Maleńka Dorrit/Część II/Rozdział XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIII: ODZYSKANA.

Maleńka Dorrit troskliwie czuwała nad chorym, pomagała jej Maggi, Babtysta i Plornishowie, ale choroba była uporczywa, gdyż źródło jej tkwiło w duszy Artura Clennama. Czuł się na dnie przepaści i nie widział drogi i nie widział celu, aby się z niej dźwigać. Straszny jest stan człowieka, kiedy powie sobie: wszystko skończone.
Jednak Emi nie ustawała, nie wątpiła i nie odstępowała chorego. Dyrektor więzienia ofiarował jej mieszkanie, wszyscy ją otaczali życzliwością, wszędzie znajdowała w tej sprawie poparcie.
Ale nie mogła zająć się wyłącznie zdrowiem Artura, życie nie jest jedną koleją na drodze, tysiąc nitek stanowi siatkę, w której plączą się nasze chęci i zamiary.
Troszczyła się o Fanny i jej zmartwienia, troszczyła się o Tipa i jego zrujnowane życie. Fanny wojowała ze świekrą, rządziła mężem, narzekała lub pyszniła się swem stanowiskiem, które dzięki stosunkom Edmunda Sparklera zapewniało jej swobodne życie w świecie zabaw i walk towarzyskiej próżności. Pani Merdle, jako nieszczęśliwa wdowa, oszukana przez niegodziwego spekulanta, znalazła wyrozumiałość i współczucie, świat uznał za właściwe nie zrywać z nią stosunków, ponieważ urodziła się w tej sferze i zawsze do niej należała. Ocalone klejnoty i pałac Sparklera zapewniały jej byt wygodny.
Tip rozpił się, zmarnował zdrowie i wiódł próżniacze życie, lecz był do Emi szczerze przywiązany i miał dla niej prawie dziecięcy szacunek.
Myślała także o sprawach Artura. Szukając dobrej rady, napisała do pana Meagles, malując mu smutny stan moralny więźnia, a zarazem nie wchodząc w treść zaginionych papierów, zawiadomiła o ich kradzieży przez Blandois-Rigaud i prosiła o pomoc w odszukaniu. Może owa szkatułka znajduje się u pana Gowan, może pan Meagles da jej wskazówki, gdzie szukać. Artur nic o tem nie wie, i nie chce go naturalnie niepokoić.
Pan Meagles zrozumiał lepiej od maleńkiej Dorrit, jak ważnem jest odszukanie takiej zguby, i zajął się tem odrazu na miejscu. Łatwo mógł się przekonać, że Gowan nie ma tego depozytu, lecz zgłaszał się do zajazdów i hoteli, w których Blandois mieszkał, przypuszczając, że ją w podróży zastawił.
W powrotnej drodze do Anglji miał tę sprawę ciągle na myśli, znajdował wszędzie długi Blandois, lecz nigdzie poszukiwanego depozytu. Zachodziły przytem komiczne rozmowy, gdyż pan Meagles władał tylko ojczystym językiem i żadnego innego nie rozumiał. Nazwisko Blandois sprowadzało na niego często burzę wymysłów i podejrzeń, lecz on przyjmował je z najlepszą miną i śmiał się uprzejmie, nie posądzając wcale cudzoziemców o niegrzeczne zamiary i wrogie uczucia.
W Paryżu zastał list od maleńkiej Dorrit. Miała sposobność rozmawiać z Arturem o Blandois i o tem, że pan Meagles szuka jego śladów, przyczem Artur wspomniał, że znała go miss Wade, i podał jej adres w Calais.
Pan Meagles z zadowolenia zatarł ręce.
Po przybyciu do Calais odszukał wskazany dom i pełen nadziei oczekiwał na miss Wade w znanym nam już pokoju, do którego został wprowadzony.
Powitał ją uprzejmie, pytając o zdrowie.
Miss Wade zmierzyła go zimnem spojrzeniem: nie po to tu zapewne przyszedł, poprosiła więc, ażeby przystąpił odrazu do celu swych odwiedzin.
Zacny staruszek z całą naiwnością wspomniał wówczas o córce, jej szczęśliwem małżeństwie, nowonarodzonym synku.
Miss Wade przerwała znowu przypuszczeniem, że nie przybył tu prawdopodobnie w zamiarze dostarczenia jej tych wiadomości.
Wówczas wyobrażając sobie, że gra rolę zręcznego dyplomaty, oznajmił, że w interesie drogiej Mini poszukuje szkatułki z ważnemi dokumentami, którą przywłaszczył sobie niejaki Blandois i ukrył przed właścicielem.
