Drogą czwartaków od Ostrowca na Litwę/Rozdział jedenasty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Drogą czwartaków od Ostrowca na Litwę
Wydawca Centralne Biuro Wydawnictw N.K.N
Data wydania 1916
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ JEDENASTY.

Wracając z Lublina na trzeci dzień, dowiaduję się w drodze, że Moskale cofają się ku rzece Wieprz, że pułk 4. wczoraj wyruszył z Bratnika i znajduje się w Kieszkówce.
Po przenocowania w Bratniku na tymże folwarku, gdzie zastaję nasz tren prowiantowy, ruszam przez Kozłówkę, częściowo spaloną (większą część wsi z kościołem i pałacem nasz pułk następujący uratował), Kamionkę i jeszcze jakąś miejscowość, do Kieszkówki. Pułku tu już swego nie zastaję: gonię więc we wskazanym mi kierunku dalej.
Z południa wjeżdżam do palącego się Michowa, który pociski rosyjskie zapaliły. Wśród gorąca — dym duszący przepalonych strzech — natłok przechodzących wojsk — istne przedsienie piekła.
Dowiaduję się, że stoi tu Komenda Legionów. Odszukuję więc w części ocalałej wsi kwaterę sztabu, by się o pułk swój zapytać. Mówią mi, że znajduje się na pozycyi pod Węgielcami.
Nad wieczorem dobijam do naszego trenu bojowego, który stoi na łące moczarzystej koło lasu. Tam też pod namiotem naprędce wzniesionym założył Dr. Bobrowski stacyę opatrunkową.
Nazajutrz zrana, gdy się w pobliżu baterye ciężkie ustawiły, zarządzono przesuniecie trenów na drugą stronę łąk ku południowi, poza osłonę leśną.
Udaję się ku pozycyom. — Bataliony l. i II. okopane na zboczu wzniesienia, jako rezerwy. — Z drugiej strony płaskogórza na przechyli grzbietu, w pobliżu chałup Węgielce, przypadł batalion II. Tuż kwatera Komendy pułku, pod zachroną stodoły. Sąsiedni dach chałupy służy jako obserwatoryum.
Stąd przed oczyma roztacza się w poprzek wgłębiona dolina Wieprza, poza którą — na wyniosłych brzegach — nieprzyjacielskie mocne pozycye. — Niedarmo odgrażali się przez usta jeńców, że tu nas zatrzymają.
Dowiaduje się, że rankiem rzucił się pułkownik nasz z pionierami ku rzece budować most spalony naprzeciw miejscowości Łysobyki, lecz, ostrzeliwany gwałtownie szrapnelami, zmuszony był zatrzymać, robotę.
Kap. Sikorski otrzymuje na noc dyspozycyę: podsunąć się z plutonem lub kompanią w kierunku wschodnim do Wieprza, szukać przejścia i sforsować brzeg drugi.
Zapadł wieczór. Zjawia się z Komendy Legionów por. Kleeberg, przynosi wieść o sforsowaniu przeprawy i rozkaz dla pułku: wymarsz o 4. rano, gdy most naprzeciw palących się Łysobyków będzie gotowy. Zapowiada dalsze dyspozycye pościgu.
Już z wykwitujących łun widać było zapoczęty odwrót nieprzyjaciela z nad Wieprza. W miare zapadu godzin wzmagały sie łuny. — Na ciemnym obrysie widnokręgu rozpalały sie ogniska, żarem płomieni wychodząc wysoko na przymierzch nieba. Naliczyliśmy 15 pożarów na małym odcinku wschodu.
W grozie i zacisku rąk patrzyliśmy na to krzyczące o pomstę preludium szatańskie odwrotu. Jakiż cel? jaki motyw? — Dzika złość niemocy.

~~~~~~~~~~~~~~

O naznaczonej godzinie wczesnej pułk z pod Węgielec wyruszył. O godz. 4. minut 45. staje przy moście, nocą odbudowanym, nad Wieprzem.
