Karol Śmiały/Tom III/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Karol Śmiały
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1895
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Charles le Téméraire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV.
Herold angielski.

Jak przepowiadał Hagenbach, książę był zrozpaczony, utracił on bowiem za jednym razem i wiernego sługę i bogatą prowincję.
Zawarł on też traktat z Edwardem na mocy którego dał mu Francję, a dla swojej osoby zatrzymał Nevers, Szampanję i miasta nad rzeką Somą.
Traktat ten podpisany został przez księcia w d. 25 lipca 1474 r.
Poczem książę powrócił do swojej armji, która od dwunastu dni oblegała małe miasteczko Neus.
Neus zależało od arcybiskupa Kolońskiego.
Arcybiskup Robert de Baviere, w kłótni ze swą kapitułą, odłączył się od cesarza a wziął sobie za obrońcę księcia Burgundzkiego. Ten ostatni zatem wysłał do Neus rozkaz, aby się miasto poddało, lecz heroldzi jego byli znieważeni, ich bron rzucona w kałuże błota, a panowie tej prowincji, którzy równocześnie pełnili obowiązki duchowne, będąc kanonikami kapituły, wybrali na arcybiskupa Hermana Heus, brata landgrafa, tego samego, który później nazwany został Hermanem Pokojowym.
W dniu 15. lipca nowo obrany arcybiskup przybył do Neus. Sprawował on tam swoje rządy od lipca 1474 roku do tegoż miesiąca 1475 roku.
Niebo zachmurzyło się nad głową księcia Burgundzkiego, zdawało się, że go już nawet i szczęście opuszcza; gdy zaś przestrogi i napomnienia zsyłane przez Opatrzność zwykle objawiają się nawet w najdrobniejszych oznakach, książę wcale tego niezauważył i raz postanowiwszy zdobyć miasto, niezaprzestał oblężenia, lecz przeciwnie z tem większą zaciekłością dalej takowe prowadził.
Oblężeni, z tego tytułu nabrali większej odwagi, boć im na jedno wypadało, czy zginąć po zdobyciu miasta, czy zginąć w czasie jego obrony. Zresztą książę Burgundzki, jakkolwiek nosił tytuł „Straszliwego“ nie należał do wybranych, do niezwyciężonych.
Młody René z Lotaryngji, któremu niegdyś książę Burgundzki chciał zabrać księztwo Lotaryngskie, zawarł układ z królem francuskim. Ponieważ dziadek Rene’go stary król René, chciał go wydziedziczyć, aby Prowancją, która należała do Renego, oddać księciu Burgundzkiemu, przeto Ludwik XI. wziął Anjou jako zastaw.
Szwajcarzy zaś ze swej strony wypowiedzieli księciu wojnę, wpadli do Franche Comté i wygrali bitwę pod Hericourt.
Szwajcarzy w owej epoce należeli do znakomitych wojowników, co dowodzi przedewszystkiem ich siła i stanowczość z jaką oswobodzili się niedawno od panowania austrjackiego.
Ludwik XI już daleko wcześniej, mianowicie w batalji pod św. Jakóbem, zapoznał się z nimi i jakkolwiek zostali przez króla francuskiego pobici, zapamiętał jednak Ludwik dobrze ten ich hart duszy, z jakim walczyli i szli na śmierć niechybną.
Szwajcarowie to wraz z Anglikami przekonali świat, czem może być piechota w dalszych bojach i w strategji wojennej, to jest, że piechota jest tem tłem dla każdej walki na którem dopiero rozwinąć się może cala skrupulatność ruchów i obliczeń strategicznych.
Pomiędzy piechotą szwajcarską i angielską ta tylko zachodziła różnica, że łucznicy angielscy walczyli z odległości, gdy tymczasem pikinierzy szwajcarscy walczyli w ręcznym boju, ścierając się ciało z ciałem, człowiek z człowiekiem; daliej dla zbliżenia się na pewien dystans trzymali piki w połowie, gdy w innych wojskach pikinierzy trzymali je tylko za końce.
