Komedjanci/Część IV/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Komedjanci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część IV
Pobierz jako: Pobierz Cała część IV jako ePub Pobierz Cała część IV jako PDF Pobierz Cała część IV jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


Cicho, w zamkniętym kościele odbył się ślub Sylwana z Eweliną; za świadka służył baron i dwóch przyjaciół nowożeńca: nikogo nie proszono na wieczór, i około dziesiątej w wielkim salonie Hormeyera pozostał tylko hrabia z młodą żoną swoją. Od rana już wdowa czuła się tak słabą, że ojciec, który ją znał dobrze, jakby przewidując następstwa wielkiego wzruszenia przy obrzędzie, nikogo na to wesele nie prosił. Jakoż ku wieczorowi stan się jej wielce pogorszył, opanowała ją niespokojność, gorączka, częste zaczęły napadać mdłości i pierwszą czynnością Sylwana, jako męża, było biec po doktora.
Przybyły, jeden z najznakomitszych lekarzy w Warszawie, nie ograniczając się zewnętrznemi oznakami choroby, długo badał pacjentkę, zapisał jakieś uspokajające lekarstwo i nakazał spokój najzupełniejszy, a nadewszystko unikanie wszelkiego widoku, któryby ją mógł drażnić.
Baron więc pożegnał Sylwana ściśnieniem ręki, dając mu do zrozumienia, żeby się oddalił i nowożeniec odjechał do samotnego swego mieszkania, do którego już nie spodziewał się powrócić tak rychło.
Nazajutrz dodnia był już u barona; lekarz go uprzedził: trzech ich siedziało u łóżka Eweliny, której choroba w ciągu nocy przybrała charakter zatrważający. Gorączka nie dawała się przerwać niczem, przyszedł szał i nieprzytomność, porywała się z łóżka, chcąc biec, śpiewała, śmiała się, płakała, nie poznawała ojca: marzenie ciężkie mózg jej opanowało.
Baron stał u łoża i płakał; Sylwana nie wpuszczono nawet do niej, gdyż Hormeyer przewidywał, że widok jego w tej chwili dla chorej szkodliwym być może. Pomiędzy życiem a śmiercią zostawała Ewelina dni kilka; kilkakroć rozpaczano o uzdrowieniu, a gdy poczęła nareszcie przychodzić do siebie, już jej nie wróciła się przytomność. Zdrowie jej zdawało się w normalnym stanie, odzyskała spokój, siłę, świeżość, wdzięk, tylko umysł pozostał w dziwnego rodzaju obłąkaniu.
Nie był to szał zupełny, ogarniający wszystko, ale jakiś obłęd cząstkowy. Dla obcych chwilami mogła się zdawać przytomną, były godziny, w których nie pozostawało śladu obłąkania, mówiła, śmiała się, bawiła, ale oczy ojca widziały ciągle stan córki takim, jakim był w istocie. Ewelina straciła pamięć wielu wypadków, inne zmieszały się w jej głowie na utworzenie jakiegoś fałszywego życia i szczęśliwości kłamanej. Zdawało jej się, że nie rozłączyła się nigdy z ukochanym, że po ciężkich przeciwnościach związano ich nareszcie ślubem wiekuistym, że chwilowo się z nim tylko rozstała. Czuła się spokojną i szczęśliwszą niż kiedy, przyszłość widziała jasną i pogodną i serce się ściskało, patrząc na to wesele, które okropnem kiedyś przebudzeniem do rzeczywistości skończyć się miało. Zresztą zdrowie jej nigdy lepsze nie było: rumieniec powrócił na twarz, oczy jej czarne poglądały wesoło, chodziła, jeździła, przyjmowała gości i ciągle wybierała się w drogę, do księcia, z którym, jak mówiła, za dni kilka połączyć się miała. Lekarze, zdumieni tą niespodzianą zmianą, nic na nią radzić nie umieli: życzyli podróż, rozrywkę, obiecywali coś w przyszłości, ruszali ramionami i widocznie pozbyć się chcieli chorej, której pomóc nie byli w stanie. Większość ich utrzymywała, że koniecznie potrzeba było wyjechać z nią i odbyć długą drogę.
