Faust (Goethe, tłum. Zegadłowicz)/Część druga/Złożenie do grobu

<<< Dane tekstu >>>
Autor Johann Wolfgang von Goethe
Tytuł Faust
Wydawca Franciszek Foltin
Data wyd. 1926
Druk Franciszek Foltin
Miejsce wyd. Wadowice
Tłumacz Emil Zegadłowicz
Tytuł orygin. Faust
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część 1
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część 2
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ZŁOŻENIE
DO GROBU

MEFISTOFELES  /  LEMURY  /  ROTY
NIEBIESKIE  /  CHÓR ANIOŁÓW

LEMUR
(solo)

Coś ten dom niedbale zbudowany,
leniwa snać łopata.

LEMURY
(chórem)

Tobie, gościu, w szatce konopianej
wystarczy taka chata.

LEMUR
(solo)

Coś to tę komnatkę — marne sługi!
przyładzić nie umieli.

LEMURY
(chórem)

Robiłeś, braciszku, ciągłe długi —
masz wielu wierzycieli.

MEFISTOFELES

Leży ciało; gdy dusza umknąć się ośmieli,
pokażę jej cyrograf prędko — krwią pisany.
Niestety tyle dzisiaj poznano forteli,
by djabłu duszę wyrwać! Świat jest strasznie szczwany!

Na stary sposób ani rusz — nie wolno!
Na nowy też niedojdę do dobrych wyników;
dawniej sam byłbym pracę wykonał mozolną,
lecz dzisiaj uciec muszę się do pomocników.

We wszystkiem źle się wiedzie nam bezsprzecznie,
na nic prawa; obyczaj stary jest wspomnieniem;
więc też budować na nim nie można bezpiecznie.
Dawniej wylatywała z ostatniem westchnieniem
dusza — więc czatowałem chytrze przyczajony —:
łaps! — i już ją jak myszkę pochwyciłem w szpony.
Dziś inaczej! Broni się i w ponurym mroku
ohydnego mieszkania trwa, w kiepskim zewłoku,
aż rozkładem zwaśnione żywioły się skłócą
i duszę wreszcie na łeb, na szyję wyrzucą.
Tak mijają godziny i dni pośród biedy
wciąż mnie dręczy pytanie: jak? i gdzie? i kiedy?
stara śmierć siły stradała rychliwe,
bo nawet czyli? jest już dziś bardzo wątpliwe.
Ileż-bo razy trupem wzrok mój się napawał;
gdzież tam! To złuda! Trup zadrżał i wstawał!

(wykonuje fantastyczne, nietoperze gesty zaklinania)

Do mnie! A prędko! Bierzcie za pas nogi:
do mnie kręcone, do mnie proste rogi!
Djabły wytrawne, piekła weterani,
piekielną paszczę przywleczcie z otchłani!
A ma dość paszczęk piekielny władyka,
któremi stany i godności łyka;
lecz, mniemam, trza na przyszłość postępować śmiele,
na cóż te segregacje, puste ceregiele!

(po lewej stronie rozdziawia się potworna piekielna paszcza)

Ostre kły sieką; z gardła wrzącej głębi,
płomień wybucha żagwią rozwścieczoną,

ukrop wrze krwawy, para wkrąg się kłębi,
bramy piekielne wiecznym ogniem płoną.

Płomienny przypływ lawą skrzącą wzbiera,
przeklęci płyną z nadzieją w pożodze,
lecz straszna szczęka miażdży ich i ściera —
grzeszni odnowa cofają się w trwodze.

Po zakamarkach nowości bez lików,
straszne tortury w tej piekielnej kaźni!
Dobrze czynicie! siejcie strach w grzeszników,
co piekło zowią kłamstwem wyobraźni.

(do djabłów tłuściochów z krótkiemi, prostemi rogami)

Baczność brzuchacze! pomiocie łakomy!
nażarty siarką bańdzioch wasz się świeci;
kark wyprężajcie wilczy, nieruchomy,
czy się tu znagła ogienek nie wznieci —;
a to duszyczka właśnie, psyche uskrzydlona!
wyrwijcie skrzydła, niech robakiem będzie!
Tedy mą cechą djablą naznaczona,
pojedzie w piekło w płomienistym pędzie.

Baczcie na odwłok, draby, z uwagą łakomą;
czy tam przebywa, akuratnie niewiadomo.
Lecz pono w pępku, mówią, rada miewa łoże,
uwaga! bo wam tędy łacno umknąć może.

