Kim był Zbigniew Uniłowski

<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Dołęga-Mostowicz
Tytuł Kim był Zbigniew Uniłowski
Pochodzenie Wiadomości Literackie 1937 nr 50 (736) wybór
Numer poświęcony pamięci Zbigniewa Uniłowskiego
Data wyd. 5 grudnia 1937
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały wybór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

KIM BYŁ ZBIGNIEW UNIŁOWSKI
O nikim chyba w najszerszej opinji polskiej nie krążyły poglądy tak fałszywe, sądy tak niesłuszne, jak o Zbigniewie Uniłowskim. Rodziły się gdzieś w atmosferze rozjątrzenia politycznego, wylęgały się w zaduchu kuchni, przygotowującej codzienną strawę dla bezkrytycznych czytelników, wychodziły w świat z gotowemi etykietami, które tak zbawiennie podają społeczeństwu w jędrnych skrótach, o apodyktycznych epitetach, to co dobry Polak i katolik o Uniłowskim wiedzieć powinien.

Otóż powinien był wiedzieć, że pisarz ten jest prekursorem bolszewizmu, deprawatorem, pornografem, wrogiem ustroju i obronności państwa, burzycielem ładu społecznego i wogóle — szkodnikiem. Nie potrzebuję podkreślać jak paradoksalnie brzmiało to już nie tylko dla tych, co bliżej go znali, lecz i dla każdego uważnego i samodzielnie myślącego czytelnika jego książek. Toteż nie jest moim zamiarem pisanie rehabilitacji Uniłowskiego, rehabilitacji, która nie była i nie jest potrzebna, nie chodzi mi nawet o sprostowanie błędnych sądów, które acz krzywdzące, nie mogły go obrazić. Nie był pierwszy w historji, ani nie będzie ostatni z tych pisarzy, których dotknęła niesprawiedliwość opinji współczesnych. Lecz właśnie dlatego że casus Uniłowskiego jest tak symptomatyczny, że byliśmy jego naocznymi świadkami, że nadto ścigano go i tropiono z tak zawziętą zaciekłością, chciałbym zastanowić się nad istotą samego zjawiska.
Niedaleko od prawdy leży pogląd, że impulsem wszelkiej twórczości jest bunt przeciw rzeczywistości, przeciw aktualnym normom moralnym, przeciw istniejącemu układowi stosunków. Mniejsza zresztą o termin. Nazwiemy to buntem, protestem, czy tylko dezaprobatą, w każdym wypadku czynnikiem uruchamiającym będzie przeciwstawienie się teraźniejszości. Otóż jeżeli chodzi o Uniłowskiego, — rzecz zdumiewająca i wypadek niezwykle rzadki, — nie znajdujemy ani w jego utworach, ani w nim samym najwątlejszej bodaj dążności do reformatorstwa, najmniejszej chęci burzenia czy przebudowy istniejącej rzeczywistości. Przeciwnie, nawet krytykując czy ironizując, nie umiał pozbyć się wobec niej ciepłego uśmiechu i tej nuty sentymentu, która brzmiała w jego głosie nawet wtedy gdy przejeżdżając ulicą Świętojerską wołał: „Patrz, patrz, to te okna, okna wspólnego pokoju“... Albo gdy zatrzymywał się przed czynszową kamienicą na Leszczyńskiej, objaśniając, na którem piętrze kto mieszkał. Ileż serdeczności było wówczas w jego wesołych oczach!
Jakkolwiek wielu może się to wydać twierdzeniem ryzykownem, nie dla zaskoczenia czytelnika, lecz z najgłębszego przekonania powiem że Uniłowskiego uważałem zawsze i dziś uważam za konserwatystę. Nie znałem wśród pisarzy nikogo, umiejącego w tym zwłaszcza wieku zdobyć się na taki umiar, na tak dojrzałą powściągliwość w ocenie układu i przemian społecznych. Jeżeli nasz świat nie był dlań najlepszym ze światów, napewno też nie był najgorszym. Swój pogodny optymizm opierał na przeświadczeniu, że ludzkość drogą wprawdzie powolnej lecz nieustającej ewolucji osiągnie sczasem wyższe szczeble człowieczeństwa. Dlatego też, a także i z innych przyczyn, o których będę mówił niżej, zoologiczne strony życia nie wywoływały w nim oburzenia. Dla konserwatyzmu Uniłowskiego cechą nie mniej charakterystyczną było jego głębokie poczucie prawa. Szanował nie tylko prawo. Spontanicznie i z gniewem piętnował nawet nieprzestrzeganie zwykłych przepisów.