Położenie Sylwana stawało się codzień przykrzejsze: żona bowiem, nie przyznając go wcale za męża, obchodziła się z nim jak z obcym i, skutkiem jakichś pomieszanych przypomnień, sądziła go bratem księcia. Z iskierką jakiejś nadziei zaczęto się nareszcie wybierać w podróż do Denderowa, a Ewelina nie kryła radości swojej, utrzymując, że jedzie do męża, który na nią czeka niecierpliwie. Skutkiem ciągle w jej głowie zmieszanych marzeń, snów i rzeczywistości, często opowiadała o otrzymanych od niego listach, o przynaglaniu ją do wyjazdu i z dziecinną trzpiotowatością poczęła pakować się do podróży. Baron, patrząc na nią, płakał chwilami; serce ojcowskie mówiło mu, że córka jego już być uleczoną nie może; wyrzucał sobie przeszłość, nie widział nic na świecie, coby ją zastąpić mogło. Sylwan więcej był gniewny, niż smutny: głównie chodziło mu o siebie, o swój los, związany z tą kobietą bezprzytomną, która nie była mu żoną, a zagradzała przyszłość. Bez wiary, uczucia, bez prawdziwej miłości, nie znajdował pociechy w niczem, prócz brudnych szałów, któremi się durzył umyślnie, pragnąc stracić pamięć i przytomność. Próbował już kilka razy opamiętać Ewelinę, przekonać ją, że był jej mężem, że wszystko, o czem marzyła, było tylko złudzeniem; ale ta, śmiejąc się i żartując, odpychała go od siebie, biorąc to tylko za jakąś igraszkę.
W takim stanie wyjechali do Denderowa: baron, córka jego i utrapiony Sylwan, który przewidywał burzę, jaka go od ojca spotkać miała. Ewelina w ciągu podróży była jak najweselsza: cieszyła się nią, mówiła ciągle o mężu i, z dziwną przytomnością i czynnością rozporządzając wszystkiem, przedstawiała ojcu najstraszniejszy obraz szczęścia, opartego na najzupełniejszem obłąkaniu. Nigdy jeszcze tak piękną, tak zdrową, tak wesołą, tak w drobnych rzeczach jasno i rozumnie sądzącą, tak czułą dla siebie, tak ujmującą dobrocią dla wszystkich, nie widział jej baron; nigdy też bardziej nie zakrwawiło się serce jego jak dzisiaj.
Ten stan widocznie, przedłużając się, utrwalając, stając się niejako normalnym i w ciągu swoim logicznym, nie robił najmniejszej uzdrowienia nadziei.
Z ostatniej stacji Sylwan za posłańcem sam pośpieszył przodem do ojca, aby go uprzedzić o swojem nieszczęściu i, o ile możności, złagodzić wybuch jego gniewu. Ze strachem wszedł do pokoju, po którym się hrabia najspokojniej przechadzał.
Widzieliśmy dziwny ów stosunek, jaki ojca łączył z synem: Sylwan przywykły był obchodzić się z hrabią jak z dobrym koleżką, jak z rówieśnikiem mało co od siebie starszym, a na zupełnie jednych prawach w społeczności żyjącym. Hrabia wybuchał czasami po ojcowsku, ale Sylwan upornie się trzymał, nie dając się strącić z raz objętego stanowiska.
Ani radości, ani zdziwienia, ani oznaki przywiązania nie było w ich powitaniu. Sylwan skłonił się, podając rękę hrabiemu po angielsku, ale jej Dendera nie przyjął, cofnął się, namarszczył:
— Pięknie powracasz, hrabio, — rzekł z szyderskim, pełnym boleści uśmiechem — czy choć wiesz, z kimeś się ożenił?
— Zdaje mi się — odparł urażony tą oziębłością Sylwan.
— A mnie się zdaje, że nie. Tak to zawsze się kończy, gdy młodzi nie chcą się powodować doświadczeniem starszych.
— Hrabia już wie o wszystkiem? — spytał Sylwan, sądząc, że mowa o chorobie i obłąkaniu jego żony.
— O! są usłużni ludzie, co wcześnie donoszą o nieszczęściu. — I stary rzucił się na kanapę, zakrywając oczy rękami. — Zgubiliście mnie! zgubili! — zawołał.
— Ale ona wyleczona być może — przerwał Sylwan.
— Jakto wyleczona? Z tej plamy, którą nosi na czole? — zaśmiał się Dendera.
— Z jakiej plamy? — oburzył się syn.
— On nic nie wie! — krzyknął hrabia, zbliżając się do niego — a! nieszczęśliwy!
— O czemże hrabia mówisz?
— Znaszże pochodzenie Hormeyera? Twój ten baron był jubilerem; kto wie, z Żydów zapewne wieść się musi i jarmułkę w herbie nosi: a jego córka, twoja żona...
— Panie hrabio! — zawołał Sylwan.
— Twoja żona, mniemana wdowa, nigdy niczyją żoną nie była: była kochanką jakiegoś księcia.
