Komedjanci/Część IV/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Komedjanci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część IV
Pobierz jako: Pobierz Cała część IV jako ePub Pobierz Cała część IV jako PDF Pobierz Cała część IV jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


O Sylwanie rzadsze coraz od niejakiego czasu odbierano wiadomości, nareszcie hrabia otrzymał sztafetą list od niego, oznajmiający, że się oświadczył i został przyjęty, z prośbą zarazem o zasiłek pieniężny, gdyż wesele, bezzwłocznie odbyć się mające, wielkich wymagało nakładów. Sylwan donosił razem hrabiemu, że małżeństwo to czysto tylko na wyrozumowaniu oparte, na które wdowa nie przez miłość, ale przez szacunek dla niego zezwoliła, wielkie i większe nadspodziewanie przynieść im powinno korzyści. Baron Hormeyer oświadczył narzeczonemu, że nie mogą w tej chwili dysponować znacznemi, jakie posiadał, majętnościami, ze swej strony zapewniał tylko córce do życia swego, po którem dziedziczyć miała wszystko, tymczasową pensję dwudziestu tysięcy reńskich. Wnosił stąd, że kto tak znaczną sumę za tymczasową uważa, nierównie więcej mieć musi; a choć delikatność nie dozwalała mu dowiadywać się o własność wyłączną wdowy, rachował ją na drugie tyle, jeśli nie więcej. Poza tem wszystkiem zostawały jeszcze nadzieje spadku po ojcu i t. d.
Hrabia długo nad listem siedział: niebardzo był rad rozwiązaniu, ale codzień się czując gorzej w interesach, pozbywając Sylwana, spodziewał się być wolniejszym i napisał, że ze swej strony pensją także odpowiednią nowożeńca wyposaży.
— Czy zapłacę, czy nie, — rzekł w duchu — co mi tam szkodzi mu zapewnić! Niech się już żeni: może mniej do mojej kieszeni zaglądać będzie.
Odwrotną więc sztafetą poszły urzędowe listy do barona i jego córki od całej rodziny: pełne czułości, oświadczeń i zaproszeń do Denderowa.
— Jużcić pierwszą ratę zapłaci baron zgóry, — rzekł w duchu ojciec — a chybabym już do niczego był niezdatny, żebym jej nie pochwycił. Sylwan mi winien. Kosztowało ogromnie wychowanie jego, podróże; właściwie, z powodu niego zadłużyłem się po większej części: słuszna, by mnie teraz dźwignął.
W tych myślach pogrążonego zastał hrabiego przybywający Farurej, który jeszcze niezrażony u Cesi szczęścia próbował; ale i teraz znalazł ją kwaśną, nachmurzoną i przyjmującą go tylko wyrazistem ramion ruszeniem.
Dotąd jaśniej nie spowiadano się Farurejowi z projektów Sylwana. ale gdy już list ów, oznajmiający o oświadczeniu i przyjęciu, a żądający posiłków nowych nadszedł, a sztafetę z błogosławieństwem wyprawiono, nie było co robić tajemnic. Hrabia z uśmiechem zwycięskim kazał sobie powinszować ożenienia syna i począł opisywać świetność i nadzieje tego związku.
— Więc się tedy żeni hrabia Sylwan — uśmiechając się i kłaniając po swojemu, rzekł paryżanin, rześkiego nawet przed teściem udając młodzieńca, choć go nogi gorzej coraz pod zimę bolały. — Reçevez mes compliments les plus sincères; ale, z kimże? zapomniałem, czy może nie słyszałem?
— Partja przepyszna, — pośpieszył hrabia — imię piękne, tytuł, fortuna olbrzymia, a panna... to jest wdowa, ale to jak jedno: bardzo krótko żyła z mężem, jedynaczka.
— A! zachwycony jestem, podzielam uczucia radości kochanego hrabiego. Zawszem wiele rokował po Sylwanie... un si bon camarade! Ale któż narzeczona? niezmiernie jestem ciekawy.
— Córka barona Hormeyera, która była za... za... niemieckie nazwisko... nie przypominam sobie... żyli w Wiedniu.