Ci górale byli przekonani, a doświadczenie stwierdziło o nieomylności ich sądów, mianowicie: że skoro działać będą zgrupowani w wielkie kolumny, w masy ścisłe i pójdą naprzód choćby z oczami zamkniętemi, halabardy trzymając przed sobą, rozbiją najsilniej broniące się armje.
Rzeczywiście trzymali się tego systemu i zazwyczaj ściśnięci w kolumnę przypuszczali atak zamykając oczy.
Nic też nie mogło oprzeć się tym ludziom posiadającym tak olbrzymią życiową siłę, bo nawet śmiertelnie ranni nie zaprzestawali boju, trucizna chyba mogła mieć do nich przystęp. Mogli być otruci, ale nigdy nie zwyciężeni.
Przeczytajcie co o nich w sześćdziesiąt lat później pisał: Loyal serviteur. „ Wiedzą dobrze jak Szwajcarzy piją, bo dziś nawet utrzymuje się jeszcze przysłowie: Pije jak Szwajcar. Włosi, opowiada Fleuranges, zatruwali nie tylko wodę, ale nawet wino, w tych wsiach i miastach, przez jakie przechodzili Szwajcarzy. Mimo to Szwajcarzy pili wino zatrute i byli zdrowi jak nigdy“.
Otóż z temi to dzielnemi bojownikami książę burgundzki wszedł teraz w kolizję.
Król Ludwik XI, jak już powiedzieliśmy, układał się z niemi. Kantony zdecydowały się dostarczyć mu wojowników za cenę 4 floreny i pół na miesiąc od każdej głowy — liczba najemników wojennych wynosiłaby w takim razie, na każde zawołanie króla, sześć tysięcy. Za takie właśnie wynagrodzenie ofiarowali się prowadzić wojny i pomagać mu w takowych. Mógł zaś zrzec się ich pomocy, jeżeli zapłaci im rocznie 20 tysięcy florenów, które na wszelki wypadek były złożone w kasie w Lyonie.
Książę burgundzki, który miasto Neus uważał jako drobny kąsek, wystarczający mu na śniadanie, i który miał zamiary stanowcze co do Francji, trzymał przed tem miasteczkiem nie jedną tylko ale cztery wielkie armje, mianowicie: lombardzką, którą przyprowadził mu Jakób Sabaudzki — angielską, wynajętą od króla Edwarda — francuską, zebraną przez księcia w należących do niego miastach, nakoniec niemiecką. A przecież z temi czterema armjami nie był w stanie zdobyć miasteczka Neus.
Oblegający w owych miastach, rozłożonych na ogromnej przestrzeni, stanowili większy obszar niż zajmowało go owo miasto.
Karol kazał zbudować dla siebie dom, skąd wysyłał oblężnicze oddziały, ciągle trzymał armje swe pod bronią — sam zaś miał uzbrojenie gotowe na stoliku przy łóżku nawet podczas snu. Mówią, że ta gotowość do walki, to nierozstawanie się z bronią było skutkiem ślubu jaki uczynił.
W tym też czasie otrzymał on mnóstwo wiadomości, które doprowadzały go już nie do gniewu i wściekłości, ale poprostu do szaleństwa.
Wiadomości te brzmiały straszliwie:
Luksemburg został zdobyty przez niemców.
Perpignan, napowrót odebrali Aragończycy.
Ludwik XI naszedł Pikardję i zajął ją.
René de Vaudemont, to jeszcze dziecko, stawiał mu opór i walczył przeciwko Karolowi ogniem i mieczem.
Jego forteca, prawe oko w głowie, prawa ręka, jak się sam książę burgundzki wyrażał, poddała się nieprzyjacielowi, po krótko trwającym oporze.
Anglicy, których się nieustannie spodziewał, na których przybycie czekał z niecierpliwością, nie przybywali.
