Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom III/PM część I/12

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


12.
Dalszy ciąg listu Leonidasa Rekina.

„Jak ci powiedziałem, kochany Marcinie, pan Raymond wsławił się przezemnie, a wsławił się z korzyścią: uczniowie do niego garnęli się; a ciągłe moje powodzenie nie mało się do tego przyczyniło; jednakże pan Raymond obok zysków miał także i troski.“
„Kończyłem wówczas retorykę. Od owéj nieszczęsnéj chwili kiedym plackiem padł pod ławkę aby uniknąć uwieńczenia, nigdy ani mój ojciec ani professorowie, ani pan Raymond, ani nawet pan prowizor nie mogli pokonać we mnie uporczywego postanowienia uniknienia publicznego tryumfu, przy odgłosie trąb oraz ministeryalnych, biskupich, urzędnikowskich uściskach.“
„Z jednéj strony niepokonana skromność moja zadowalała pana Raymond; jeżeli bowiem, z tytułu mojego powodzenia, byłem najznakomitszym, to znowu pod względem fizycznym byłbym był najnędzniejszym, najkomiczniejszym jego instytutu reprezentantem, a śmieszność, w każdéj okoliczności jest niebezpieczną.“
„Pan Raymond, jako człowiek zręczny, czuł to dobrze; i ta była cierń, która nie dozwalała zacnemu sybarycie z zupełną rozkoszą spocząć na moich wawrzynach; gdyby to można było zamiast mnie, pokazać na wzniesieniu w Sorbonnie jakiego zgrabnego, bogatego, wymuskanego i ładnego hebesa, — a prawie wszyscy tacy na nieszczęście są hebesami! — tryumf pana Raymond byłby najzupełniejszy. Atoli podstawienie osoby było rzeczą nazbyt drażliwą; musiał się zatem zrzec tej myśli.“
„Tymczasem, przy końcu roku szkolnego: ojciec mój zachorował. Nie wiem skąd mu przyszła myśl żądać jako łaski aby mu pozwolono cieszyć się widokiem przyszłego tryumfu mojego; nikt bowiem nie wątpił że jak tylko napiszę rozprawę, otrzymam nagrodę, a zwłaszcza nagrodę honorową.“
„Ojciec mój był przekonany, że wzruszenie jakiego dozna widząc mię okrytego sławą, sprowadzi niewątpliwe przesilenie w chorobie która go dręczyła; myśl ta, jakkolwiek dziwna, wkrótce stała się w nim nieodstępną niemal monomanią;... kiedym mu odmówił, płakał rozpaczliwie, a znowu kiedym zwyciężony jego boleścią uczynił choć najmniejszą nadzieję, zdawał się najszczęśliwszym i prawie uleczonym; mimo więc wstrętu do publicznego wystąpienia przystałem, przyrzekłem...
„Na tę obietnice, ojciec mój wyskoczył z łóżka, z którego już od dwóch miesięcy ani się ruszył i zawołał:
— Leonidas, ty mi przywracasz życie!
„Kiedym się wziął do napisania rozprawy, przyszła mi myśl potworna przypomniałem sobie wyzwanie hebesa względem barbaryzmów; tak jest Marcinie, przez chwilę myślałem o tak nędznéj rozprawie łacińskiéj, że niezawodnie byłbym utracił wszelką nadzieję nagrody i uniknął strasznego dla mnie występowania przed publicznością... ale cofnąłem się przed taką podłością.“
„Nadszedł nieszczęsny dzień. Omnia patienter ferenda (znośmy wszystko cierpliwie), rzekłem sobie wdziewając jedyną suknię mojego ojca, suknię bławatną, odświętną. Biédny mój stryj, krawiec; umarł: inaczéj byłby mi uszył jak najpiękniejszą odzież. Suknia ta była na mnie za ciasna, rękawy zaledwie pięści moich sięgały, a ręce wychodziły z niéj dwakroć grubsze i czerwieńsze; na szyi miałem chustkę z haftowanemi końcami, w sznurek zwiniętą, kamizelkę w pasy zagadkowego koloru, zrobioną ze spódniczki zmarłéj matki mojéj, wązkie spodnie z szarego nankinu, które mi sięgały ledwie po kostki, czarne wełniane pończochy i trzewiki stypendysty. Umieść, kochany Marcinie, na takim stroju znaną ci lękliwą i przestraszoną twarz moję, i wystaw sobie że wraz z panem Raymond i ojcem moim, który twierdził że odzyskał piętnastoletnie nogi swoje,... wsiadamy do fiakra i udajemy się na miejsce katuszy... to jest do Sorbonny gdzie rozdawano ’wielkie konkursowe nagrody.
