Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom II/1

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


14.
Rozmowa.

Pani Perrine, ciągle zajęta czytaniem listów i zapatrywaniem się w dopiero wspomnione portrety, jak powiedzieliśmy, nie dostrzegła obecności małéj Bruyére.
Młoda dziewczyna, od czasu jak ojciec Jakób uczynił jéj odkrycie niezupełne, a tyle ją obchodzące, gdyż dzięki nieznanym przedmiotom, schowanym, jak powiadał starzec, w opuszczonéj piekarni, powzięła niepewną nadzieję przeniknienia tajemnicy swojego urodzenia; od czasu tego, powtarzamy, młoda dziewczyna miotana była najżywszą niecierpliwością. Jednak mimo tak naturalnego w obecnéj chwili roztargnienia, wchodząc do pani Perrine, nie mogła powściągnąć na sobie silnego zdziwienia na widok portretu, którego pysznie złocone ramy najpierwéj zwróciły jéj uwagę. Lecz rzuciwszy zaledwie na ten obraz mimowolne spojrzenie, odwróciła się, sądząc, iż nie godzi się patrzéć dłużéj na przedmiot, którego zapewne pokazać nie chciano; dotąd bowiem pani Perrine nigdy wobec Bruyére nie otwierała wyższéj części komody zamykającéj w sobie ten portret.
Pragnąc uwolnić się z tak przykrego położenia, oraz, aby zwrócić na siebie uwagę pani Perrine, młoda dziewczyna zrazu lekko, potem mocniéj chrząknęła, wreszcie widząc że pani Perrine ciągle zamyślona i marząca, na to nie zważała, hałaśnie poruszyła krzesłem. Pani Perrine usłyszawszy niespodziany łoskot, zadrżała, wstała żywo, prędko zamknęła drzwiczki umieszczone przy ramach portretu, aby go ukryć, i równie szybko wsunęła do kieszeni oba listy i miniaturę z wyobrażeniem Marcina; poczém obróciwszy się ku Bruyére, rzekła jéj łagodnie, ale tonem zakłopotanym:
— Dobry wieczór,... moje dziecko,... nie widziałam cię...
— Weszłam niedawno, a pani mię nie postrzegła,... odpowiedziała Bruyére, również zakłopotana niewczesném przybyciem, — poruszyłam krzesłem, abyś pani postrzegła że tu jestem,... proszę o przebaczenie...
Pani Perrine z serdecznością podała rękę młodej dziewczynie, a ta ją do swych ust przycisnęła.
— Godzina o któréj zwykle przychodzisz już przeszła — mówiła pani Perrine — dla tego téż już się ciebie nie spodziewałam, moje dziécię.
Bruyére, upatrując w tych słowach sposobność zawiązania natychmiast rozmowy, jaką z panią Perrine miéć zamierzyła, wzruszonym głosem odrzekła:
— Spóźniłam się, bo ojciec Jakób... dziś bardzo długo ze mną rozmawiał...
— Ojciec Jakób? Ten biedny, stary owczarz... o którym mi kilka razy wspominałaś? Ale mówiłaś mi podobno że on już oddawna prawie zupełnie utracił pamięć, i że z nikim nie rozmawia?
— Prawda,... proszę pani,... to téż niemało mię to zdziwiło,... a bardziej jeszcze... to co mi powiedział....
Bruyére nie dokończyła: niepewność i obawa malowały się na jéj twarzy. Pani Perrine, zdziwiona milczeniem i wzruszeniem młodej dziewczyny, Zaczęła znowu:
— Zbladłaś,... drżysz... milczysz, moje dziécię; co ci jest? cóż to się stało?
Po krótkiém wahaniu się, młoda dziewczyna rzekła bojaźliwie:
— Droga pani Perrine,... jam sama jednana swiecie...i w téj chwili, nie mam u kogo zasięgnąć i rady,... a nie śmiem nic działać sama przez się, — przychodzę więc do pani....
— Mów,...mów, — odpowiedziała pani Perrine ze szczerém zajęciem, — niebardzom doświadczona, ale cię kocham i to mię natchnie... jestem tego pewną...
— O! prawdaż to że mię pani kochasz, droga pani Perrine? — żywo rzekła Bruyére.
— Czy cię kocham... moje dziécię!... kocham jakbym kochała moję córkę, gdyby mię los córką obdarzył; ale on inaczéj odmierzył moje macierzyńskie szczęście... Miałam tylko jedno dziecię,... jednego syna... najlepszego... najgodniejszego syna — z dumą dodała pani Perrine.
Potém czule zwracając się do Bruyére, rzekła:
— Ale, jak widzisz, nie mam prawa narzekać: mam syna którym się szczycę, a ty kochasz mię prawie jakbyś kochała matkę; nieprawdaż, moje dziécię?
