Maleńka Dorrit/Część I/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ III: OJCIEC MARSHALSEA.

Przed wielu, wielu laty w okolicy kościoła świętego Pawła znajdował się posępny i brzydki budynek, otoczony murem i żelaznemi kratami, — było to Marshalsea (Marszalsi), więzienie dla niewypłacalnych dłużników. Zajmowało ono przestrzeń dość obszerną, zabudowaną małemi domkami. Otaczało je ciasne, brukowane podwórze. Mało miejsca, mało powietrza, żadnego śladu roślinności. Dłużnicy mieli prawo zajmować pojedyncze liche pokoiki, w których mieścili się zwykle z rodziną, a na ciasnem, brzydkiem podwórzu pełno było dzieci i krzyku.
Na dwadzieścia trzy lata przed powrotem Artura Clennam do Londynu przywieziono do więzienia Marshalsea nowego dłużnika.
Był to człowiek około lat trzydziestu, wytwornie ubrany, o twarzy delikatnej, bladej i nieśmiałej, otoczonej wijącemi się puklami jasnych włosów. Spojrzenie miał niepewne i strwożone, usta drgały mu jakimś nerwowym grymasem, i co chwila nerwowym ruchem podnosił do nich rękę białą, wypieszczoną, ozdobioną kosztownemi pierścionkami według ówczesnej mody.
Nie chciał rozpakować swojego tłumoczka, gdyż był pewien, że uwolnią go nazajutrz, a w najgorszym razie za parę dni, a ponieważ każdy nowy więzień jest pewny uwolnienia w krótkim czasie, odźwierny i dozorca, w jednej osobie, namawiał go do urządzenia się „wygodnie“, nie usiłując jednak rozwiać niemiłych nadziei.
Więzień był niespokojny i co chwila podnosił do ust białą rękę, wyrażając obawę, jak sobie poradzi jego żona, żeby tu trafić.
— Ludzie pokażą drogę — uspokajał go odźwierny.
— Nie wiem — mówił więzień — jakże ona spyta i zaczepi przecież obcego? I jeszcze w takiej kwestji...
— Może przyjechać dorożką.
— Hm, dorożką, nie wiem... ona nie wychodziła sama na ulicę... jakże jej to przyjdzie do głowy...
— To ją ktoś przyprowadzi, brat czy krewny.
— Hm, nie ma brata... Nie ma krewnych... Pewno przyprowadzi dzieci.
— Dzieci? — spytał dozorca. — Będzie więcej! A dużo pan ma dzieci?
— Dwoje — odparł mężczyzna z miną bardzo zakłopotaną.
— Wybrał pan sobie pokój?
— Wszystko jedno, to nie na długo.
— W każdym razie niech pan weźmie ten na pierwszem piętrze, gdzie w tej chwili okno otwarte. Jeden z najlepszych pokoi w Marshalsea.
— Bardzo, bardzo dziękuję.
— Pańska żona zostanie z panem?
— Tak, hm, nie chcemy się rozłączać... chociaż to na czas krótki.
— Tak, tak — potwierdził uprzejmie odźwierny, choć dla siebie miał zupełnie inne zdanie.
Od wielu lat pełnił urząd w Marshalsea i jednem spojrzeniem oceniał swoich pensjonarzy. Na pana Dorrit wzruszał ramionami i potrząsał głową znacząco.
Rzeczywiście interesy tego pana były w dziwny sposób splątane. A co najgorsza, że on sam nie wiedział nic o swoich pieniądzach i nie umiał nic wytłumaczyć. Był bogaty. Był wspólnikiem jakiegoś domu handlowego, lecz sam interesami nigdy się nie zajmował. Od tego są bankierzy, adwokaci. On brał tylko pieniądze i wydawał. Ale swoje. Od nikogo nigdy nie pożyczał. A tymczasem w jakiś niepojęty sposób kapitały towarzystwa gdzieś znikły. Gdzie się mogły podziać, tego przecież pan Dorrit nie wie. I dlaczego on za to ma siedzieć w więzieniu? I dlaczego źli ludzie żądają od niego zwrotu pieniędzy, których od nich nie brał? Zapewne, to wszystko samo się wyjaśni wkrótce.
Starzy więźniowie zwykle schodzili się do odźwiernego, ażeby coś usłyszeć o nowoprzybyłym. I tym razem ciekawie zadawali mu pytania, na które nie znajdował jakoś odpowiedzi.
— Mnie się zdaje, że ten nigdy stąd nie wyjdzie odezwał się nakoniec.
