszą ustąpić, jak ustępuje blask księżyca przy promieniach słońca.
— Nieszczęsny! a czyż nie przyszło ci na myśl, że Nureddin może już nie żyć?
— Owszem, oceniam trzeźwo położenie, ale gra, o jakiej zamyślam, warta stokroć większego ryzyka!
— Dalibóg, że teraz nie rozumiem cię, doktorze! Jakto? gotówbyś zostać Robinsonem, zmuszonym przez całe życie być własnym szewcem, krawcem i kucharzem, opuszczonym między przyjaciółmi, którzyby ci nawet w chorobie pomocy dać nie mogli?... Podobne istnienie byłoby gorszem od śmierci!
— Wierzaj mi, lordzie, że gdyby nawet obawy twoje miały się sprawdzić, jeszcze będę ci za ustępstwo wdzięcznym do grobu. Dni, jakie przeżyję, będą dla mnie pasmem szczęścia, o jakiem nigdy nie marzyłem. Pragnę go teraz tak egoistycznie, że choćby mi przyszło porzucić cię, uczynię to niezawodnie i wrócę do sir Biggsa z prośbą, by mię zawiózł do Warszawy.
Lord Puckins uśmiechnął się pobłażliwie.
— Co to za gorący naród! — mruknął jakby do siebie. — Znałem was trzech, a wszyscyście jak proch zapalni. Tamci jednak zapalali się do szczytnych mrzonek, powiedz­‑że mi doktorze, co tobie przyszło do głowy, skoro tak sprzecznej ze zdrowym rozsądkiem żądasz rzeczy?
— Usłyszysz zaraz, lordzie, ale wytłumacz mi najprzód, co nazywasz mrzonkami?
— Wspaniałe życzenia, które mają tę jednę tylko ujemną stronę, że nigdy się nie ziszczają.
— W takim razie uspokój się, kochany lordzie, zamiar mój nie należy do mrzonek, a przeszkoda, jaką widzę w twoim uporze, wcale mię nie przestrasza, bo ją zwalczę!
— Sapristi!... Wolnoż dowiedzieć się, co doktór Muchołapski zyska na swem zwycięztwie?
— Owszem! Skoro się pan dowiesz, z pewnością spełnisz mą prośbę. Pragną poczynić ważne spostrzeżenia w świecie drobnowidzowym.
— Alboż nie miałeś pan czasu poczynić ich do tej pory?
Teraz ja uśmiechnąłem się z pobłażaniem.
— Te kilka dni, jakie masz pan na myśli, — odrzekłem, — były zaledwie przygotowaniem; teraz dopiero widzę, co za niewyczerpane pole do ścisłych spostrzeżeń roztacza się przedemną, teraz dopiero oceniam, że jestem w prawdziwym raju zoologów, z którego nie dam się wygnać. Kilka miesięcy pracy w obecnych warunkach, może wywołać rewolucyę w poglądach na całą przyrodę, może posunąć naukę biologii o pół wieku naprzód. Drżę z radości na samą myśl o tak doniosłem zadaniu. Pij więc, lordzie, płyn Nureddina i zawieź mię czemprędzej do Warszawy. Tam, w zaciszu gabinetu, zanim powrócisz z Azyi, ukończę może cykl najważniejszych badań, jakich nie jest w stanie dokonać dziś świat uczony, za który może jeszcze za życia wystawią mi pomnik.
— Daruj, doktorze, ale nie mogę pojąć tych nadzwyczajnych korzyści, jakie mają na naukę spłynąć z twego stanu.