— O! tak, tak, jakbym kochała moję matkę. Ale wnet miarkując się, młoda dziewczyna dodała półgłosem: — Niestety! nie... matce się wszystka wyznaje...
I ocierając łzami zwilżone oczy znowu zamilkła.
— Słuchaj, moje dziécię... Niepokoisz mię od niejakiego czasu, — rzekła pani Perrine przyciągając małą Bruyére ku sobie, i życzliwie biorąc ją za ręce: — Tak jest, od jakiegoś czasu, uważam żeś blada,... cierpiąca,... roztargniona;... mianowicie miesiąc temu,... wiesz, kiedym cię trzy dni nie widziała,... znalazłam cię bardzo zmienioną...
— Chorowałam, — żywo i wzruszonym głosem odpowiedziała Bruyére, — bardzo chorowałam,... proszę pani,... niech mi pani wierzy.
— Wierzę ci; kiedym cię znowu zobaczyła, prawie cię nie poznałam...
— Proszę pani, — niemal błagalnym głosem zawołała młoda dziewczyna, — nie mówmy o tém.
— Mój Boże! co ci to moja Bruyére? Dla czego ta skrytość, to pomieszanie, te łzy?
— Nic to, proszę pani, — odrzekła Bruyóre usiłując się nieco uspokoić. — To co mi ojciec Jakób powiedział,... nadzieja jaką wlał we mnie, sądzę,... głowę tracę... Racz mi pani przebaczyć, droga Pani Perrine.
— No! moja kochana, — całując małą Bruyére w czoło, rzekła pani Perrine, — uspokój się,... pomówmy z sobą... wszak, z powodu twojéj rozmowy ze starym owczarzem żądałaś ode ranie rady?
— Tak jest, proszę pani,... bo, sądząc po tém co mi ojciec Jakób powiedział, może... kiedyś...będę mogła poznać moich biédnych rodziców.
— A to jak?
— Racz mię pani posłuchać, droga pani Perrine. Jestem dziécię opuszczone. Może,... mój ojciec,.. może moja matka,... z potrzeby, musieli mię tak opuścić...
— Chyba że kto gwałtem... porywa matce jej dziécię,...albo w czasie jéj snu, wtedy ta matka jest niewinna; ale matka która...dobrowolnie opuszcza swe dziecię...jest potworą! — ze szczególném uniesieniem zawołała pani Perrine.
I po raz piérwszy od czasu rozmowy z małą Bruyére, żywy rumieniec pokrył jéj bladą twarz, po raz piérwszy oczy jéj zabłysły.
Zaledwie matka Marcina wymówiła te słowa, gdy Bruyére wydała rozdzierający okrzyk i oburącz twarz zakrywszy, padła na kolana wołając:
— Łaski! łaski!
— Co ci jest?... Bruyére!... Dla czogoż żądasz łaski? — rzekła pani Perrine widząc przestrach, boleść i rozpacz wyryte na rysach młodéj dziewczyny.
Potém nagle, sądząc że odgaduje przyczynę téj trwogi, sama teraz błagająca, dodała:
— Przebacz... Bruyére! ja to, moja kochana błagam cię o łaskę, bom może mimowolnie.
w piérwszem uniesieniu, obraziła twoje matkę... Przebacz mi, biedne dziécię,... zbłądziłam tak utrzymując... Ileżto razy... mój Boże!...nieszczęśliwa dziewica,... zdradzona... opuszczona,... tracąc głowę... Cóż chcesz? obawa,... wstyd...
— O! tak jest, wszak prawda, moja droga pani Perrine, — drżąc zawołała Bruyére, — wstyd,... to tak okropne, wstyd... i... szyderstwo,... pogarda;... kiedy kto do tego nie przywykł... O! wstyd,... jabym z tego umarła.
Ale Bruyére postrzegając, że pani Perrine na jéj ostatnie słowa zadrżała i ze zdziwieniem i niespokojną ciekawością na nią pogląda, spiesznie dodała:
— To téż, proszę pani,... kiedy mi niedawno ojciec Jakób powiedział, że może będę mogła poznać moję matkę,... zrazu wielce... o! wielce się ucieszyłam;... ale wnet... powiedziałam sobie: Jeżeli znajdę matkę,... to moją obecnością... bo nakoniec może błąd swój ukryła,... może o nim zapomniano,.. a ja, ja, jéj córka,... znowu odżywię ten błąd, ten wstyd!... a jednak, poznać swoję matkę,... widziéć ją, o! co za rozkosz,... ah! pani Perrine, Co czynie?... co począć mój Boże!... Widzisz więc pani że potrzebuję twojéj rady... Ale cóż się pani stało?... Pani bladłaś!... pani drżysz!
