Maleńka Dorrit/Część I/Rozdział II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ II: RODZINNE SPRAWY.

Nazajutrz o 9-ej rano Jeremjasz Flintwinch wtoczył fotel pani Clennam do znanego nam już pokoju i umieścił go przed zamkniętem biurkiem.
Wówczas wdowa wyjęła klucz z woreczka, otworzyła biurko, opuściła klapę i wysunęła z głębi parę książek. Jeremjasz zniknął, lecz ukazał się wkrótce Artur Clennam.
— Dzień dobry, matko. Jakże dzisiaj zdrowie?
— Możesz nie pytać o to — odpowiedziała sucho. — Nie mogę być zdrowszą i nie będę nigdy, ale znoszę wolę Boga z rezygnacją. Niema co o tem mówić.
Oparła na biurku obie owinięte ręce i patrzyła na syna, jakgdyby czekała, aż powie jakieś słowa ważne i potrzebne.
— Czy mogę, matko, mówić dziś o interesach? — zapytał wreszcie Artur.
— Dziwne pytanie — rzekła. — Ojciec twój umarł przed rokiem, więc chyba czas już wielki mówić o interesach, które nam pozostawił.
— Sądzę, że ten rok zwłoki nie miał żadnego wpływu na ich przebieg — zauważył Artur spokojnie. — Zresztą tam na miejscu, zanim wyjechałem, musiałem uporządkować wiele rzeczy. Potem chciałem odpocząć, więc podróżowałem trochę dla rozrywki.
Spojrzenie pani Clennam wyrażało surowe zdumienie.
— Chciałeś odpocząć i podróżowałeś dla rozrywki! — powtórzyła, oglądając się po pokoju, jakby wzywała wszystkie sprzęty na świadectwo, że ona nie zaznała tutaj odpoczynku i nie rozumie wyrazu: rozrywka.
— Moja obecność nie była potrzebna — mówił spokojnie Artur. — Byłaś, matko, egzekutorką testamentu i miałaś zupełną możność urządzić wszystkie sprawy wyłącznie podług swej woli.
— Czy chcesz przejrzeć rachunki?
— Nie, matko. I pocóż? Wycofałem mój udział z interesu i nie mam zamiaru wiązać się z nim więcej. Wiedziałaś o tem, teraz tylko to potwierdzam. Gdybym miał wpływ na ciebie, gdybym ci śmiał radzić, powiedziałbym: uczyń to samo. Nasz dom handlowy dzisiaj nie ma żadnego znaczenia, a twoje siły, matko, znajdą lepsze pole do pracy.
— Nie prosiłam cię dotąd o radę, Arturze.
— Przebacz, matko. Chodziło mi przecież o ciebie, lecz skoro nakazujesz mi milczenie, nie poruszę już tego przedmiotu. Pozwól tylko przypomnieć sobie, że dotąd — a dobiegam już lat czterdziestu — byłem zawsze posłuszny twojej woli, nie zadając sobie pytania, czy to zgadza się z moją chęcią.
— Czy chcesz mi co więcej powiedzieć, Arturze? — przerwała pani Clennam lodowato.
— Tak, matko. Chcę ci powiedzieć coś więcej. Coś trudniejszego jeszcze. A jednak mówić muszę. Od śmierci ojca nie mam godziny spokoju, dzień i noc o tem myślę i ty jedna, matko, możesz mi w tem dopomóc, jeśli zechcesz.
— Czekam i słucham, chociaż nie rozumiem, do czego dążysz.
— Przebacz, że muszę zacząć od przeszłości. Nie pytam, co rozdzieliło cię z ojcem. Wiem, że wyjechał do Chin, bo taka była twoja wola. Wiem, że ty postanowiłaś, abym do lat dwudziestu został z tobą, a od lat dwudziestu połączył się z ojcem. Nie badałem przyczyny. Ale ostatnie chwile, ale ostatnia choroba... niektóre słowa, matko... On chciał mi coś powiedzieć... On chciał, zdaje mi się, coś powiedzieć tobie... i już nie mógł. „Matka“, „przypomnij“, „krzywda“... tak matko, był ten wyraz i dlatego nie mam spokoju. Dlatego otwierałem ten zegarek, myśląc, że może znajdą w nim wskazówkę. Tam na jedwabnym krążku są wyrazy: „Nie zapomnij“. Czy to ma związek? Daruj mi, matko, że cię o to pytam, może nie wiesz, o co mi chodzi, ale jeżeli zechcesz, ty jedna, tylko ty możesz mi pomóc... odnaleźć ową „krzywdę“, wynagrodzić, oczyścić pamięć ojca, jeśli tego potrzebuje. Nie mówię materjalnie, bo tę stronę wziąłbym na siebie, ale... ale... czy sądzisz, matko, że w przeszłości jest coś takiego, cośmy powinni odszukać i zgodnie z wolą ojca, której wyrazić nie zdołał...
