Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom IV/PM część II/15

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


15.
Śniég.

Chociaż księżyc przebijać się musiał przez gęste, siwe i śnieżyste chmury, choć go parł wiatr gwałtowny, atoli światło jego dostatecznym mi było przewodnikiem: doskonale rozpoznawałem wszelkie przedmioty.
Z melancholijném zadowoleniem zbliżyłem się ku cmentarzowi; cały dzień marzyłem o Reginie, ale teraz dopiéro swobodnie oddać się mogłem moim wspomnieniom; miałem się za szczęśliwego, że odtąd żyć będę w pobliżu ostatniego mieszkania jéj matki... matki któréj z taką rozpaczą zdawała się żałować... była to zarazem pociecha i nowy węzeł łączący mię z tém dziecięciem. Postanowiłem z pobożném poszanowaniem pielęgnować ten grób, przy którym widziałem ją klęczącą... bronić po przeciw pasożytnym roślinom; zamierzałem na wiosnę zasadzić na nim kilka polnych kwiatów, wiedziony nadzieją że gdy Regina kiedykolwiek powróci, przekona się że jest ktoś co starannie grób ten pielęgnuje, że ją wzruszy ta troskliwość, której jednak źródła nigdy nie wykryje.
Upatrywałem nakoniec jakiś szczególny związek między niespodzianém pojawieniem się Reginy, a szczérém mojém postanowieniem poprawy. Dziwna ta okoliczność uświęcała niejako moje mniemanie, że każdy krok ku dobremu coraz bardziej przybliży mię do Reginy.
Że mię przybliży?... nie... niedobrze się wyrażam, bo nie mogłem miéć nadziei ujrzenia jej znowu, a tém mniéj zbliżenia się do niéj... ale, jakkolwiek uznając całą dziwaczność i daremność téj dziecinnéj namiętności, sądziłem, że im uczciwszym będę, tém większego, że tak rzeknę, nabędę prawa do myślenia o Reginie, ale tę myśl słodką i gorzką zarazem, tę tajemnicę świętą, przyrzekałem skryć na zawsze w głębi serca mojego.
Teraz, dojrzalszy wiekiem, zaledwie zdołałbym sam sobie wytłumaczyć, jakim sposobem te myśli dziwaczne, lecz najgorętszą czułością napiętnowane, rodzić się mogły w dziecku lat moich; atoli pojmuję one, skoro pomyślę o przedwcześnie rozwiniętéj zmysłowości, jaką obudził we mnie i rozwinął przykład miłostek Baskiny i Bambocha.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W takich pogrążony myślach, powoli dążyłem ku cmentarzowi.
Zimny i coraz silniejszy wiatr rozpędził nieco chmury dotąd księżyc zasłaniające; wkrótce téż tarcza jego zajaśniała żywym blaskiem, a śniég padać przestał, całe to miejsce pokoju pokrywszy niby szerokim całunem.
Głęboką, uroczystą ciszę przerywały tylko niekiedy ostre podmuchy północnego wiatru, który kołysał zielonemi drzewy.
Nigdy nie byłem tchórzem; wreszcie tułackie życie oddawna oswoiło mię z wszelkiemi nocnemi wypadkami; śniég tak grubo pokrywał ziemię, że prawie własnych moich kroków nie słyszałem.
Tak przybyłem tuż pod sam cyprys, przy którym rano zostawiłem motykę i rydel, sam ukrywszy się poza pniem jego, podczas pogrzebu matki Reginy.
Stanąłem zdumiały i przerażony.
Zamiast znaleźć o kilka kroków przed sobą grób zasypany, tak jakeśmy go rano zostawili, zastałem go otwartym... zapewne świeżo odkopanym, dwie bowiem kupy czarnéj ziemi wznoszące się po obu stronach szerokiego otworu, mocno odbijały od białéj warstwy śniegu pokrywającego cmentarz.
Gdyby to świętokradzkie pogwałcenie nie było spełnioném na grobie matki Reginy, może byłbym porzucił myśl przeniknienia téj złowrogiéj tajemnicy; lecz oburzenie i gniew podwoiły odwagę moje; mimo to jednak czując że należy roztropnie postąpić, podsunąłem się cicho i ostrożnie aż pod zielone drzewo za którém rano byłem ukryty; znalazłem tam nasz ciężki dębowy rydel, ale motyki nie było.
Dotąd nic nie słyszałem, pilnie więc nadstawiłem ucha; nagle poczułem mocną woń tytoniu wydobywającą się z grobu.
