Drogą czwartaków od Ostrowca na Litwę/Rozdział dwunasty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Drogą czwartaków od Ostrowca na Litwę
Wydawca Centralne Biuro Wydawnictw N.K.N
Data wydania 1916
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ DWUNASTY.

Wszedł pułk nasz teraz na ziemię podlaską... Poznałby ci ją każdy — tę męczennicę niewspółczesną — bez pośrednictwa map i przewodników: po krzyżach kołodrożnych.
Ileż tych krzyżów... Wznoszą się koło dróg, po polach, chylą się, idą w różne strony. A już cmentarz, gdy się nachodzi — cały zalesiony nimi. Wszystkie zasię jednako wysokie, jak drzewo, które dźwigało Chrystusa. Napisy na nich z różnych lat, najczęściej białoruskie.
Najbliższy postój wypadł nam w Sycynie. Kwatery naszły się przestronne, jednak pobytem Moskali skażone. Wszędzie, w stodołach, w obejściach raziły oczy ślady niedawnego postoju kozaków.
Ponad wsią wznosił się pagórek z krzyżem pochylonym. Tam też pułkownik kazał postawić namioty.
Bataliony nadeszłe jeszcze się nie zdążyły rozkwaterować, gdy przyszedł rozkaz: Iść dalej. Jako cel na dziś, oznaczono Worsy.
Pod wieczór dobiliśmy do onych Worsów. Tu, jak i w poprzednich wsiach, chaty poroztwierane, zgrabione. A nie palono tych wsi jeno, jakeśmy stwierdzili, w których znajdował się procent pewien prawosławnych chłopów.
Koło wsi, na zagonach rozłożył się pułk batalionami. Poczęto wznosić namioty. Namiot Komendy pułku, zapoczęty na łączce poniżej, został, z przyczyny wstających zdradliwych oparów również na zagonach w sąsiedztwie batalionu II. ustawiony.
Tam to oglądaliśmy dziwny zachód. Przez mgłę fioletową oparów, unoszących się nad łąkami i przestrzenią pól, w której tajały kępy drzew, widać było słońce, za wszystką krew z ziemi zsiniałej w swoje serce wziętą, jako ofiarę na kręgu świata tonącą.
Późnym zaś zmrokiem — pożary... Wybuchły w kilku naraz miejscach w stronie północnej, szerząc się i łącząc w jeden stóg ognia. Odblask ordzawił kir nocy.
Rozpaliły się w obozie ogniska. Czarne cienie postaci koło nich. Gwar — śpiewy. Z trenów poblizkich dochodzą hałasy, kłótnie. Ktoś gra skoczne melodye na harmonijce... Wszystko to — na tle w głębi płonących pożarów i dochodzącego stamtąd tłumnego łoskotu karabinów — zlewa się w obraz przeraźny o sensie swoistym, jakby w szaleństwie wydumany. Wojna.

Tam doszła nas depesza, przy ognisku odczytana: o zgonie Jerzego Żuławskiego. Zmarł na tyfus w szpitalu. Przypominamy, jak jechał z Ostrowca, w gorączce, i nic chciał mimo rad lekarza wracać. Dopiero w Księżomieszu dał się przykłonić do powrotu. Żeby choć na wojnie... Choć to pono zmarłemu obojętne.

