Komedjanci/Część IV/X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Komedjanci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część IV
Pobierz jako: Pobierz Cała część IV jako ePub Pobierz Cała część IV jako PDF Pobierz Cała część IV jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


Bardzo mi przykro, że od tak wspaniałego nowożeńców przyjęcia oderwać muszę czytelnika, który się może spodziewał być na wieczorze w Denderowie, i przeniosę go z sobą do bliskiego powiatowego miasteczka, do lichej izdebki, pomalowanej w kraty żółte na tle niebieskiem, w której stoliczek czerwono bejcowany, łóżko pełne słomy i siana powygniatanego, dwa stołki i parawanik płócienny, nie licząc na ścianach „Zimy“ i „Ognia“ rylca owego sławnego Borowskiego, który tyle dla ścian karczemnych pracował, całą są zastawą i ozdobą.
Ale powieść jest jak życie: przechodzim w niej najróżniejsze koleje, migają zdumionym oczom najsprzeczniejsze obrazy, z pałacu musimy przeskakiwać do karczmy i od hrabiów do hałastry. W opisanej izdebce, której atmosfera przejęta była wyziewem przykrym przepalonego pieca, mającego zagasić swąd kadzidła i szkaradnego tytuniu, siedzieli przy stoliczku na krzesłach i łóżku trzej mężczyźni, śniadający dwoma śledziami z cebulą, butelką wódki, bułką i jakąś żydowską w obrzydliwym sosie pływającą potrawą bez nazwiska. Znać było ludzi, wcale w doborze środków nie wybierających, niewymyślnych i nie dbających ani o czystość, ani o elegancję. Jeden talerz służył im wybornie na troje, jeden widelec spełniał troistą także posługę: nie było serwetki na stoliku, a zastawa pochodziła od gospodyni Żydówki. Pomimo to humor trzech śniadających panów był jak najwyśmienitszy: śmieli się do rozpuku, nie zważając, że ich śmieciły i rozmowę z drugiej izby sąsiedniej, drzwiami tylko nieszczelnemi, na haczyk krzywy zapiętemi, oddzielonej jako tako, słyszeć było można doskonale. U drzwi stał w kożuszku służący, uśmiechający się z pańskich konceptów, Żydek myszures i wcale ładna Żydóweczka, grzejąca się przy piecu.
Dwóch z tych panów dawniej już znamy: są to niegdy rządca w Denderowie Smoliński i Moręgowski, ów wzorowy administrator; trzeciego witamy po raz pierwszy. Ten trzeci, który siedział na łóżku i zajmował najwygodniejsze miejsce, a głosem i śmiechem towarzystwu przewodził, był ogromnego wzrostu atleta, dosyć otyły, lat pod czterdzieści mieć mogący, niebrzydki z twarzy, nieco łysawy, z wąsem nad wargą zawiesistym. Twarz jego znamionawała na pierwsze wejrzenie człowieka, któremu się bardzo dobrze na świecie działo, który przywykł do powodzenia i śmiało maszeruje drogą życia, pewien, że mu się nic stać nie może. W maleńkich czarnych oczkach jego wiele było żywości, sprytu i złośliwości, ale wargi mięsiste, odęte, czoło niewyniosłe nie obiecywały, by się podnieść mógł nad pospolitą praktykę codziennego życia, nad robotę około grosza. Głowa nieco śpiczasta mogłaby, wedle Galla, posądzać go o dumę, co zresztą wyraz ust potwierdzał. Ubrany był po podróżnemu w węgierskim kożuszku, a cygarnica wyglądała mu z kieszeni na piersiach.
Wprawdzie poufale przestawał z towarzyszami swymi, panem Smolińskim i Moręgowskim, ale znać było z protekcjonalnego tonu, że się za daleko wyżej na szczeblach towarzyskiej drabiny od nich położonym uważał.