Nakoniec miastu Kolonji pospieszył sam cesarz niemiecki z pomocą — armja jaką wystawiło wówczas państwo niemieckie, składała się: z dziesięciu książąt, piętnastu hercogów i margrabiów, sześciuset dwudziestu pięciu rycerzy i kontyngensu zebranego z 68 miast cesarskich.
Pomimo to cesarz zawsze w nadziei że syn jego poślubi dziedziczkę księcia burgundzkiego nie chciał stanowczo zrywać z nim; zaproponował mu też rodzaj kompromisu zawezwawszy do takowego legata papiezkiego, obecnego przy armji cesarskiej.
Książę ucieszony że może tym sposobem wycofać się z niebezpieczeństwa, chętnie na to się zgodził.
Król Ludwik XI ciągle się posuwał i był już w Artois.
Legat uczynił wjazd do miasta Neus, dnia 9 czerwca 1475, wraz z radcami cesarskimi i burgundzkimi.
W dniu 26 tegoż miesiąca, książę burgundzki zwinął obóz pod tem miastem.
W tejże samej chwili dowiedział się on że Anglicy, którzy się tak opóźniali ze swojem przybyciem, nareszcie wylądowali w Calais.
Kto ich przyzwał tam?
Król francuski wcale ich nie przyzywał, więc przybyli po części na żądanie księcia burgundzkiego a najprawdopodobniej przyczynił się do tego hrabia de Saint-Pol.
Będziemy wkrótce świadkami, jak spadnie głowa tego ostatniego, powiedzmy więc dlaczego, z jakiej przyczyny skończył on na szafocie.
Konnetable jeszcze od oblężenia i szturmu Beauvais nie wiedział zgoła, że król i książę nienawidzą go, że stali się dla niego śmiertelnemi wrogami, a to z tej prostej przyczyny: król, że nie chciał on służyć do pomocy przeciw księciu; książę, że nie chciał równą usługę oddać przeciwko królowi.
Otóż tedy jednozgodnie postanowili pozbyć się tak nieproszonego medjatora i niechętnego pomocnika. Upoważnieni do tego aktu pełnomocnicy ze stron obu, wymienili ze sobą egzemplarze owego postanowienia. W akcie tym obaj książęta, to jest tak król jak książę, obowiązali się wzajemnie pod przysięgą, zgładzić ze świata Konnetabla, każdy w danej chwili, to jest skoro tylko nadarzy się sposobność pochwycenia Konnetabla, czy to przez wojska króla, czy przez wojska księcia burgundzkiego.
Lecz zaledwie Ludwik XI podpisał tę umowę, wnet nabrał przekonania, że książę może skorzystać z danego mu upoważnienia, porozumieć się z Konnetablem, pogodzić i nienawiść jego do króla wyzyskać. Mówiąc zaś po prostu, król zrobił krok nakazywany obliczeniem nie politycznem, ale tylko stosunkiem, jaki zachodził między nim a księciem, nie spodziewając się wszakże aby umowa tak obustronnie i jednozgodnie zawarta, miała jakiekolwiek dalsze następstwa. Tak król jak i książę pozyskując na swoją stronę Konnetabla, pozyskiwali zarazem jedną głowę więcej, jedną szpadę dzielnie obraniającą interesa swego pana. Nieulegało wątpliwości, że książę w pozyskaniu Konnetabla miał daleko większy interes i większe też otrzymywał korzyści.
Tą wiedziony myślą, król zamierzył pierwszy dostać go do ręki i w tym celu przeznaczył miejsce, w którem Konnetable miał się stawić celem usprawiedliwienia się i pogodzenia.
Konnetable zgodził się, lecz przedsięwziął wszelkie środki ostrożności.
Spotkanie miało miejsce na drodze prowadzącej do Ham.
Ustawiona tu była barjera, dla odgrodzenia króla od Konnetabla.
