<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Gość z zaświatów
Rozdział Ostatni dzień na ziemi
Wydawca „Tygodnik Mód i Powieści“
Data wyd. 1903
Druk Akc. Tow. S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Wonderful Visit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
X.
Ostatni dzień na ziemi.

Nazajutrz z rana samego, zaraz po śniadaniu udał się anioł ku bagniskom Sidderfordzkim, a skoro tylko zamknęły się za nim drzwi wikaryi, wsunęła się do sali jadalnej pani Hinijer, której raportu nie widzimy koniecznej potrzeby przedstawiać tutaj szczegółowo. To tylko możemy zaznaczyć, że w miarę, jak jej opowiadanie zyskiwało na kolorycie, twarz poczciwego księdza zasępiała się coraz widoczniej.
— Potrzeba, żeby wyjechał — tak jest — on musi odjechać! — powtarzał ciągle do siebie.
Ale i to trzeba powiedzieć, że pod naciskiem decyzyi głównej, która stanowiła dlań smutną konieczność, oskarżenia cnotliwej niewiasty bladły i schodziły sobie na drugi plan. Potrzebował teraz wikary Hilyer za wszelką cenę zająć się czemś użytecznem, czego wymagała chwila, i zabrał się też do notatek z rożnego rodzaju cenników konfekcyi męzkiej, którą miał nadesłaną przez firmę Skiff i Waterloo. Na później odłożył sobie inseraty lekarskie, scholastyczne i duchowe. I coraz więcej przybywało linij na arkuszu rozłożonym, a jednocześnie wyciął z prospektu centymetr z podziałką i przyszpilił go dla pamięci na firance okna. Tymczasem wypracowanie wikarego zawierało taką treść:

1. Okrycie wierzchnie z szewiotu ciemnego (Próbki?). Cena 3 f. 10 szylingów.
2. 2 pary spodni.
3. 1 garnitur wizytowy.

Chcąc odrazu wskazać modele ubrań pożądanych, zapuścił się wikary w drobiazgowe studya nad książeczką prospektową, i wybierał kostiumy, które jego zdaniem przypadały najlepiej do postawy i fizyonomii anioła. W ogóle jemu, o ile się zdawało, przypadać będzie każdy, ale należało się decydować, bo sześć dni dobiegało do kresu, a temu biednemu siódmy tylko już pozostawiony był z łaski sir Johna Gotch na pobyt w Siddermorton. Miał wprawdzie wikary początkowo myśl zawiezienia swego gościa do Portburdock i oddania go tam w ręce miejscowego krawca, ale ci ludzie na prowincyi tacy są wszyscy ciekawi, niedyskretni, a przytem obcesowo-brutalni, że mnóstwo komplikacyj można było z tego tytułu przewidywać, i dlatego zamiar ten został ostatecznie zaniechany. Niechaj już będzie lepiej Londyn; — w Londynie przynajmniej utonie wszystko, jak w morzu. Te i wiele innych względów raz jeszcze rozważywszy, pisał nasz ksiądz dalszy ciąg swego regestru:

4. 1 kapelusz słomkowy męski nr. 9 — szyll. 8 pensów 6.
5. 1 kapelusz jedwabny szyll. 14 pensów 6. Pudełka do kapeluszy.
Cylindrowy kapelusz (bo jakże obejść się bez tego chłopcu tak pięknemu, jak on) Format nr. 3 (bo to najbardziej będzie mu do twarzy). Ale to okropna rzecz pomyśleć, jaki on tam będzie samotny w Londynie! Jego nikt nie weźmie za to, czem jest wistocie, a jemu człowieka tamtejszego jeszcze trudniej będzie zrozumieć, niż tu na miejscu: Gdzież to ja się zatrzymałem? Aha!.. cylinder. Piszmy zatem dalej:
6. Cylinder 15 szyllingów 12 pensów.
7. 1 szczoteczka do zębów, 1 szczotka, 1 grzebień. Razem nn. Brzytwa? — Nie potrzeba brzytwy.