Ci panowie ostrożnie żartowali z niego, a on ich nie szczędził wcale. Śniadanie widocznie było jego kosztem podane i on też przy niem gospodarował i zajadał najwięcej. Tym jegomością, tak szczęśliwym i kwitnącym, tak wesołym i rumianych policzków, był sędzia Piotr Słodkiewicz. Nikt z pewnością nie wiedział, skąd pochodził i z jakiej strony świata przywędrował; zjawił się od bardzo dawna z tysiącem jakimś rubli, z głową niegłupią, z wielkim zapasem śmiałości, a dziś był panem trzech wiosek, do tysiąca dusz mających, bez długów i banku. Jedni powiadali, że był synem jakiegoś kuchmistrza, drudzy mieli go za dziecię książęcej jakiejś faworyty; ale pan Piotr wywiódł się śmiało z dziadów i pradziadów szlachcicem, został sędzią i tak mówił o sobie, jakby od dziesięciu przynajmniej pokoleń chodzili w karmazynowych szarawarach. Miał nawet ogromną pieczęć herbową z capem u góry, z oślą głową na tarczy i z jakiemś godłem, które złapał nie wiem gdzie, a którego, że było po łacinie, rozumieć nie czuł się obowiązanym. Jak do tego majątku przyszedł, nie umiano sobie wytłumaczyć. To pewna, że wziął był dzierżawą część w Buzowie, że ją we dwa lata kupił i zapłacił gotówką, że w krótkim przeciągu czasu Buzów cały stał się jego własnością, a następnie Szarówka i Półbiedy.
Śliczne to były folwarki, w przepysznej ziemi, z lasem, z wodą, z młynami, ze wszystkiem, co taką posiadłość czyni korzystną i dogodną; a Słodkiewicz gospodarzył na nich pracowicie, zabiegle i szczęśliwie, tak że co rok powiększał kapitały i groził rozprzestrzenieniem się jeszcze w bardzo krótkim czasie. Ale też jak począł gospodarować w kożuszku, tak dotąd nie zrzucał go: mieszkał w dworku ekonomskim, rządcy nie trzymał, sam po folwarkach nieustannie jeździł, najmniejszą się drobnostką zajmował, nigdy gości nie przyjmował, tylko herbatą w zielonych szklankach i krupnikiem na utłuczonych talerzach; czterema mierzynami podróże odbywał, a o grosz tak się jeszcze targował, jakby dwóch w kieszeni nie miał.
Od niejakiego jednak czasu, zwłaszcza od wyboru na sędziego, Słodkiewicz, jak się zdawało, poczynał nabierać pewnej ochotki do dźwignienia się i stania w szeregu dostojnych obywateli powiatu. Bywał z wizytami wszędzie, ubierał się przystojniej, a w towarzystwie dawał się słyszeć, że gdyby chciał, toby niejednego zakasował. Majątek rzadko zupełnie przerobi człowieka: zawsze na nim zostawi piętno pochodzenia i pierwsze lata przebyte w pracy i uniżeniu; jeśli umysłem się nie dźwignie, duma nie poradzi. Trudno znów było o bardziej zardzewiałego, mniej otwartego w świecie i prościejszego w gruncie nad niego człowieka. Słodkiewicz nic, prócz hreczki i rubla, nie rozumiał: świata tyle znał, co się go między chatą chłopa a karczmą żydowską nauczyć można; z języka francuskiego tylko Monsiu i bon ton rozumiał; z muzyki kozaka, a z książek kalendarz i sennik.
Wielce wątpliwe było, czy kiedy do szkół chodził: przynajmniej się to po nim nie pokazywało wcale. W towarzystwie lepszem, przyzwoitszem, czuł się jak okradziony i albo przesadzał uniżonością, albo grzeszył gburowatością. To też najulubieńszymi dla niego byli jego sfery ludzie, jak Smoliński i Moręgowski, naprzykład, z którymi się wcale nie kłopotał ani o dobór słów, ani o pomysły, ani o obejście. Zaspokajał się też najprostszemi rzeczami w życiu z ochotą. Zbytku nie znał ani go rozumiał: wódkę prostą razem z furmanem pił przy karczmie, strawę żydowską zajadał z apetytem, a z dziewczętami wiejskiemi gotów był całemi dniami prowadzić rozmowę, nie nudząc się wcale.
