Klub Pickwicka/Rozdział dwudziesty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1936
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział dwudziesty.
Z którego przekonywamy się, że pp. Dodson i Fogg znają się na interesach, w którym znajduje się czuły opis spotkania Samuela Wellera z ojcem, oddawna niewidzianym; rozdział ten pokazuje również jak wytworne towarzystwo zbierało się pod „Sroką i Ogarkiem“ i że następny rozdział będzie doskonały.

W parterowym pokoju ponurego domu w głębi Freeman Court, Cornhill, siedziało czterech dependentów pp. Dodsona i Fogga, oskarżycieli prywatnych Jej Królewskiej Wysokości przy sądzie Bench i Common Pleas, Westminster, oraz adwokatów przy Wysokim Sądzie. Wzmiankowani dependenci mieli w ciągu dnia tyleż sposobności do oglądania słońca, ile jej może mieć człowiek siedzący na dnie wcale głębokiej studni. Ale byli pozbawieni korzyści oglądania gwiazd śród dnia, co gwarantuje tamta wyjątkowa pozycja.
Pokój dependentów pp. Dodsona i Fogga był ciemny, ponury i czuć w nim było wilgoć. Przepierzenie broniło dependentów od zetknięcia się z gawiedzią. W pokoju znajdowało się kilka starych krzeseł drewnianych, stojak na parasole, haki do wieszania kapeluszy, parę półek, na nich pliki brudnych papierów, kilka starych pak sosnowych z papierowemi etykietami i całe baterje flaszek atramentu, rozmaitego kształtu i wielkości. Szklane drzwi wychodziły na pasaż w dziedzińcu. Za temi drzwiami ukazał się Pickwick w towarzystwie Sama Wellera. Było to w piątek, po wypadkach wiernie opisanych w poprzednim rozdziale.
„Nie możecie wejść?“ Odpowiedział jakiś głos z za przepierzenia na delikatne pukanie pana Pickwicka. Pan Pickwick i Sam Weller weszli posłusznie.
„Czy panowie Dodson i Fogg są u siebie?“ zapytał uprzejmie pan Pickwick, podchodząc w kierunku przepierzenia z kapeluszem w ręku.
„Pana Dodsona niema, a pan Fogg jest bardzo zajęty“, odpowiedział głos. Głowa z piórem za uchem, do której ów głos należał, spojrzała z ponad przepierzenia na pana Pickwicka.
Głowa ta była rozczochrana. Włosy barwy piasku, skrupulatnie przedzielone i wyglansowane pomadą, w drobnych kosmykach spadały na twarz płaską, ozdobioną małemi oczkami, a ujętą w brudny kołnierzyk oraz wymorusany halsztuk.
„Pana Dodsona niema w domu, a pan Fogg jest bardzo zajęty“, powtórzył człowiek, do którego należała głowa.
„Kiedy pan Dodson powróci?“ spytał pan Pickwick.
„Nie wiem“.
„A pan Fogg czy długo będzie zajęty?“
„Nie mogę powiedzieć“.
Tu człowiek poprawił z rozmachem pióro, zaś drugi dependent, który właśnie mieszał proszek Seidlitza pod biurkiem, roześmiał się z uznaniem.
„Chyba zaczekam“, powiedział pan Pickwick. Nie odpowiedziano mu. Więc usiadł nieproszony i słuchał głośnego cykania zegara i przyciszonej rozmowy dependentów.
„Pyszna heca, co?“ powiedział jeden z gentlemanów, w bronzowej kurtce z guzikami, konkludując w ten sposób jakieś opowiadanie o przygodzie z poprzedniego wieczora.
„Bycza! Bycza!“ dodał człowiek, mieszający proszek Seidlitza.
„Tom Commins prezydował“, ciągnął człowiek w bronzowej kurtce. „Było wpół do czwartej, kiedym zajechał do Somers Town tak straszliwie wstawiony, że nie mogłem znaleźć dziurki od klucza i musiałem dzwonić na starą. Ciekaw jestem, coby stary Fogg zrobił, gdyby się o tem dowiedział, co? Miałbym się zpyszna, co?“
Na samo to przypuszczenie wszyscy dependenci roześmieli się chórem.
„Miałem tu dziś rano całą hecę z Foggiem“, powiedział człowiek w bronzowej kurtce, „kiedy Jack porządkował papiery na górze, a wy obaj poszliście do urzędu stemplowego, Fogg czytał tutaj listy, kiedy wszedł ten drab, któremu posłaliśmy pozew w sprawie Camberwella — wiecie o kim mówię? Jakże mu tam?“
„Ramsey“, powiedział dependent, który rozmawiał z panem Pickwickiem.