— Wiem od Clennama — mówił — że pani znała Blandois. Wiem dokładnie, że to był stosunek daleki, a jednakże uważałem za konieczne sprawdzić, czy pani nie wie o tym depozycie. Blandois nie żyje, szkatułka jest skradziona, przechowywanie jej grozi odpowiedzialnością, a zwrócenie właścicielowi jest prostym obowiązkiem. Może zresztą to nie szkatułka, mógł złożyć papiery w kopercie.
— Zdumiewa mię — odparła miss Wade z oburzeniem — iż po raz drugi zwracacie się panowie do mnie, niby do biura informacyjnego, w rzeczach, dotyczących człowieka, z którym rozmawiałam parę razy na ulicy, lecz który nie przestąpił progu mego domu!
— Niech się pani nie gniewa! — zawołał pan Meagles moje poszukiwania nie mogą być obrazą. Pytałem o to samo setek ludzi. Nie opuszczam żadnego śladu i żadnej możliwości. Więc Blandois nie zostawił tutaj depozytu?
— Nie.
— I nie może mi pani dać żadnych wskazówek co do dalszych kroków w tej sprawie?
— Nie mogę. Zdaje się, że rozmowa nasza wyczerpana.
— Niestety! Proszę się nie gniewać na mnie. Bardzo żałuję teraz, że panią niepokoiłem. Czy Tettycoram zdrowa?
— Henryka? zupełnie zdrowa.
— Znów panią podrażniłem bez złej chęci. Gdybym się nad tem dawniej zastanowił, być może, iż nie dałbym jej tego imienia, ale kto dzieci lubi i żartuje z niemi, nie obmyśla każdego słowa. Może pani będzie łaskawa pozdrowić ją od starego przyjaciela.
Miss Wade nawet nie odpowiedziała.
— Przegrana sprawa — rzekł pan Meagles do żony, wróciwszy do hotelu, gdzie na niego oczekiwała. — Z niczem powracamy do Anglji.
Odpłynęli tegoż wieczora, następnego dnia byli w Londynie i wprost z dworca udali się do Marshalsea.
Było to przed wieczorem. John oznajmił, że miss Emi od rana udała się dzisiaj do miasta, więc napewno wkrótce powróci. Pan Clennam ma się lepiej. Jeśli się państwo nie śpieszą, może zaczekają na miss Emi w mieszkaniu dyrektora, które obecnie zajmuje.
Pan Meagles zgodził się chętnie. Nie chciał wejść do Artura bez porozumienia się z Emi, obawiał się, że wzruszenie mu zaszkodzi.
W pokoju Emi było posępnie i duszno, brak powietrza w tej ciasnej, zamurowanej przestrzeni przygnębiająco działał na pana Meagles. Chłodził się chustką i narzekał głośno.
Wtem drzwi się otworzyły.
Odwrócił się pospiesznie, pewny, że ujrzy maleńką Dorrit, i stanął z otwartemi ustami, jak zadziwione dziecko.
— Mamo, mamo! — zawołał nagle. — Tettycoram!
Tettycoram klęczała już przed nimi pochylona nad małą, drewnianą szkatułką, z misternem okuciem i dwoma zamkami.
— Przebaczcie, dobrzy państwo! weźcie mię do siebie! — wołała, płacząc i śmiejąc się razem. — Zabrałam jej szkatułkę!
— Tetty! zawołała pani Meagles serdecznie Co to jest, moje dziecko?
— Byłam w drugim pokoju. Nie pozwoliła mi pana zobaczyć, ale słyszałam wszystko. Słyszałam, że skłamała. Przy mnie Blandois oddał jej szkatułkę. Nie chciała wziąć, to prawda, ale jej zostawił. Ta sama!
— Moja Tetty rzekł pan Meagles, kładąc jej rekę na głowie — skądże, moje dziecko, wzięłaś się tu razem z nami?
— Płynęliśmy na jednym statku, tylko bałam się jeszcze pokazać. Potem w przystani wsiadłam do dorożki i kazałam jechać za państwem. Ona nie oddałaby nigdy tej skrzyneczki, skoro raz powiedziała, że jej nie ma. Wolałaby rzucić ją w morze. A ja zabrałam i jest! To ta sama! Może za to państwo przebaczą mi moją głupotę. Teraz wiem, jak źle zrobiłam, jaka byłam niemądra i niewdzięczna.