Jedną miał wadę ten tak we wszystkiem szczęśliwy i powszechnie ceniony człowiek: kobieciarz był niepohamowany, ale nie sięgnął nigdy okiem i żądzą nad wiejskie Horpynki, Żydóweczki domów zajezdnych i garderobiane, bywające z wizytą u Dobrodzieja w Buzowie. I w tem jednak okazywał ostrożność największą i oględność na jutro: wszystkim bowiem stosunkom swoim drzwi domu zamykał i kochanki swe odwiedzał, ale ich do siebie nie przypuszczał. Stara gospodyni i młody chłopak, z pastucha wzięty, cały dwór jego składali. W chwili gdy go poznajemy, już pan Słodkiewicz, przeszedłszy trzydziestkę, poważniał powoli: zaczynał się ustatkowywać i dawał sobie wmawiać przyjaciołom, że, mając tysiąc dusz czystych, powinienby o losie pomyśleć.
Ten los, dorozumieć się łatwo, była to żona; ale pan Słodkiewicz, jak skromny był w żądaniach innych, tak od czasu otrzymania tytułu sędziego zdawał się do wysokich aspirować rzeczy. Wdzięcznie nań patrzały, nie mówię już, szlachcianki, do których chętnie stroił zaloty (ale na pusto, bo się żenić nie myślał), nawet córki dziedziców sąsiadów, nawet ta pani Halina, wdówka, o którą teraz starać się poczynał Farurej. Słodkiewicz ani zważał na zaczepki i nie można było odgadnąć, gdzie uderzy, choć wszyscy się domyślali, że wkrótce w konkury pojedzie. Zatargował był nawet cztery szpakowate konie u Icka w miasteczku, mówił już o koczyku, który na fabryce oglądał i targował sukno szaraczkowe na liberję.
Najpoufalsi jego przyjaciele: Moręgowski i Smoliński, oba sąsiedzi i dobrze do niego temperamentem i obyczajami dobrani, właśnie sobie potrosze żartowali z kawalera na wydaniu.
— Co to, panie, pan sędzia! — wołał Smoliński, mrugając okiem na Moręgowskiego. — Albo to jemu trzeba się bardzo kłaniać i długo targować: gdzie uderzy, to go przyjmą z ucałowaniem rączek!
— Spodziewam się, spodziewam! — odparł pan Słodkiewicz. — Tysiąc dusz! Waćpan wiesz, co to wołyńskich tysiąc dusz z remanentami: to miljon kilkakroć, mosanie! To fortuna! hę! A kto tu się pochwali, żeby grosza długu nie miał? Jeszcze taki jeden i drugi tysiąc zapaśny! hę? No! a takoż nie jestem stary i nie tak to brzydki.
— Surko, serce! — podchwycił Moręgowski do Żydóweczki, pod piecem stojącej, odzywając się — co mówisz o tym panu? hę? Nieprawdaż, że tęgi chłopiec?
Żydóweczka zarumieniona odwróciła twarz.
— A co mnie do tego?
— No, a kto lepiej o tem od ciebie wie, kiedy już od dwóch lat sędzia do tego domu zajeżdża?
Zaśmiał się Smoliński.
Służący skrył się za parawan, myszures począł gębę zatykać, a sam pan Słodkiewicz odezwał się do Sury:
— No, Suro! sądź: jak ci się zdaje?
— I! dajcież mnie panowie pokój! — ofuknęła się ze zbytnią obraźliwością Żydówka, dowodząc, że się do czegoś poczuwała.
— Coś w złym humorze, — rzekł Moręgowski — widać to wina pana sędziego. Ale wracając do ożenienia: taż to, dalipan, czas.
— Ja to sam widzę, że czas, — rzekł Słodkiewicz — cóż, kiedy mi się nic nie trafia.
— Jakto, nic? A pani Halina, wdówka?
— Co mi po wdowie. Wiecie przysłowie: u wdowy chleb gotowy, ale nie każdemu zdrowy; a jej się podobno marszałkową być zachciało i starego Farureja naciąga! Z Panem Bogiem!
— Farurejże zaręczony z hrabianką — odezwał się Smoliński.
— Już się rozwiedli!
— Doprawdy?
— Jakem poczciw. Ożeni się z Haliną: wdowy dla takich starych to najlepsza zwierzyna.
Słodkiewicz się rozśmiał.
— A pan bo wysoko mierzysz widać, — rzekł Moręgowski — bo panien huk, jest w czem wybrać.
— Albo to nie mam prawa wybierać? — odpowiedział Słodkiewicz. — No! co myślicie: tu dla mnie niema partji w sąsiedztwie! ot, co powiem!
