Komedjanci/Część IV/XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Komedjanci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część IV
Pobierz jako: Pobierz Cała część IV jako ePub Pobierz Cała część IV jako PDF Pobierz Cała część IV jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


Cesia od przybycia swojego z Warszawy, a szczególniej od zerwania z Farurejem, niepodobna była do siebie: upokorzenie ją gryzło, niepowodzenie zabijało. Dręczyła się nie tak smutkiem, jak wielkim na świat gniewem.
Wacław żonaty! ona panną! ona dla niego już niczem i ani nadziei pomszczenia się nad człowiekiem, który śmiał ją odrzucić! Mylę się, miała zawsze nadzieję, miała myśli tysiączne; a zmuszona czekać z niemi i pory wyglądać, tem mocniej zapalała się chęcią postawienia na swojem. Z ustąpieniem Farureja plan pociągnienia kuzynka obudzeniem jego zazdrości upadł zupełnie; ale nie możnaż było znaleźć kogo innego? Wacław nie mógłże ostygnąć dla Frani? rozwieść się nawet z nią dla Cesi? Tysiączne na to były sposoby. Chodziło tylko o to, jak się znów zbliżyć do niego. Od powrotu Sylwana Denderów osmutniał jeszcze, a że młody hrabia wcześnie dał znać Wacławowi, żeby do wyzdrowienia żony jego nie przyjeżdżał, Wacław z Franią nie śpieszyli się z odwiedzinami: im tak dobrze było w Palniku! Brzozosia nawet, w niedostatku śpiżarni, kur, motków i swojego gospodarstwa, już sobie była zajęcie znalazła. Potrosze i dawniej lubiła leczyć wiejskich swoich znajomych, a teraz wyszła na zupełnego lekarza. Nie było niebezpieczeństwa, gdyż szczególniej ziół ku temu używała i w silniejsze się nie wdawała środki: a rumianek, mięta, kwiat lipowy, suszone poziomki i rumbarbarum składały jej ulubioną apteczkę. Ale zato z jaką to spełniała gorliwością, jak na każdej twarzy szukała oznak choroby, jak ją wmawiała niekiedy, żeby zaadministrować szklankę rumianku lub dobrą dozę senesu! Wedle jej pojęć, na nic innego chorować nie było można, tylko na żołądek; każdej słabości upatrywała w nim i najpilniej starała się o dobry byt tego „gospodarza“. Zakarmiała, poiła, okadzała, smarowała i tak jej z tem było dobrze, że wkońcu pozwoliła sobie wątpić, czy doktorowie są na świecie potrzebni.
— Wydrwigrosze, — mówiła, coraz nabierając śmiałości — a tak się na tem znają, jak koza na pieprzu! Aby żołądek był zdrów, to grunt! Dalipan! wszystko czmuty! Szklanka mięty albo rumianku. Pokomponowali nie wiedzieć jakie choroby i nazwiska! Tfu! czyste brednie! ludzi tylko durzą! Zapisze tam jakiegoś dyweldreku, to chorobę zrobi, choćby jej nie było! Jak zaczną temi kolumelami, temi mamoniakami kurować, pewno, że człowieka zdrowia zbawią. Święta to rzecz rumianek i lipowy kwiat. Czemu chłopi zdrowi? — Bo tych lekarstw i doktorów nie znają! Oj, dałabym im, dała!
Tak nowy sobie żywioł znalazłszy, Brzozosia w nim szukała zajęcia i przestała się nudzić, niekiedy tylko gderząc na Franię i Wacława, jeśli ich nie smutnymi, ale bodaj tylko więcej milczącymi zobaczyła.
— Dziękowalibyście Panu Bogu, — mówiła — kiedy wam dobrze; a co wam braknie? Chyba ptasiego mleka! Chyba gwiazdki z nieba czy kafelka z pieca się zachciało. Jedz, pij, ta popuszczaj pasa! Porzućcie bo ten głupi frasunek!