„Ach, Ramsey, stary wyga! „Panie“, mówi Fogg, patrząc na niego dumnie, a wiecie jak umie patrzeć! „przyszedł pan układać się?“ „Tak“, mówi Ramsey, wkładając rękę do kieszeni i wyciągając z niej pieniądze. „Dług dwa funty pięć, koszty trzy funty dziesięć — proszę!“ i sapnął jak miech, kładąc pieniądze zawinięte w skrawek papieru. Stary Fogg spojrzał najpierw na pieniądze, później na niego, a potem odchrząknął we właściwy sobie sposób. Wiedziałem, że coś będzie. „Czy pan nie wie, że wypełniliśmy deklarację, co podnosi koszta rzeczywiste?“ „Niech pan tego nie mówi!“ zawołał Ramsey, cofając się. „Termin upłynął dopiero wczoraj wieczorem!“ „Owszem, mówię to!“ rzekł Fogg. „Prawda, panie Wicks, że pan Jackson poszedł wypełnić deklarację w sprawie Bullman — Ramsey“. Oczywiście odpowiedziałem, że tak. Fogg odchrząknął i spojrzał na Ramseya. „Mój Boże!“ odpowiedział Ramsey. „A ja robiłem szalone wysiłki, aby wydobyć te trochę pieniędzy i wszystko napróżno!“ „Nienapróżno“, odpowiedział Fogg zimno. „Radzę panu trochę jeszcze pogrzebać, jeszcze trochę wydobyć i wrócić tu na czas!“ „Nie mogę więcej wydobyć!“, odpowiedział Ramsey, uderzając pięścią w stół. „Tylko niech mi pan nie grozi!“ mówi Fogg, udając, że wpada w gniew. „Wcale panu nie grożę!“ odpowiada Ramsey. „Owszem, grozi pan! Proszę wyjść, proszę wyjść z biura i wrócić wtedy, kiedy nauczy się pan odpowiednio zachowywać!“ Ramsey jeszcze chciał coś powiedzieć, ale Fogg nie dał mu przyjść do słowa, więc schował pieniądze do kieszeni i wyszedł. Tylko tamten wyszedł, a Fogg zwraca się do mnie ze słodkiem uśmiechem i wyjmuje deklarację z kieszeni. „Słuchaj Wicks“, mówi Fogg, „weź cab, jedź do Temple jak możesz najprędzej i wypełń deklarację! Koszta są prawie pewne. To człowiek solidny, ma dużą rodzinę i zarabia 25 szyllingów tygodniowo. Jeżeli nie będzie chciał zapłacić, to zapłacą za niego jego właśni czeladnicy. Musimy z niego wyciągnąć ile się da, panie Wicks! To poprostu chrześcijański uczynek, panie Wicks! Mając tak dużą rodzinę i nieduże dochody, będzie na przyszłość ostrożniejszy w pożyczaniu. Prawda, panie Wicks?“ I, wychodząc, uśmiechnął się tak dobrodusznie, że aż przyjemnie było na niego patrzeć. „To doskonały businesman!“ rzekł Wicks tonem najgłębszego podziwu. „Doskonały, nieprawdaż?“
Trzech innych jak najchętniej zgodziło się na tę opinię a opowiadanie podobało im się niezmiernie.
„Mili chłopcy“, szepnął Weller do swojego pana. „Ładnie się tu bawią“.
Pan Pickwick skinął głową potakująco i odkaszlnął, aby zwrócić na siebie uwagę młodych gentlemanów za przepierzeniem Ci, ulżywszy sobie rozmową między sobą, postanowili zwrócić nieco uwagi na przybyłych.
„Ciekaw jestem, czy Fogg już wolny?“ powiedział Jackson.
„Zobaczę“, odparł Wicks lekko zeskakując z krzesła. „Kogo mam oznajmić?“
„Pickwick“, odpowiedział znakomity bohater tych przygód.
Jackson poszedł na górę i natychmiast wrócił, oznajmiając, że pan Fogg przyjmie pana Pickwicka za pięć minut. Dokonawszy tego, wrócił do swego biurka.
„Powiedział, że jak się nazywa?“ spytał Wicks.
„Pickwick“, odpowiedział Jackson. „Oskarżony w sprawie Pickwick contra Bardell“.
Szuranie nogami, zmieszane ze stłumionym śmiechem, dało się słyszeć za przepierzeniem.
„Panie“, odezwał się Sam cicho. „Biorą pana na fundusz!“
„Biorą na fundusz? Co to znaczy?“ zapytał pan Pickwick.
Za całą odpowiedź Sam wskazał palcem na przegrodę, a pan Pickwick, podniósłszy głowę, przekonał się o prawdziwości faktu: czterej dependenci spoglądali na niego wesoło, z wielkiem zainteresowaniem przypatrując się postawie i rysom tego lowelasa, tego wielkiego burzyciela spokoju serc niewieścich... Lecz wskutek ruchu pana Pickwicka cztery głowy znikły, poczem bezzwłocznie dał się słyszeć szelest piór, suwanych po papierze z niezmierną szybkością.
Odgłos dzwonka przywołał jednego z dependentów do apartamentu pana Fogga. Wkrótce oznajmiono panu Pickwickowi, że adwokat może go przyjąć.
Pan Pickwick poszedł po schodach. Na pierwszem piętrze, na jednych z drzwi wypisane było olbrzymiemi literami to imponujące słowo: „Fogg“. Jackson zapukał i na wezwanie: „Wejść!“ wprowadził pana Pickwicka do pokoju.
„Czy pan Dodson powrócił?“ zapytał Fogg.
„W tej chwili powrócił“.
„Poproś go pan do mnie“.
„Zaraz panie“, odpowiada Jackson i wyszedł.
„Proszę siadać“, rzekł następnie pan Fogg do pana Pickwicka. „Oto dzisiejsze dzienniki. Mój wspólnik przyjdzie za chwilę i pomówimy o interesie“.