To proroctwo świadczyło o jego znajomości ludzi. W pierwszych miesiącach uwięzienia pana Dorrit bardzo często zajeżdżali przed Marshalsea prawnicy i prokuratorzy, ażeby przy pomocy jego zeznań rozjaśnić zawikłaną sprawą, lecz po kilku miesiącach zupełnie ustały te budzące nadzieją odwiedziny, przekonali się bowiem, że od więźnia nic się dowiedzieć nie mogą.
Nazajutrz po przybyciu pana Dorrit zjawiła się jego żona z dwojgiem dzieci: trzyletnią dziewczynką i dwuletnim chłopcem. W kilka miesięcy potem przyszło na świat trzecie dziecko, mała dziewczynka Emi, urodzona i wychowana w więzieniu, którą poznaliśmy w domu pani Clennam.
Maleńka Dorrit, jak ją zwykle nazywano, była zatem dzieckiem Marshalsea. Znała tu każdy kącik, każdy kamień, znali ją wszyscy i wszyscy lubili ciche „dziecko więzienia“.
Kiedy miała lat osiem, została sierotą. Pani Dorrit, wątłego zdrowia, źle znosiła życie więzienne i nie mogła się nigdy oswoić z nowem położeniem. Ponieważ z każdym rokiem była słabszą, wyjechała na wieś podczas lata, do swojej mamki, i już nie wróciła.
Na wieść o śmierci żony pan Dorrit zamknął się w swoim pokoju i przez trzy dni nikt go nie widział. Kiedy nakoniec ukazał się znowu, zauważono, że mu włosy posiwiały, a ręka podnosiła się częściej nerwowym ruchem do ust, drgających i dziwnie skrzywionych.
Towarzysze niedoli współczuli mu szczerze i po naradzie w tak zwanej „kawiarni“, t. j. małej izdebce, gdzie się gromadzili na wspólne pogawędki i skromne zakąski, postanowili ofiarować mu zbiorowo pięknie napisany na wielkim arkuszu adres, zawierający wyrazy życzliwości, współczucia i uznania, podpisany przez wszystkich.
Pan Dorrit stopniowo przyzwyczaił się i pogodził ze swym losem. Prawda, w Marshalsea było trochą ciasno, ale zato spokojnie. Nie wolno było stąd wychodzić na świat, ale zato ze świata nie wkraczały tu żadne troski; spokój wynagradzał w części brak swobody.
Stary odźwierny, który w pierwszych chwilach lekceważył nowego więźnia, zczasem zaczął z niego być dumny.
— Jesteś pan najdawniejszym więźniem w Marshalsea — rzekł mu razu jednego. — Brakowałoby nam pana, gdybyś stąd kiedy wyszedł.
Chwalił się nim też chętnie wobec nowoprzybyłych.
— Oto gentleman (dżentlmen) — mówił — dobrze wychowany. Bez obrazy, drugiego niema takiego w Marshalsea. A co za edukacja! Sam dyrektor go prosił, żeby wypróbował nowy fortepian. I proszę posłuchać, jak zagrał. Niczem organy w kościele. A języki! Z Francuzem mówi po francusku, i lepiej od Francuza! A kiedy mieliśmy tu Włocha, to on tylko z nim się rozmawiał, i trzeba było słyszeć!
To też mieszkańcy Marshalsea z pewnego rodzaju szacunkiem spoglądali na poważnego gentlemana o siwych włosach, uprzejmem obejściu i pełnej godności postawie.
Zanim jednakże pan Dorrit posiwiał, odźwierny zestarzał się zupełnie. Nogi mu odmawiały posłuszeństwa, brakowało oddechu i często nie miał siły iść z kluczem do furtki, aby otworzyć lub zamknąć więzienie.
Wtedy pan Dorrit wyręczał chętnie przyjaciela.
— My dwaj jesteśmy najstarsi w Marshalsea — mówił starzec pewnego wieczora, kiedy śnieg padał białemi płatami, a w niewielkiej jego izdebce zgromadziło się kilku więźniów na życzliwą koleżeńską pogawędkę. — Siedem lat tylko zamieszkałem tu wcześniej od pana. I czuję, że niedługo już będę pełnił służbę. A gdy się wyprowadzę, to pan, panie Dorrit, zostaniesz ojcem Marshalsea.
„Wyprowadził“ się już nazajutrz. Wtedy przypomniano sobie jego słowa, powtarzano je i zaczęto tytułować pana Dorrit coraz częściej mianem „ojca Marshalsea“.