Dni upływały w Palniku jednostajne a szczęśliwe. Szczęście jednostajnem być musi: ono nie pojmuje, nie wygląda, nie pragnie zmiany i chroni się jej jak wroga. Nieraz najmniejsza okoliczność, grożąca zatruciem im chwil kilku, przestraszała Franię i Wacława. I nie zdziwim się, że zajeżdżający przed ganek powóz z Denderowa musiał zniepokoić oboje. Była to sama jedna Cesia, którą ciekawość, rozdrażnienie, może inne jakie uczucie, w głębi serca utajone, przywiodło wreszcie do Palnika, pod pozorem odwiedzenia państwa młodych. Widok tego tak do niepoznania przekształconego domku, świeżego, pięknego, smakownego, wywołał w niej zaraz uczucie zazdrości.
— I wszystko to — rzekła w duchu — dla jednej takiej Frani, która tego ani użyć, ani ocenić nie potrafi. Doprawdy Wacław jest śmieszny! Co też on tu porobił!
Zdziwienie większe opanowało ją jeszcze, gdy weszła do środka i zobaczyła ten przepych, pełen artystycznego wykończenia, którego wyobrażenia nie miała. W Denderowie wszystko było wspaniałe, kosztowne, bijące w oczy. Tu największy komfort łączył się z nieporównanym w wyborze smakiem, barwy były doskonale dobrane, wszystko jednoczyło się w udatną całość, zewsząd patrzała sztuka, z poza której nie widać już było tandety i rzemiosła. Cesia oceniła łatwo smak, z jakim domek w Palniku był urządzony i poczuła, że taki kątek milutki piękniejszy był od udawanego denderowskiego przepychu. Zamiast olbrzymiego zwierciadła w złoconych ramach, odbijającego nagą ścianę, wisiały tu śliczne, pełne myśli obrazy. Zamiast serwisów, porcelany i japońskich brzuchatych naczyń lub chińskich bałwanków, śliczne statuetki i grupy bronzowe.
— A! dobrze to być bogatym jak on! — zawołała do siebie. — Szczęśliwa ta Frania, ale czyż ona to czuje, pojmuje, rozumie?
Myliła się Cesia, sądząc, że jej niedostateczne wykształcenie dawało prawo do silniejszego lub trafniejszego uczucia sztuki. Ona bawiła się nią, jak cackiem kosztownem; naiwna i poczciwa Frania pojmowała sercem i odgadywała lepiej myśl, która ożywiała utwory artystów. Nieraz Wacław podziwiał, jak z tej dziewiczej duszy prostego dziecięcia wioski trysnął żywy promień pojęcia, jak, nic nie znając, wszystko uczuć i instynktem piękne odróżnić, porównać i wybrać umiała.
Wacław i Frania pośpieszyli przeciw gościowi z uprzejmą twarzą, ale z niepokojem w sercu. Zastali Cesię robiącą przegląd salonu.
— Jakże to tu u was ładnie! — odezwała się — jak znać wszędzie artystę! A co kwiatów, a co miłych drobnostek!
— Starałem się, — rzekł Wacław — żeby mi Frania za Wulką nie tęskniła.
— Wszak mam tu i Wulkę! — zawołała Frania. — O! trzeba Wacława, żeby tak o wszystkiem pamiętać!
To mówiąc, gosposia poprowadziła Cesię, by się jej swoim prostym pokoikiem pochwalić, a raczej przywiązaniem męża, który o tem pomyślał.
— Co za pomysł oryginalny! — zagryzając usta i zukosa wzrok rzucając na Wacława, uśmiechnęła się Cesia. — Mais c‘est charmant de contraste!
Nieznacznie tak Cesia obejrzała dom cały, mówiąc sobie:
— Mogłam mieć to wszystko i miłość jego w dodatku! mogłam... nie chciałam!