Nie oczekując na treny, które zatrzymać się muszą, aż przejdą nadpływające oddziały piechoty, porywa pułkownik Roja trzy swoje bataliony i szybkim marszem przez spalone Łysobyki, Krępę, dochodzi do Talczyna, skąd nieprzyjaciel, zmuszony opuścić wspaniałe, przygotowane poprzód pozycye obronne, cofa się na północny wschód. Tu pułkownik rozdziela bataliony: III-ci kieruje na lewo, na Rudę, II-gi przeznacza w rezerwę, a z I-szym przechodzi przez groblę talczyńskich stawów i na Stoczek, Poizdów energi: cznym marszem zdąża za cofającym się nieprzyjacielem.
Na wyżynie lesistej, przed Wolą Ossowińską przychodzi do natknięcia sie na opór wroga. Naprzód kap. Szerauc z batalionem swym spotyka sie z kozackimi oddziałami w lesie, następnie nadeszły z prawa batalion I-szy szybkim rzutem oczyszcza płaszczyznę wyżyny i, wypierając z dwóch pozycyi — jedna za drugą — Moskali, przyczem pułkownik sam idzie w tyralierskiej linii, zstępuje ku położonej w kotlinie wsi.
Po krótkim ogniu, energicznym ruchem, nim nieprzyjaciel miał czas się opatrzeć, zajmuje batalion Galicy Wolę Ossowińską. Wszystko — — ze stratą siedmiu lekko rannych.
Zmierzch zapadł. Chodziło teraz o to, by ewentualny kontratak wytrzymać, nim siły większe nie nadciągną, a także poszukać łączności z prawem i lewem. W tej myśli poczyniono ubezpieczenia odpowiednie, rachując też słusznie na to, że nieprzyjaciel po energii ataków mniemać może o większych siłach, niż są, i kontrataku nie będzie próbował.
Treny nadciągły. Kuchnie mogły pod osłoną ciemności nocy dowieść kompaniom pożywienie, którego dzień cały chłopcy nie widzieli.
Komenda pułku stanęła postojem nocnym na skrzydle lewem, w lesie w Filipinie.
Noc przeszła w pilnej czujności, spokojnie.
Rano około godz. 9-tej udałem się z rozkazem do komendy batalionu I-go w Woli Ossowińskiej. Zastałem kap. Galicę w iście królewskiej kwaterze, w pałacu. Właśnie powrócił z pozycyi poza wsią, które oddawał nadeszłej węgierskiej Komendzie. Miał nadzieje, że odpocznie z dzień w tym pięknym dworze — rozkaz powoływał dalej.
Dwór w Woli Ossowińskiej przedstawiał się istotnie jako pańska rezydencya. Oprócz pałacu bogatego przed rozkosznym parkiem stało jeszcze wśród zakoli klombów i trawników parę nowoczesnych oficyn — dalej osobno wzniesiona kaplica.
Właścicieli nie było. Kilkoro osób ze służby ostałej schowało się na czas bitwy w piwnicę ogrodnika, teraz, ośmieleni, powychodzili.
W salach pałacu pustka. Co »państwo« nie zdołali wywieść, to Moskale rozgrabili. Wszędzie znać ślady barbaryi. W jednej z sal lustra strzaskane — na ścianach czarne rozpryski atramentu od rzuconych siłą kałamarzy. — Gościł tu w dniu poprzednim rosyjski sztab dywizyjny. Charakterystyczne: właścicielka wyszła powtórnie za mąż za oficera rosyjskiego, ci jednak nie uszanowali dobytku kolegi.
Wychodząc z pałacu, zauważyłem przed gankiem wśród śmietniska papierów jakąś książkę. Podjąłem — pisana, widzę... Data ślubu... Pamiętnik pani domu.