Co więcej, był pedantem w obserwowaniu konwenansu towarzyskiego. Kwestje kolejności ukłonów, wizyt, zaproszeń, stroju, raczej przeceniał niż bagatelizował. Pamiętam, że posprzeczał się z jednym z przyjaciół, który nie chciał przyznać, że „to też cząstka kultury“. Niestosowanie się do praw zwyczajowych drażniło go w najwyższym stopniu. Gdy ktoś w ciągu dwudziestu czterech godzin nie uregulował przegranej, wypowiadał się o nim bardzo ostro, chociaż dłużnikom zwykłym niedotrzymywanie terminów puszczał płazem. Nawet t. zw. kodeks honorowy nie stanowił dlań śmiesznego przeżytku. Znam wypadek sprzed dwóch niespełna miesięcy, gdy obraziwszy kogoś wieczorem, przez cały następny dzień siedział w domu w oczekiwaniu sekundantów.
Nie mniej pieczołowicie dbał o pielęgnowanie tradycji. Choinka, wilja, Wielkanoc, imieniny czy urodziny, nie stanowiły dlań obojętnych dat kalendarzowych, lecz pełne były uczuciowej treści, nagromadzonej w latach dziecinnych lub w latach dziecinnych wytęsknionej.
Tak, Uniłowski był prawdziwym konserwatystą w najlepszem znaczeniu tego słowa. Uznawał ustrój, w którym żył, szanował jego normy. I rozumiem dlaczego. Oto w tym ustroju, oto w tym układzie stosunków, oto w tej rzeczywistości zdołał wywalczyć sobie pozycję literacką, materialną, moralną i towarzyską, pozycję odpowiadającą jego umysłowi, talentowi i poziomowi duchowemu. Ciężka to była walka, omal beznadziejna, bo własnemi siłami, bo własnym zdumiewającym uporem, hartem i wytrwałością trzeba było zdobywać wszystko, od początku, od kawałka chleba, od pierwszego elementarza, poprzez dotkliwe porażki, poprzez pokusy i poniżenia. Któżby lekce sobie ważył z takim trudem osiągnięte zwycięstwo, któżby pragnął niszczyć czy dewaluować zdobycz dwudziestu lat życia!... Napewno nie Uniłowski.
I tego człowieka starano się okrzyczeć jako burzyciela ładu społecznego, jako prekursora bolszewizmu, jako wroga ustroju.
Tem jaskrawiej uderzy nas niedorzeczność podobnych zarzutów, gdy musimy stwierdzić, że Uniłowski-artysta był wierny Uniłowskiemu-człowiekowi! Te same cechy, którymi odznaczał się w życiu, znajdziemy w jego utworach. Znajdziemy wszystkie, bez najmniejszego wyjątku.
Skądże tedy wyciśnięto, skąd czerpano czernidło do owych etykietek?... Na to mogę jedną tylko znaleźć odpowiedź: z powierzchownego osądu.
Chcę zacząć od sprawy najdrażliwszej, od głośnego obrazka z wojska o dniu rekruta. Obrazek wywołał istną burzę, spowodował lawinę potępień, demonstracyjnych wystąpień, protestów. Czytałem ten obrazek, czytałem kilkakrotnie i przyznaję, że nie znalazłem w sobie życzliwego dlań oddźwięku, ale stąd jeszcze daleko do szukania w nim obrazy czy zniesławienia wojska. W ocenie należało uwzględnić rozbieżność kryterjów: naszych, którzyśmy o tem wojsku od dzieciństwa marzyli i w którego szeregach od młodzieńczych lat walczyli, i kryterjów autora, który z racji swego wieku poznał to wojsko już wtedy, gdy z natury rzeczy stało się ono zjawiskiem normalnem, codziennem, a przez to oczywiście mniej romantycznem, bardziej nasyconem szarzyzną pracy powszedniej. A Uniłowski jako rekrut zetknął się z wojskiem właśnie od tej strony, od strony nie bohaterskiej, lecz szarej i ludzkiej. Artysta zawsze szuka właściwości ludzkich. Nawet w bohaterach, nawet w Bayardach i w Zawiszach, nawet w Napoleonach i Cezarach. Artysta nie jest kronikarzem, któremu płaci się za upiększanie prawdy, nie jest narożnym pacykarzem od malowania karmelkowych portretów, nie jest zawodowcem od reklamy i propagandy. Jeżeli spada do tej roli, przestaje być artystą, jak to się dzieje dziś w Sowietach, gdzie pisarze zmienili się w stado skamlących chwalców wszystkich urządzeń państwowych, aż do asenizacji włącznie.