Uwodziła się biedna. Ten widok szczęścia współzawodniczki napawał ją goryczą. Udawała jednak wesołą i miłą, starała się zbliżyć do Frani. Wacław, który czuł w powietrzu jakieś niebezpieczeństwo, czuwał i nie odchodził od nich krokiem. Cesia dla niego była poufale czułą, serdeczną, zalotną, prawie do obudzenia zazdrości. Wszystko to wcześnie obrachowała, ale spokoju Frani naruszyć nie potrafiła; ta znowu nadto wierzyła w Wacława i zbyt go kochała, żeby posądzać mogła. Niepokój w uczuciu już jest złym zawsze znakiem. Kto wątpi o drugim, powątpiewa o sobie. Zazdrość jest zwiastunką zdrady. Przyszła do towarzystwa cała woniejąca apteczką Brzozosia, chmurnem okiem poglądając na pannę hrabiankę, ku której żadnej nie czuła sympatji. Cesia mówiła wiele, szczególniej o Denderowie, o Sylwanie, o jego żonie, o jej chorobie, badając, jakie to wrażenie czynić będzie na Wacławie.
— Wiesz, Franiu, jak niebezpiecznego masz męża? Biednej Sylwanowej tak głowę zawrócił, że przyjść do siebie nie może!
Mówiąc to, spojrzała na Franię, która zarumieniona siedziała, ale Frania po chwili zakłopotania odezwała się z uśmiechem:
— Przynajmniej ja się temu nie dziwuję!
— I nie jesteś zazdrosna?
— Nie! byłabym nią, gdybym choć na chwilę posądzić mogła Wacława. Ale cóż on winien, że dziwne podobieństwo jakieś naraziło go na tę przykrość... na tę boleść.
Cesia ruszyła ramionami.
— Zbyt jesteś dobra! O! ja na twojem miejscu byłabym bardzo zazdrosna. Sylwanowa, jak anioł, piękna, a mężczyźni, jak szatani, są zmienni.
— Nie wmówisz mi strachu, — odpowiedziała Frania — ale żal mi, żal serdeczny tej nieszczęśliwej kobiety! Ona tak kochać umiała.
— Ale w jakimże stanie przyjechała? — spytał Wacław. — Czy w istocie tak niebezpiecznie jest chora?
— Patrz, Franiu, jaki ciekawy! — rzuciła Cesia. — Bez żartu — dodała — pod wielką tajemnicą wam powiem, że źle jest bardzo: rumiana, świeża, wesoła, zdrowa na oko, ale... całkiem nieprzytomna. Nikt o tem nie wie, ale tak jest: biednego Sylwana nie poznaje... codzień się pyta o jego brata, codzień się go spodziewa i my go codzień obiecujemy.
Frania z niejaką obawą spojrzała na męża.
— Wyobraziła sobie, że nie z Sylwanem, ale z nim ślub wzięła! — zawołała Cesia. — Zmiłujcie się, tylko nikomu tego nie opowiadajcie: ojciec tak pragnie utaić to nieszczęście nasze!
Frania i Wacław posmutnieli.
— Ona szczęśliwa, — dorzuciła Cesia — ale my z nią?! Patrzeć na tę twarz uśmiechnioną, wesołą i ciągle wyglądającą przez okno tego, którego niema na świecie. Patrzeć na Sylwana, na ojca, na matkę, i co za przyszłość!
— Szczęściem, że choć pani długo na ten smutny widok poglądać nie będziesz. — odezwał się, usiłując rozmowę odwrócić, Wacław — wszak termin wesela się zbliża!
— Czyjego? — spytała Cesia, mimowolnie się rumieniąc.
— Twojego z marszałkiem?
— Ja zamąż nie idę! — trochę gniewnie ofuknęła się hrabianka. — Stary mój narzeczony był tak łaskaw, że mnie od danego uwolnił słowa... O! starałam się też o to! Jestem wolna jak ptaszek, — dodała, śmiejąc się z przymusem — choć ojciec mocno się gniewał!