Umilkł pod jej spojrzeniem twardem, zimnem i surowem. Cofnęła się z fotelem, jakby chciała być dalej od niego, jej zaciśnięte usta miały wyraz wzgardy.
— Matko — szepnął — ja mówię to tylko do ciebie. Może pierwszy raz w życiu mówię tak otwarcie, ale gdybyś widziała, matko, jak się męczył. Gdy już nie mógł wymówić, chciał napisać, lecz sztywniejące ręce kreśliły zygzaki. W imię Boga, błagam cię, matko, pomóż mi rozwiązać tę zagadkę, naprawić zło, jeśli zostało spełnione!
Pani Clennam wciąż jeszcze patrzyła na niego z wyrazem surowości i zdumienia, jej zacięte usta milczały.
Nagle ruchem nogi odwróciła fotel ku ścianie, gdzie zwieszał się sznur dzwonka. Pociągnęła gwałtownie.
Do pokoju wbiegła dziewczynka, którą Artur widział już wczoraj.
— Przyślij mi Jeremjasza!
W chwilę potem starzec z przekrzywioną głową i sterczącemi końcami halsztuka ukazał się na progu.
— Jeremjaszu! — zawołała pani Clennam — spojrzyj na mego syna. Wczoraj wszedł do tego domu, a dziś żąda ode mnie, abym z nim szpiegowała przeszłość ojca, którego podejrzewa o tajemnicze krzywdy i bezprawia, domagające się wynagrodzenia.
— Matko! — zawołał Artur, boleśnie dotknięty.
— Wynagrodzenia! — powtórzyła gorzko, spoglądając dokoła siebie. — Bawi się, podróżuje, odpoczywa i łaskawie rozmyśla o ojcowskich grzechach. Mój rachunek z Bogiem inaczej wygląda. Ja z rezygnacją cierpię, co mi przeznaczono, i sądzę, że Bóg przyjmie to za moje grzechy.
— A teraz przemówiła podniesionym głosem — tu wobec świadka i w obliczu Boga zabraniam ci raz na zawsze w mojej obecności mówić o winach ojca i w jakikolwiek sposób dotykać tego przedmiotu. A gdybyś się poważył złamać ten mój zakaz, mam jeszcze moc i prawo zamknąć przed tobą drzwi mojego domu i pod klątwą zabronić ci tu wstępu.
— O, matko! — jęknął Artur z najwyższą boleścią.
— Pozwól mi skończyć — przemówiła pani Clennam zwykłym głosem, twardym i suchym. — Jeremjaszu, syn mój powrócił, aby powiedzieć stanowczo, że zrzeka się udziału w interesie zamiast podtrzymać go swemi siłami. Byłam na to przygotowana. Kapitan okrętu opuszcza swoje stanowisko, ale my, Jeremjaszu, zostaniemy i popłyniemy dalej pod naszą starą flagą. Od dziś jesteś moim wspólnikiem, pomyśl, aby załatwić wszelkie formalności.
Oczy Jeremjasza zamigotały blaskiem chciwości i dumy, lecz natychmiast pokornie zgiął swą grubą postać i w uniżonych słowach zaczął dziękować za zaszczyt, którego nie spodziewał się zupełnie.
Zegar zaczął bić jedenastą i w tej chwili przypomniał sobie, że to godzina śniadania. Nie potrzebował wołać, gdyż prawie jednocześnie maleńka Dorrit wniosła na tacy symetrycznie ułożonych osiem ostryg, kawałek chleba z masłem i szklankę wina z wodą ocukrzoną.
Lecz pani Clennam jeść dzisiaj nie chciała. Odsunęła ostrygi, ale spojrzała łagodniej i uprzejmie, choć krótko, przemówiła do dziewczynki.
Artur spojrzał na nią uważnie. „Nowy kaprys“ matki. Co to miało znaczyć? Skąd pochodził ten nowy kaprys?
Dziewczynka była widocznie nieśmiała. Przesuwała się cicho, prawie bez szelestu, drobna, szczupła, maleńka, w wąskiej i krótkiej sukience, wyglądała na dziecko, chociaż jej twarz poważna świadczyła, że wyrosła już z dzieciństwa. Nie była ładna, ale ciemne oczy, łagodne i myślące, miały wyraz słodyczy, a cała postać mimo ubogiego stroju uderzała szlachetnym wdziękiem i prostotą.
— Kopciuszek — przemknęło przez głowę Artura i zbudziła się w nim ciekawość.
Skąd się to dziecko wzięło koło jego matki? I co znaczy w oczach matki ta łagodność, kiedy przemawia do obcej dziewczynki? ona, tak zimna, surowa dla syna?