Nieokreślone jakieś przeczucie szepnęło mi że człowiek o złowrogiéj twarzy którego widziałem dzisiaj rano, jak paląc fajkę obojętnie przypatrywał się pogrzebowi, obecnie gwałci grób... jakoż wkrótce usłyszałem jakby tupanie nogami i kilka razy powtarzane uderzenia, których głuchy odgłos zdawał się wychodzić z wnętrza ziemi... Nagle niewidzialna ręka wyrzuciła motykę na brzeg grobu, potém postrzegłem głowę, a wreszcie i korpus człowieka... Rękami czepiając się gruntu wychodził z otworu. Zapewne przestał palić fajkę, bo w zębach trzymał dosyć ciężkie zawiniątko.
Rył to człowiek któregom widział rano.
Ukryty w cieniu cyprysu nie mogłem być widziany przez tego nędznika... Nie ruszałem się, bom nie wiedział co począć, bom się lękał aby mię nie postrzegł; czekałem więc co mi okoliczności daléj czynić poradzą.
Skoro człowiek ten, którego odtąd nazywać będę kaleką bez nóg (zaraz — powiem jakim sposobem dowiedziałem się że to on był) skoro człowiek ten, ten niegodziwy nauczyciel Bambocha, całkiem wydobył się z grobu, strudzony zapewne długiem schylaniem się, wyprostował na chwilę swą wysoką i silną postać. Poczém wziąwszy zawiniątko które dostrzegłem, obejrzał się na wszystkie strony, rzucił okiem na cyprys, poza którym byłem ukryty i zbliżył się do niego.
Wstrzymałem oddech; skurczyłem się jak mogłem, aby pomimo ciemności niedostrzegł mię pod ukrywającą mię zasłoną.
Kaleka bez nóg bliżéj jeszcze przystąpił... sądziłem, że już po mnie...
Szczęściem nie poszedł daléj, ale usiadł na pochyłości wzgórza, plecami do mnie obrócony; następnie rozwiązał zawiniątko które trzymał w zębach gdy z grobu wychodził; była to licha chustka a w niéj pełno rozmaitych przedmiotów które zapewne skradł w trumnie.
Kaleka bez nóg położył zawiniątko na kolanach, i bacznie zaczął przypatrywać się przy świetle księżyca swojemu łupowi, nie sądząc zapewne żeby go kto wpośród tak późnéj nocy zejść mógł.
Nagle powziąłem postanowienie. Mimowolnym poruszeniem dotknąłem ciężkiéj rękojeści rydla który rano nosiłem; podniosłem się więc bez szmeru, — nadto wiatr głośno poruszający gałęźmi cyprysu nie dozwalałaby kaleka bez nóg usłyszał mię;- — oburącz schwyciłem rękojeść rydla, dźwignąłem go w powietrze niby maczugę... lecz spojrzeniem obliczając rzut mojéj broni, przekonałem się, iż chcąc na pewno dosięgnąć kalekę bez nóg i całą siłą rozpłatać mu czaszkę, musiałbym zbliżyć się ku niemu o parę kroków i wyjść zupełnie z mojéj kryjówki.
Przez chwilę wahałem się... straciłem odwagę. Najmniejszy szelest, najmniejszy namysł w natarciu, zgubić mię mogły;... bo ten człowiek nie rozmyślałby pewno czy ma popełnić zabójstwo.
Ale myśl o Reginie, dodała mi energii, wzywałem jéj po cichu niby anioła stróżu. Skoczyłem, i rydel z szybkością pioruna spadł na pochyloną głowę kaleki bez nóg, a to tak gwałtownie że pękł na dwoje...
Kaleka bez nóg zrazu wzniósł obie ręce chwytając się za głowę; ale wnet sił mu zabrakło, przewrócił się i zaległ bez ruchu. Z obawy żem go tylko zagłuszył, i wściekłością uniesiony, znowu go kilka razy ugodziłem, a wkrótce krew zbroczyła otaczający nas śnieg.
Na widok krwi zadrżałem... cisnąłem rydel daleko od siebie, truchlejąc z przerażenia jakbym zbrodnię popełnił... Lecz wnet przemogłem to wzruszenie pocieszając się myślą, że słusznie skarałem gwałciciela grobów.
Przybliżyłem się do kaleki bez nóg, aby mu zabrać złupione w grobie przedmioty.
Ujrzałem otwartą skrzyneczkę w któréj błyszczał złoty łańcuszek i takaż sylwetka, oraz kilka pierścionków z drogiemi kamieniami, zapewne, zdartych z ręki trupa; nakoniec dostrzegłem pulares, który kaleka bez nóg dopiero co otworzył, gdyż część listów w nim zawartych rozsypała się tu i owdzie... W jednym z tych listów zawinięta była plecionka z włosów, na któréj wisiał mały bronzowy krzyżyk i ołowiany medal wielkości sztuki dziesięciu su.