— Przepraszam, że o tem wspomniałem, — odezwał się Wacław — alem doprawdy o niczem nie wiedział.
— Wielką mi tem sprawiłeś przyjemność, — odpowiedziała Cesia, usiłując okazać wesołość — byłabym się i sama pochwaliła oswobodzeniem. Miałam go dosyć! ale na chwilę uległam naleganiu ojca, nie mogąc mu się oprzeć.
Chwilę trwało przykre milczenie: przedmioty rozmowy się wyczerpały. Cesia tylko, nie spuszczając celu z oka, rzucała tu i owdzie kąsającem lub mogącem niepokój wywołać słowem. Widok tego szczęścia, tej swobody, tego wesela, jak zgryzota, ją męczył.
— A! jak oni szczęśliwi! — powtarzała w duchu — jak Frania się obyła z tą atmosferą zbytku i dostatków, jak nic zachmurzyć ich nie może! A Wacław! niegodny! żadne wspomnienie nie zostało w jego piersi!... Ha, poczekam! przyjdzie kolej i na mnie. A teraz... trzeba się poprzyjaźnić, zbliżyć, serdecznie do Frani przywiązać.
Ostatni projekt poczęła od pierwszych tych odwiedzin przyprowadzać do skutku Cesia. Czuła była dla Frani, serdeczna nawet dla Brzozosi, którą sobie ująć potrafiła, bratersko-poufała z Wacławem, kryjącym w sobie jakąś obawę, jakieś przeczucie, ale wstydzącym się zarazem podejrzeń, którym oprzeć się nie mógł. Rzuciwszy ziarna, mające później plon wydać, Cesia, nareszcie obejrzawszy wszystko, znalazłszy jakiś dobry powód powtórzenia wkrótce bytności w Palniku, odjechała, przykre po sobie zostawiając wrażenie. Jakkolwiek Frania wierzyła mężowi, ciężko jej było pomyśleć, że ktoś inny na świecie tak do szaleństwa, jeśli nie jego, to obraz jego pokochał; smutno jej było z tą myślą podziału, Cesia umiała różnemi sposoby wywołać niepokój z jej duszy. Wacław także posmutniał, przez litość, ze strachu, bo widział w bliższych z Cesią stosunkach groźbę dla swojej przyszłości.
Musiał przestrzec Franię i wylać przed nią obawy serca. Brzozosia, trochę ciekawa, niepotrzebnie go podsłuchała, a wytrzymać nie mogąc, gdy na Cesię narzekał, wsunęła się do pokoju.
— Jużto pozwól sobie pan powiedzieć, — odezwała się — że nie wiedzieć bo czego obawiacie się tej hrabianki: taż to jakieś dobre stworzenie! a taka grzeczna! a taka wesoła! Coście to do niej upatrzyli?
— Kochana panno ciwunówno, ja ją znam dawno: nic nie szkodzi być ostrożnym.
— Ale dałbyś pan pokój! ot i dobrze, że się ona tu do nas zbliżyła: czasem, dalibóg, u nas nudno; przynajmniej przywiezie z sobą świeżego powietrza, pogada, pośmieje się, pożartuje. Ktoby się tam jej obawiał! A co ona nam zrobi? Ciekawam!
Wacław się rozśmiał, Frania także.
— Jużciż was nie poróżni: a co jej z tego? Strach niepotrzebny: pluńcie i porzućcie.
Nietyle słuchając rady panny ciwunówny, ile pewni serc swoich, Frania i Wacław uścisnęli się w milczeniu, a Brzozosia poklasnęła jak zawsze tej oznace czułości: bardzo bowiem lubiła serdeczność między małżonkami.
— Ot, tak! to co innego! — zawołała. — Na psa urok! Kiedy się kochać będziecie, co wam kto zrobi, ciekawam? A tobym im oczy wydrapała! I taki się wam przywidziało, że ona wam źle życzy: ktoby Frani i Wacława nie kochał, toby był wart piekła!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.