Pan Pickwick usiadł, ale zamiast czytać dziennik, zaczął przypatrywać się adwokatowi. Był to człowiek już w starszym wieku, o ściągłej twarzy, wegetarjanin, w czarnym surducie, ciemnych spodniach i krótkich czarnych kamaszach, słowem, istota, która, zdawało się, stanowiła
integralną część biurka, przy którem siedziała i która czuła i myślała tyle właśnie, co ono. Po upływie kilku minut wszedł pan Dodson, osoba otyła i barczysta, o ostrem spojrzeniu i wielkim głosie. Rozmowa zaczęła się natychmiast.

„Pan Pickwick“, rzekł pan Fogg do swego wspólnika.
„A! Oskarżony w procesie Bardell et Pickwick“.
„Tak jest“, odrzekł filozof.
„Co pan nam proponuje?“ zapytał Dodson.
„A!“ zawołał Fogg, wkładając ręce do kieszeni i rzucając się na krzesło. „Co pan proponuje, panie Pickwick?“
„Cicho, Fogg“ powiedział Dodson. „Niech pan Pickwick mówi“.
„Przyszedłem tu“ odrzekł mędrzec, spoglądając łagodnie na obu, „przyszedłem tu, by wynurzyć panom wielkie zdumienie, jakiego doznałem otrzymawszy ich list, i zapytać, jaki może być powód procesu przeciwko mnie?“
„Powód?!“ zaczął Fogg, ale powstrzymał go Dodson.
„Panie Fogg“, powiedział Dodson. „Ja mówię“.
„Przepraszam pana, panie Dodson“, powiedział pan Fogg.
„Jaki powód?“ spytał pan Dodson, przybierając minę wysoce moralną. „O powód niech pan spyta własne sumienie. My rządzimy się wyłącznie oświadczeniami naszej klijentki. Oświadczenia te mogą być fałszywe lub prawdziwe. Wiarogodne lub niewiarogodne. Jeżeli są prawdziwe, to są tem samem wiarogodne; nie waham się oznajmić panu, że podstawy naszego oskarżenia są mocne i nie dam niemi wstrząsnąć! Pan może być człowiekiem albo bardzo nieszczęśliwym, albo bardzo przewrotnym. Ale gdyby mię pod przysięgą, jako sędziego, spytano, co o tem sądzę, mógłbym powiedzieć tylko jedno“. Tu Dodson, z miną obrażonej cnoty, wyprostował się całą swą postacią, poczem spojrzał na Fogga, który wsadził głębiej ręce go kieszeni i, potrząsając głową, powiedział z miną mędrca: „Naturalnie!“
„Otóż panie“, powiedział Pickwick, a wyraz boleści wykrzywił jego rysy, „zapewniam pana że mam tylko ogromnego pecha, przynajmniej w tej sprawie!“
„Mam nadzieję że tak“, powiedział Dodson. „Spodziewam się, że tak. Jeżeli pan jest rzeczywiście niewinny w tej sprawie, jest pan najbardziej pechownym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Cóż pan na to, panie Fogg?“
„Jestem pańskiego zdania“, powiedział pan Fogg, uśmiechając się niedowierzająco.
„Pozew, dotyczący tej sprawy“ ciągnął Dodson „wydany został według przepisów. Panie Fogg, gdzie księga Praecipe?“
„Proszę“, powiedział pan Fogg, podając wielką księgę oprawną w pergamin.
„Oto początek“: podjął Dodson. „Middlesex, Capias Marta Bardell, wdowa, contra Samuel Pickwick. Odszkodowanie 1500 funtów. Dodson i Fogg. Sierpień 28. 1827. Wszystko w porządku, panie!“ Dodson odkaszlnął i spojrzał na Fogga, który powtórzył: „W porządku!“, poczem obaj spojrzeli na Pickwicka.
„Więc panowie chcecie dać mi do zrozumienia, że rzeczywiście zamiarem ich jest wytoczyć mi proces?“
„Dać panu do zrozumienia? Oczywiście!“ powiedział Dodson, niemal uśmiechając się, o ile pozwalała mu na to jego powaga.
„I że odszkodowanie obliczono na 1500 funtów?“ ciągnął pan Pickwick.
„Pozwoli pan, że dodam“ odpowiedział Dodson, „iż gdyby to od nas zależało, powiększylibyśmy tę sumę trzykrotnie“.
„Zdaje mi się, że pani Bardellowa powiedziała wyraźnie“, rzucił Fogg spoglądając na Dodsona, „że nie zgodzi się na mniejszą sumę“.
„Niewątpliwie“ surowo potwierdził Dodson. Rozpoczęli dopiero akcję i kompromis był im nie na rękę, nawet gdyby pan Pickwick zdradził ochotę do ustępstw.
„Ponieważ nie proponuje pan żadnych warunków“ powiedział Dodson, wygładzając prawą ręką kartkę pergaminu, a lewą machając przed panem Pickwickiem papierową kopją, „służę panu pozwem. Oto oryginał, panie!“
„Bardzo dobrze, panowie, bardzo dobrze“ powiedział pan Pickwick, którego osoba i gniew powstały jednocześnie. „Mój adwokat odpowie panom“.
„Bardzo nam będzie miło“, powiedział Fogg zacierając ręce.