— A imię jej? — zapytał, zamyślając się, Farurej.
— Ewelina.
— Ewelina Hormeyer! — wykrzyknął marszałek — a! byćże to może?
I stary zalotnik, uśmiechnięty przed chwilą, zakłopotany zamilkł, jak nożem uciął, a na fizjognomji jego odmalowało się zdziwienie i wstręt źle pohamowany.
Hrabia postrzegł to zaraz bystrym rzutem oka.
— Znasz ich, marszałku?
— Znam? Nie, to jest, zdaje mi się... słyszałem coś... widywałem ich... czy w Wiedniu, czy we Lwowie, przesunęło mi się to przed oczyma, nie przypominam sobie.
— Widzę, że ich znać musisz, — nalegać począł hrabia — a zatem, szczerze, otwarcie, zaklinam, mów, jeśli wiesz, co to za jedni? Bogaci? Wszak miljonowi: nieprawdaż?
— Bogaci! Tak... sądzę, że muszą być bogaci — wyjąknął Farurej zakłopotany widocznie coraz bardziej, oglądając się, jakgdyby chciał uciekać. Poszeptał coś niewyraźnie i urwał, pragnąc zmienić rozmowę.
Hrabia widział, jak mu się ciężko przychodziło tłumaczyć, przestraszony powstał z kanapy i zawołał, chwytając go za rękę:
— Kochany marszałku! na Boga! mówże prawdę: może go jeszcze czas ocalić!
Farurej obejrzał się, jakby pytał jeszcze, czy ma całą prawdę powiedzieć.
— Ale, — zająknął się — ale bo nie znam ich tak dalece.
— Mów, co wiesz, cóż to są za jedni ten baron, ta jego córka? skąd to pochodzi? Przerażasz mnie milczeniem!
— Nie chciałbym robić plotek, — cicho odezwał się Farurej — ale czemu mi hrabia wprzód o tem nie wspomniałeś?
— Sam nie wiem, dlaczegom wprzódy nie pytał; nie sądziłem, żebyś marszałek wiedział co o nich. Ale cóż to jest? mów, zlituj się, nie trzymaj w dręczącej niepewności. Herb moich naddziadów ma li być splamiony? Poślę sztafetę, polecę sam, może go uratuję, rozerwę.
— Chcesz pan hrabia całej prawdy, winienem ci ją i nic nie zataję, — kłaniając się grzecznie, rzekł stary. — Ale ja wiem niewiele, nie wiem nic pewnego. To, co wiem, obowiązany jestem powiedzieć przyszłemu teściowi i szacunkowi, jaki mam dla familji hrabiego.
— Mówże, kochany marszałku, mów, a rąb mi szczerze — przerwał hrabia, którego oczy iskrzyły się niepokojem i gniewem. — Widzę, że Sylwan się uplątał, a jam go przestrzegał, a jam mu przepowiadał, ja czułem, że to coś podejrzanego, że ten baron Żydem trąci.
— O baronie Hormeyerze zasłyszałem raz pierwszy w Wiedniu, — odezwał się powoli Farurej — był naówczas jakimś urzędnikiem przy dworze i otrzymał był tytuł barona za szczególną protekcją. Skąd pochodził? nikt nie wiedział, to pewna, że długi czas trudnił się dostarczaniem drogich kamieni dla dworu austrjackiego.
— Jubiler! — krzyknął hrabia, bijąc w ręce.
— Coś takiego, coś takiego, — rzekł Farurej — jeździł po Europie, skupował kosztowne kamienie, a że się na nich znał doskonale, wiele też podobno na nich zarabiał. Aleby był tem baronostwa nie doszedł.
— A czemże go się dorobił? — zawołał hrabia — ten Żyd przeklęty!
— Wszak nie mówiłem, że był Żydem? — zapytał Farurej — bo to mogą być plotki.
— Ale te plotki istniały? — zapytał Dendera w rozpaczy.
— O kimże nie gadają złośliwie! — pocieszył go Farurej.