Most w Montereau pozostawił w pamięci Konnetabla niezapomniane ślady, nic więc dziwnego że hrabia Saint-Pol starał się o ile to było w jego mocy, zabezpieczyć się przez użycie środków ostrożności.
Po za tą barjerą stanął hrabia Saint-Pol a za nim trzystu szlachty uzbrojonej i ich orszaki, hrabia zaś pod suknią miał na sobie pancerz.
Król, który się spóźnił, wysłał Cominesa dla usprawiedliwienia się i zawiadomienia zarazem, że zaraz przybędzie.
Ludwik XI postępował drogą mając przy sobie pięć czy sześć osób swego orszaku.
Była to tylko drobna świta, ponieważ król wysłał pierwej sześćset zbrojnych pod dowództwem Damartina, największego nieprzyjaciela Konnetabla.
Saint-Pol usprawiedliwiał się królowi ze swego zbrojnego otoczenia.
— Jeżeli rzeczywiście — dodał — żywiłem jakie podejrzenia, to takowe wzrosły jeszcze bardziej, gdym ujrzał postępującego na czele zbrojnych hrabiego Damartina.
— Mała rzecz, drobnostka, dziś właśnie jest dzień darowania sobie wzajemnie uraz; ja nawet życzę i pragnę, abyście się ze sobą pogodzili.
I zawołał Damartina, który też zbliżył się.
Ludwik XI pierwszy przeszedł za przegrodę i uściskał Saint-Pola.
— Obecnie więc, nie powinno być między nami żadnej wzmianki o przeszłości; lecz czy pan dotrzymasz tego wszystkiego co mi pan przyrzekłeś?
— Przysięgam że dotrzymam, Najjaśniejszy Panie — odpowiedział hrabia.
— Więc mogę liczyć na to, że pan należysz do mojego stronnictwa?
— Przeciwko wszystkim i każdemu, Najjaśniejszy Panie.
— Więc zbliż się Damartinie i uściskaj także naszego przyjaciela.
Hrabia zbliżył się i wypełnił rozkaz.
Po czem Ludwik XI odprowadził Saint-Pola aż do Noyon i ugościł go aż do rana, następnie hrabia powrócił do Saint-Quentin.
Dla czego król w tak uprzejmy sposób postąpił z Konnetablem?
Któż to może odgadnąć. Zapewne potrzebował go koniecznie do przeprowadzenia ułożonych planów lub też do ukucia jakiego tajemniczego spisku czy intrygi, o której zapewne wkrótce posłyszymy.
Co zaś do obawy, ażeby książę nie skorzystał z zawartej umowy i nie wyzyskał nienawiści Konnetabla, król nie mylił się wcale. W dwa dni po widzeniu się z królem, Konnetabl otrzymał poselstwo od księcia burgundzkiego, który ofiarował mu pensji dziesięć tysięcy talarów w złocie, jeżeli dotrzyma obietnicy, jaką przyrzekł z powodu wypadków w Montlhery.
Konnetabl odpowiadał, że może liczyć na niego, że znajdzie najniewątpliwiej sposobność pochwycenia króla za kark i wydania mu go księciu.
Skoro raz Ludwik XI znajdzie się w rękach księcia burgundzkiego, Konnetabl ofiarował swoje usługi, w pochwyceniu następnie królowej i Delfina i wysłania ich za granicę na wygnanie.
Francja skoro pozostanie bez króla, bez królowej i bez delfina, będzie wówczas do rozporządzenia i owładnięcia przez pierwszego lepszego, i książę może w niej gospodarować, jak się mu będzie podobało.
Tymczasem zdania w radzie królewskiej były podzielone.
Król chciał przedłużyć układ pomiędzy nim a księciem burgundzkim — sprzeciwiali się temu radcowie, twierdząc że ponieważ książę popadł teraz w wojnę z kantonami szwajcarskiemi i Austrją, byłoby daleko stosowniej poprzeć Szwajcarją i arcyksięcia Zygmunta.
