Karol Śmiały/Tom III/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Karol Śmiały
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1895
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Charles le Téméraire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
III.
Sługa godny pana.

Jak to, więc pomimo takiego huku, takich rozgłośnych scen wojennych, pomimo takich gwałtownych odgrażać się i pomimo tak niewielkiego rezultatu wszystkich przedsięwzięć Karol Śmiały, znowu zawarł i podpisał zawieszenie broni z swym dożywotnim a zaciętym wrogiem królem Francji?
Tłumaczy się to tem, że książę burgundzki od bardzo dawna żywił myśl, którą bądź co bądź przy nadarzonej sposobności chciał wprowadzić w wykonanie, aby przywrócić dawne królestwo Burgundji i zasiąść samemu na tronie.
Główną wszakże przeszkodę stanowiła okoliczność, że jakkolwiek panował on nad Burgundczykami, Flamandczykami, Walonami i Niemcami, w rzeczywistości sam nie był ani Burgundczykiem, ani Flamandczykiem, ani Walonem, ani nawet Niemcem. Kimże był nareszcie?
Otóż sam, w pewnej mowie, nacechowanej najhaniebniejszemi epitetami i wymysłami dotyczącemi upartych Flamandczyków, wyraził się, jak to stwierdza ówczesny pisarz miejski, w ten sposób o swojej narodowości:
— Ach wy uparte, zakute głowy, wy niedouki flamandzkie, myślicie że nie ma nikogo od was mędrszego? Miejcie się na ostrożności, strzeżcie się, powtarzam wam to po raz drugi, bo ja jestem pół francuzem a pół Portugalczykiem.
Co miało właściwie znaczyć, strzeżcie się bo ja jestem cudzoziemcem.
W dwa lub trzy lata później nie był on znowu Francuzem, gdyż na publicznej, uroczystej audjencji, na której ambasador francuski ofiarował mu wynagrodzenie za owe sławne i znane okręty, które Warwick, w przejeździe zabrał i sprzedał, tak się odezwał:
— „ U nas, Portugalczyków, panuje zwyczaj, że my swoich przyjaciół, jeżeli ci przyjaciele następnie stają się dla nas zaciętemi nieprzyjaciółmi, wysyłamy do 500,000 djabłów.“
Zresztą aby przywrócić dawne królestwo Burgundji, potrzeba było bardzo wielu warunków, których mu właśnie niedostawało, mianowicie: brakło mu dawniejszych prowincji, wchodzących niegdyś w skład wspomnionego królestwa, jak: Geldrji, Górnej Alzacji, Köln, części Szwajcarji i Lotaryngji.
Rozpoczął od Geldrji.
Geldrja należała do starego księcia Arnolda. Ten miał syna, który podmówiony przez własną matkę, osadził ojca w więzieniu i ogłosił się na jego miejscu księciem.
Karol poczuł litość dla nieszczęśliwego księcia; i z mocy upoważnienia tak Papieża jako i cesarza, wystąpił jako pośrednik a właściwie jako sędzia w tej haniebnej sprawie pomiędzy ojcem i synem.
Tak Papież jako i cesarz, spełniali wszelkie życzenia księcia, i czynili wszystko czego od nich domagał się. Papież dla tego, że się nieustannie nosił z myślą zorganizowania krzyżowej wyprawy przeciwko Turkom, celem oswobodzenia Konstantynopola; cesarz zaś z tego jedynie powodu, ponieważ spodziewał się że otrzyma dla swego syna jako małżonkę Marję Burgundzką.
Książę wydał wyrok na korzyść starego księcia, co było bardzo naturalnem. Starzec był już bliskim grobu i zaledwie miał tyle czasu że zdołał napisać testament w którym Księcia Burgundzkiego uczynił swoim spadkobiercą.
Syn księcia Arnolda, uznany jako ojcobójca, osadzony został w więzieniu.