Zygmunt-August pochwycił się za głowę, zaciął usta i padł na kanapę, zasłaniając oczy.
— Mów już wszystko, marszałku, mów: nic mnie nie potrafi obejść teraz.
— Baron tedy Hormeyer miał ogromne stosunki: przysługiwał się wielu i wszedł jakoś powoli w lepsze towarzystwa; ożenił się.
— Z kim? — spytał hrabia.
— Nie wiem: z jakąś córką bankiera.
— Żyd z Żydówką, paradnie! — zgrzytając zębami, mówił Zygmunt-August. — I cóż tedy? przyszły żydzięta!
— Owdowiał, ale mu po niej została córka; wszyscy się na to zgadzali, że to było cudo piękności: dał jej wychowanie najstaranniejsze. Cały Wiedeń latał za śliczną Eweliną.
— I wyszła zamąż?
— Nie, nie wyszła zamąż, — zimno rzekł Farurej — nigdy nie była zamężną.
— A toż co? To coś nowego! Marszałku, zaklinam cię, nie cedź mi po słówku, mów prędko i jasno.
— Zobaczył ją książę F., podobała mu się, pokochał, i...
— I cóż? i co?
— I dano jej później tytuł hrabiny von...
— Tego mi brakło!
— Spostrzeżono jednak rychło, że miłość ta stała się groźną dla przyszłości księcia: chciano go żenić, nie dawał sobie mówić o tem; cały utonął w swem przywiązaniu, miał nawet zamiar, jak mówią, zaślubić morganatycznie piękną Ewelinę, która go szalenie kochała, którą on ubóstwiał do szaleństwa. Użyto więc najenergiczniejszych środków, aby ich rozłączyć. Książę został do Włoch wysłany, a hrabinie rozkazano wydalić się z Wiednia naprzód do Lwowa, potem zagranicę, naznaczając jej pensję dwudziestu tysięcy reńskich dożywotnie.
Dendera, słuchając, siedział blady, coraz to się chwytając za głowę.
— To śmierć! to zagłada! — mówił przerywanym głosem. — To poniżenie, to zguba! To oszukaństwo! Ja nie dam się spełnić tej hańbie, ja lecę, rozwiodę ich: to przyjść nie może do skutku. A Sylwan! Sylwan! Gdzie jego rozum, gdzie znajomość ludzi, żeby się tak mimo przestróg moich dał uwieść i oszukać.
Hrabia milczał chwilę, a potem dodał nagle:
— Nie chcę go widzieć, wypieram się go na wieki! Ale powiedz, marszałku, to więc człowiek bogaty?
— Wcale nie, kiedy już chcesz prawdy, — rzekł Farurej — Hormeyer był nim, ale nieszczęśliwa do kart namiętność wszystko pochłonęła; córka musi go pilnować, żeby się doostatka nie zrujnował. Całym ich majątkiem jest owa pensja 20.000 reńskich, przepyszne srebra, dar księcia, i klejnoty pozostałe z handlu lub z tegoż, co dożywotni ów dochód, wynikłe źródła.
Dendera padł przybity.
— Daruj, hrabio, — dodał Farurej — że tak przykrych wiadomości jestem zwiastunem, ale cóż? Chciałeś całej prawdy, nie mogłem kłamać przed tobą. Powiem ci tylko jeszcze, że to ożenienie nie jest jednak tak złe, jak ci się zdaje, przeniósłszy się do Galicji, możnaby z niego korzystać.
Hrabia nic nie odpowiedział, ale znać było, jak cierpiał: darł na sobie suknie z gniewu, miotał się, jak szalony.
— Dziękuję, dziękuję! — zawołał nareszcie z przyciskiem i iskrzącemi oczyma, konwulsyjnemi ruchy szukając pióra i kałamarza, dzwoniąc razem na sługi i przewracając po stoliku.
— Czas jeszcze: potrzeba temu przeszkodzić; poślę, pojadę, rozerwę. To nieszczęście! To cios, jaki od lat dwóchset rodu naszego nie spotkał! Ja ich znać nie chcę, ja się Sylwana wyrzekam, to głupiec!