Gdym wracał drogą wśród pól do Komendy pułku, zobaczyłem: Moskale z pod oddalonego na górze lasu ostrzeliwują granatami węgierski tren, zieżdżający do wsi. Pociski padały za umykającymi pospiesznie wozami, wyrzucając w powietrze tumany kurzu. Poczem zaczęły w odstępach padać na prawe ściernisko, zmierzając ku grupie drzew, na drogę, którą szedłem. Zauważyłem teraz oddział trenu, który się tam przyczaił. Zapragnąłem znaleźć się jaknajrychlej poza obwodem pocisków. Skonstatowałem przytem, że gdy szrapneli nie doceniam, to granaty wyraźnie mię trwożą. Może temu, że tak gruntownie walą, wyrzuc cając wysokie slupy ziemi.
Z południa, tegoż dnia jeszcze, wyruszył pułk w kierunku Ciężkowoli. Marsz z Woli Ossowińskiej przez podnoszące się zakręty drogi wśród pastwisk, ściernisk i lasów. — Gdy, jadąc poprzód, stanęliśmy (pułkownik, adjutant jego kap. Zarzycki i kap. Bobrowski) na płaskowyżu, oczy nasze przywitał, niby okrzyk barwny, wyjaw kilku w niedalekich odstępach pożarów. Paliły się wsi poblizkie: pierwsza — wydawało się — tuż kilka wiorst przed nami. Snopy rdzawe plomieni rozpętały się w ciszy — kłęby dymu tajały w niebo pogodne. Na miedzy, łączącej pola, na płaszczyznie, widać było sznur kawaleryi — pluton, jadący w stronę pożaru. Dalej — osiedli kilka pobok brzozowego lasku. Ciężkowola.
Tam zmierzamy na przełaj. Podjeżdżajac, widzimy grupę wojskowych przed jednem z osiedli. Rozeznajemy szefa sztabu i oficerów Komendy Legionów.
Po oznajmieniu o nadejściu pułku, pułkownik każe poprowadzić konie ku poblizkiemu na ścierni domostwu, a sam z nami udaje się do pociągającego świeżością brzozowego lasku. Tu też obrane miejsce na kwaterę Komendy pułkowej. Przy kraju lasku, pod drzewem, w okoleniu brzózek i modrzewi.
Wkrótce zjawia się z onego poblizkiego domostwa gospodarz, ze stołem, ławą i stołkami. A za nim córka przynosi garnek mleka kwaśnego, chleb razowy i masło świeżutkie. Sielanka.
Nadciągają bataliony nasze, rozkładają się na miejscach wyznaczonych. Jakby to czul nieprzyjaciel, poczyna ostrzeliwać granatami teren. Pociski jednak, nie donosząc, padają na pole poza laskiem.
Zachodzi zmierzch. Namioty wyrosly w lasku — obóz się czyni. Mamy nadzieję zatrzymać się tu postojem dłużej.
Pożary bliższe pogasły. Natomiast rozświech mrok dalsze, bijące w niebo łuną. Znak, że jutro pójdziemy.
Jakoż na godz. 7 rano zarządzono marsz dalszy. Idziemy wciąż w tymże północno-wschodnim kierunku, przez spalony Sobolów, przez skupioną koło drogi wieś Domaszewice, która jakimś cudem uszła pożaru.
W Sętkach postój. A potem nagłe zesunięcie pułku na południe, do Gąsior, dla podtrzymania akcyi 31. i 32. regimentów austr. obrony krajowej. Tamże bataliony nasze zajmują pozycye w lesie jako rezerwa: Komenda pułku w pobliżu. Z zapadem nocy, bardzo ciemnej, nastąpiło natarczywsze niż za dnia dzialanie, wzmógł się łoskot karabinów — rakiety: oczy świecące, zielone, wynosiły się raz po raz nad czerń otchłanną lasu.
Owinięci w płaszcze, leżymy na rośnej łączce. Kule przelatują niepokojąc. Każe pułkownik pionierom kilku, którzy znajdują, się w pobliżu, uczynić z darni pogródkę osłonną. Tedy możemy spać.
Rano — rozkaz pochodu dalszego. Linia bowiem oporu złamana: wróg się znów cofa. Idziemy w stronę wschodu: zaczem w kierunku Brześcia Litewskiego. Tam garną ludność zabraną. Tam rozbiją się fale pościgu o pierś żelazną twierdzy — jak pocieszają się moskiewscy jeńcy.