„Mam prawo być tchórzem przez całe moje życie, bo tego dnia dowiodłem bohatérskiéj odwagi.“
— „Leonidas... rzekł mi ojciec ściskając mą dłoń w chwili gdy opuściwszy go szedłem zająć miejsce na ławkach przeznaczonych dla liceistów, — Leonidas... wszak będziesz odważny?
— „Odważny jak Leonidas Termopylski, mój ojcze... z dumą odpowiedziałem.
„I usiadłem w ławce.
„Ojciec mój niezrozumiał porównania, ale oblicze moje uspokoiło go.
„Pierwszą nagrodę honorową przyznano niejakiemu Adryanowi Borel, z kollegium Charlemagne. Jestem pewny że byłbym ją otrzymał, gdyby nie roztargnienie w jakie mię pogrążyła nieszczęsna obietnica uczyniona ojcu; drugą honorową nagrodę przyznano mnie, i według zwykłej formuły, złowrogi głos zawołał;
Leonidas Rekin!
„A muzyka dla mojéj defilady zagrała marsz z Ferdynanda Kortez.“
„Nazwisko moje przyjęto szmerem ciekawości; wielkie nowiny rozgłaszają się zwykle z elektryczną szybkością: wiedziano już (jakim sposobem wiedziano?) że sławny uczeń z pensyi Raymond, który przez przesadzoną skromność, dotychczas unikał tak pochlebnego tryumfu, pozwoli się nakoniec publicznie uwieńczyć.
„Gdy po raz piérwszy, przy odgłosie trąb, wymówiono moje nazwisko, jakaś chmura zasłoniła mi oczy, w uszach mi zaszumiało, ale rzekłem sobie: odważnie, ojciec patrzy na mnie...“
„Wstałem więc i śmiało poszedłem na lewo... kiedy przeciwnie na prawo iść wypadało... Litościwa jakaś ręka zwróciła mię i rzekła: — Idź prosto.“
„Postępowałem zatém wzdłuż ławek.
— „Na lewo, teraz! — zawołała taż sama litościwa dusza.
„Zwróciłem na lewo i znalazłem się w rozległéj przestrzeni, przedzielającéj salę na dwie części i prowadzącéj do wzniesienia. Wlepiwszy wzrok skierowałem się wprost ku temu celowi, nie patrząc ani na moje nogi, ani na prawo, oni na lewo, jakbym szedł po desce nad przepaścią, położonéj... jedynym punktem do którego dążyłem była okazała toga Jego Wysokości Wielkiego Mistrza uniwersytetu.
„Kierowany tym rodzajem polarnéj gwiazdy, doszedłem nakoniec do piérwszych stopni wzniesienia; alem je przebył tak śpiesznie, a raczéj tak niezręcznie, że mi się nogi splątały w kobiercu, i padłem na schodkach. Moja zakłopotana fizyonomia, śmieszna odzież, może dziwaczne nazwisko, usposobiły już widzów do wesołości; upadek mój stał się hasłem do wybuchu powszechnego śmiechu.
„Wytrwałem jednak: wspomniawszy o jaką rozpacz ten komiczny wypadek przyprawi mojego biédnego ojca, śmiało podniosłem się w pośród śmiechów, dostałem się nakoniec na płaszczyznę wzniesienia i na oślep rzuciłem się w obięcia Wielkiego Mistrza, który nie spodziewając się bynajmniej tak nagłego uścisku, tylko co zabierał się włożyć mi na skronie wieniec laurowy, i włożył mi go nareszcie, mimo przeszkody z mojéj strony; ale o okropności!... zbyt szeroki wieniec wpadł mi aż no oczy, i prawie całkiem zakrył je gęstém swojém liściem. Zamiast zdjąć go, zupełnie straciłem głowę, machinalnie wyciągnąłem ręce przed siebie, a reszta wystąpienia przemieniła się dla mnie, w pewien rodzaj ślepéj babki. Wpośród ciągłych śmiechów ozwały się krzyki, przestrogi że kark skręcę! nakoniec szczęście chciało, że wśród błędnego krążenia gwałtownie spadając z wysokości wzniesienia aż na sam dół jego, tak mocno rozbiłem głowę, iż ległem jak bez duszy.”
„Upadek ten w rzeczy samej mogę nazwać szczęśliwym, kochany Marcinie, gdyż smutne rozwiązanie komicznéj sceny, przynajmniéj wywołało dla mnie litość, ja zaś wybornie sobie zaradziłem, bo choć omdlenie moje krótko trwało, udawałem że trwa ciągle; wyniesiono mię więc z sali zakrwawionego, zranionego. Po drodze obsypano mię słowy pełnémi zajęcia, litości i rozczulenia.”