„Bardzo!“ dodał Dodson otwierając drzwi.
„Ale zanim odejdę, panowie“ mówił podniecony pan Pickwick odwracając się od drzwi, „pozwolę sobie powiedzieć że ze wszystkich kruczków haniebnych i niegodnych...“
„Za pozwoleniem! Zaraz!“ zawołał Dodson z wielkiem ugrzecznieniem. „Panie Wicks! Panie Jackson!“
„Jesteśmy“, odpowiedzieli obaj dependenci.
„Chciejcie tylko wysłuchać, co gentleman mówi“, powiedział Dodson. „A więc mówił pan, że ze wszystkich kruczków haniebnych i niegodnych...“
„Tak jest panowie“, mówił pan Pickwick bardzo rozgniewany, „ze wszystkich kruczków haniebnych, jakie wynajdują ludzie bez czci i wiary, ten kruczek jest najhaniebniejszy i najniegodniejszy. Powtarzam to“.
„Czy słyszy pan, panie Wicks?“ spytał Dodson.
„Nie zapomni pan, panie Jackson?“ dodał Fogg.
„Może zechce pan nazwać nas oszustami!“ powiedział pan Dodson. „Owszem, panie, jeżeli mu to zrobi przyjemność!“
„Tak!“ powiedział Pickwick. „Jesteście oszuści!“
„Bardzo dobrze“, powiedział pan Dodson. „Mam nadzieję, że pan słyszał, panie Wicks?“
„O tak, panie!“ odpowiedział Wicks.
„Może pan zechce pozwolić sobie na więcej?“ dodał Fogg „Prosimy! Prosimy! Pozwól pan sobie! Może zechce pan nazwać nas złodziejami, albo znieważyć czynnie którego z nas? Owszem, jeżeli to tylko zrobi panu przyjemność! Nie będziemy stawiać oporu! Prosimy, prosimy!“
Ponieważ Fogg stanął w sposób nader kuszący blisko zaciśniętych pięści pana Pickwicka, jest wielce prawdopodobnem, że filozof uległby jego namowie, gdyby Sam, słysząc całą poprzednią rozmowę, nie wbiegł po schodach i nie schwycił swego pana za rękę.
„Niech pan da spokój!“ powiedział. „Wolant to doskonała gra, ale nie z prawnikami, chyba że pan jest rakietą a oni piłką! Chodźmy, proszę pana! Jeżeli chce pan ulżyć swemu sercu, to wyjdźmy na dziedziniec i niech pan mnie wyszturcha. Bo z prawnikami to za kosztowna zabawa!“
To mówiąc, Sam bez ceremonji wyprowadził pana Pickwicka na podwórze a potem na Cornhill, zdecydowany iść za swoim panem, gdzie ten mu każe.
Pan Pickwick szedł bezmyślnie. Minął Mansion House i skierował się do Cheapside. Sam Weller zaczął już dziwić się, dokąd zmierzają, kiedy pan Pickwick odezwał się:
„Idę natychmiast do pana Perkera, Sam!“
„Właśnie tam powinniśmy byli iść już wczoraj!“ odrzekł Sam.
„Zdaje mi się!“ powiedział pan Pickwick.
„Jestem nawet tego pewny!“ powiedział Sam.
„Dobrze, dobrze, Samie“ powiedział pan Pickwick. „Zaraz tam pójdziemy, ale ponieważ zirytowałem się, chciałbym więc przedtem wypić wódki z gorącą wodą. Gdzieby to znaleźć, Samie?“
Sam Weller posiadał niezwykłą i wyjątkową znajomość Londynu. Odpowiedział bez wahania:
„Drugi dziedziniec na prawo, ostatni dom po tej samej stronie; radzę panu zająć stolik przy kominie, nie ma nóg we środku, jak wszystkie inne — to jest bardzo niewygodne“.
Według tych wskazówek, pan Pickwick poszedł do oberży. Podano mu wódkę; Sam, usiadłszy w przyzwoitej odległości przy tym samym stole, otrzymał kufel porteru.
Sala, w której się znaleźli, była bardzo skromnie umeblowana i wyglądała, jakby była pod specjalną opieką stangretów od dyliżansów; wielu gentlemanów, należących do tej uczonej profesji, piło tam i paliło fajki. Pomiędzy nimi znajdował się pewien mężczyzna, otyły i czerwony, w starszym już wieku. Siedział on naprzeciw pana Pickwicka i zwrócił jego uwagę. Otyły człowiek palił fajkę z wielką gwałtownością, a zawsze po sześciu pociągnięciach wyjmował ją z ust i przypatrywał się naprzód Samowi a potem panu Pickwickowi, poczem zanurzał twarz w półkwaterek i wlewał w siebie z niego tyle, ile półkwaterek zawierał. Dokonawszy tego, znów przypatrywał się Samowi i panu Pickwickowi. Po chwili znów pociągał z fajeczki — jakie sześć razy — zamyślał się i znowu patrzył na Sama i pana Pickwicka. Wreszcie otyły człowiek, położywszy nogi na krześle, oparł się grzbietem o mur, i, nie przestając pykać z fajki, wpatrywał się w nowoprzybyłych, jakgdyby chciał ich najdokładniej wystudjować.