Rano odbyła się msza polowa. Poczem o godz. 9. wymarsz z Worsów.
Przekraczamy linię kolei: Brześć Litewski - Warszawa - Dęblin. Zatem nie pójdziemy pod Brześć. Już poprzód zauważyliśmy odchylenie kierunku marszu ku północy. Idziemy na Litwę!
Nad wieczorem przybywamy do Żegocina, wsi dużej i już przez oddziały wojsk obsadzonej.
Pułk nasz zajmuje kilka chałup i stodół. Komenda pułku umieszcza się w stodole prawosławnego bogacza, który ze swoimi uciekł. Nakłaniał też sąsiadów-unitów do ucieczki, ale ci się nie dali uwieść namowom ani groźbom — pozostali.
Nazajutrz o 6. z rana wymarsz z Żegocina.
Spoczynek godzinny koło południa we wsi Dołhej. Sztab pułkowy staje koło cerkwi. Chcemy zobaczyć wnętrze: dowiadujemy się, że pop uciekł i cerkiew zamknięta. Widzimy: w murze nazewnątrz, w ścianie ołtarzowej, tablica wprawiona w mur głęboko z krzyżem, napis polski, data 1838.
Schodzą się ku nam pod cerkiew ludzie starzy.
— Toście wy polskie wojsko? — pytają się. Łzy mają w oczach. Wspominają męczeństwa swoje, skarżą się, że jest ich we wsi większość unitów, a pop prawosławny.
— Ale mamy nadzieję w Bogu i w was, skoroście tu przyszli: Pop już nie wróci.
O godz. 5. po południu dochodzimy do Sitnika. Tu naznaczony postój noclegowy. Komenda pułku kwateruje na łączce przyleśnej pobok osiedla samotnego. Tu jesteśmy świadkami, jak gospodyni z tego domu znosi z lasu różne przedmioty: dzieżę z ciastem, słoninę, poduszki, kożuch, zegar ścienny i inne, które przed kozakami w lesie pokryła.
Z Sitnika, wyruszywszy o 8. rano, odrazu zadajemy się w las, który ciągnie się na wiorsty przed nami. Są to tak zwane Dobra Konstantynowskie, własność Potockich czy Platerów. Przypominają też kulturą lasy Krzeszowickie.
Gdy wyjeżdżamy z lasu, wita nas światłem płaszczyzna otwarta: stumorgowy łan pański. Z prawa dochodzi ściany rozległego parku. Na mapie: Dwór Worgule. — Na lewo zaś, w oddali — jakby jakoweś miasto wschodnie z bajki: Kopuły liczne przeświecają z poza osłony drzew —: Leśna.
Jedziemy na przełaj w stronę parku. Bataliony nadążają wolniej — jeszcze są w lesie.
Brama wjazdu otwarta... Pułkownik skierował konia w aleję parkową — my, czterech czy pięciu nas, za nim.
Wkrótce wyłonił się z poza drzew pałacyk gustownie zmurowany, biały. Pańska siedziba.
Przed filarami ganku wstrzymaliśmy konie: oczy nasze pociągnęła przestrzeń rozwidniała w parku.
Ścieląca się od żwiru zajezdnego placu zielonorunna murawa, której środek zajął olbrzymi klomb kwiatów, przestrzeniła się w łąkę, słońcu otwartą, rozległą, tu ówdzie kępami drzew rzadkich upięknioną, a otoczoną daleko wokół cienistą ścianą parku. Gdzieś na końcu lustrzała woda stawu. — Iście polana wytchnienia dla oczu — po utrwalonych obrazach zgliszcz.
Wszystkim tosamo szeptało wzruszenie:
— Jakże tu pięknie! Jak cicho i ukojnie! Zaiste, spokojne szczęście bytować tu musi.
Zdawało się tosamo potwierdzać i niebo: przeczysty błękit nad koroną parku — z białym łabędziem obłoku, wolno jak zamyślenie beztroskie płynącym.
Pojrzymy ku progom domu, ku tej szczęśliwej siedzibie — i oczy nasze, zranione, zadrżały.
Drzwi rozwarte na oścież, — szyby okien stłuczone — wazony z ganku i okien postrącane na ziem. Na murawie zdeptanej, pod murem, walają się w bezładnej kupie: skorupy drogich waz, szczątki gipsów, kawałki ram złoconych, drzazgi bezcennych mebli, książki stargane, listy, tuż obok leżą: koszulka druciana, lalka znieważona i pantofelek.
Przez drzwi roztwarte, przez wybite okna patrzy ku nam grobowym spokojem łatwo zgadniona pustka wnętrza.
Pod filarami na ganku w zacieniu leży sisty pies, z pyskiem opartym na łapie krwawiącej. Nawet nie pojrzy ku nam.
Gdy tak stoimy, wysuwa się z za rogu pałacu stary, zszarzały człek. Skłonił się przed pułkownikiem.
— Wy kto jesteście? — pyta go pułkownik.
— Ja tutejszy, sługa.
— Państwo gdzie.? — Wyjechali.
— A kto to tak sprawił? — wskazuje pułkownik na rozmiecie szczątków.
— Moskale, panie. Któżby.
— Kiedy? — Pozawczoraj. Był sztab cały. Gościli, pili w pałacu. Zabrali sto par koni. — dwa tysiące owiec. Kiedy mieli ujeżdżać, tak do pana: żeby jechał z nimi. Pan nasz, chory oddawna, sparaliżowany — wypraszał się, i pani prosiła... »Koni — powiada — niema«... — »Tak my pożyczymy«. Nic nie pomogło — wywieźli. Kozaki zostały: Dopieroż hulać! Stodoły, spichlerz spaliły, — nawet zboże w snopach na polu... Grzech myśleć. Wszystko zniszczyły, rozgrabiły, te mury ino zostały. Ja powróz wziął i powiadam: »Powieście już i mnie na końcu, niech na to nie patrzę«...
Zapłakało się staremu. Pułkownik rzecze:
— Zbierzcie te szczątki do wnętrza, zamknijcie drzwi. A my naprzód!

Wjechaliśmy znów w aleję ciemną — przez mostek jakiś rzucony — koło kaplicy.

Wnętrze monastyru w Leśnej.
Dwór szedł za nami, jak trumna otwarta.