— „Biedny!... mówił jeden, cierpi dla honorowéj nagrody... ale téż wyglądał jak gęś... jednak szkoda że tak okropnie upadł!...”
— „Ja, — rzekł drugi, — żałuję że ślepa babka tak krótko trwała! zdało mi się zrazu że chciał biskupa wziąć za głowę.”
— „Ah!... prawda! — wołał trzeci — długo się z tego śmiać będę, i t. p., i t. p.
„Takie to tkliwe dowody życzliwości towarzyszyły mi aż do wyjścia z sali.“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„W tydzień po tym ostatnim tryumfie, straciłem biédnego ojca mojego; słyszał jak ze mnie szydzono, widział że mię skrwawionego wynoszono, boleść więc i trwoga takie na nim sprawiły wrażenie, że umarł.
„Pan Raymond, jako człowiek obrotny, przedał swój dom wychowania, w chwili gdy go doprowadził do punktu sławy, która już tylko upadać mogła. Podczas gdym zostawał przy łożu konającego mojego biédnego ojca, pan Raymond, zainstalowawszy następcę na swojém miejscu, wyjechał do Turyngii dla odpoczynku po pracy; napisał do mnie tylko kilka słów, którémi oświadczał, że z obawy aby mi nie przeszkodził w bolesném zajęciu obok ojca mojego, z wielkim żalem wyjeżdża, nie widziawszy się ze mną, lecz że mię zalecił swojemu następcy.
„Słowem, pan Raymond już mię nie potrzebował, i korzystając ze sposobności, pozbył się mnie czemprędzéj.“
„Stosunki moje z jego następcą były zbyt krótkie i proste; bardzo grzeczny ale zimny, nie lubił złudzeń, lecz wprost do rzeczy przystępował.“
„Mówił zaś do mnie temi prawie słowy:
— „Kochany p. Rekin, byłeś najlepszym uczniem w instytucie Raymond, skończyła się twoja świetna nauka, a śmierć ojca czyni cię panem siebie. Jeżeli jednak nie uważasz za rzecz stosowną opuszczać natychmiast dom którego byłeś chlubą, szczęśliwy będę, skoro dowiodę panu, jako jednemu z najznakomitszych uczniów uniwersytetu, cały mój szacunek ofiarując mu miejsce w sypialni i refektarzu mojego domu, przez ciąg... dwóch tygodni. Przyczém, proszę wierzyć, kochany panie Rekin, że moje najlepsze życzenia towarzyszyć ci będą zawsze i wszędzie, jakiekolwiek powołanie obrać sobie za stosowne osądzisz.
„Na słowa: obrać sobie powołanie, zgłupiałem, ogłuchłem, skamieniałem.”
„Jakież miałem obrać sobie powołanie? Nigdym o tém nie pomyślił, i pan Raymond także, korzystając z obecności mojéj, nie pomyślał nigdy o mojéj przyszłości. Do czegóż byłem zdatny, z paczką trzydziestu moich zwiędłych wieńców, ze stu pięćdziesięciu tomami pysznie oprawnych nagród, nie licząc nawet mojéj kwalifikacji wybornego humanisty? Wtedy to uczułem że miałem słuszność, kiedy mimo długich powodzeń uznałem się za wielkiego niedołęgę, i bardziéj niż kiedykolwiek żałowałem warsztatu biednego stryja mojego.
„Następca pana Raymond odgadł moje zakłopotanie i rzekł mi:
— Kochany panie Rekin, abyś mógł korzystać ze świetnych swoich nauk, wypada ci koniecznie wstąpić do uniwersytetu, uczęszczać na fakultet medyczny, prawny lub filologiczny, żebyś mógł zostać doktorem, adwokatem, notaryuszem lub professorem; lecz na to wszystko potrzeba mieć sposób utrzymania, i pieniądze na opłacenie wpisu. Czy masz to oboje?
„Nic nie mam prócz moich wienców, książek i ruchomości ojca mojego, składających się z łóżka, ze komody, stołu i dwóch krzeseł.
— To zbyt mało, odpowiedział następca pana Raymond, z zimną i cyniczną miną; byłbym panu zaprojektował dawanie u mnie korrepetycyi; ale nauczyciel, który był kolegą prawie wszystkich tutejszych wychowańców, nie może miéć nigdy należytéj powagi, nie potrafi władać nimi, zwłaszcza kiedy wrodzona jego bojaźliwość... i pozwolę sobie nadmienić... fizyonomia... na nieszczęście zgoła nie są zdolne nakazać uszanowania, bez którego subordynacya niepodobieństwem się staje.