Ewolucje otyłego mężczyzny zrazu uszły uwagi Sama; ale widząc, że oczy pana Pickwicka od czasu do czasu zwracały się ku nieznajomemu, i on też począł mu się przypatrywać, po chwili jednak przysłonił oczy ręką, jakgdyby, poznawszy poczęści przedmiot, który miał przed sobą, chciał upewnić się o jego tożsamości. Ale wkrótce rozwiały się jego wątpliwości, gdyż otyły mężczyzna, puściwszy gęsty kłąb dymu z poza potężnego szala, okręcającego mu szyję, odezwał się głosem ochrypłym, jakby próbując brzuchomówstwa.
„No i cóż, Sammy?“
„Kto to jest, Samie?“ zapytał pan Pickwick.
„Nigdybym temu nie uwierzył, panie“, odrzekł Sam, szeroko roztwierając oczy, „to stary“.
„Stary!“ zaczął znowu pan Pickwick; „jaki stary?“
„Mój ojciec, panie. Jak się masz, mój antyku?“
Po tem czułem wynurzeniu synowskich uczuć, Sam zrobił na ławie koło siebie miejsce dla otyłego człowieka, który zasiadł z fajką w ustach i kuflem w ręku.
„No, Sammy“, rzekł ojciec, „nie widziałem cię od dwóch lat“.
„Tak, tak, stary zuchu. A jak się ma macocha?“
„Macocha, Sammy, powiem ci“, rzekł pan Weller senior głosem bardzo uroczystym, „powiem ci, że świat nie widział milszej osoby nad nią, jak długo była wdową — bo już jestem przecież jej drugim mężem. Miła to była istota, Sammy, i dziś tyle mogę powiedzieć, że ponieważ była z niej arcymiła wdówka, to wielka szkoda, że zmieniła stan. Na żonę nie zdatna, Sammy“.
„Ba! Czy tak?“ zapytał Weller junior. Weller senior pochylił głowę i uśmiechnął się.
„Za drugim razem nie udała mi się sztuka, Sammy, nie udała się za drugim razem. Bierz przykład z twego ojca, mój chłopcze i, dopóki żyjesz, wystrzegaj się wdów, zwłaszcza trzymających oberże, Sammy“.
Udzieliwszy z wielkiem namaszczeniem takiej ojcowskiej rady, Weller senior wydobył z kieszeni blaszaną puszkę, nałożył sobie fajkę, zapalił ją od ognia z poprzedniej fajki i począł pykać z wielką gwałtownością.
Po długiej pauzie zwrócił się do pana Pickwicka w tej samej materji.
„Z przeproszeniem szanownego pana, ale mniemam, że nie dotknę pana osobiście; czyś pan nie zahaczył o jaką wdowę?”
„Jeszcze nie”, odrzekł pan Pickwick, uśmiechając się. Tymczasem Sam objaśnił ojcu do ucha swój stosunek do filozofa.
„Z przeproszeniem szanownego pana“, rzekł Weller, uchylając kapelusza; „spodziewam się, że nie ma pan powodu, by być niezadowolony z Sammy?”
„Najmniejszego”, odrzekł pan Pickwick.
„To mię bardzo cieszy, panie. Wiele pracowałem nad jego edukacją, panie. Wypuszczałem go na ulicę, gdy jeszcze był małym bębnem, ażeby sam umiał sobie radzić. To jedyny sposób, by młody człowiek nabrał rozumu”.
„Sądziłbym, że trochę niebezpieczny”, zauważył pan Pickwick z uśmiechem.
„I niebardzo pewny”, dodał Sam; „niedawno przekonałem się o tem”.
„Niemoże być!?” rzekł ojciec.
„Tak jest!” odrzekł syn, i, jak można najkrócej, opowiedział, jak go Trotter wyprowadził w pole.
Weller słuchał tego opowiadania z najgłębsza uwagą, gdy je skończono, zapytał:
„Czy jednym z tych klejnotów nie będzie mężczyzna chudy, z czarnemi włosami i z galopem w wymowie?”
Pan Pickwick nie bardzo zrozumiał ten rysopis, ale na wszelki wypadek powiedział, że tak.
„Drugi urwis ma fioletową liberję, z ogromną głową?”
„Tak, tak! To oni!” zawołali razem pan i sługa.
„W takim razie wiem, gdzie się wśrubowali; obaj znajdują się teraz w Ipswich i dobrze się mają”.
„Nie może być!” zawołał z kolei pan Pickwick.
„To fakt”, odrzekł Weller, „a oto, jak się o tem dowiedziałem. Od czasu do czasu zastępuję jednego kolegę, jeżdżącego do Ipswich. Właśnie jechałem tam, nazajutrz po nocy, kiedy pan złapałeś reumatyzm. Pod „Murzynkiem” w Chelmsford przyjąłem ich, bo tam się zatrzymali, i powiozłem prościutko do Ipswich. Tam, powiedział mi fioletowy fagas, mają mieszkać przez dłuższy czas“.
„Pojadę za nimi!“ zawołał pan Pickwick.
„A czy jesteś pewny, mój gubernatorze“, rzekł Sam do ojca, „że to są oni?“
„Najpewniejszy, Sammy; raz, że to są szczególni ludzie, a powtóre, że dziwiła mnie poufałość gentlemana ze swym sługą. Więcej jeszcze: siedzieli zaraz za mną i słyszałem, jak się cieszyli, że wyfrycowali jakiegoś starego pryka!“
„Starego kogo?“ zapytał pan Pickwick.