— W takim razie, jako człowiekowi wiedzy, dziwię ci się nieskończenie. Wiesz chyba, lordzie, iż tylko zapomocą zmysłów poznajemy przyrodę, że każde zjawisko musimy dojrzeć, usłyszeć lub odczuć, każdy objaw życia dobrze podpatrzeć. Zmysły są jedynemi naszemi narzędziami, a trzeba wyznać, nadzwyczaj niedoskonałemi. Znaczna część wrażeń zmysłowych wprowadza nas w błąd. Liść, zbudowany z tysięcy komórek, okryty szparkami oddechowemi i włoskami, nie różni się dla zwykłego wzroku od liścia sztucznego, wyrobionego ze skrawka malowanego jedwabiu. Tarcze słońca i księżyca są tylko błyszczącemi krążkami. Cóż nas nauczyło, że liść jest kunsztowną machiną, zbudowaną z drobniutkich cegiełek, że na słońcu są plamy, wyskoki, na księżycu góry i szczeliny, że materya słoneczna składa się z pierwiastków, jakie i na ziemi znamy; co nam dozwoliło zmierzyć wreszcie odległość tych ciał niebieskich, obliczyć ich wagę, przewidzieć ruchy i t. d.? Cóż, jeśli nie te same zmysły, wzmocnione odpowiedniemi narzędziami. Geniusz ludzki rozszerzył je, budując sztuczne narzędzia, z których prawie każde to jakby nowy, brakujący nam zmysł. Mikroskop, teleskop, mikrofon, spektroskop, barometr, termometr, chronometr, to wszystko sztuczne zmysły, otwierające nam niedostępne bez nich widnokręgi, to wszystko dodatki do naszych zmysłów przyrodzonych, pozwalające głębiej wniknąć w świat wielki i mały. Dlatego to właśnie każde udoskonalenie mikroskopu odkrywa nam nowe tajniki przyrody w jej małości, każdy większy teleskop odkrywa nowe gwiazdy, nowe mgławice i nowe planety, nowe plamki na słońcu i nowe szczeliny na księżycu. Czy to są nowe rzeczy? Bynajmniej, lecz tylko myśmy ich nie widzieli. Dały nam dopiero o nich wiadomość udoskonalone instrumenta. Wierzaj mi, lordzie, że gdyby nasze zmysły były znacznie doskonalszemi, z pewnością na schyłku XIX wieku nie chodzilibyśmy w takich ciemnościach, w jakich przebywamy!
Najzawilsze dziś prawdy naukowe byłyby może elementarnemi wiadomościami o świecie. To samo byłoby, gdybyśmy mieli o jeden nieznany nam zmysł więcej. Ale ponieważ mamy tylko pięć słabych zmysłów, niema innej rady jak tylko wzmocnić je i wyzyskać do ostatnich granic. Dzisiejsze narzędzia naukowe nie są bynajmniej ostatnim wyrazem doskonałości, ale choćby dały się znacznie jeszcze ulepszyć, nie zastąpią nigdy natury. Wymagają i wymagać zawsze będą umiejętnego obchodzenia się z niemi, nużą prędko i nie dadzą się wszędzie zastosować. Przez dobry mikroskop naprzykład możemy dostrzegać drobniutkie tylko cząstki wielkich całości, widzimy pokrajane i martwe komórki, śledzimy je z wysiłkiem. Tymczasem zastanów się, lordzie nad obecnem naszem, to jest nas dwóch położeniem.
Mamy drobnowidz na oczach i mikrofon na uszach. Patrzymy oczyma 120 razy zmniejszonemi, wskutek czego wzrok nasz dostrzega szczegóły, dostępne dopiero zwykłemu oku ludzkiemu, zaopatrzonemu w mikroskop 120 razy powiększający. Widzimy tkanki żywe, wzrok nasz ogarnia bez znużenia setki rodzajów komórek. W takich warunkach, jeden dzień spokojnych obserwacyj nauczy więcej, niż miesiące ślęczenia nad mikroskopem.
Ucho nasze odczuwa dźwięki i szmery, na jakie błona bębenkowa zwykłego człowieka jest nieczułą. Tamta odróżnia tylko głosy posiadające najmniej 16, a najwięcej 64,000 drgnień powietrznych na sekundę[1], nasze bębenki zaś, lordzie, są 120 razy delikatniejszemi, nie dość więc, że chwytają z tej samej skali głosy tak słabe, że ich nie dosłyszy zwykłe ucho, ale jeszcze w tonach wyższych odczuwają drgnienia, liczące 70, 80, 100 i więcej tysięcy wibracyj na sekundę.