Ale Comines, który znał dobrze księcia, przyłączył się do zdania króla i nastawał na przedłużenie traktatu.
— Przedłużmy zawieszenie broni — mówił król — pozwólmy mu ażeby sobie suszył głowę i niech ją sobie rozbije, walcząc z temi krajami, których siłę i potęgę zna król bardzo dobrze. Skoro zdobędzie jedną miejscowość, lub doprowadzi do załatwienia i zgody jaką kłótnię, rozpocznie nową; to nie jest człowiek, któryby się zadowolnił czemkolwiek, nieustannie w jego głowie rodzą się rozmaite plany i projokta; im więcej jest zamieszany w co, im więcej ma kłopotów, tem nowych sobie napyta. Chcąc się zemścić na nim skutecznie dość go pozostawić w tej pozycji, w jakiej się obecnie znajduje. Te Niemcy są tak wielkie i tak silne, że go pochłoną na wszystkie strony, że tam przepadnie jak kamień rzucony do wody. Cesarz, co prawda, nieodznacza się ani wielką logiką, ani wielkiem sercem, i woli raczej wystawić się na rozmaite nieprzyjemności niż wydawać pieniądze — lecz książęta cesarstwa utrzymują wszystko w cesarstwie w należytym porządku.
Król słuchał Cominesa i aprobował jego mowę. Właśnie zawiązał on z księciem układy, gdy wylądowali Anglicy i książę nie mógłby się z nimi w właściwym czasie połączyć, gdyby zerwany był układ o zawieszenie broni.
Hrabia Saint-Pol postanowił przywołać Anglików; był to jego plan, ażeby o ile możności powikłać stosunki dotychczasowe pomiędzy królem i księciem, a samemu się jak najprędzej wywikłać.
Książę myślał że Anglicy wylądują w Normandji i popłyną wzdłuż Sekwany, stało się jednak przeciwnie, wylądowali bowiem w Calais, tuż prawie przy Flandrji, a bardzo blisko posiadłości burgundzkich.
Książę pragnąc ich jak naprędzej pozbyć się pospieszył do Bruges, zażądał tam pieniędzy i w dniu 14 lipca złączył się z Edwardem.
Edward przybył osobiście z 1400 łuczników, pięcioma stami piechoty i z całą szlachtą angielską.
Książę dla tego tak spieszył się, aby co żywo armję angielską wypchnąć do Francji.
W tym samym czasie Edward wysłał do króla francuskiego Ludwika XI swego herolda Jarretiere.
Herold w obecności całego dworu wręczył królowi pismo wyzywające do boju z żądaniami swego pana.
Edward żądał w tym wyzwaniu do walki przedewszystkiem, aby mu Ludwik XI oddał swoje królestwo Francję, w przeciwnym bowiem razie, krew, jaka się poleje w walce, spadnie na jego głowę, jako głównego sprawcę wywołanej niepotrzebnie wojny.
List ten z wyzwaniem napisany był takim wybornym językiem francuskim, że można śmiało twierdzić, iż nie pisał go żaden Anglik, ale przeciwnie rodowity Francuz.
Król czytał to wyzwanie po cichu, otaczający go panowie niezmiernie zaciekawili się tem, co właściwie pismo obejmuje, ale Ludwik nie należał do ludzi którzy o swoich sprawach, zamiarach, projektach i w ogóle wszelkich czy to tajnych czy otwartych interesach, opowiadają przed całym światem.
Wziął herolda pod rękę i zaprowadził go do swojego gabinetu.
Przybywszy tam Ludwik XI zaczął z nim rozmawiać z tą uprzejmością i serdecznością jaka zawsze jednała mu serca i umysły jego podwładnych.