Tylko popełniono w tym razie jeden ważny błąd, mianowicie zapomniano zupełnie o biednem dziecku, mającem zaledwie lat dziesięć, które dotąd nie dopuściło się żadnej zbrodni, na którem nie ciężył żaden grzech, oprócz grzechu pierworodnego, a które przy takim stanie rzeczy, pozbawione zostało przypadającego na nie dziedzictwa.
Miasto Nimwega, które oparło się wszelkiemi siłami temu bezprawiu, zapobiegając aby go sprzedano jak sztukę bydła na targu, ogłosiło się opiekunem, adoptowało młodzieńca i ogłosiło go księciem.
Ale Nimwega upadło po długo trwającym szturmie a dziecko dziesięcioletnie dostało się w mury więzienne, do tego samego prawie więzienia, w jakiem teraz siedział jego ojciec, a poprzednio dziadek.
Książę zdobywszy miasto Nimwegę, zwrócił swe spojrzenie ku Alzacji; dolna jej część należała już teraz do niego i miała ona gubernatora w osobie niejakiego Hagenbacha.
Karol pomaszerował tam na czele całej armji tj. 50 tysięcy ludzi.
Kolmar zatarasowało przed nim bramy; mieszkańcy z Miilhusy odmawiali na ulicach modlitwy za konających. Basel, dla zabezpieczenia się od niespodziewanego nocnego napadu oświetlało co noc most na rzece Ren.
Szwajcarowie okazywali się zawsze przyjaciółmi szczerymi i pewnymi swych sąsiadów Alzatczyków; nadali oni Alzatczykom prawa współobywateli i wznosili modły za ich pomyślność i szczęście.
Hagenbach jednakże na terrytorjum berneńskiem zatknął sztandar księcia Burgundzkiego.
Tym razem Berneńczycy zgromadzili się obok księcia i oświadczyli mu, że wnoszą skargi na swego gubernatora czy też burmistrza, albowiem tenże czyni wszystko to, co ich narodową dumę i człowieczą godność obraża.
— Cóż mię to jednak obchodzi czy mój burmistrz jest przyjemny sąsiadom lub nie? odpowiedział na to książę. Głównie o to chodzi aby dla mnie był przyjemnym, aby mnie się podobał.
Szwajcarowie odmówili umowy, włączającej ich do związku z księstwem Burgundzkiem i zawarli układ tego rodzaju z królem Ludwikiem XI.
To odpowiadało wybornie planom, jakie ułożył sobie książę Karol, bo już oddawna pragnął aby Szwajcarja wystąpiła przeciw niemu jako nieprzyjazna prowincja, chciał bowiem odebrać jej te kantony, które niegdyś należały do królestwa Burgundji a teraz też właśnie podali mu Szwajcarzy do tego wyśmienitą sposobność.
Wyciągnął więc szeroko rękę i górna Alzacja pozostała w jego posiadaniu.
Dalej, dla osiągnięcia zamierzonego celu, pozwolił się mianować Elektorowi kolońskiemu na godność obrońcy i opiekuna Elektoratu.
W tym czasie umarł książę Lotaryngski.
Jak Karolowi powiędło się opanować księstwo Geldrji, tak samo opanował teraz młodego René Vaudemont; ale on nie był ani spadkobiercą ani nie miał żadnego dziedzictwa.
Znakomitsi panowie kraju zrewoltowali się. Oddał im tedy ich księcia, w zamiar oddali oni mu cztery miejscowości.
Były niemi: Geldrja, Kolonja w pewnej części, części Alzacji i cztery miasta w Lotaryngji.
Myślał że to już dostateczne do ogłoszenia się królem — skoro raz będzie królem łatwo zaokrągli swoje królestwo.
Nominacja na królestwo zależała od cesarza.
Słaby, bez władzy i ubogi, uczynił to w przewidywaniu, w nadziei połączenia syna swego z Marją Burgundzką — nic więc dziwnego że na wszystko z góry przystawał.
Oznaczono termin porozumienia się wzajemnego a miejscem spotkania miał być Metz. Król francuski i król angielski byli również zaproszeni, mogli jednakże nie chcąc być sami, przysłać swoich pełnomocników.