Przechodząc przez dział za lasem, nadchodzimy przy opuszczonych okopach kapelana i kilku infanterzystów z 32. regimentu. Pogrzeb żołnierza. Rzecz zwyczajna.
Schodzimy do wsi Zakrzewia. Przed obejściami spotykamy chłopskie wozy, naładowane dobytkiem wszelakim. Zdołały ujść zagarnięcia i wrócić. Ludzie też, którzy do poblizkiego lasu się schronili, teraz, gdy burza przeszła, wracają. Widzimy: dwoje staruszków, stuletnich może, pieczołowicie się prowadzi...
— Nam, panowie kochani, — seplenią ze łzami — na noc... w las... Wyrostek jakiś wynosi nam wodę. Oczy się mu radują.
— Z naszej wsi — mówi z dumą — poszło do was pięćdziesięciu, i brat mój z nimi. Mnie nie chcieli wziąć, bom zamłody. Poszli nie dawno, tydzień temu. Mieli się przekraść na Łuków.

Po kilku godzinach marszu, gdy dochodzimy lasu koło Kostanina, uderza oczy nasze mogiła w polu z krzyżem, darnią zrudziałą omszona: — widać, dawna. Ktoś, znający tę okolicę, objaśnia, że to mogiła chłopów-męczenników, że tu już za Kąkolownicą poczynają się zwarte wsi unickie, Podlasie.

W lesie pod Czołną. Telefon — ucho pułku.
W lesie postój godzinny. — Dojeżdża nas tu rozweselający »towarzysz broni« Kosiński, jeszcze z pod Czołny wysłany do Krakowa z pułku po zakupna. Goni nas z przeszkodami od Jastkowa.

Na odwieczerz wkraczamy do Kąkolownicy. Wieś duża, po obu stronach drogi wzdłuż ulicy rzędami zabudowań rozłożona, o domkach schludnych, bielonych, ogródkach przed oknami, czyni wrażenie zaścianka szlacheckiego. I ludność spotykana przedstawia się wdzięcznie. Wychodzą kobiety gościnnie przed progi, nierzadko z wodą, owocami, mlekiem. Wynoszą garnuszki białe na tacach, częstują.
Przychodzi rozkaz zatrzymania się we wsi — tajemne życzenie wszystkich.
Sztab pulku staje na plebanii kwaterą. Przyjmuje nas ksiądz podletni.
— Nie sądziłem — mówi wzruszony — że będę u siebie polskich oficerów gościł.
W nocy tu jeszcze gościł sztab rosyjski.
Schodzimy do sadu plebańskiego z ganku. Jakiż po przykrościach drogi kojący widok oczom! Wzdłuż ścieżek wysypanych: rządki lewkonii, astrów, groszku różno-kwietnego, rezedy... Dalej podściel zapraszająca trawników i zacień szeregu rzędów, w różne pochylonych strony, owocowych drzew.
— Owoców niema — objaśnia Ksiądz. — Moskale otrzęśli.
Wyrażamy zdziwienie, że szkód we wsi nie czynili. Wieś wygląda — jedyna zresztą spotkana — jak normalnego czasu.
— Tak, szkód nie znać — rzecze ksiądz. — Postawa ludu ochroniła. Przy odwrocie zaś nie mieli czasu. Zabrali tylko bydło gospodarzom za kwitami na jakieś 20 tysięcy rubli. Po pieniądze kazali jechać za sobą do Międzyrzecza. Ale nikt się nie kwapił. Każdy rozumiał, że z Międzyrzecza, gdy się linia posunie, trudno będzie już wrócić. Woleli stracić pieniądze, a w domu pozostać.
Na wieczerzy, którą podano w sadzie przy świetle świec na ustawionych stołach, gościli też z gronem oficerów Ekscel. Durski i szef sztabu kap. Zagórski.
Nazajutrz (tj. 14. sierpnia) o godz. 11-tej wymarsz.

Władysław Orkan - Drogą czwartaków od Ostrowca na Litwę (page 121 crop).jpg



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.