— Wiem bardzo dobrze, mówił, że jeżeli mój kuzyn, król Ang!ii, wasz pan i monarcha, przybywa do mojego kraju, ażeby ze mną walczyć, nie wykonywa tego sam przez się, z własnej woli, ale z cudzego, z obcego natchnienia i pobudzenia; nie gniewam się o to wcale, do niego nie mam najmniejszego żalu i zawsze pozostanę jego przyjacielem, jego bratem. Skoro nareszcie zdecydował się wystąpić przeciwko mnie, pobudził go do tego książę burgundzki i jego angielski parlament; nie zwrócił przecież zgoła uwagi, że sposobność po temu już dawno minęła, i że w niczem nie dopomoże mu książę burgundzki. Wraca on z pod miasta Neuss, po długotrwającem oblężeniu zupełnie ubezwładniony i bez należytej siły. Jego armja znajduje się w opłakanym stanie, tak nie ośmieli się nawet pokazać ją Anglikom. Wiem nadto bardzo dobrze, że mój brat z Anglji, porozumiał się z Konnetablem Saint-Pol, którego siostrzenicę ma poślubić, ale niech się strzeże, niech się ma na baczności, aby się w swych obliczeniach i zamiarach nie omylił, w nadziejach swoich nie zawiódł. Mógłbym tu wiele opowiedzieć, mianowicie jakiemi dobrodziejstwami dotąd go obsypywałem i jak on w następstwie czasu, haniebnie mi za me wywdzięczył się. Człowiek ten radby z wszystkiemi stronnictwami wchodzić w umowy, aby następnie łowić ryby w mętnej wodzie.
Jarretiere słuchał w milczeniu a kroi tak dalej mówił:
— Twój pan daleko lepiej i rozsądniej uczyni, jeżeli z dawnym swoim nieprzyjacielem zawiąże układy i z nim pogodzi się, bo powtarzam, należy zawsze budować projekta z istotnemi i dawnemi przyjaciołami a nie szukać nowych związkowych i niepewnych przyjaciół. Prócz tego pokój stały to najwyraźniejsze błogosławieństwo Nieba i ja też życzę mu go jak najserdeczniej. Powiedz to wszystko, bez owijania w bawełnę, bez obawy, swemu panu, jako wiernemu słudze przystoi, bo to co ci rozpowiedziałem, będzie korzystne i dla jego dobra. Nie pragnę waszej krzywdy i jeżeli mój kuzyn, król angielski, za pośrednictwem życzliwem twojem zechce z powodu kosztów podróży, jakie ma się rozumieć poniósł, wynagrodzenia, ja z całą skwapliwością wypłacę mu, na dowód mej niezmiennej dla niego przyjaźni 1000 talarów w złocie, oprócz trzech set talarów, które zaraz odemnie otrzymasz.
Jarretiere przez tę gotowość króla do udzielenia wynagrodzenia szkód, a głównie skutkiem jego uprzejmej i tak serdecznej przemowy, stał jakby pod wpływem czaru; oświadczył też zaraz że wpływ jego na monarchę angielskiego jest niezmiernie ograniczony, dalej, co było najważniejsze z całej tej dyskusji, że król angielski Edward, niechętnie bardzo występuje do wojny a nakoniec doradził królowi, aby, w razie skoro będzie posyłał herolda do Edwarda, zwrócił się szczególniej do lorda Howarda i do lorda Stanleya, którzy odznaczają się przeważnym głosem w radzie króla.
Wreszcie dodał:
— I ja wówczas coś pomogę, wprowadzając herolda do wyżej przezemnie wymienionych osób.
Ludwik XI nakoniec wraz z heroldem powrócił do sali, w której zebrane znakomitości królestwa, z niecierpliwością oczekiwali na rezultat wizyty angielskiego wysłańca. Zauważono to jedno tylko, że król miał twarz łagodną a nawet był rozpłomieniony.
— Panie Argenton, odezwał się Ludwik do p. Comines, tak go zwykle król tytułował od chwili, jak temu darował państwo Argenton, panie Argenton powtórzył, trzeba odmierzyć heroldowi angielskiemu trzydzieści łokci aksamitu szkarłatnego i podarować temuż.