Dla nas nawet tak zwana cisza, rozbrzmiewa różnemi dźwiękami...
— Rozumiem cię już doktorze, i bardzo to pięknie, że widzimy gołem okiem to, co wszyscy ludzie dostrzegają dopiero przy pomocy mikroskopu. Bezwątpienia zapewnia nam ta okoliczność ogromną szansę w porównaniu z używającymi szkieł skombinowanych, lecz nie zdaje mi się, abyśmy na tej drodze mieli prawo spodziewać się dokonania znaczniejszych odkryć. Wszak wszystko, co pozwala dostrzegać mikroskop 120 razy powiększający, dawno już zostało przez całe legiony biologów obejrzane. Dziś udoskonalili oni drobnowidze do tego stopnia, że powiększenie, o jakiem mówimy, nazywają już bardzo miernem. O ile sobie przypominam, widziałem przed paru laty, w pracowni pewnego bakteryologa, 2,000 razy powiększający drobnowidz.
— Masz dobrą pamięć lordzie, ale nie zapominaj, proszę, iż zwykła lupa, którą mam w kieszeni, choć powiększa tylko 15 razy, oddaje mi dziś te same usługi, co bakteryologom ich kosztowne mikroskopy. Przy jej pomocy widzę przedmioty 1,800 razy większe, niż są w rzeczywistości.
— A to jakim sposobem?
— Pomnóż z łaski swojej, kochany lordzie, 120 przez 15, a sam rozwiążesz zagadkę. Pomyśl teraz co będzie jeśli zdołam oszlifować soczewki, zastosowane do mego oka, z których zbuduję mikroskop, powiększający choćby tylko 100 razy.
Będzie on odkrywał szczegóły, nieoglądane dotąd przez najpotężniejsze drobnowidze, bo ukaże nam tkanki i komórki, powiększone 12,000 razy! Słyszysz lordzie? Dwanaście tysięcy razy! Przejdzie najśmielsze i niedoścignione prawie marzenia bakteryologów! Mając mikroskop sześć razy silniejszy od dotychczasowych, będę sypał zdumiewającemi odkryciami jak z rogu obfitości!... Całą naukę bakteryologii na nowe pchnę tory!...


Nie miałem się czego uchwycić, porwałem więc duży kamień w objęcia i przytuliłem się do niego...
— Doktorze, trzymaj się! — zabrzmiał nagle głos lorda.

W zapale oratorskim nie spostrzegłem, że panujący wiatr zwiększył się nagle i obsypał nas gradem żwiru. Za drugim podmuchem, poderwany w powietrze, przeleciałem, nie dotykając ziemi kilka kroków, a potem padłem plackiem. Zdaje mi się, że i towarzysza mego ten sam los spotkać musiał, niepodobieństwem było utrzymać się na nogach.
Nad naszemi plecami zaświszczał szalony wiatr. Gdy ucichło trochę i ustał łoskot niesionych ziarn piasku, liści, nasion i owadów, podniosłem się na kolana i ujrzałem Puckinsa, trzymającego oburącz grubą łodygę.
Nie miałem się czego uchwycić, porwałem więc duży kamień w objęcia i przytuliłem się do niego. Tymczasem zaświszczało na nowo po wierzchołkach mchów i wpadła na mnie straszna zawierucha z szybkością błyskawicy.
W mgnieniu oka straciłem grunt i wraz z kamieniem uczułem się porwanym w górę. Wiedziałem, że lecę z szybkością uraganu, wywijając koziołki, ale dokąd lecę, w górę czy na dół, nie zdążyłem jeszcze pomyśleć, gdy silne uderzenie powstrzymało mię i stoczyłem się w mroczną jakąś otchłań.







  1. Zresztą i to są za obszerne granice dla zwykłego ucha. Rzadko bowiem kto ma tak bystry słuch, aby słyszał drgnienia fal powietrznych, szybsze nad 48,000, a i u takich osób z wiekiem granica słyszenia cofa się do 32,000 pojedyńczych wibracyj na sekundę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Erazm Majewski.