Artysta szuka cech ludzkich, a wśród nich znajdzie i cnotę obok dziwactwa i apatję obok entuzjazmu i śmieszność obok wzniosłości. Jeżeli jest tak dobrym i wrażliwym obserwatorem jak Uniłowski, dostrzeże je łatwiej i odda plastyczniej niż przeciętny śmiertelnik. Czy zaś posuniemy się do twierdzenia, że w wojsku niema ludzi o normalnych ludzkich zniechęceniach, dziwactwach czy śmiesznościach? Oczywiście, są. Można tedy z większą wnikliwością i głębiej spojrzeć we fragment obrazu danego przez artystę, albo na wszystkich bramach wojskowych wywiesić tablice: „Artistam wchod wosprieszczajetsa“. Zakaz taki już zresztą, chociaż nie pisany, istnieje, a jeżeli nie istnieje, to jest przestrzegany. Armja, która tak wielkie miejsce zajmuje w życiu naszego narodu i w uczuciach społeczeństwa, w literaturze prawie nie występuje. Mundur wojskowy na scenie należy do rzadkości. W powieści czy noweli również. Większość pisarzy woli zrezygnować z tej bogatej i ciekawej dziedziny tematów, niż z obowiązku prawdy artystycznej. Zrobiłby tak i Uniłowski, gdyby przystępując do pisania swego utworu, miał późniejsze doświadczenie, gdyby zdawał sobie sprawę jak drażliwych i wymagających szczególnie delikatnego ujęcia kwestyj dotyka.
Zresztą „Dzień rekruta“ nie miał bynajmniej na celu krytyki stosunków panujących w wojsku. Był raczej unaocznieniem własnej autora nieprzydatności w wojsku, unaocznieniem przeciwieństw istniejących między rodzajem jego umysłowości i temperamentu a regulaminem i psychiką armji. Właśnie ta konfrontacja była zamierzeniem autora. Jeżeli intencje Uniłowskiego źle zrozumiano, należy to przypisać nieskontrolowanym pobudkom emocjonalnym przy wydawaniu sądu, który eo ipso dotknął tylko zewnętrznej strony utworu, a zatem musiał być powierzchowny.
W Afryce Środkowej działa od lat kilkadziesiąt francuskich misyj katolickich. Wypracowały one sobie własny system propagandy religijnej. Misjonarze nie wygłaszają kazań, nie gromią grzechów, nie straszą mękami piekielnemi, nie zachwalają rozkoszy w niebie. Poprostu osiedlają się w pobliżu wioski murzyńskiej i żyją, pracują, leczą, uprawiają rolę, rzemiosło. I skutki takiej propagandy dają fenomenalne rezultaty. Po pewnym czasie sąsiednie wioski same proszą o nauczenie ich takiego życia, jakie widzą u misjonarzy. Działa wyłącznie przykład. Ani jednego słowa krzykliwej agitacji.
Otóż w naszej opinji publicznej misjonarze afrykańscy wieleby nie wskórali. U nas trzeba wrzeszczeć. U nas ten tylko jest godnym zaufania katolikiem, kto zapewnia o tym wszystkich przy każdej okazji, ten tylko murowanym socjalistą, kto na codzień nosi czerwony krawat, ten narodowcem, kto bez przerwy ma na ustach hasła nacjonalistyczne. Rzecz smutna i zabawna zarazem: ci pisarze, którzy zgodnie z sumieniem służą swoim ideom i przekonaniom bez wrzasku, bez prostackiej reklamy tych idej i przekonań, uważani są przez t. zw. przewódców własnego obozu za jednostki wysoce podejrzane i niepewne. Dla ludzi zaczadzonych polityką dnia jest rzeczą niezrozumiałą, jak można powstrzymać się od wrzasku, rezygnować z efektów doraźnych, rezultaty swej akcji rozkładać na lata, dziesiątki lat, na przyszłe pokolenie.