8. 1 tuzin koszul (trzeba wziąść miarę jego szyi).
9. Pantofle ranne (miara nóg potrzebna także) — podkreślić!
10. 1 tuzin kołnierzyków 8 szylingów.
11. 1 para szelek. Oxon Patent (elektryczne). Jak on będzie nosił te nieszczęśliwe szelki? Prawdziwa bieda!
12. Bilety wizytowe..? No, dobrze, ale co na nich napisać? I o tem trzeba pomyśleć, bo przecież musi mieć jakieś nazwisko!
13. Atrament do znaczenia bielizny wraz z pieczątką kauczukową (na co jemu się przyda znaczenie bielizny, kiedy jego każda praczka w Londynie obrabuje do szczętu, jak tylko spostrzeże się z kim ma do czynienia, a to przecie nie trudno.)
14. Scyzoryk z jednem ostrzem, z grajcarkiem (ano jużciż z grajcarkiem, choćby do wody kolońskiej) 1 szeling 6 pensów.
NB. Nie zapomnieć o spinkach do mankietów, kołnierzyków itd. itd.
15. Kuferek skórzany.

Takiem zajęciem mechanicznem wypełnił sobie wikary czas cały, aż do drugiego śniadania, ale anioł na śniadanie się nie zjawił. Nie było właściwie w tem nic szczególnie niepokojącego, bo nie raz już zabałamucił się on gdzieś na swoich dłuższych wycieczkach, tylko przy dzisiejszem rozdrażnieniu każda najdrobniejsza okoliczność budziła w wikarym niebywałe, w stanie normalnym, trwogi. Przykro zbiegł mu czas tego lunchu. Popołudniu spoczywał chwilę tak, jak to miał we zwyczaju, i jeszcze dopisywał ciągle jakiś nowy artykuł na długiej liście sprawunków, ale już przy herbacie uczuł się niefortunny opiekun tak wzburzonym, że na pół godziny całe zatrzymać kazał podanie. Zdecydowawszy się nareszcie, za pierwszą poniesioną do ust łyżeczką napoju odezwał się głośno:
— To szczególne, jak ja się będę czuł osamotnionym po jego odjeździe!
Czas obiadu zbliżał się zwolna, ale nieobecnego daremnie wyglądał wikary. Wyobraźnia tego ostatniego zaczynała galopować niepokojąco.
— No, przecież dotąd ani razu nie uchybił, — powtarzał sobie gwoli zaspokojenia.
Słońce wyszło z za chmury i rzucało światu na pożegnanie całą kaskadę purpurowego światła; po przeciwległej stronie widnokręgu wynurzała się melancholijnie blada twarz księżyca, a jako heroldy wieczornego zmroku rozlegały się w powietrzu żałobne poświsty ptactwa, ciągnącego na błota Sidderfordzkie.
Pani Hinijer w obawie, aby się cały obiad nie popsuł, kazała podać wazę.
— Zupa na stole! — zaanonsowała, stojąc we drzwiach biblioteki.
Wikary raz jeszcze wyjrzawszy przez okno, zszedł powoli ze schodów. Jakieś nieokreślone, trwożne przeczucia uchwyciły go za gardło i nie pozwoliły przełknąć pierwszej nawet łyżki. Co się stało z tamtym? Dania sprzątano nietknięte jedno za drugiem, a wikary, zdenerwowany zupełnie, powrócił do biblioteki; tam zapalił swoją patentowaną lampę, aby znaleźć książkę do czytania, którą zabrać chciał ze sobą do sypialni.
Gdyby kto był tego systematycznego człowieka zapytał w tej chwili, azali zapałkę z ogniem położył na metalowej popielniczce, jak to zwykł był czynić zawsze, nie mógłby on poręczyć na pewno. I słusznie zupełnie, bo nie oglądając się po za siebie, rzucił ją w kosz pełen papierów, poczem przykręcił lampę i zbiegł szybko na dół.