Przyjął to spokojnie, jako hołd należny, i powoli zaczął się szczycić tytułem, widział w nim jakąś godność, na którą zupełnie zasłużył.
Każdy nowoprzybyły więzień był mu teraz prezentowany z pewnym ceremonjałem, i pan Dorrit przywiązywał do tego znaczenie. Przyjmował wtedy gości u siebie w pokoju ze skromną dostojnością i powagą, przemawiał do nowicjusza, malując w słowach — hm, umiarkowanych — przywileje i słabe strony tego ziemskiego schronienia.
Wychodzący z więzienia uważali za obowiązek pożegnać ojca Marshalsea, i weszło w zwyczaj, że podsuwali mu szparą pod drzwiami listy pożegnalne, zawierające zwykle jakiś datek, wedle możności.
Ojciec Marshalsea przyjmował te dary, widząc w nich hołd należny i daninę, jaką poddani winni swemu władcy. Nie lubił tylko listów, pisanych tonem żartobliwym.
Zczasem jednak sprzykrzyło się ludziom pisywać: zawsze to duży kłopot, a nieraz wysiłek układać jakieś zdania, żeby było tak, jak trzeba. To też urządzano sprawę prościej. Ojciec Marshalsea odprowadzał uwolnionego do furtki, tam poraz ostatni ściskali się za ręce, a wtedy odchodzący — jakby sobie coś przypomniał — starał się wsunąć w rękę starszego kolegi jakąś monetę, zawiniętą w papier.
— Zapomniałem panu doręczyć — mawiał zwykle.
— Dziękuję odpowiadał z prostotą ojciec Marshalsea, wsuwając papier do kieszeni.
Pewnego razu pośród kilku uwolnionych był ubogi robotnik, który przebył tu tylko tydzień za jakiś dług niewielki. Szedł teraz z żoną, dumny i szczęśliwy z odzyskanej wolności, i uśmiechał się do ludzi i do nieba.
— Bóg z panem — rzekł serdecznie, mijając ojca Marshalsea.
— I z tobą, bracie — odparł uprzejmie pan Dorrit.
— Panie, panie! — zawołał nagle, zawracając biedak — ubogi jestem, ale proszę przyjąć to z dobrego serca.
I wsunął w białą rękę gentlemana kilka sztuk drobnej monety miedzianej.
Nigdy jeszcze się nie zdarzyło, aby ojcu Marshalsea taką złożono daninę.
Wprawdzie dzieci ojca Marshalsea nieraz otrzymywały w podarunku miedziaki i składały je na wspólne potrzeby: kawałek mięsa, czy szklaneczkę piwa, z której chętnie korzystał, — ale tak, wprost do ręki, od człowieka w bluzie, patrzącemu mu prosto w oczy.
— Jak pan śmiesz? — odezwał się też drżącym głosem i zarazem wybuchnął łzami.
Człowiek w bluzie bardzo delikatnym ruchem odwrócił go twarzą do ściany, aby zabezpieczyć od ciekawych spojrzeń, i zaczął go przepraszać głosem tak serdecznym, że zatarł wszelkie uczucie goryczy. Pan Dorrit odczuł, że skromna danina nie była miarą życzliwości i szacunku dającego.
— Wiem, wiem — wyszeptał znowu. — Nie gniewam się na pana. Zrobiłeś to z dobrego serca. Dajmy pokój.
— Dziękuję panu bardzo — rzekł robotnik — tak jest rzeczywiście. I chcę pana o tem przekonać. Zobaczy pan, że jestem lepszym przyjacielem, niż oni wszyscy.
— Cóż chcesz zrobić? — spytał pan Dorrit ciekawie.
— Będę pana odwiedzał.
Pan Dorrit spojrzał nań zdziwionym wzrokiem.
— Daj mi pan te miedziaki — odezwał się żywo z jakimś ciepłym błyskiem w spojrzeniu — schowam je na pamiątkę i nie wydam. Dziękuję ci, dziękuję! Więc przyjdziesz mię odwiedzić?
— Będę za tydzień, jeżeli dożyję.
Raz jeszcze uścisnęli się mocno za ręce.
Taki był początek przyjaźni z Plornishem (Plorniszem). Lecz mieszkańcy Marshalsea, zebrani wieczorem w kawiarni, długo szeptali, kiwając głowami i dziwiąc się, że pan Dorrit tak późno sam jeden, dziwnie smutny i zamyślony, przechadza się dziś po dziedzińcu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.