(do djablów chudeuszów z długiemi, krętemi rogami)

A wy skrzydlate biesy, olbrzymi narodzie,
zapełnijcie powietrze, czekajcie w odwodzie!
Ostrzcie pazury kocie, czuwajcie na czacie,
gdy tylko zatrzepoce — cap! — i już ją macie.
Napewno ją już mierzi mieszkanie ponure,
a zresztą geniusz zawsze pragnie wzlecieć wgórę.

(glorja niebiańska rozświetla się od strony prawej)
ROTY NIEBIESKIE

Spłyńcie aniołowie,
niebiańscy posłowie,
duchy bożej rodziny —
ukojenie nieście,
popioły wskrzeście,
odpuśćcie winy —
wszystkim w przelocie
siejcie łask krocie
wielkiej nowiny!

MEFISTOFELES

Nagłego światła obmierzłe wytryski!
Chór rzępolący ohydnie fałszuje;
to te chłopięco-dziewczyńskie popiski,
w których dewotów zgraja się lubuje.
Wy wiecie o tem, że w przeklętej chwili
sprzysięgliśmy się na zgubę ludzkości;
wszelkie paskudztwo jakieśmy odkryli,
to właśnie pokarm waszej pobożności.

Idą świętoszki, litanjami dzwonią!
Niejedną duszę capli nam z przed nosa;
dziś nas zwalczają naszą własną bronią;
zakapturzonych djabłów pełne są niebiosa.
Przegrać — wstyd wielki! Na wszelkie sposoby
baczcie, pilnujcie na czacie grobowej.

CHÓR ANIOŁÓW
(sieją róże)

Balsamy wonne,
róże obronne,
życiem darzące,
rozkwitające —

ziemię umajcie!
Skrzydłami liści,
czarem okiści
w lot rozkwitajcie!

Wiosna wychynie z waszej zieleni,
pokój zmarłemu z waszej czerwieni.

MEFISTOFELES
(do szatanów)

Ejże! Strach podły djabli honor plami!
Stójcie! Niech sypią! — Stać mężnym szeregiem!
Anioły myślą, że temi kwiatami
ognistych djabłów zasypią jak śniegiem;
w oddechu waszym skurczy się, stopnieje
zamieć kwiatowa — jeno dąć jak z miecha!
Już deszcz różany w gorącu bieleje!
Dość! Dość! Za mocno! — Marna z was pociecha!
Zawrzyjcie pyski! Za silne te żary!
Że też w niczem zachować nie umiecie miary!
Róże się rozżagwiły, w zmożonej czerwieni
krążą wkoło zawieją trujących płomieni.
Wytrwać! Dzierżcie się ostro! Kupą czyńcie wstręty! —
Cóż — siły gasną —!— Tchórzą przerażeni! —
Napróżno! — Płoszy djabłów ten ogień przeklęty.

CHÓR ANIOŁÓW

Błogosławione kwiecie!
Płomienie radosne!
Miłość siejecie,
rozśmianą wiosnę —
w serca tęskniące.

Słowa prawdziwe
w modrościach jaśniejące!
Zastępy wieczyście szczęśliwe
wzlatują w słońce.

MEFISTOFELES

Wstyd! Wstyd! Przekleństwo, głupia zgrajo!
Na łbach rogatych djabły stają,
kozły machają — zestrachane! —
i rzycią mierzą w otchłań piekła!
Oby was smoła na wiór spiekła!
Ja przedsię tu zostanę!

(walczy ze spadającemi różami)

Precz błędniki odemnie! — Choć bystro płoniecie —
cóż —?— chwytam was, jak nawóz w ręku próchniejecie!
Precz! Przepadnij! Umykaj paskudny ogarku!
Dotknął mnie — jakby siarkę poczułem na karku.

CHÓR ANIOŁÓW

Co nie wasze — niechajcie —
nanic tu jasna władza,
z odwagą odrzucajcie,
co sercom waszym przeszkadza.

Lecz na głos możny, siły walne gromadźcie,
miłość i miłujących w niebo prowadźcie!

MEFISTOFELES

Płonie mi serce, wątroba i głowa
ponadszatańskim żywiołem!
Nad żary piekieł ta przemoc ogniowa
większa — — i teraz dopiero pojąłem
owe męki kochanków, rąk załamywania,
gdy nawet wzgarda wymóc nie może rozstania.

Więc jestem zakochany?! — Czemże pociągacie
mnie — wy, z którymi żyję w odwiecznym rozbracie!
Zawsze patrzyłem na was zły, nieprzejednany,
a oto czuję w piersiach czar mocy nieznanej!
Rozkoszni, piękni, młodzi — trudno temu przeczyć —
chciałbym, coś mnie wstrzymuje, nie mogę złorzeczyć!