„Starego pryka, panie, i w mózgownicy mojej widzi mi się, że to o panu była mowa“.
Właściwie niema nic krzywdzącego w wyrażeniu „stary pryk“, ale w każdym razie nie jest to wyrażenie, oznaczające wielki szacunek. Wszystkie przykrości, jakich doznał od pana Jingla, przyszły na myśl panu Pickwickowi podczas opowiadania Wellera. Teraz już lada piórko mogło przechylić szalę, a „stary pryk“ to sprawił.
„Pojadę za nimi!“ zawołał filozof, uderzając pięścią w stół.
„Pojutrze jadę do Ipswich, panie“, rzekł Weller; „dyliżans odchodzi z pod „Byka“ w White-Chapel. Jeżeli pan chce jechać, to najlepiej jechać ze mną“.
„Bardzo dobrze“, odrzekł pan Pickwick. „Napiszę do moich przyjaciół, by także tam przyjechali. Ale nie odchodź pan tak prędko, panie Weller; może pan jeszcze czego się napije?“
„Pan bardzo łaskaw“, odrzekł Weller, zatrzymując się. „Możnaby kieliszek wódki za zdrowie szanownego pana i na pomyślność Sama“.
„Pewnie że możnaby“, zawołał pan Pickwick. „Proszę wódki“. Przyniesiono wódkę i pan Weller, uprzejmie skinąwszy Pickwickowi i kiwnąwszy na Sama, wlał zręcznie do gardła spory kielich tak, jakby ten był nie większy od naparstka.
„Doskonale wykonane, papo! Ale musisz być ostrożny, stary zuchu, bo złapiesz podagrę“.
„Na podagrę wynalazłem niezawodne lekarstwo“, odrzekł Weller, stawiając kieliszek na stole.
„Niezawodne lekarstwo na podagrę!“ zawołał pan Pickwick, szybko wydobywając swoją książkę notat; „cóż to za lekarstwo?“
„Podagra, panie, jest to choroba, powstająca z wielkich wygód i komfortu. Jeżeli pan dostanie kiedy napadu podagry, niech pan natychmiast ożeni się z jakąś wdową o pięknym, mocnym głosie, umiejącą nim należycie władać — podagra zniknie bez śladu. To kapitalny przepis, panie. Używam go regularnie i zaręczam, że usuwa wszelkie choroby, wynikające z nadmiaru wesołego życia“.
Po udzieleniu tego nieocenionego sekretu, Weller raz jeszcze wypróżnił szklankę, mrugnął okiem, westchnął głęboko i wyszedł.
„No, Samie, co myślisz o tem, co mówił twój ojciec?“ zapytał pan Pickwick z uśmiechem.
„Co myślę, panie? Myślę, że mój ojciec jest ofiarą małżeństwa, jak ze łzami w oczach mówił kapelan domowy Sinobrodego, kiedy go grzebał“.
Trudno było znaleźć odpowiedź na te słowa, wobec tego pan Pickwick skierował się do Gray Inn. Ale zanim tam dobrnął wybiła godzina ósma. Niepowstrzymany potok gentlemanów w brudnych białych kapeluszach i zniszczonych ubraniach, płynący do wszystkich wyjść, uświadomił go, że większość biur już zamknięto.
Wdrapawszy się na dwie kondygnacje bardzo brudnych schodów, pan Pickwick przekonał się o słuszności swoich przypuszczeń. Drzwi od kancelarji pana Perkera były zamknięte. Śmiertelna cisza, która była jedyną odpowiedzią na liczne pukania Sama Wellera, oznajmiła im, że dependenci już się rozeszli.
„A to przyjemność, Samie!“ powiedział pan Pickwick.
„Nie mam ani godziny do stracenia, muszę go natychmiast zobaczyć! Nie zmrużę dzisiejszej nocy oka, dopóki nie będę mógł stwierdzić z całym spokojem, że oddałem swoją sprawę w ręce specjalisty“.
„O, właśnie idzie jakaś staruszka! Może ona będzie wiedziała, gdzie kogo znajdziemy! Hej, starsza pani! Gdzie są ludzie pana Perkera?“
„Ludzie pana Perkera“, odpowiedziała chuda, nędzna staruszka, przystanąwszy, żeby złapać oddech. „Ludzie pana Perkera wyszli. A ja idę sprzątać biuro“.
„Czy pani jest służącą pana Perkera?“ spytał pan Pickwick.
„Nie, jestem praczką“ odpowiedziała staruszka.
„A“, powiedział pan Pickwick, a potem rzekł na boku do Sama: „To bardzo ciekawe, Samie, że w tych instytucjach służące nazywają praczkami“.
„Ponieważ ich panowie mają śmiertelną awersję do prania brudów“, odrzekł Sam.
„To dziwne“, rzekł pan Pickwick, patrząc na starszą kobietę, której postać, zarówno jak biuro (właśnie je otworzyła), zdradzały zdecydowany wstręt do wody i mydła: „Czy może mi pani powiedzieć, gdzie znajdę pana Perkera?“
„Nie, nie mogę“ odpowiedziała staruszka ponuro, „poszedł do miasta!“
„To istne nieszczęście!“ odpowiedział pan Pickwick. „A czy nie wie pani, gdzie jego dependent?“
„Owszem, wiem, ale nie podziękowałby mi za to, gdybym powiedziała“, rzekła praczka.