Lecz w chwili kiedy nastąpiło spotkanie okazała się pod pewnym względem wielka trudność — książę chciał obsadzić jedną z bram; i w tym celu sprowadził dostateczną liczbę żołnierzy, lecz ponieważ miasto nie dowierzało księciu, odpowiedziało więc, że sześciu set ludzi wystarczy w tym celu, jakoż obsadzili je ludzie cesarscy.
Zatem posiedzenie nie doszło do skutku. Nowem miejscem zebrania tedy miał być Trier zamiast Metzu. I tym razem nie doszło do pomyślnych rezultatów, co większa, poróżniło ze sobą dwóch książąt.
Karol wystąpił tak wspaniale, że innego monarchę mniej bogatego niż cesarz, mogłoby to wystąpienie całkowicie zaćmić.
— Najjaśniejszy panie, rzekł książę burgundzki, jestem ci bardzo wdzięczny i dziękuję żeś raczył fatygować się w tak daleką drogę.
— Kochany książę, odpowiedział cesarz Fryderyk, cesarze są jak słońca; oświetlają oni swoim majestatem nawet najbardziej oddalone księstwa i przypominają książętom należny im od nich szacunek i obowiązek posłuszeństwa.
Książę burgundzki zsiadł z konia aby otrzymać ten komplement. Cesarz dał mu znak, że może napowrót dosiąść konia.
Obadwaj książęta jechali obok siebie przez całe miasto Trier ukazując zgromadzonemu ludowi w jakich pozostają ze sobą stosunkach przyjaźni i jakiem obaj cieszą się zaufaniem wzajemnem.
Cesarz zamieszkał w arcybiskupim pałacu, książę w klasztorze św. Maksymiljana.
Przez cały tydzień trwały wzajemne porozumiewania się, festyny i turnieje.
Książę żądał tytułu królewskiego wraz z tytułem i godnością namiestnika państwa a oprócz tego domagał się czterech biskupstw: w Leodium, Utrechcie, Tournay i Cambrai.
Zażądałby i Lotaryngji, gdyby go niepowstrzymała szczególna okoliczność: kiedy bowiem on pochwycił René de Vaudemont, jak to już wspominaliśmy, król Ludwik opanował równocześnie wnuka cesarza, który uczęszczał do szkół w Paryżu.
Nie można zatem było ani myśleć nawet o Lotaryngji a przynajmniej nie w tej chwili.
Ze swej strony cesarz zażądał połączenia związkiem małżeńskim syna swego Maksa z dziedziczką Burgundji Marją Burgundzką.
Maks miał lat ośmnaście, Marja piętnaście; nic stosowniejszego nad ten wiek do zawarcia małżeństwa.
Dla czego książę ciągle opóźniał się z ostatecznem przyzwoleniem?
Co prawda syn cesarza otrzymał upoważnienie korespondowania ze swoją przyszłą oblubienicą, ale to księcia niezobowiązywało do niczego. Marja była już zaręczaną trzy lub cztery razy i każdy ze starających się o jej rękę, otrzymał takie same pozwolenie.
W dniu 4 listopada 1473, mniemano że nakoniec wszystko zostało załatwione.
Książę otrzymał od cesarza inwestyturę na księstwo Gieldrji i wszyscy właściciele należących do tego księstwa ziem, złożyli mu przepisaną w tym razie przysięgę czyli hołd lenniczy.
Inwestytura królewska miała mieć miejsce nazajutrz.
Kościół świętego Maksyma ozdobiono najbogatszemi kobiercami i dywanami księcia, ołtarze zastawiono złotemi wazami, srebrnemi i z mozajki emaljowanej, skrzynki z relikwjami błyszczały od djamentów i drogich kamieni.
Tron księcia ustawiony nieco niżej od tronu cesarskiego — berło, pałasz, korona i bandera królewska wystawione były na widok publiczny. Jerzy de Bade, biskup z Metz, miał namaścić głowę nowo kreowanego króla.