Park przechodził w las, droga się traciła.
Właśnie nadchodzily kolumny batalionów, gdyśmy wyjechali na jaśnię pól.
Pułkownik dał rozkaz wypoczynku: minut dwadzieścia.
Przed oczyma, na lewo, o jaką wiorstę, wyjawiły się z otoczy drzew białe i czerwone mury z piętrzącemi się wielokopułami różnej wielkości. Przybliżony, widziany już poprzód z dala, monastyr w Leśnej.
Pułkownik zwraca się do nas:
— Kto chce zobaczyć monastyr, może podjechać, tylko nie bawić, bo wkrótce ruszamy.
Kopnęliśmy się z miejsca, wypuściwszy konie. Za parę minut byliśmy u celu.
Miasto mnisze. Wśród gmachów nowych i starych, dziwne sprawia wrażenie cerkiewka stara, kolorowa nad wyrwą ruczaju. Jak wystawowa zabawka bizantyjska o krasie wschodu. W głównej cerkwi — dawnym bazyliańskim kościele — wrota carskie otwarte. Ikony dziwią się, widząc nas wchodzących. W zakrystyi — stos zepranych na kupę obrazów. I cisza.
Koło murów jak i na rynku w pobliżu kupią się gromadki chłopskie. Przypatrują się ciekawie mundurom. Chcieliby porozmawiać, o coś zapytać, co tai się we wzroku.
Wracamy.
Bataliony już ruszyły.
Przejeżdżając drogą przez pagórek, widzimy: żołnierz nasz półrozebrany siedzi pod figurą na pagórku i przeziera pod słońce koszulę. Obrazek wdzięczny, w którym dużo treści.
Z południa, gdy mijaliśmy las jakiś pomniejszy, a deszczem grozić zaczęło, pchnął nas pułkownik naprzód kapitana Bobrowskiego i mnie, z jeźdzcem ordynansem — do Konstantynowa, celem wyszukania kwater.
Konstantynów, miasteczko, zastaliśmy spalony. Jedynie kościół wśród lip wysokich, dwór na uboczu stojący, plebania, kilka domów w uliczce kolo kościoła i trochę bud żydowskich po kraju ocalały. Środek miasteczka w okół rynku — jedna ohydna ruina. Na zgliszczach siedzą rodziny żydowskie pod przygniotem klęski i rozpaczy. — O kwaterach w mieście niema mowy. Wracamy więc przez most, zapchany wojskiem, na przedmieście i — gdy tu chałupy zajęte już postojem kawaleryi, — wybieramy nad stawami trawniki pagórkowate, gdzie mogą się trzy bataliony wygodnie rozłożyć.
Niebawem nadciągnął pulk. Namioty jeszcze przed zmierzchem wyrosły.
Nazajutrz rano 18. sierpnia odbyła się na placu pobok msza polowa. Prócz pułku czwartego wzięły w niej udział sąsiadujące z nami oddzialy artyleryi i kawaleryi austryackiej ze swemi komendami, również Komenda Legionów z Excel. Durskim.
Dzień zeszedł na wypoczynku. Przypuszczaliśmy nawet, że tu stać dłużej nam wypadnie, gdyż linia Bugu niedaleko. Tam zapewne nieprzyjaciel umocnił się i zechce dłuższy opór stawić. Niespodzianką przeto padł na nas późną nocą rozkaz: Wymarsz o 6 rano. Za Bug!
Szybkim marszem zbliżał się pułk ku Bugowi. Nadarzony po drodze przewodnik, stary chłop, siwy, unita, dreptał pobok konia pułkownika i poruszony tą chwilą niespodziewaną, spowiadał się w odstępach:
— Siedziałem w tiurmie. Byłem bity, katowany. Ciało miałem ścięte, że od kości odchodziło... za wiarę. Wytrwałem wszystko. I oto dożyłem chwili, że dzieci moje, wnuki...
O godz. 3. min. 15 po południu tegoż dnia, 19. sierpnia, stajemy nad nurtami Bugu pod Niemirowem. Dzień pochmurny, deszczyk mży — lecz radość w sercach. Wstępujemy z Korony na Litwę! Wydaje się to snem.
Szeregi wchodzą na pontony mostu. Wkraczają na brzeg wysoki, na ziemię Grodzieńską.
A potem rozsypem dróg przez jakieś mijane wsi, koło dziwacznych cerkwi, pełnych krzyżów cmentarzy...
Odsadził się pułk marszem daleko od brzegów rzeki.
Pod noc wszedł w bory pod Zalesie.
Tam biwak uczyniony — namioty porozpinane — deszcz pada. Ogniska trzaskają wysokie — w kadzielnym fiolecie las.
Wkrótce po wieczerzy ustaje gwar. Przygasają ogniska. Znużenie obala żołnierzy na mokre mchy.
Uciszył się już obóz, gdy Komenda pułku odbiera telefoniczną depeszę o upadku Modlina, z cyframi jeńców i łupów.
Każe pułkownik podać telefonem radosną ową nowinę komendom batalionów.
Zaniedługo wyrywa się z pośród najbliższej partyi namiotów zbiorowy okrzyk: »Hurra!« Za nim drugi, trzeci: »Hurra! Hurra!« Buchnęły w górę ogniska...
Orkiestra uderzyła w hymn: »Jeszcze Polska«... Później »Marsz Czwartaków«. A w skupiskach koło ognisk potworzyły się już chóry. Znużenie przeszło.
Rozśpiewał się, rozegrał bór litewski pieśnią legionową.



W sadzie w Kąkolownicy. — (Szef sztabu kap. Zagórski w gościnie w komendzie pułku).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.