A teraz, Szanowny Czytelniku mój, pożegnaj wraz ze mną poczciwca wikarego z uwagi, że się z nim więcej w tem opowiadaniu nie spotkasz.


Sir John Gotch, nie zapominając ani na chwilę o swojem nadwerężonem oparkanieniu, jechał konno drogą polną, prowadzącą ku jezioru; myślał on właśnie o upływającym terminie, który zostawił księdzu na załatwienie się z wysyłką tego buntownika, gdy naraz, jak gdyby na przekorę ujrzał z po za drzew wysmukłą postać młodego demagoga, ktorego widok sam popędził mu krew do głowy.
— Niech mię dyabeł porwie! — zaklął w tej chwili energicznie, jeśli ja pozwolę sobie dłużej urągać temu włóczędze.
Podniósł się na strzemionach, skrócił koniowi cugli i zawołał:
— Ej! ty, tam! Co tu robisz?
Anioł obrócił się z bezkłopotliwym zupełnie uśmiechem na twarzy.
— Zrozumiałeś, czy nie? Kto ci pozwolił chodzić tędy?
Ta sama, co poprzednio, pozycya — ten sam uśmiech.
— Żebyś mi tu ani jednej chwili dłużej nie został!
— Dlaczego?
— Ja ci się tu będę tłumaczył!.. Precz, mówię!
— Ani mi to w głowie! — odparł zaczepiony z zupełnym spokojem.
Patrzyli tak na siebie przez kilka minut, wreszcie powziął, jak widać, sir John decyzyę jakąś, bo zszedł z konia i stanął w postawie wyrażającej determinacyę.


Wypada teraz, abyśmy pozwolili autorowi na krótką dygresyą, bo pełen on jest obawy, aby sceną, która niebawem nastąpi, nie zdyskredytował legionów anielskich. Przypomnijże sobie łaskawie ty, który to czytać będziesz, że bądź co bądź, ów duch wybrany z Zaświatów, na padół łez naszych spadły, od dwóch już tygodni oddychał atmosferą ziemską zatrutą jadem nienawiści, i że na tej zmianie warunków bytu ucierpieć musiały koniecznie nietylko loty jego i blask twarzy zewnętrzny, ale że taki, który jadał, sypiał, doświadczał krzywd i przykrości, odbył już część tej ciernistej pielgrzymki, po której kroczy ludzkość cała. Jednem słowem, z każdą chwilą rozwiewało się jego anielstwo niepowrotnie, a wzrastały jego duchowe wspólności z istotami, zamieszkującemi tak zwaną przezeń krainę snów. Niechajże ci to, Czytelniku wyrozumiały, wystarczy jako objaśnienie.


— Więc ty nie myślisz wynosić się do szatana? — wołał sir John, którego twarz nabrała purpurowej barwy.
Ku chwale tego anioła powiedzieć musimy, że nietylko nie miał wyglądu takiego, jaki miewa przerażony, ale się, owszem, wprost powiedziawszy, litościwie uśmiechnął, a bodaj, że nawet ruszył ramionami.
Oto, co może ziemia i jej wpływy!
— Po raz ostatni odzywam się do ciebie, — wołał Grotch, zatrzymując się w odległości trzech metrów. Blady był z gniewu i trzymał cugle wierzchowca swego w jednej a szpicrutę w drugiej ręce.
Anioł zaczynał doświadczać poraz pierwszy nader szczególnego dreszczu, który przebiegał całe jego ciało. Był ten dreszcz zbliżonym bardzo do tego, który go przejmował wówczas, gdy łamał druty oparkanienia, ale tym razem czuł, że objaw jest stopnia o wiele wyższego. Pod wpływem tego prądu zaczął i on teraz mówić głosem podniesionym, a wargi drżały mu od wewnętrznego wstrząśnienia:
— A ty, kto jesteś, żebyś się ośmielał mnie dawać rozkazy? Czem jest to życie całe, jeśli się na nie składają ludzie podobni tobie?