Wszystko było już przygotowane do ceremonji gdy o godzinie 2. rano, książę został uprzedzony, że cesarz dnia poprzedzającego wieczorem siadł do barki i odpłynął w kierunku rzeki Mozelli.
Z tego względu zatem książę pozostał księciem jak wprzódy.
W tym samym czasie dowiedział się o innej nowinie, która go doprowadziła do straszliwszego jeszcze gniewu niż pierwsza wiadomość o odjeździe cesarza, a wiadomością tą było wykonanie egzekucji na jego gubernatorze p. Hagenbach.
Powiemy dwa słowa o tym Hagenbachu, powróćmy więc do niego.
Był to ten sam, który kiedy Filip Dobry zachorował i w chorobie wypadły mu wszystkie włosy, Hagenbach zaopatrzony w nożyczki stał w przedsionku pałacu i wszystkim wchodzącym ucinał włosy, w tej długości jak były włosy księcia.
Karol nie zapomniał o tej anegdocie, lubił on tych wszystkich ludzi, którzy bez względu na opinię, bez względu na następstwa pełnią punktualnie nałożone na nich obowiązki. Z tej to właśnie przyczyny wówczas kiedy to szwajcarzy uskarżali się na rządy niewłaściwe gubernatora, książę wypowiedział te wyrazy:
„Nic mię wcale nie obchodzi czy mój gubernator podoba się lub nie moim sąsiadom, kiedy mnie się podoba“.
Na nieszczęście ten człowiek, który musiał podobać się księciu, nie podobał się zgoła nikomu, zadarł się on z wszystkiemi i z małymi i z wielkiemi; z małemi żądając prawie za darmo ziarna, wina, i mięsa po cenie którą nazywano: mauvais denier, z wielkimi zaś zaprzeczając im prawa polowania.
Niejednokrotnie owa taksa: „mauvais denier “ zrodziła w mieście zamieszanie — złożono więc radę i wysłano ją w deputacji do Hagenbacha.
— A! rzekł tenże, wasze miasto nie chce płacić gotówką, więc zapłaci w naturze.
I kazał ściąć czterech deputowanych.
Innym razem nie kazał nawet przywoływać kata i wskutek przeprowadzonej dyskusji czy też nawet podczas dyskusji użył sam osobiście pierwszej lepszej broni.
Wszystko w nim wzbudzało wstręt i obu rżenie nawet liberja jego służby i jego broń.
Jego liberja służby miała kolor biało-szarawy, a zaś na piersiach każdy sługus miał rodzaj herbu, przedstawiającego trzy kostki do rzucania — napis zaś brzmiał: Przechodzą.
Rzeczywiście p. Hagenbach ciągle przechodził przez umysły i serca mieszkańców, jako iskra zapalająca pożary, jako powiew wiatru zapowiadający huragany i zniszczenie, jako dźwięk, zagrażający grobowym dzwonem i krzykiem skazywanych na śmierć.
Zwykł on mówić:
— Wiem dobrze, że jestem potępiony i wyklinany, że mi grozi potępienie wieczne po śmierci, ale dopóki żyję, pragnę używać wszelkiej przyjemności, wszelkiej rozkoszy. Że szatan pochwyci moją duszę i zaniesie ją na dno piekła, mało mnie to obchodzi, nie myślę wcale robić z tego skandalu lub też bawić się w daremne reklamy.
Szczególniej skutkiem swych niezmiernych wydatków, skutkiem marnowania pieniędzy i najniemoralniejszych postępków, pozyskał sobie miano człowieka, którego święta ziemia nosić nie powinna. Wstręt obudzał i pogardę we wszystkich.
Razu jednego, kiedy uganiał się w celach rozpustnych za zakonnicą, którą rodzice wydobyli z klasztoru i ukryli przed namiętnemi zabiegami gubernatora, kazał ogłosić przy dźwięku trąb, że ktokolwiek ukryje zakonnicę, niewątpliwie podpadnie natychmiastowej karze śmierci.