Pani Meagles podała rękę Tettycoram, żeby ją podnieść z kolan, pan Meagles zacierał ręce, oboje okazywali szczerą radość, obsypując skruszoną Tetty pieszczotami, wypytując o szczegóły ich krótkiej rozłąki.
— Byłam nieszczęśliwa — powiedziała szczerze, zalewając się łzami. — O, dawno żałowałam tego, co się stało, coraz bardziej. Ona dawniej umiała podburzać mię do złości, często jednem spojrzeniem. A jak mię złość ogarnie, to już sama nie wiem, co mówię. Wierzyłam jej. Ale potem... Potem ją poznałam. Potem zrozumiałam, jaka to dziwna natura. Wszędzie widzi zło tylko, wszystko dobre na złe tłumaczy. Chciała mię przekonać i dała mi swój pamiętnik, a ja wtedy dopiero zrozumiałam, jaka jest ona, i jak zawiniłam. Teraz już jestem inna. A jeśli mię złość weźmie, będę liczyć do pięćdziesięciu! Do tysiąca!
Drzwi otworzyły się znowu i weszła maleńka Dorrit. Pan Meagles w milczeniu wskazał jej szkatułkę i twarz Emi rozjaśniła się radością. Teraz mogła spokojną być o tajemnicę, mogła ukryć ją przed Arturem. Może mu powie kiedyś to, co jego dotyczy, ale resztę zapomniała już na zawsze.
— Droga miss Dorrit — rzekł pan Meagles serdecznie — chciałbym natychmiast zająć się sprawą Clennama. Czy można go dziś widzieć?
— Wolałabym go pierwej przygotować. Zresztą... zobaczę, jak się teraz miewa.
Wyszła. Pan Meagles stał w otwartem oknie i widział, jak przechodziła przez więzienne podwórze. Skinął na Tetty.
— Chodźno, spojrzyj, moje dziecko, na tę drobną dziewczynke, która idzie przez brzydki i ciemny dziedziniec tego szkaradnego więzienia. Patrz: wszyscy ustępują jej z drogi, mężczyźni się kłaniają i zdejmują czapki, widzisz na wszystkich twarzach życzliwość i szacunek. Nieprawdaż?
— Tak, panie.
— A wiesz, kto to? Córka więźnia. Urodziła się tutaj, wychowała w nędzy, nazywano ją dzieckiem więzienia. Ja nie mam tu czem oddychać, duszę się, a ona żyła długo, całą młodość.
— To bardzo smutne — szepnęła cicho Tettycoram.
— Ale teraz uważaj. Gdyby przez te wszystkie lata ta dziewczynka myślała o swojem nieszczęściu, gdyby sobie wyobrażała, że ludzie patrzą na nią z pogardą i lekceważeniem, jakiem byłoby jej życie i czy mieliby za co ją szanować? Ale ona o sobie nie myślała wcale. Żyła dla ojca, rodzeństwa. Obowiązek, poświęcenie, zapomnienie o sobie, były treścią jej życia i zjednały jej miłość ludzką i szacunek.
— Czy rozumiesz, moje dziecko?
— Tak — szepnęła Tetty i stali w oknie wszystko troje, póki Emi nie powróciła.
Artur miał się nieźle, lecz bała się pod wieczór nowych wrażeń dla chorego i prosiła, żeby pan Meagles odwiedził go kiedykolwiek przed południem.
— Bardzo dobrze. Niech pani pozdrowi go ode mnie, bo tak prędko go nie zobaczę. Wyjeżdżam jutro. Niech się pani nie dziwi — uśmiechnął się, widząc jej ruch i spojrzenie. — Jestem tu godzinę i duszę się z braku powietrza. Nie odetchnę odtąd swobodnie, póki go stąd nie uwolnię.
— I dlatego pan wyjeżdża?
— Tak, dlatego. Matka z Tettycoram wróci sobie jutro do domu, a ja pojadę po Doyce’a. Bez Doyce’a nic nie zrobimy. Można pisywać listy przez rok cały i nic z tego nie będzie. Znam się na interesach. Dlatego jadę jutro po Daniela. Tu niema czem oddychać! Do widzenia.
Maleńka Dorrit poniosła do ust rękę pana Meagles.
— Co robisz, dziecko! — zawołał wzruszony — Przepraszam panią, to przyzwyczajenie. Tak nie można.
Wtedy objęła go za szyję i pocałowała w twarz, jak niegdyś ojca.
— Dobre dziecko... jak tamta — szeptał starzec zdławionym głosem. — No, ma swego Henryka, trudno!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.