— „Prawda — coraz bardziéj pognębiony, zawołałem, że nie mam za co uczyć się medycyny i lub prawa, prawda; że gdybym miał uczniów, śmieliby mu się w oczy: samo z siebie wynika, że nie miałbym nigdy odwagi ani stałości potrzebnych do nakazania im szacunku dla mnie; ale racz mi pan oświadczyć, co z sobą pocznę?
— Zbyt mi trudno odpowiedzieć na to pytanie, kochany panie Rekin; nie do mnie należy rozwiązanie zagadki pańskiéj przyszłości; jasno ją tylko panu przedstawiłem. Przyszłość zależy wyłącznie od pana, a jak miałem zaszczyt oświadczyć na początku naszéj rozmowy, życzenia moje towarzyszyć będą panu wszędzie, jakikolwiek zawód obierzesz.
— Ależ panie, jeżeli wszelkie powołanie, któremu mógłbym się poświęcić, jest dla mnie zamknięte, ponieważ jestem ubogi, dlaczegóż udzielono mi wykształcenie które posiadam? Cóż się zemną stanie?
— Miałem już honor uczynić panu uwagę, kochany panie Rekin, że nierozwiązując zagadki jego przyszłości, przedstawiłem ją tylko panu... Rozwiązanie należy wyłącznie do pana... Mimo to wierz pan że moje życzenia i t. d.
I niepodobna mi było wydobyć z niego co innego.
Przez dwa tygodnie któremi mię tak wspaniało myślnie obdarzył następca pana Raymond, byłem zupełnie bezwładny, skołatany, pognębiony, niezdolny chwycić się żadnego postanowienia, a to z prostéj przyczyny, że mi się żadne nie nastręczało. Jak wszyscy ludzie, którzy dla braku energii niezdolni uczynić stanowczego kroku, pomną jednak że nadchodzi nieszczęsna chwila, mówiłem sobie, że następca pana Raymond udzieli mi zapewne drugie dwa tygodnie bezpłatnego pobytu w swoim domu, a po ich upływie jeszcze dwa i tak następnie. Ale wyznać winienem, że i w takim razie, po upływie nawet dwóch lub trzech miesięcy, nie byłbym daléj zaszedł. Jakoż ten zacny człowiek, pełen zdrowego rozsądku i przenikliwości, zapewne zauważył to, gdyż piętnastego dnia o południu wszedł do pustéj, osamotniałéj klassy, w któréj zwykle przesiadywałem (uczniowie wtedy powyjeżdżali na wakacye), i podając mi rękę z miną zarazem uroczystą i smutną, rzekł:
— Przyszedłem pożegnać cię kochany... wielce kochany panie Rekin.
Zrozumiałem, że bieg rzeczy już się zmienić nie da, i z pełném rezygnacyi westchnieniem odpowiedziałem:
— Dobrze panie! wyprowadzę się. Proszę pana jedynie o chwilkę czasu abym mógł znaleźć człowieka coby mi przeniósł sprzęty po moim ojcu, oraz moje pięknie oprawne nagrody i wieńce.
— Pan więc nająłeś sobie mieszkanie?
— Nie panie.
— Dokądże więc przeniesiesz pan te sprzęty... te książki?
— Nie wiem.
— W istocie pan mię mocno zajmujesz, rzekł mi następca pana Raymond, a chociaż postanowiłem oddawna nie doradzać nic nikomu, bo ztąd wypływa czasem zbyt wielka odpowiedzialność, jednak śmiem panu zaprojektować co następuje: książki któreś otrzymał w nagrodę pilności, oraz wieńce, jako świadki i pamiątki zaszczytnych powodzeń pańskich, najwłaściwsze znalazłyby miejsce w bibliotece mojego instytutu; ustąp mi pan je. Zajmę się także sprzętami pańskiego ojca, przydadzą się dla jego następcy, a pan, wierzaj mi, możesz sobie nająć mieszkanie z meblami; dla młodego człowieka to daleko wygodniéj. Zapłacę panu po sześć franków za każdy tom, a tyle niedałby nawet i antykwaryusz; sąsiedni tapicer oszacuje sprzęty; z téj sumki odejmę tylko koszta pogrzebu pańskiego ojca, których oto jest wykaz pokwitowany, a resztę zostawiam do jego rozporządzenia.
W dwie godziny późniéj wychodziłem od następcy pana Raymond z tłomoczkiem pod pachą i 720 frankami w kieszeni.”





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.