Sylwan pobladł i wstrząsnął się z gniewu.
— Oszukano mnie, — rzekł osłabłym głosem — ale to być nie może, to potwarz... to zazdrość! Kto śmiał to rozgłosić?
— Święta prawda! — rzekł ojciec.
— Na tem nie koniec jeszcze, — gorzko śmiejąc się, dodał syn, spierając się na stole, bo czuł, że mu się głowa zawracała — żona moja zachorowała w godzinę po weselu, a odzyskując zdrowie, pozostała obłąkana.
Stary Dendera nie rzekł słowa; zgnieciony doostatka, przybity, spojrzał na syna i łza dawno nie widziana zwilżyła mu powiekę.
Jak dzikie, drapieżne zwierzęta, schwytane i wsadzone do klatki, po rozpaczliwych rzucaniach leżą spokojnie, złamane niewolą i upokorzeniem, tak ojciec i syn w tej chwili innymi stali się ludźmi, zobaczywszy przed sobą nieprzebrnioną przestrzeń gotujących się im boleści. Sylwan miał jeszcze tyle przytomności, że opowiedział ojcu stan żony i z rozpaczą zawołał do niego o radę.
Ale co w takiem położeniu poradzić było można!
Sylwan myślał zrazu napisać do barona i zerwać z nim i mniemaną żoną swoją; ale hrabia go powstrzymał.
— Nie, — rzekł — to do niczego nie prowadzi, prócz wystawienia nas na pośmiewisko ludzi. Wszystko, co nas dotknęło, utajonem być może i powinno; cierpmy, ale śmiejmy się twarzą i udawajmy szczęśliwych. Nikt nie ulituje się nad nami, a szyderstwa, a upokorzenia ja znieść nie potrafię. Czy sądzisz, że żona twoja będzie mogła, tak jak jest, znaleźć się przytomnie w towarzystwie?
— Nikt poznać nie może jej obłąkania, jak tylko nie mówi o mężu i przeszłości.
— A więc cicho! Damy bal na wasze przyjęcie, będziemy się chwalić i nią, i twojem ożenieniem; potem wyjedziecie do Galicji. Wszak umrzećby powinna!
Milczeli chwilę; stary Dendera westchnął ciężko:
— Niech nikt — dodał po przestanku — nie pozna po tobie, jak nie wyczyta ze mnie, co się z nami dzieje, hrabio: dobijmy się do brzegu z honorem...
Patetycznie to wyrzekłszy, Dendera dorzucił:
— Możesz, powinieneś chwalić się bogactwem, urodzeniem, talentami, stosunkami familji żony. Udawaj szczęśliwego, inaczej być nie może. Tu w sąsiedztwie nikt prócz Farureja i mnie nie wie o pochodzeniu Hormeyerów; Farurej, choć zerwał właśnie z nami i z Cesią się nie żeni, dał mi słowo, że z sekretu nas nie wyda. A zatem, milczeć, panie hrabio, i śmiać się, choćby z tego śmiechu skonać przyszło. Jedź po żonę, przyjmiemy ją, jak przyjmują Denderowie: niech znają pana z panów ci hołysze! Hej! służba! — zawołał hrabia, jakby ruszony sprężyną.
Zadzwonił.
— Wielkie liberje, wszyscy! W pałacu oświecić salony, oznajmić JW. hrabinie, że młoda hrabina przybywa; kuchmistrza, niech myśli o wieczerzy. Dobyć srebra petersburskie, fornali poubierać we fraki, żeby tego więcej było w przedpokoju. Ten osioł Rumpowski, jeśli nie pijany, niech weźmie ubranie szwajcara i stanie z halabardą około drzwi; jeśli pijany, oblać go wodą, dać mu octu i postawić przy wejściu. Słyszycie, duchem: w pół godziny wszystko być powinno w gotowości, a nie, to sto łóz każdemu. Marszałka dworu do mnie! Pokoje dla państwa młodych: kapki z krzeseł i kanap pozdzierać, wielki pająk rozebrać z koszulki! I nie bawić mi się... W wielkich sieniach i na schodach lampy... trzy powozy, kareta żółta, niebieska i bronzowa po sześć koni zaprząc natychmiast: wyjedziemy przodem naprzeciw państwa młodych! Niech wszyscy widzą! Niech gadają! A prędzej! — wołał hrabia, zacierając włosy i upijając się sam swemi rozkazami jak za dobrych czasów. — Po sto łóz, kto nie będzie gotów za pół godziny! Słyszycie?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.