Któż dudkiem jutro będzie? — już sam z siebie szydzę,
jeśli ja wystrychnięty zostanę na dudka? —
Ta gromada chłopczyńska, której nienawidzę,
taka powabna strasznie, nadobna, milutka!

Dzieciaki lube! Radość we mnie wzbiera:
wszakże jesteście także z rodu Lucyfera?
Takie śliczne! Pozwólcie, że was pocałuję;
w samą porę przyszłyście; tak się swojsko czuję,
jakbym was znał oddawna — — tak sobie lecicie,
a ja jak kot się prężę lubieżnie i skrycie;
coraz wabniejszem zdacie się olśnieniem,
o, zbliżcie się, uraczcie mnie jednem spojrzeniem!

ANIOŁOWIE

Już idziemy! — Dlaczego umyka twa postać?
Zbliżamy się — zaczekaj, jeśli zdolisz zostać.

(aniołowie zstępują)
(zajmują całą przestrzeń)
MEFISTOFELES
(zepchnięty na proscenjum)

Potępionemi zwiecie nas duchami,
a wy jesteście, wy! czarownikami,
bo uwodzicie i baby i chłopów.

Cóż za przygoda! Stoję wśród ukropów,
płomieniem bucha rozżarzone ciało!
Więc to jest miłość? — Cóż to się podziało?

Fruwacie wkoło, ziemią stopa wasza gardzi;
pragnę by ruchy wasze były świeckie bardziej;
z powagą wam do twarzy, pięknie, ani słowa,
lecz uśmiechnięty buziak, ach! to rozkosz nowa!
Doprawdy, do cna spłonę w wieczystym zachwycie,
kiedy na mnie miłośnie, zalotnie spojrzycie,
tak jakto zakochani: buzia w ciup, a oczy
rzęsami przysłonięte niecą żar uroczy.

Twój, dryblasku kochany, powab mnie zwycięża,
jeno poco ten smutek? poco mina księża?
Okraś spojrzenie swoje szczyptą lubieżności!
A wy noście się śmiało! Za mało nagości!
ta koszula fałdzista zbyt dewocją trąci — —
odwracają się! — Kształty okrągłe, prześliczne!
Uroki niezrównane! Aż się w głowie mąci!
Psiejuszki miłe! Strasznie apetyczne!

CHÓR ANIOŁÓW

Stań się światłością, płomieniu miłujący!
W prawdzie skąp potępionych uzdrawiającej.

Niech szczęście zło przemoże! — Wami bezpieczny
duch odnajdzie zbawienie w wspólności wiecznej.

MEFISTOFELES
(opamiętał się)

Cóż to się ze mną dzieje?! — Jak Hiob pokryty
cały jestem wrzodami — i grozą przybity.
A jednak tryumfuję! — gdy myśl swą przemierzam,
sobie i pochodzeniu ufam i zawierzam;
o zacna krwi djabelska, przecież jesteś górą!
Czarodziejstwa miłości wyłażą ci skórą!
Przeklęty płomień już się wypalił, nie piecze;
przeklinam w żywy kamień, w czambuł wam złorzeczę!

CHÓR ANIOŁÓW

Płomienie święte! Kogo wy otoczycie,
ten szczęsne, z wybranymi, poczyna życie.

Razem, razem się wznośmy w chwale, w podziwie!
W atmosferze przeczystej niechaj duch żywię!

(w locie unoszą nieśmiertelność Fausta)
MEFISTOFELES
(spoziera wkoło)

Gdzież te młodziki? — Już w górze kołują!
Chytrzy! podeszli mnie w chwili ospałej —
z łupem ku niebu prosto ulatują!
Szczwani! Tak długo koło grobu łasowali,
aż mi skarb wielki, jedyny, wspaniały,
aż mi tę duszę, zastaw mój, porwali!

Przed kim-że się użalę w tej posępnej głuszy,
choć sobie słuszne prawo roszczę do tej duszy?
Tak mi zmydlono oczy — na me stare lata!
Bardzo szkaradnie los mną przeciwny pomiata!
Lecz zasłużyłem! Ostatni kiep ze mnie!
Tyle zachodu i wszystko daremnie!
Oto na dudka szczwany djabeł wystrychnięty,
przez żądze ordynarne miłostki namiętnej.
A jeśli dziś płochości szalonej, dziecinnej
zawdzięczam wielką klęskę w tej całej robocie —
to przyznać muszę szczerze, że sam jestem winny,
bo się oplątać dałem przy końcu głupocie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Johann Wolfgang von Goethe i tłumacza: Emil Zegadłowicz.