„Mam bardzo ważny interes“, powiedział pan Pickwick.
„Nie może pan zaczekać do jutra?“ spytała kobieta.
„Niebardzo“, odpowiedział pan Pickwick.
„Dobrze“, powiedziała stara. „Gdyby zaszło coś ważnego, kazał mi powiedzieć, gdzie jest. Więc przypuszczam, że mam prawo to zrobić. Idźcie panowie pod „Srokę i Ogarek“ i spytajcie w barze o pana Lowtena. Wtedy pokażą wam, który to jest Lowten. A to właśnie będzie dependent pana Perkera“.
Kierując się temi wskazówkami i otrzymawszy dalsze, z których wynikało, że wyżej wymieniona gospoda leży w dzielnicy sądowej, zadowoleni, że znajdą się w pobliżu Clare Market i niedaleko tyłów New Inn, pan Pickwick i Sam jakoś szczęśliwie zeszli po karkołomnych schodach i dobrnęli pod „Srokę i Ogarek“.
Ta faworyzowana oberża, uświęcona wieczornemi ucztami pana Lowtena i jego kolegów, była właściwie tem, co ludzie zwykle nazywają karczmą. Że gospodarz należał do typu ludzi, którzy kiedyś zrobią majątek, dowodził fakt, że umieszczony w zamknięciu szynkwas przypominał z kształtu lektykę; że zaś był przytem filantropem, widać było z tego, iż na progu swej własnej oberży pozwalał jakiemuś obdartusowi sprzedawać rozmaite delikatesy. W oknach, zawieszonych firankami barwy szafranowej, wisiało parę ogłoszeń mówiących o cydrze z Devonshire i o gdańskiej wódce. Wielka, czarna tablica dużemi literami głosiła wszem wobec, że w piwnicach tego zakładu znajduje się pół miljona baryłek mocnego porteru. Wywoływała ona w umyśle każdego gościa miłe zagadnienie, w jakim kierunku prowadzić mogą owe piwnice. Jeżeli dodamy do tego, że zewnętrzny szyld ozdobiony był nawpół zatartym wizerunkiem sroki, jednem okiem zezującej na kawałek czegoś bronzowego, co najstarsi ludzie od dzieciństwa nauczyli się czcić jako ogarek, to będziemy mieli już wszystko, co dotyczy zewnętrznego wyglądu tego zakładu.
Gdy pan Pickwick stanął przed szynkarzem, z za wąskiej lady wynurzyła się nagle starsza kobieta, ukazując się w całej swej okazałości.
„Czy jest tutaj pan Lowten? zapytał pan Pickwick.
„Tak jest“, odpowiedziała oberżystka. „Karolciu, zaprowadź gentlemana do pana Lowtena!“
„Gentleman nie może teraz tam wejść“ rzekł z przejęciem czerwonowłosy chłopiec. „Pan Lowten śpiewa teraz komiczne piosenki i nikogo nie puszcza do siebie. Ale zaraz skończy, proszę jaśnie pana!“
Zaledwie czerwonowłosy chłopak skończył mówić, gdy hałaśliwe bicie w stoły i dzwonienie w szklanki dało znać, że pieśń została skończona. Pan Pickwick, wyraziwszy życzenie, aby Sam dowoli dogodził sobie w szynkowni, pozwolił się zaprowadzić do pana Lowtena.
Po zaanonsowaniu, że „gentleman chce mówić z jaśnie panem“, tłusty młody człowiek, który wypełniał sobą krzesło u szczytu stołu, z pewnem zdumieniem spojrzał w kierunku, skąd dochodził głos. Zdumienie młodego człowieka nie zmniejszyło się bynajmniej, kiedy oczy jego spoczęły na indywiduum, którego przedtem nigdy w życiu nie widział.
„Bardzo przepraszam“, powiedział pan Pickwick, „i przykro mi, że przeszkadzam także reszcie gentlemanów, ale przybywam w bardzo ważnej sprawie. Jeśli pan pozwoli zająć sobie pięć minut czasu, tu w kąciku, będę panu niezmiernie wdzięczny“.
Tłusty młodzieniec wstał i przesunąwszy swoje krzesło do kąta, tuż obok krzesła pana Pickwicka, uważnie wysłuchał jego bolesnej opowieści.
„A!“ rzekł po skończeniu, „Dodson i Fogg — twardą mają rękę! Kapitalni businesmani, ci Dodson i Fogg!“
Pan Pickwick przyznał, że Dodson i Fogg mają twardą rękę; potem pan Lowten ciągnął dalej:
„Perker wyjechał i wróci prawdopodobnie pod koniec tygodnia. Ale jeśli pan chce, żebyśmy zajęli się pańską sprawą, proszę mi zostawić kopję pozwu, a ja zrobię wszystko, co potrzeba, zanim Perker wróci“.
„Właśnie poto przyszedłem“, powiedział pan Pickwick, podając mu dokument. „Jeżeli zajdzie coś niespodziewanego, zechce pan łaskawie napisać — poste restante, Ipswich“.