Potem zaś dodał głosem zniżonym:
— Wszystko jest na dobrej drodze, nie oddalaj się od niego i postaraj się o to, aby nikt nie miał do niego przystępu, ani nie wdawał się w rozmowę przed jego odjazdem.
Wtedy kroi, nie dając żadnego objaśnienia co do rozmowy jaką miał z heroldem angielskim, zaczął sobie żartować z listu swego kuzyna, który, jak twierdził żartobliwie, bardzo już utył i z trudnością mógłby dosiąść konia, a cóż dopiero odbyć na nim uciążliwa kampanię a tem mniej walczyć — chyba, że w takim razie zrezygnowałby z konnego rycerza i został piechurem!
Sprawdziły się w zupełności rady i przestrogi jakie Ludwik XI udzielał podczas tej konferencji z heroldem angielskim. Edward bowiem sądził, że już w owym czasie stopnie do tronu francuskiego obsadzone były przez armję, księcia burgundzkiego, że król poniósł klęskę został, zwyciężony a jego wojska rozproszone, jednem słowem, że dość mu pokazać się, aby zwyciężyć!
Tymczasem przekonał się inaczej — w Calais nie zastał ani księcia, ani armji. Naprzód przybyła tam jedynie księżna burgundzka a to dla widzenia się z bratem.
Potem, zjawił się i książę w swej osobie, ale sam jeden, bez armji.
Więc to, co mówił król Ludwik heroldowi angielskiemu, o stanie opłakanym armji księcia burgundzkiego, istotnie byłoby prawdę?
Na większe jeszcze swoje zdumienie przekonał się że jego szwagier, głównie zajęty był obecnie zdobyciem Lotaryngji, na swój własny rachunek, a nie miał najmniejszego zamiaru dopomagania mu do zdobycia Francji.
Dalej książę Karol mówił wciąż o ukaraniu mieszkańców Alzacji i kraju Terrete, którzy, jak to już wspominaliśmy, osądzili na śmierć i wykonali wyrok na jego gubernatorze Piotrze Hagenbach.
Te życzenia księcia zupełnie nieznane królowi Anglji a które jak najmniej odpowiadały zobowiązaniom przyjętym przez Karola w obec króla angielskiego Edwarda, skłoniły po części króla angielskiego do prowadzenia wojny ale już nie wspólnie, nie razem, lecz pojedyńczo każdy na swoją rękę.
Podczas więc tego okresu, kiedy Anglicy posunęli się wzdłuż brzegów rzeki Somy a następnie przez Laon i Soissons wtargnęli do Francji, Karol zabrał siłą Luksemburg i Lotaryngją, których zdobycie tak mu leżało na sercu, poczem pomaszerował przez Nancy w Szampanji i połączył się z królem Edwardem w Rheims.
Tu właśnie miał być koronowany.
Propozycja ta a raczej zamiar wyglądał na żart. Anglicy przecież wzięli to na serjo.
Zażądali oni od księcia, aby im osobiście towarzyszył, jeżeli nie chce nieść im pomocy z całą swoją armią.
Książę tedy odbył razem z nimi drogę prowadzącą przez: Guines, Saint-Omer, Arras, Doullens i Peronne, był to kraj do niego należący.
Anglicy słyszeli o nadzwyczajnej gościnności domu burgundzkiego, oczekiwali więc przebiegając miasta należące do księcia burgundzkiego, że ostatecznie doświadczą tej gościnności — omylili się jednak. Karol nie dowierzał swoim gościom, sam przejeżdżał przez miasta, sypiał jedynie w swoich pałacach a pozostawiał swego szwagra często na nędznych folwarkach, gdy tymczasem jego armja biwakowała pod gołem niebem.
Gdy Anglicy uskarżali się odpowiadał:
— Bądźcie cierpliwi aż do Saint-Quentin. Tam stoi Konnetable, który was z taką żarliwością i skwapliwnścią do nas zaprosił — oczekuje na was przy otwartych bramach.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.