Jednego znowu dnia w kościele, zaczął prawić komplementa pewnej damie — dla niego bowiem ani ołtarz, ani świątynia nie miały najmniejszego znaczenia — opierając się łokciem na ołtarzu, jakby to był zwykły stolik szynkarski.
Nadszedł na tę scenę ksiądz, mający odprawiać mszę świętą, ale Hagenbach krzyknął na niego groźnym głosem:
— Cóż to nie widzisz, że opieram się na ołtarzu. Możesz sobie poszukać innego dla odprawienia mszy.
Rzeczywiście ksiądz zmuszony był odprawić służbę bożą przy drugim ołtarzu a kiedy nareszcie zbliżył się akt Podniesienia i ksiądz wzniósł hostję do góry, spostrzegł jak Hagenbach całował swoją ukochaną.
Nakoniec jeżeli można wierzyć temu co pisze p. Barante, nie podając jednak źródła zaczerpniętej przez siebie wiadomości, to pan Hagenbach dopuścił się jeszcze czegoś gorszego, czegoś wstrętniejszego.
To, o czem właśnie chcemy czytelnikowi powiedzieć, nacechowane jest takim cynizmem, taką bezwstydnością, że gdyby nie prawdopodobieństwo iż rzeczywiście p. Barante faktu tego z palca sobie nie wyssał, jakkolwiek historyk nasz Michlet, wyraźnie powtarzając tę anegdotę, cytuje owego sprawozdawcę, ale jednak zastrzega się na wszelki wypadek, toby przypuścić należało, że podyktowała ją albo nienawiść ogólna, albo zemsta za czyny bezprawne jakich dopuszczał się nieustannie Hagenbach.
Otóż tak opowiadają:
Pewnego dnia przyszedł koncept do głowy Hagenbacha, aby wyprawić uroczystość niezwykłą, na której nie byłoby wcale mężczyzn, ale tylko wyłącznie same kobiety, ubrane w strój pierwszych naszych rodziców, a właściwie obnażone najzupełniej, jedynie tylko z pokryciem głowy.
Zaproszono samych żonatych.
Skoro ci zeszli się — Hagenbach nakazał im, aby sprowadzili do pałacu swoje małżonki. Zaproszeni nieprzewidując zgoła na co się zanosi, a pewni że kobiety jak to zwykle się dzieje, powinny również wziąć udział w zamierzonym balu, przybyli wraz ze swemi połowicami.
Cóż jednak czyni Hagenbach?
Oto nakazuje wszystkim mężczyznom oddalić się a powrócić dopiero za danym przez niego odpowiednim znakiem.
— Będzie to widowisko rzadkie, mówi do opierających się. — Ani się spodziewacie jaka was spotka niespodzianka.
Mężczyźni wyszli.
Hagenbach tedy nakazuje wszystkim kobietom rozebrać się do naga — co ma się rozumieć po chwilowem wzdraganiu się nastąpiło. I nic dziwnego, Hagenbach był panem życia i śmierci, opór jego woli prowadził pod miecz kata. Tem więcej że pomysłowy Hagenbach najsolenniej wszystkim kobietom zagwarantował, jakoby ten żarcik miał na celu tylko ich małżonków.
Po dokonaniu tego przebrania, Hagenbach dał umówiony znak.
Mężczyźni gromadą wcisnęli się do sali a ujrzawszy kobiety w stroju adamowym, wydali okrzyk oburzenia.
Na to najspokojniej odezwał się Hagenbach:
— Nie obawiajcie się niczego, gdyż żadna z waszych żon nie poniosła szwanku na honorze, pragnę tylko dowiedzieć się, czy też dobrze znacie wasze dozgonne towarzyszki.
Następnie dodał:
— No, teraz niech każdy bierze tę co do niego należy, a kto się pomyli, będzie miał ze mną do czynienia.
Nie było co robić, zgodzono się.
I cóż się stało?
— To, że bardzo wielu mężów omyliło się w wyborze kobiet i tacy byli strąceni ze schodów i w najhaniebniejszy sposób obici. Kto zaś poznał swoją towarzyszkę życia, to pozostał na uczcie u Hagenbacha. Na uczcie zaś przymuszani byli do picia takiej masy wina, że mało który nie rozchorował się na śmierć.