„Doskonale“, odpowiedział dependent pana Perkera, a zauważywszy, że spojrzenie pana Pickwicka wędruje ciekawie wzdłuż stołu, dodał: „Może się pan do nas przysiadzie na jakie pół godzinki? Mamy tu dzisiaj kapitalną kompanję. Jest tam główny dependent od Samkina i Greena, kancelista od Smithersa i Price’a, i jeszcze jeden od Pimkina i Thomasa, który na chwilę wyszedł — świetnie śpiewa piosenki! Jest jeszcze Jack Bamber i paru innych. Przybywa pan zapewnie ze wsi? Może zechce się pan do nas przysiąść?“
Ta doskonała sposobność studiowania natury ludzkiej była pokusą zbyt silną, aby pan Pickwick mógł się jej oprzeć. Pozwolił się tedy doprowadzić do stołu, gdzie go w odpowiedni sposób przedstawiono, i podano mu krzesło w sąsiedztwie prezydującego. Poczem pan Pickwick zażądał szklanki swego ulubionego płynu.
Wbrew temu, czego oczekiwał pan Pickwick, zapadło głębokie milczenie.
„Przypuszczam, że nie jest to dla pana przykre?“ zapytał sąsiad z prawej strony, gentleman w koszuli, ozdobionej mozaikowemi spinkami, i z ogromnem cygarem w ustach.
„Bynajmniej“, odpowiedział pan Pickwick. „Bardzo lubię cygara, chociaż sam nie palę...“
„Przykroby mi było twierdzić to samo co do mojej osoby“, odezwał się gentleman z przeciwnej strony stołu. „Palenie jest dla mnie wiktem i dachem nad głową“.
Pan Pickwick spojrzał na mówiącego i pożałował, że nie jest ono dla niego także i opierunkiem.
Nastąpiła znów pauza. Pan Pickwick, jako człowiek obcy, najwidoczniej zepsuł nastrój.
„Pan Grundy zechce zaszczycić towarzystwo piosenką“, rzekł przewodniczący.
„Nie zechce“, odpowiedział pan Grundy.
„Dlaczego?“ zapytał przewodniczący.
„Bo nie może“, odparł pan Grundy.
„To niech pan powie lepiej nie chce!“ rzekł przewodniczący.
„No, więc nie chce“, odpalił pan Grundy. Pozytywna odmowa pana Grundy zaszczycenia towarzystwa piosenką znowu wywołała milczenie.
„Więc nikt nas nie zechce rozweselić!“ powiedział przewodniczący despotycznie.
„A czemu pan nas nie rozwesela, panie prezesie?“ spytał młody zezowaty człowiek z bokobrodami, w szeroko otwartej (brudnej) koszuli, siedzący przy końcu stoła.
„Słuchajcie! słuchajcie!“ odrzekł jegomość z mozaikowemi spinkami, palący cygaro.
„Ponieważ znam tylko jedną piosenkę i właśnie już ją śpiewałem. A tylko pieśń „Niech krążą szklanice“ może być śpiewana dwa razy tej samej nocy“.
Była to replika nieodparta, znów więc zapadło milczenie.
„Byłem dziś wieczorem, moi panowie“, zaczął pan Pickwick, mając nadzieję, że wciągnie do rozmowy całe towarzystwo „byłem dziś wieczorem w miejscu, które wy, moi panowie, wszyscy dobrze znacie, ale gdzie ja nie byłem oddawna i dlatego mało je znam. Mówię, panowie, o Gray Inn. Ciekawy to zakątek w naszym wielkim Londynie“.
„O, na Boga!“ rzekł szeptem przewodniczący nachylając się przez stół do pana Pickwicka. „Poruszył pan temat, na który przynajmniej jeden z nas zawsze gotów rozprawiać. Łatwo naciągnie pan na to starego Jacka Bambera. Bamber o niczem innem nigdy nie mówi, jak o Gray Inn; mieszka tam od wieków i nawpół od tego zwarjował!“
Indywiduum, o którem wspomniał Lowten, był to żółty, przygarbiony człowieczek. Miał zwyczaj garbić się silnie, kiedy nic nie mówił, i z tego zapewne powodu pan Pickwick nie zwrócił na niego z początku uwagi. Kiedy teraz mały człowieczek podniósł swoją zmarszczoną twarz i utkwił w panu Pickwicku szare oczy o pytającym wyrazie, pan Pickwick nie mógł się dość nadziwić, że mógł przez chwilę nie zwrócić na niego uwagi. Na twarzy małego człowieczka gościł stale zgryźliwy uśmiech. Oparł brodę na długiej, kościstej dłoni, której palce posiadały niezwykłej długości paznogcie. A kiedy pochylił głowę nabok i spojrzał z pod szarych, krzaczastych brwi, dziwna chytrość zabłysła w jego spojrzeniu, chytrość trudna do zniesienia dla patrzącego w te oczy.
Ta właśnie postać wystąpiła teraz na widownię i wylała z siebie całą kaskadę słów. Ponieważ rozdział ten jest już dostatecznie długi, a mały człowieczek jest osobistością znakomitą, będzie wyrazem szacunku dla niego i wygodą dla nas, jeśli pozwolimy mu przemawiać w rozdziale następnym.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.