— Wszak ty, nie kto inny, posunąłeś szaleństwo, aż do napaści na oparkanienia mego ogrodu?
— Twoje oparkanienia? A to się masz czem pochwalić, jeśli twoim pomysłem są te zęby i kolce!
— Wszak ty miewałeś kazania treści anarchistycznej? — wołał sir John, zaledwie mogąc chwycić oddech, tak dalece nań podziałało zuchwalstwo młodzieńca. — Otóż widzisz, włóczęgo, ta ziemia jest moja — moim ten las, równie jak park, który mi wolno było zabezpieczyć, jak mi się podobało, przeciw wszystkim podobnym do ciebie złoczyńcom. Znam ja was wszystkich! siejecie nienawiści, budzicie niezadowolenia wśród ludzi pracy, i dlatego zapowiadam ci, że jeśli w tej chwili nie zejdziesz mi z oczu dobrowolnie...
— To co? — pytał wyzywająco młodzieniec, postępując, mimo wiedzy, krok naprzód.
— A oto widzisz co! — zaryczał oszalały w uniesieniu skwir, i podniósł w górę szpicrutę, trzymaną dotąd ku ziemi.
Ale w tej chwili stało się coś nadzwyczajnego. Ten, któremu zagrożono uderzeniem, w stanie zupełnej nieświadomości wzniósł się nagle w górę; jego skrzydła rozwinięte zatrzepotały w powietrzu wielkim szumem, wraz z tem szpicruta wyrwana z ręki sir Johna zawisła nad jego własną głową, a dłoń, która ją trzymała, zdawała się tak potężna, jak potężna była gniewem i oburzeniem twarz młodzieńca, który dokonał całego aktu z takim rozmachem i pewnością siebie, jak gdyby go już po wiele razy był praktykował. Tymczasem było to u niego wybuchem mimowiednym — pierwszym i jedynym. Niemniej radził sobie, jak najdoświadczeńszy w takich sprawach szermierz. I w jednej chwili na twarzy skwira zarysowały się dwie sine, przecinające się na krzyż, pręgi, a gdy atakowany w tak niespodziany sposób zasłaniał tylko instynktownie oczy przed ciosami świszczącej w powietrzu jego własnej szpicruty, sypały się, niby grad, na jego głowę uderzenia coraz silniejsze, przerywane tylko głosem tego, który sobie za wszystkie naraz krzywdy i upokorzenia, doznane od ludzi, płacił jednym zamachem.
— Masz, co ci się należało oddawna, ty gburze! masz to, co się należy tobie i wszystkim do ciebie podobnym, za waszą pychę i wasze kłamstwa. Masz za te wszystkie mroki, którymi świadomie osnuwacie istnienie podobnych sobie ludzi. Masz za to, że przed ludźmi zajmują u ciebie miejsce twoje psy i konie. Masz jeszcze i jeszcze!..
I z przedziwną, jak na nowicyusza, intuicyą, wyszukiwał anioł na powierzchni ciała sir Johna miejsca najczulsze.
Nakoniec skwir, który miał dosyć, a raczej miał już za wiele tej akcyi wcale nieanielskiej, zaczął wielkim głosem wołać o pomoc. Dwa razy już blizkim był nóg swego przeciwnika, ale niepodobna było opędzić się i sile, i gęstości razów tego uczłowieczonego gościa z Zaświatów, nakoniec zwyciężony, przestał się zasłaniać, przestał wołać ratunku i jak massa bezwładna, osunął się na ziemię. Był nieruchomy zupełnie.