Najbardziej wszakże szkodziło temu człowiekowi, jego lekceważenie sąsiadów i pogardliwe wyrażanie się o ludności miast i o samych nawet szwajcarach.
Otóż mówiąc o Strasburgu wyrażał się:
— Nie można tego ścierpieć, aby prawa i przywileje spoczywały w rękach takiej hołoty — władza powinna spoczywać w rękach książąt, nie zaś krawców lub szewców.
O mieście Basel mówił:
— Jeżeli mi tylko książę pozwoli, to tych wszystkich mieszczuchów użyję do swoich posług.
Nakoniec wyśmiewając się z herbu miasta Bern, które miało za herb niedźwiedzia, rzekł:
Zbliża się już zima, zedrzemy mu więc skórę i będzie z niej pyszne futro.
Wśród tych rozmaitych szykan i nadużyć, jakich dopuszczał się zacny gubernator, rozeszła się pogłoska, jakoby dzięki łasce króla Ludwika XI. miała zostać podpisana umowa, rodzaj traktatu odpornego i zaczepnego pomiędzy skonfederowaną Szwajcarją a księciem Zygmuntem dawnym nieprzyjacielem Szwajcarji.
Rzeczywiście umowa taka stanęła.
Co więcej, książę Burgundzki zatrzymał Alzację, właściwie niewielką jej część jako zastaw dotąd niewykupiony. Ludwik XI. dał połowę potrzebnych na ten cel pieniędzy, miasta zaś przysłały brakującą resztę a austrjacki książę Zygmunt oświadczył księciu Burgundzkiemu że żąda od niego, aby zastaw jaki spoczywa w jego ręku, jeszcze z czasów dziadka Zygmunta, natychmiast powrócił.
Pieniądze, pisał do księcia Zygmunt, złożone są w Basel i stamtąd je może sobie zabrać.
Tym sposobem więc stworzył się ścisły nierozerwalny związek pomiędzy miastami leżącemi nad Renem a Szwajcarją i Francją.
Wiadomości te niesłychanie przeraziły Piotra Hagenbacha, który wcale nie spodziewał się takiego politycznego ukształtowania się państw.
Nie otrzymawszy zgoła żadnych od księcia Burgandzkiego poleceń ani informacji, sądził, że należało koniecznie te miasta dla niego utrzymać, przez wprowadzenie tamże stałych garnizonów wojska.
Jakoż osadził on Than a następnie pomaszerował z wojskiem do Brisach — gdzie przybył podczas uroczystości kościelnych w Wielki Piątek.
W tym dniu okazał się on pobożnym w szczególny sposób.
Wszedłszy bowiem z wojskiem do miasta, udał się natychmiast do kościoła, i trafił pod tę chwilę, kiedy ksiądz czytał modlitwy, przerwał mu więc i rozkazał, aby rozpoczął od początku.
To samo miało miejsce później za czasów Ludwika XIV.
Ensicheim wszakże wypędziło jego garnizon burgundzki i zamknęło bramy miasta.
Piotr Hagenbach wyszedł w nocy z Brisach w Niedzielę Wielkanocną mówiąc:
— Wkrótce przyniesiemy ludności tego miasta błogosławieństwo i poświęcimy je, jak święci się wielkanocne jajko.
Omylił się jednak w swych złowróżbnych zamiarach, bo mieszkańcy postawili wartę na dzwonnicy kościoła. Warta spostrzegłszy nadciągającego Hagenbacha uderzyła w dzwony na alarm — został więc odparty z całą swoją zgrają.
Był to policzek, jaki otrzymał w obec tych ludzi, którzy go najbardziej nienawidzili. Nie wątpił też że go zaatakują wkrótce w Brisach, w celu więc obrony własnej, porobił przygotowania do silnego odporu.
Mieszkańcy znajdowali się w kościele na wielkiej, uroczystej Mszy.