— Nic, to nic, moje dziécię, — wzruszonym głosem odpowiedziała pani Perrine prowadząc ręką po pałającém czole; podzielam twoje wzruszenie,... a przytém, gdybyś wiedziała... wspomnienia... o! co za wspomnienia!... ale nie mówmy już o mnie, mówmy raczéj o tobie... Pojmuję ja... twoje wahanie się,... ono przekonywa o twém wyborném sercu... Powiedz mi tylko, jakim sposobem ojciec Jakób mógł pocieszyć cię nadzieją poznania twych rodziców?
— Powiada on, że niektóre przedmioty, mogące dopomódz do wykrycia tajemnicy mojego urodzenia, znajdują się w zwaliskach piekarni leżących tam,... nad brzegiem stawu.
— Skądże się o tém ojciec Jakób dowiedział?
— Taki miał sen...
— Sen!... o! moja biedaczko;... i ty wierzysz w sny nieszczęśliwego starca, osłabionego cierpieniem?
— On, proszę pani,... nazywa snem każde chwilowe odzyskanie pamięci, a to mu się czasem trafia.
— Ale czy ci innych wyjaśnień nie udzielił?
— Nie, droga pani Perrine; tém natężeniem wyczerpany, wpadł znowu w uporczywe milczenie.
— Ale któż to tam ukrył te przedmioty?
— On.
— Skądże się w jego ręce dostały?
— Tyle tylko mogłam się dowiedzieć,... że otrzymał je od jakiéjś nieznajomej osoby... Niestety! w owéj chwili pamięć go odstąpiła.
— Dziwna rzecz, — z namysłem rzekła pani Perrine... Ale, nic zresztą łatwiejszego, jak przekonać się o rzeczywistości tego odkryciu... Gdzież jest kryjówka którą ci wskazał?
— O parę kroków stąd...
— W tym stosie cegieł pokrytych mchem i bluszczem? tam przy stawie?...
— Tak jest, proszę pani, byłato niegdyś folwarczna piekarnia; teraz zawaliła się i wybudowano drugą bliżéj domu...
Po chwili milczenia, w ciągu którego rysy pani Perrine zdawały się częściej aniżeli to dotąd miało miejsce, ulegać nerwowemu wstrząśnieniu,... rzekła ona do Bruyére:
— Ja sądzę, moje dziecię,... żeś się najprzód powinna przekonać o tém co ci powiedział ojciec Jakób... a potém twoje odkrycia... wskażą ci dalsze postępowanie... Czy i ty tak mniemasz?
— Tak, proszę pani.
— Właśnie teraz stosowna pora; na folwarku wszyscy śpią;... dla czegóż nie idziesz zaraz obejrzeć tę kryjówkę?
— Droga pani Perrine,... pani czasem wychodzisz wieczorem; gdybyś mi pani towarzyszyć raczyła?
— I owszem, chętnie moja kochana...
W chwili gdy pani Perrine zabierała się do wyjścia, Bruyére żywo ujęła jéj rękę, usta jéj otworzyły się jak gdyby mówić miała; ale wnet, ulegając zapewne rozwadze, jakby przytłoczona jakim ciężarem, zwiesiła głowę, puściła rękę swéj protektorki i głęboko wzdychając szepnęła:
— Nie,... sił mi brakuje,... nie śmiem.
— Czego nie śmiesz, moje dziécię?
— Wszystko pani wyjawić... A jednak to kiedyś musi nastąpić, bo widzi pani, nie dla siebie tylko saméj chciałabym poznać moich rodziców...
— Nie dla ciebie samej?
— Chodźmy... chodźmy, proszę pani, szybko rzekła Bruyére, jakby w obawie ażeby nie uległa pociągowi mimowolnego zwierzania się; chodźmy;... to, co znajdziemy w téj kryjówce... skłoni mię albo do milczenia... albo do wyjawienia pani wszystkiego...
Obie kobiéty wyszły z pokoju, przebyły korytarzyk i wkrótce znalazły się zewnątrz budynków.
Niebo było pogodne. Księżyc, podówczas na pełni, jasno połyskiwał ponad czarną zasłoną jodeł w nieprzejrzanéj okiem przestrzeni rozsypanych; na powierzchni spoczywających wód stawu bujały białawe wyziewy, nikły jednak w miarę powolnego wstępowania księżyca, którego świetne promienie przemieniały staw w ogromny, srebrzysty obrus.
Wszędzie głęboka zaległa cisza.
Wieczorny wietrzyk poruszając wyschłém sitowiem, wzniecał w niem szelest;... lecz gdy wraz z kapryśnym powiewem wiatru ten lekki szmer ustawał, baczne ucho mogło było usłyszéć w dali... w dali... głuchy tentent kilku galopujących koni, który się coraz bardziéj zbliżał.
Pani Perrine i Bruyére zbyt zajęte, nie zwróciły uwagi na tę okoliczność.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.