Na ten widok opamiętał się i anioł w swoim gniewie; rzucił od siebie narzędzie kary i stanął nad ofiarą swoją blady, chwytający z trudnością oddech, a jak gdyby się dopiero obudził z jakiegoś snu złowrogiego, rozglądał się naprawo i nalewo, rzucał wzrok ku niebu, zupełnie, o ile można było mniemać, niepomny tego szczególnego wybuchu namiętności, któremu uległ przed chwilą. Słońce zapadało za odległe bory, cisza jakaś i spokój uroczysty spowijały całą przyrodę. Rzucił wzrokiem dokoła, następnie spojrzał na ziemię i dostrzegł zeschłe liście, wśród których widać było tu i owdzie włosy ludzkie, a na nich świeże krople krwi czerwonej. Ramiona opadły mu bezwładnie i purpura twarzy błyskawicznie ustąpiła miejsca bladości, cechującej przestrach.
— To jest boleść, a ta boleść, to dzieło rąk moich.
Przy szybkiem kojarzeniu myśli, właściwem takim momentom ważnym, zwrócił uwagę na tę nieruchomość, która mu się wydała złowróżbną, i wślad zatem zawołał głosem, który mu się zaledwie dobył z gardła:
— Wstawaj!
A gdy leżący nie odpowiedział na takie wezwanie ani jednem drgnięciem, powtórzył ten wyraz, ale głosem już o wiele łagodniejszym — niemal proszącym:
— Wstawaj — obudź się!
Ale ten człowiek zwyciężony był głuchy, niemy i bezwładny. Postał tak jeszcze nad nim kilka chwil, oglądał się, wreszcie owładnęło nim samym nagle przerażenie niewypowiedziane, i odwróciwszy się od tej nieruchomej bryły ciała, poszepnął zduszonym głosem:
— Nie żyje!... zabiłem!...
I popychany niepojętą obawą, biegł przez zarośla, jak obłąkany.


A tymczasem sir Jon Gotch dosyć był był daleki od stanu, o który go w naiwności swojej pomawiał nieszczęśliwy gość z Zaświatów, bo zaledwie odgłos kroków uciekającego przycichać zaczął, podniósł ostrożnie głowę od ziemi, następnie podparł się łokciem, a wreszcie stanął na obu nogach.
— Na Jowisza! Ten Crump miał rozum nie ladajaki! A to mię urządził, kanalia! Patrzajcież — i głowie się dostało...
A dotknąwszy tych dwóch szram na twarzy, z których ciepła krew nie przestawała się sączyć kroplami, zawołał:
— Widać, że trzeba się dobrze namyślać, zanim człowiek zaczepi warjata. Może być, że wistocie ma on we łbie wszystko pomięszane niby groch z kapustą, ale za to pięść w porządku u niego. Do psa! a toż mi obciął szelma kawałek ucha także. A tu na domiar wszystkiego ten z piekła rodem koń pogalopował sobie do domu — to się dopiero przestraszy panienka! Będą mdłości, spazmy i wiele innych rzeczy — dzięki niebu, nie groźnych tak dalece. Ale jak to opowiedzieć ludziom! Bodajeś się pod ziemię zapadł, hultaju jeden! Coś muszę jednak wymyśleć. Widzę, że trzeba będzie zamiast kolczastych ogrodzeń, stawiać strzelnice automatyczne i żelaza podobne, jak na wilki, lub lisy. Niech sobie potem stróże bezpieczeństwa i prawnicy łby urywają!


W przekonaniu, że John Gotch wyzionął ducha na miejscu spotkania, jak gdyby gnany przez furyę, pędził anioł ku wikaryi. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy, co tam opowie, ale potrzebował znaleźć się jak najdalej od fatalnego lasku. I zdało mu się, że cała otchłań bezdenna życia, wszystkie namiętności, boleści i niedole jego wyciągały nad zbiegiem swoją dłoń karzącą, że go opasywały żelaznymi pierścieniami i przykuwały do wszystkiego, co mu się od pierwszego dnia pobytu na ziemi wydało w życiu człowieka najbardziej godnem wstrętu i pożałowania. Chwilami wołał z głębi piersi:
— Potrzebaż było, abym ja ubroczył we krwi ręce moje — ja, którym nie znał dotąd, ani boleści, ani uczucia gniewu, ani nienawiści! Zstąpić na ten padół ziemski, znaczy to upaść. Pragnienie, głód, namiętności! Tu trzeba bić się, aby zyskać prawo do życia.