— O! znowu! — zawołał Smoliński — czy nie nadto?
— Jużciż mi musi coś wnieść. A chcę pięknej i z dobrej familji: choć jedną mi taką pokażcie...
Towarzysze zamyślili się, ale w głowie ich nic się nie znalazło odpowiedniego.
— Ot, kiedy Farurej zwinął kominka, — rzekł na żart Smoliński — to do hrabianki Denderówny jak w dym. Panna śliczna, i taki hrabianka, i grosz jeszcze jakiś będzie po niej, choć hrabia nadszastał na hrabstwo.
— A co to waćpan myślisz, — obrażony żartobliwym tonem Smolińskiego rzekł Słodkiewicz — do trzech nie gadaj: gotówem się posunąć.
— Ej, zaś! — kręcąc głową, przerwał dawny rządca — chyba Denderów nie znacie: im potrzeba francuszczyzny, tytułu, państwa i grosza: na resztęby nie patrzyli.
— A jak mina i grosz, to myślisz niedosyć? — zawołał Słodkiewicz widocznie dotknięty. — Tytuł można sobie kupić, francuszczyzna aby kiwał głową jak gadają, a czasem Monsiu, a rozśmiać się, jak się drudzy śmieją: jakbyś ją miał. Nie święci garnki lepią. Cóż mi tak bardzo braknie? Myślisz, że to ja nie wiem, w jakich interesach twój pan hrabia? Lepiej od ciebie, bat'ku! Klucz Słomnicki mu skonfiskowali, Czeremowa zamąż poszła, synowczyk trochę zdoił, wierzyciele się upominają: taki zięć, jak ja, bardzoby im się przydał, z woreczkiem! ha!
— Ano, co! poły zakasawszy, to i ruszaj! — krzyknął Moręgowski — nuż się uda: a ta pan Słodkiewicz z grafianką żonaty, to już ani przystępuj!
Sędzia nadął się i namyślił.
— Żart żartem, — rzekł — a gdybym tylko chciał?
— Jużto bez żartu — przerwał Smoliński, dobrze znający Denderów — o tem ani myśleć.
— Czemu ani myśleć? — ofuknął Słodkiewicz.
— Pan nie wiesz, co to za ludzie: ta to inny świat! Sambyś nie wiedział, na którą stanąć nogę.
— Oj, oj! Inny świat! inni ludzie! — począł urażony Słodkiewicz — jaki mi znawca! A cóżto? czy po dwie gęby mają? czy na czterech nogach chodzą? czy skrzydłami latają? Albom to ja już razy ze trzy w Denderowie na imieninach nie był? albo to twój kiepski graf u mnie z wizytą nie bywał, kiedym sprawę jego miał sądzić? Jakbym tylko chciał, takbym się z jego córką ożenił, jak i drugi! Aj waj, aj waj! grosse fanaberie!
Smoliński głową pokiwał tylko, a Moręgowski rozśmiał się z niego i przez politykę zaczął potakiwać Słodkiewiczowi; wtem dał znać myszures, że konie były zaprzężone i przyjaciele się rozstali: ale Słodkiewicz całą drogę do Buzowa myślał o hrabiance.
Nie był on tak dalece ograniczony, żeby różnicy między sobą a tymi ludźmi nie widział, ale dla niego pieniądz był wszystkiem: sądził, że największe nierówności położeń zasypać nim można. Obudzona urzędem i dostatkiem duma mówiła w nim coraz głośniej; czuł się obrażony żarcikami Smolińskiego i, przybywszy do domu, tak chodził a dumał, tak sobie swój stan w korzystnych barwach odmalować umiał, że wreszcie pocichu zakończył:
— Otóż na złość temu staremu trutniowi popróbuję, a jak zechcę, to mi się uda, i musi się udać!
Nie czekając, we dwa dni potem, pan Słodkiewicz, trochę się oporządziwszy, na zwiady pojechał do Denderowa. Było to już po przybyciu Sylwana z żoną, a że tego dnia rozprzężone zostało towarzystwo wyjazdem Sylwana w sąsiedztwo i chorobą Cesi, hrabia przyjął gościa w swojej oficynie.