Wysłał on do wszystkich kościołów posłańców, którzy wielkim głosem wołali, ażeby wszyscy bez różnicy stanu i wieku natychmiast zajęli się robotami fortyfikacyjnemi w mieście.
Rozkaz ten nie tylko nacechowany był tyraństwem, ale nadto obrażał prawa mieszczan a ubliżał i profanował święto, jedno z najuroczystszych. Puszczano pogłoski, że rozkaz nie był ostatnim wyrazem woli wszechpotężnego gubernatora, lecz przeciwnie jest on przygotowawczym do większej jeszcze zbrodni. Miasto nie posiadało w dostatecznej ilości zapasów żywności, któreby wystarczyły do żywienia ludności i wojska. Otóż opowiadano że jeżeli mieszkańcy zajmą się robotami, to ich niezawodnie wojska wyrzucą po za bramy miasta a tych którzy w domu pozostaną czeka śmierć niechybna.
Ponieważ gubernator dopuszczał się już nieraz takich okrucieństw, pogłoskom tym więc dano wiarę.
Pewien człowiek a raczej pewien oficer należący do garnizonu niemieckiego, nazwiskiem Fryderyk Voegelin, który jakkolwiek pochodził z bardzo niskiej klasy ale odznaczał się nadzwyczajną odwagą i z profesji był krawcem, porozumiał się z tym obywatelem miasta, u którego mieszkał, a który należał do najznakomitszych i najbogatszych mieszczan, i obaj odwiedzili razem wojsko posterunku niemieckiego. Voegelin, jako kapitan wielce był przez swoich ceniony a szacunek ten jeszcze wzmógł się gdy ujrzeli, że tak znakomita figura miasta przyjaźni się z ich kapitanem. Otóż wówczas porozumieli się oni wzajemnie, w skutek czego nazajutrz, skoro świt miały się zebrać na placu i wojska i ludność należycie uzbrojona.
Wojsko chętnie zgodziło się na to, żołnierze bowiem byli przekonani, że zebranie to miało na celu wypłatę im zaległego żołdu; nawet kapitan Voegelin, wyraźnie później nieco im to zapowiedział, jakkolwiek nie miał rozkazu, ale uplanował sobie, że skoro obywatele miasta i wojsko wzajemnie się złączą, gubernator nie będzie miał odwagi, odmówienia słusznej ze wszech miar zapłaty.
Jak zapowiedziano, tak się stało.
O godzinie 6 rano, żołnierze i mieszkańcy zebrali się w miejscu oznaczonem, a Voegelin udał się do gubernatora.
— Co to znaczy, ten hałas, te tłumy zebrane na placu — zapytał gubernator i czego ty chcesz ode mnie?
— To moi tam żołnierze — odpowiedział kapitan — którzy nie mają ani szeląga przy duszy.
— Bardzo pięknie, ale cóż dalej.
— Chcą właśnie zapłaty.
— Będą ją mieli — odparł gubernator. — Ty zaś, jeżeli mi jeszcze raz przyjdziesz z takiemi wiadomościami, to cię każę wrzucić do rzeki.
Voegelin udał, jakby był zadowolony tem, co mu powiedział gubernator, ale skoro tylko powrócił do żołnierzy kazał uderzyć alarm na bębnach.
Na usłyszany alarm, Hagenbach, który nie bał się ani Boga ani ludzi, ani samego nawet djabła, dobywszy miecz, wybiegł z domu i skoczył do kapitana.
Zebrani, w przekonaniu że to umówiony znak, rzucili się wzajemnie na Hagenbacha, a były tam nie tylko kobiety ale nawet dzieci.
Gubernator ratował się ucieczką do sąsiedniego domu, a za nim pobiegły tłumy roznamiętnione.
Voegelin musiał go bronić, bo mieszkańcy i wojsko rozerwałoby go w kawałki.