Taki sposób myślenia nie jest wyłącznym przywilejem polityków. Ma zasięg przerażająco szeroki. Obejmuje masy, których prawymi przedstawicielami są Pirożyńscy i Lechiccy. Dla nich najbardziej chrześcijańską książką po wieki wieków będzie „Quo vadis?“ — epikurejski pean na cześć Petronjusza i helleńskiego pogaństwa, dla nich też wszelki realizm w odsłanianiu smutnych i brzydkich stron życia pozostanie brudem moralnym i deprawacją niezależnie od tendencji utworu i od skutków w psychice czytelnika. Dla nich wszystko co jest erotyką nosi miano pornografji, i jedno tylko ratuje artystę przed tym tępym osądem: — czas. Po paru stuleciach Rabelais, fraszki Kochanowskiego, akty w malarstwie i w rzeźbie stają się dziełami sztuki.
Zastanawiałem się nad tem, jaki los spotka „Wspólny pokój“ Uniłowskiego, powieść, która na jego głowę ściągnęła tyle gromów. Czy ten soczysty obraz obyczajowy, wywołujący zgodnie z intencją autora odruch obrzydzenia, a zatem w konsekwencjach moralny, długo będzie służył zawodowym moralizatorom do straszenia grzecznych dzieci?... Nie sądzę. A nie sądzę dlatego, że sam nieraz znajdowałem się w podobnej sytuacji. Jedna z pierwszych moich powieści była przedrukowana w odcinku pewnego dziennika lwowskiego. Niektóre jej fragmenty uznano za tak niebezpieczne, że aż biskupi kilku obrządków uważali za konieczne interwenjować, aby druk przerwano. Było to przed siedmiu laty. Dziś, o ile mnie moje informacje nie mylą, książka ta znajduje się w wielu bibljotekach parafjalnych.
Poza wszystkiem nie należy zapominać, że „Wspólny pokój“ był pierwszą i młodzieńczą powieścią Uniłowskiego. Kto czytał „Dwadzieścia lat życia“, ten nie mógł nie dostrzec jak bardzo wysublimowała się od owego czasu wyobraźnia i wrażliwość autora, jak dojrzałe rozwinęły się w nim ośrodki hamujące, wytwarzające surową dyscyplinę pisarską. „Wspólny pokój“ był erupcją talentu, nie zaś świadomem jego zużytkowaniem. Lecz niezależnie od jaskrawości użytych tam barw, powieść nie wywołałaby tak gwałtownych sprzeciwów, gdyby barwy te zostały nałożone z mniejszą artystyczną trafnością, gdyby obraz nie uderzał prawdą, gdyby nie działał tak sugestywnie. A to właśnie jest tajemnicą talentu! Ta sama rzecz opowiedziana przez złego pisarza przyjęta zostanie obojętnie i minie bez wrażenia. Ludzie, których oburza „Wspólny pokój“, z uśmiechem słuchają tłustych anegdotek, plotek o sąsiadach, czy też przyglądają się własnym sprawom domowym.
Nonsensem jest dyktowanie artyście programu jego twórczości, wymaganie, aby te nie inne myśli rozwijał w swych dziełach, aby te nie inne objawy życia brał za objekt swego pióra. Powtarzam truizmy, lecz powtarzam je dlatego, że ludzie mają u nas zdumiewającą łatwość zamykania oczu na najbardziej oczywiste prawdy, skoro przestają one być dla nich wygodne, i że właśnie Uniłowskiemu robiono zarzuty z jego zainteresowań dla zoologicznej strony życia zbiorowego czy jednostkowego.
Wieczny teren nieporozumień między artystą a współczesnymi, którym nie wystarcza, że jest pożyteczny, odkrywając przed nimi ich własny świat, dla nich niewidzialny i niepoznawalny bez jego pomocy. Chcą jeszcze, aby był użyteczny, aby stał się narzędziem, aby stosownie do ich woli widział tu same kwiaty a tam same śmietniki, tu raj a tam piekło, tu szlachetną wzniosłość a tam ohydę. Zapominają tylko o jednem: — że wówczas przestałby być artystą.
Uniłowski nie dał się nagiąć, nie dał się złamać, nie wyparł się siebie. Do końca swego, niestety, tak krótkiego życia szedł własną drogą, zwalczany przez tych, którzy nie umieli w nim poznać naturalnego sprzymierzeńca, którzy powierzchownie sądzili go jako człowieka i nie rozumieli jako artysty.
Znosił to w milczeniu. Był twardym ortodoksem.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Dołęga-Mostowicz.