Farurej chodził milczący.
— Zresztą — dodał — chociaż to wszystko, com opowiadał ci, pochodzi, zdaje mi się, z najlepszych źródeł, kto wie, może niechęć coś dodała? Uderzyła mnie w czasie pobytu w Wiedniu cudna twarzyczka Eweliny. A! bo też jak anioł ładna! Z tego powodu takem się jej historji dowiedział szczegółowo! Cuda mówiono o jej przywiązaniu do księcia! Po rozłączeniu się z nim, omało z szału i rozpaczy nie umarła.
— Śliczna historja! śliczna żona! — wołał Dendera. — Ot, tośmy się uplątali! I w posagu naszyjnik, sztuciec srebrny i pensja dożywotnia. Daj go katu! Cha, cha!
Śmiał się hrabia, ale ze złością wściekłą; wtem, jakby na przekorę, wszedł służący i świeżo przywiezioną pocztę podał na srebrnym blacie. Drżącą ręką przerzucił ją Dendera, rozerwał pakiet, na którym poznał charakter Sylwana, i upadł w krzesło, wołając:
— Stało się! ożenił się! jadą! Nie mam sposobu ich wstrzymać, są w drodze; jutro, za dni kilka w Denderowie być mogą. A! to jakieś przekleństwo Boże!
— Jakto? Już się ożenił? — zapytał Farurej — już?
— Śpieszył się, żeby mu kto tego skarbu nie wydarł. Głupiec, arcy-głupiec! bałwan! Niechże przepada, niech ginie, niech jedzie, dokąd chce, ja go na oczy widzieć nie chcę. To nie mój syn, wypieram się go na wieki!
— Hrabio! To być nie może, — rzekł powolnie marszałek — wszakżeś błogosławił, wszak prosiłeś!
— To było błogosławieństwo pochwycone, kłamali, oszukiwali nas.
— Ale możesz się narazić, Hormeyer ma silne plecy.
Dendera się zastanowił.
— Cóż mam począć? — zapytał.
— Nie robić z tego wrzawy, milczeć i w milczeniu przecierpieć, co los przeznaczył. Wojować z człowiekiem i kobietą, którzy cię jednem skinieniem obalić mogą, tobie, hrabio, niepodobna. Prócz mnie i ciebie nikt o tem wiedzieć nie będzie; owszem, chwal się losem syna, ja dochowam tajemnicy, il faut faire bonne mine à mauvais jeu! Inaczej tego nie rozumiem.
Zygmunt-August chwilę się zastanowił i pomyślał:
— Masz pan słuszność. Ale to mnie dobija! Dajesz mi słowo honoru, że nikt o tem wiedzieć nie będzie?
— Ode mnie, ręczę, — rzekł Farurej — będę milczał jak grób.
To mówiąc, gdy w bezsilnym gniewie rzucał się jeszcze Dendera, marszałek dość zawsze obojętny, gdyż mu wzruszenie na wątrobę szkodziło i starannie go unikał, przeszedłszy się parę razy po pokoju, włożył glansowane rękawiczki, wyjrzał oknem i, przekonawszy się, że mrok pada, począł się żegnać, unikając dalszych rozpraw i tłumaczeń.
Można sobie wystawić stan umysłu hrabiego; kilku godzin potrzebował na oswojenie się z tym krwawym zawodem, jaki go spotkał, by z twarzą spokojniejszą wyjść do żony i córki z oznajmieniem o weselu Sylwana.
— Ha! — pomyślał naostatku — zostaje mi Farurej, którego doić będę, jeśli go znów głupia Cesia nie zrazi; mam Wacława, któryby powinien być powolnym; mam głowę... a 20 tysięcy reńskich Sylwana, a klejnoty jego żony: zawsze to coś znaczy. Dam sobie rady jeszcze i podniosę się na nogi. Potrzeba tylko głosić szeroko, że Sylwan bierze ośmkroć gotówką, a oczekuje po niej około dwóch miljonów. I to przydać się może.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.