Opuścił dłonie z rozpaczą i spojrzał przed siebie. Ani sobie zdawał sprawy, jak długo było tego biegu szalonego, ale to widział, że jest przy ogrodzie wikarego; tylko to miejsce tak dobrze mu znane szczególnie jakoś odbijało dzisiaj na tle nocnej pomroki.
Zkąd ta dziwna jasność, te snopy iskier strzelających ku niebiosom, a nadewszystko ten głuchy zgiełk zmięszanych głosów ludzkich dokoła cichej, ustronnej wikaryi?
Przyśpieszył kroku, wydostał się z gęstwiny drzew i krzewów parku i stanął nagle osłupiały pod wpływem obrazu, o którego grozie szczególnej pojęcia nie miał dotąd. Wikarya płonęła, jak jedna pochodnia. Z dachu, którego nagie krokwie już tylko pozostały, wybuchały chwilami iskry; pierwsze piętro gorzało w połowie, druga połowa przedzielona od płonącej klatką schodową, zdawała się dotąd opierać niszczącemu żywiołowi.
Anioł osłupiał. Rozumiał, że się dzieje coś tragicznego, ale sobie tego nawet nazwać nie potrafił. Naraz uderzył słuch jego gwar ludzki, którego zdań pojedynczych nie pojmował zrazu.
— Szalona dziewczyna! — wołał ktoś w tłumie.
— Wróć się! Zginiesz niechybnie! — Ostrzegał jakiś sopran kobiecy.
— Mówcież tu z waryatką, która powiada, że musi ocalić jakieś skrzypce. Ważne rzeczy skrzypce, żeby się ktoś dla nich narażał na śmierć niechybną!
Teraz zrozumiał wszystko. Zajęci losem tego ginącego młodego dziewczęcia, niezauważyli ludzie, że się ktoś wśród nich gwałtownie przeciskał, że stanąwszy potem na gruncie wolnym, na który dla nieznośnego żaru nikt się już odważyć nie śmiał, młodzieniec jakiś w dwóch skokach przebył tę przestrzeń, i zanim go zdołano zatrzymać, wbiegł na płonące schody wikaryi.
W tej chwili zapadł się właśnie sufit nad pokojami położonymi na parterze, a potem...
Potem już tylko orgia rozszalałych płomieni, a wśród nich wielki wybuch i jeden olbrzymi w niebo sięgający bukiet iskier i cisza, niezmierna, uroczysta, w której zamarły oddechy i zatrzymały się bicia serc u świadków tej sceny.
Byli tam między uczestnikami ratunkowej akcyi tacy, a powiedzmy odrazu, że stanowili oni większość, którzy przez chwilę, przez krótką tylko chwilę, równocześnie zupełnie z tym szczególnym wieńcem płomieni i wielobarwnych iskier ujrzeli dwie jakieś uskrzydlone postaci, unoszące się ku firmamentowi. Inni nie widzieli tego zjawiska, ale za to słyszeli przez jedno mgnienie oka jakieś akordy harmonii nieznanej, które, jeśli można było do czego porównać, to chyba tylko do tej muzyki, którą około północy, od jakiegoś czasu słychać było codziennie z okien wikaryi.
Aby powiedzieć prawdę, to jeden znalazł się tylko taki, który ani widział, ani słyszał, ale z tym nie było się co liczyć, bo wzrok miał krótki z urodzenia, a na starość przygłuchł cokolwiek. Był to niejaki Gaffer Siddons, stolarz z professyi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Herbert George Wells i tłumacza: anonimowy.