Znał on dobrze Słodkiewicza pod względem majątkowym i, jako kapitaliście, uznał stosownem nadskakiwać: bo kto może przewidzieć, czyje pieniądze na co się przydadzą? Dendera miał cześć dla pieniędzy głęboką i wyrozumowaną. Z tego rodzaju przybyszem potrzeba było odegrać komedję całkowitą i na skinienie pana służba poprzywdziewała liberje, wyszły najaw srebra, wystąpiono z całym ceremonjałem dni galowych.
Słodkiewicz, z początku trochę zmieszany, biorąc to przyjęcie za dowód szacunku, rozdobruchał się, ośmielił i usamowolnił aż do zbytku. Zkolei to go strach porywał i kłaniać się chciało imponującemu hrabiemu, to, przypomniawszy sobie, co miał w kieszeni, nadymał się i rozpierał. Ciągu i logiki w jego postępowaniu z hrabią nie było, ale Dendera nie dawał poznać po sobie, że to widział, choć w duchu śmiał się serdecznie z dorobkiewicza.
Przy śniadaniu, po wódce, pan Piotr puszczać się już zaczął i w koncepta, i w głośne śmiechy, i w coraz poufalszy z hrabią stosunek: ale, że byli sam na sam, a pieniądze w nim szanował, pozwalał hrabia na wszystko.
Miło było panu Słodkiewiczowi rozeprzeć się na hrabiowskiej kanapie i, z panem grafem fajkę paląc, rozmawiać „ty a ty“: pochlebiało to jego dumie, a jednak dla podtrzymania się na tym stopniu, ciągle sobie musiał w duchu powtarzać:
— Jakbym ja chciał, albobym to tego wszystkiego nie miał, hę? Toć i ja taki pan, jak i on, albo lepszy? Pewnie lepszy!
Hrabia nazywał go wprawdzie: mój panie Słodkiewicz, ale tą poufale-pogardliwą formułką, nie czując jej znaczenia, wcale się sędzia nie urażał. Dendera rad był go zbadać, bo nie przypuszczał wizyty bez interesu w takim człowieku, a nietylko się domyśleć, ale nawet przypuścić nie mógł, co Słodkiewicz miał w głowie; łechtał jego dumę na wszelki przypadek i już poczynał próbować, czy się nie uda wycisnąć pieniędzy od dorobkiewicza.
— Żebyś też wiedział, mój panie Słodkiewicz, — mówił do niego — co to ja mam teraz za kłopoty. Szczęściem pozbyłem się jednego, tego starego dudka Farureja, który się był do hrabianki uczepił; ledwie nie ledwie jakoś go odprawiliśmy. Ale syn mi się ożenił: musimy te austrjackie grandessy przyjmować.
— Ha! ha! — zaśmiał się Słodkiewicz, który mało co rozumiał.
— Wystaw sobie, — mówił dalej hrabia — taż to ten jego teść to wielka figura. Kuzyn księcia Szwarzenberga, miljoner, kawaler wszystkich orderów, wielki koniuszy!
— Psi ha! — rzekł Słodkiewicz — koniuszy... psi ha!
— Jakkolwiek dom nasz i książąt udzielnych się nie powstydzi, — rzekł hrabia — ale mam kłopot z tymi Niemcami, bo to wymyślne, przywykłe do przepychu: ani temu dogodzić! A sług! a koni! Wiesz, panie Słodkiewicz, że Sylwan po niej weźmie jakie ze trzy miljony, nie licząc precjozów i sreber: jedynaczka! Postawił się wysoko: mają mu dać urząd przy dworze austriackim.
— No, no! — monosylabami tylko odzywając się, przerwał Słodkiewicz.
— Ależ mnie to kosztowało, — kończył hrabia — strach! nie uwierzyłbyś: te starania, ekwipaże, bale, liberje; co tylko miałem, tom w to włożył! To nie tak, jak u nas, polskich magnatów! Powiadam ci, że z pięćkroć w to wpakowałem.
— Ba, ba! — rzekł znowu sędzia — pięćkroć... parę wiosek!
— I to jeszcze pod same kontrakty! Zważaj pan, panie Słodkiewicz. A póki zrealizuję papiery banku londyńskiego i weksle na Amsterdam, któremi posag płacą, potrzeba na to z pół roku!