Skoro należne fundusze domowi burgundzkiemu były opłacone a właściwie gdy zostały złożone i książę w każdej chwili mógł je podnieść, książę Zygmunt uznał się za władcę i najwyższego sędziego odzyskanych w ten sposób prowincji. Jakoż zamianował Hermana d’Eptengen, jako zastępcę i przedstawiciela jego osoby w godności gubernatora, w takiej samej jaką pełnił Hagenbach, gdy miasta te należały do księcia Karola. W tym też celu dał mu dwiestu kawalerzystów, którzy byli aż za nadto wystarczający do przeprowadzenia i instalacji nowego gubernatora, tem więcej że do oddziału tego przyłączyło się mnóstwo miejscowych mieszkańców. Fakt ten napełnił wszystkich taką radością, że nawet małe dzieci śpiewały:

Chrystus zmartwychwstał,
Gubernator odwołany,
Radujmy się!
Zygmunt będzie naszym pocieszycielem
Naszym wybawicielem
Kyrie elejson!

W kilka dni później przybył tu Zygmunt w własnej osobie.
Zastał już Piotra Hagenbacha jako więźnia.
Kazał więc zwołać sądy z szesnastu rycerzy — z ośmiu miast przybyli również delegowani, jako to: Strasburga, Kolmary, Schelestadt, Friburga w Brisgowii, Brisach, Bazylei, Berna i Solury.
Trybunał w podobny sposób zwołany jednozgodnie skazał Piotra na karę śmierci.
Ten wcale nie prosił o łaskę, żądał tylko aby mu głowę ucięto.
Ośmiu katów zgłosiło się do wykonania tej egzekucji; to jest ze wszystkich tych miast, z których byli delegaci-sędziowie. Wybrano kata z Kolmaru, jako jednego z najzręczniejszych.
Eks-gubernator po zdjęciu z niego oznak rycerskich, poprowadzony został na miejsce kary, towarzyszyli mu Franciszkanie.
Było to w nocy; pochodnie oświetlały okropne widowisko, tłumy nieprzejrzane towarzyszyły śmiertelnemu orszakowi.
Szafot wznosił się na łące, znajdującej się za murami miasta.
Skazany wszedł na rusztowanie krokiem pewnym dając znak że chce przemówić.
Wszyscy słuchali zaciekawieni.
— Wy wszyscy, którzy mię słuchacie — zaczął skazany Hagenbach, bądźcie moimi świadkami, że nie drżę w obec śmierci, jakkolwiek nie oczekiwałem tejże w ten sposób lecz raczej pragnąłem umrzeć na polu bitwy. Nie żal mi zgoła życia, ale żal mi krwi, która popłynie, bo pamiętajcie sobie dobrze obywatele, że książę śmierci mojej nie pozostawi bez pomszczenia się. Błagałem Boga żeby mi przebaczył ten wyrok jaki na mnie wydano, a raczej żeby przebaczył tym, którzy na niego zgodzili się. Przebaczcie mi także wszyscy, których przez ciąg czteroletnich moich rządów, jako gubernator, skrzywdziłem lub wyrządziłem złe przez brak należytego zastanowienia się lub przez złośliwość, która była cechą wrodzoną mojego charakteru; wszak człowiek jest zawsze nieukiem i niedoskonałym, a ja byłem także człowiekiem.
Następnie przeznaczył do kościoła w Brisach swój złoty łańcuch i darował temuż szesnaście koni, a potem począł rozmawiać z towarzyszącym mu kapłanem i złożył głowę na pniu.
Wnet błysnął miecz w rękach egzekutora a głowa oddzielona od tułowia, potoczyła się na rusztowanie.
Głowa ta z prawa należy do tego, który ją odciął, mianowicie jak w tym wypadku, do kata z Kolmaru, który ją zabrał jako oznakę, jako trofeum, dla pokazania swym współobywatelom. Można ją widzieć jeszcze w Kolmarze, jest to głowa człowieka w wieku lat 40 lub czterdzieści pięć z włosami rudemi i z zaciśniętemi zębami; prawdziwa głowa potworu który nawet po śmierci zachował dawne okrutne, zwierzęce rysy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.