Dziwne myśli zaczęły krążyć mu po głowie, lecz musiał milczeć. Jeżeli przeszłość kryła jaką tajemnicę, po śmierci ojca matka zamknęła ją na klucz, i Artur mógł być przekonany, że klucza tego mu nie odda. Więc — czy ma ulec matce, czy spełnić ostatnie pragnienie, wolę umierającego? Sumienie odpowiedziało mu wyraźnie: uznał za swój obowiązek iść drogą przez ojca wskazaną.
I w milczeniu uważnie obserwował małą, która wydała mu się pierwszą pajęczą niteczką, wiodącą w ciemny, zawiły labirynt. Kto ona? co tu robi? skąd się wzięła?
Wiedział już, że przychodziła do szycia i pracowała pilnie od ósmej rano do ósmej wieczorem. Zjawiała się i znikała punktualnie. Lecz gdzie się podziewała na drugie pół doby? Zdawało się, że o tem nikt nie wie w tym domu, — on postanowił zbadać.
Zaczął więc ją obserwować. Jak się później dowiedział, podczas obiadu, wezwana nie chce nigdy usiąść przy wspólnym stole. Zawsze ma wymówkę: coś wykończa, trudno porzucić robotę, tłumaczy się nieśmiało, lecz rezultat taki, że je obiad w swoim kąciku bardzo prędko i znowu w jej cienkich paluszkach szybko, zręcznie miga igiełka.
Na każde skinienie pani Clennam dziewczynka porzucała natychmiast robotę i stawała przy niej, aby spełnić polecenie. A wówczas głos staruszki zimny, obojętny miał jakiś niezwykły odcień, który ucho Artura pochwyciło wyraźnie.
Czyby można przypuścić, że w tem zimnem sercu zbudziło się nakoniec cieplejsze uczucie dla obcego zupełnie dziecka?
Pozostawiwszy matkę z Jeremjaszem w nowej roli zaufanego wspólnika, Artur przez cały ranek błąkał się po starym domu, długie chwile rozmyślań spędzając w posępnych komnatach, gdzie wszystko opowiadało o ruinie. Były one ciemne, posępne, wilgotne, nigdy nieprzewietrzane i pełne dziwnego zapachu. Sprzęty wszędzie zniszczone, obicia wyblakłe, nigdzie śladu barwy ani błysku słońca. W dalszych pokojach gruba warstwa kurzu pokryła wszystko swym brudnym całunem, inne nosiły ślady pewnego porządku.
Niejednokrotnie w ciągu tej długiej podróży po niedalekich miejscach zwracał jego uwagę cichy, tajemniczy szelest, jakgdyby lekkich kroków, które go poprzedzały albo śledziły za nim, jakgdyby cichy upadek zwiędłych liści, jakby tłumione szepty niewidzialnych istot.
Ale głos własnych myśli przemawiał wyraźniej i na te szmery Artur nie zwracał uwagi.
Około drugiej w jadalnym pokoju podano skromny obiad, do którego zasiadł w towarzystwie małżonków Flintwinch. Dorrit, jak zwykle, pozostała w swoim kąciku, a kilka uwag Efri, rzuconych z tego powodu, zapoznało go z tym jej zwyczajem.
Jeremjasz oznajmił, iż może po południu ukazać się znów matce, która uspokoiła się po rannem przejściu, uznał też za stosowne dodać od siebie radę, aby tego przedmiotu nie dotykać więcej.
Po obiedzie Jeremjasz zakasał rękawy i wziął się do urządzania dla siebie małego gabinetu przyjęć, gdyż na niego spadał teraz obowiązek rozmowy z klijentami, o ile osobiście zgłoszą się do biura.
— Słuchaj, stara — zwrócił się zarazem do żony — pokój pana Artura dotąd niesprzątnięty, pójdziesz tam zaraz i przygotujesz wszystko.
Artur oświadczył jednak, że nie zamieszka w domu. Miał on zamiar, przyjeżdżać do Londynu, i dlatego rzeczy zostawił a poczcie. Skoro się ulokuje, przyniesie swój adres.
Jeremjasz wyraził mu swoje uznanie, Efri spojrzała bokiem, lecz nie śmiała się odezwać: może, w tej chwili jeszcze słabym głosem odezwała się dawna miłość jej do tego dziecka, które wyniańczyła. Ale Efri nie wolno było dziś mieć zdania.
Pani Clennam przyjęła tę wieść obojętnie, jako rzecz naturalną i przewidywaną, i zajęta z Flintwinchem sprawdzaniem rachunków w starych księgach, zdaleka pożegnała lekkiem skinieniem głowy wychodzącego z pokoju Artura.
On jednakże był blady i wychodził z sercem ściśniętem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.