— Pfiu, pfiu, zapewne! — ogałuszony mówił sędzia, udając, że rozumie. — Londyn i Amsterdam, to gdzieś daleko!
— No! jużciż mam aż nadto na kontraktowe interesa, — dodał hrabia — ale niemniej mi trudno. Nie wiesz gdzie jakiej sumki? Wziąłbym na krótki termin.
— Nie wiem, — odparł sędzia — w ziemię się to gdzieś pochowało. Pieniędzy ani widać.
— Zły znak, gdy kapitały się kryją! Kapitały w ruchu, w ruchu być powinny!
— Tak! w ruchu, — potwierdził Słodkiewicz — zapewne, że w ruchu, koniecznie w ruchu. Na to one kapitały.
— A sam tam nie masz coś zapaśnego? Jakiego dziesiątka tysięcy rubli? coś w tym rodzaju?
— Tak dalece nie: człowiek w dorobku, — pośpieszył zafrasowany trochę sędzia — wszystko moje powkładałem, a odebrać trudno, dochody ciężkie.
— I masz słuszność! To tak jak ja, — zawołał hrabia szybko — co mam, zaraz w coś wkładam, niecierpię leżących pieniędzy.
Pomimo grzeczności, Słodkiewicz się rozśmiał; ale śmiech jego głupowaty był tego rodzaju, że go sobie, jak chcąc, tłumaczyć było można. Hrabia ciągnął dalej:
— Jak sądzisz: jakie będą kontrakty?
— Spodziewać się sanny — odparł niewinnie Słodkiewicz.
Dendera wkońcu niecierpliwić się zaczynał, nie wiedząc, czemu przypisać długą i uprzykrzoną wizytę i nie dochodząc jej celu.
— Co to jest? — rzekł w duchu — czego przyjechał i czego mi na karku siedzi? Może chce kupić którą wioskę?
Zaczął więc z innej beczki: ale i z tej się nie udało; a sędzia, do mroku tak wytrzymawszy hrabiego i wysłuchawszy jego przechwałek cierpliwie, odjechał nareszcie, nie dawszy mu się zbadać.
Bliższe przypatrzenie się Denderom, co było powinno zrazić zuchwałego Prometeusza, to mu jeszcze dodało odwagi. Daleko więcej się lękał, zajeżdżając przed ganek, niżeli gdy się ujrzał za bramą.
— Hrabia grzeczny, — mówił sobie — bardzo grzeczny! a jak przyjmował! I o córce nawet filut stary napomknął, to znaczy, że zwąchał odrazu, o co idzie. Jużciż po lichabym jechał, gdyby nie w swaty? Widoczna rzecz, że pójdzie jak po maśle: bylebym chciał, to się ożenię z hrabianką i pokażę temu kpu Smolińskiemu, że mnie stać i na taką żonę! Tylko, że to potrzeba będzie po francusku, po nowomodnemu koperczaki stroić; ale jakoś to będzie, niby to umizgi nie jedne na całym świecie. Cała rzecz umieć spojrzeć, rozśmiać się, odchrząknąć, przygarnąć, wziąć w kupę, w rączkę pocałować, a reszta plewa! Chybaby oszalała, żeby mnie nie chciała. Potrafię się znaleźć, potrafię. Moszko frak zrobi, rękawiczki kupię, kapelusz jest nienoszony: od sześciu lat dwa razym go miał. Nic nie braknie. U Icka konie kupię i pojadę, dalipan, pojadę! Niech zna Smoliński! Co to on sobie myśli, że ja na woskowanej posadzce języka w gębie zapomnę? Ale! ale! Pan Piotr Słodkiewicz!... żonaty z hrabianką Denderówną! Jaśnie Wielmożna Piotrowa z hrabiów Denderów, sędzina Słodkiewiczowa! Toby było pięknie! niczego! A to może być! jak Boga kocham, może być, bylebym chciał! O, o! mnie nie odmówią! Głupiby byli! Muszą dać! ho, ho! ja to wiem!
I marzył tak, jadąc na nejtyczance ku domowi, a co dalej, a co dłużej, to mocniej się upewniał tysiącem rozumowań, że powinien, może i musi starać się o hrabiankę. Gdyby nie Smoliński, myślby mu ta zapewne nie przyszła: teraz z głowy już jej sobie wybić nie umiał.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.