Zrazu miałem zamiar zebrać wszystkie te przedmioty, prędko zanieść je Klaudyuszowi Gérard i uprzedzić go o tém co zaszło; ale zważywszy że kaleka bez nóg mógł już schować do kieszeni kilka klejnotów, mimo wstręt i obawę zabrałem się do zrewidowania go... Dotknąłem jego ręki, była zimna... to mię ośmieliło... miał na sobie lichy kaftan i sukienne spodnie. Szukając po kieszeniach jego kaftana, przypadkiem otworzyłem mu podartą koszulę; wtedy przy świetle księżyca, który zupełnie rozwidnił twarz jego, dostrzegłem wykłótą na jego ciele trupią główkę naturalnéj wielkości, która zakrywała prawie całą pierś tego nędznika... czerwone oczy zapełniały wklęsłości téj głowy a w zębach trzymała różę.
— Kaleka bez nóg!... zawołałem; nieraz bowiem Bamboche wspominał mi o złowrogiém Wykłóciu jakie ten rozbójnik miał na piersiach, wykłócie to zbyt było szczególne, bym mógł wątpić o tożsamości osoby.
— Kaleka bez nóg!... powtórzyłem, klęcząc ciągle przy tym człowieku. — O! tém lepiéj... tém lepiéj!... z dziką radością zawołałem, — cieszę się że cię zabiłem... boś nie mało złego wyrządził Bambochowi.
I znowu rewidowałem bandytę. W kieszeniach jego kaftana znalazłem tylko krzesiwo, woreczek z tytoniem i nóż w kształcie sztyletu; lecz jakież było moje zdziwienie i boleść, kiedy w kieszeniach jego spodni znalazłem oba pistoleciki, które wczoraj jeszcze były własnością Bambocha!
Jakimże trafem ten człowiek znowu spotkał Bambocha którego o zgubę przyprawił? Wspomniawszy na kałużę krwi, w której wczorajszéj nocy znalazłem szalik Baskiny i trzy sztuki pieniędzy, ani na chwilę już nie wątpiłem że kaleka bez nóg miał udział w téj nowéj zbrodni, nadto posiadał pistolety Bambocha; ale tragiczny ten wypadek ciągle zakrywała gruba tajemnica; nie wiedziałem czy Bamboche i Baskina razem, czy też jedno z nich tylko padło jego ofiarą.
Ale ani szeląga nie znalazłem przy kalece bez nóg. Cóż stało się z pieniędzmi, które Bamboche skradł Klaudyuszowi Gérard, a które jedynie mogły być powodem domyślnéj zbrodni spełnionéj na moich towarzyszach?
Wszystkie te myśli razem tłoczyły mi się do głowy, nabawiały niepokojem. Na chwilę żałowałem żem zabił bandytę, który może jeden tylko mógł mię zawiadomić o losie moich przyjaciół; ale wspomniawszy na jego życie i zbrodnie, poklasnąłem mojemu czynowi.
Zawinąłem w połę mojéj bluzy złoty łańcuch, sylwetkę, pierścionki, pulares w który włożyłem listy, oraz plecionkę z włosów z bronzowym krzyżykiem i ołowiany medalik, potém zostawując kalekę bez nóg rozciągnionego nad grobem, wybiegłem z cmentarza pragnąc jak najprędzéj uwiadomić Klaudyusza Gérard o tym wypadku.
Bolesne teraz uczynić winienem zeznanie...
Chodzi tu o niegodziwą pokusę, o czyn haniebny, o czyn który sobie długo wyrzucałem... aż późniéj, kiedy zamiast żałować mojego postępku... owszem...
Ale niestety! wszystko ma swój czas...
Jakiekolwiek następstwa miał mieć czyn tak niegodziwy, w chwili gdym go popełniał, przewidzieć ich nie mogłem; a zatém nikczemności nic nie zmniejsza.
Spiesznie wracałem do mieszkania Klaudyusza Gérard; przez drogę przypatrywałem się klejnotom kalece bez nóg wydartym; zdało mi się że muszą mieć niezmierną wartość.
— Ah!... jakażby to była radość... gdybym spotkał Bambocha i Baskinę... — pomyślałem, — długo mielibyśmy żyć za co przy pieniądzach Klau...
Nie dokończyłem téj myśli... Mimo chwilowego powrotu do dawnych, niegodziwych pojęć, uczułem że powziąć myśl podobną jest to zostać wspólnikiem kaleki bez nóg... wspólnikiem w pogwałceniu grobu matki Reginy; ze zgrozą odpychałem od siebie tę pokusę, ale wnet nasuwała się nowa myśl, dziecinna zarazem i zła.
— Nie, nie, — rzekłem sobie, — tych klejnotów się nie dotknę, ale w pularesie są listy... bez żadnéj zapewne wartości, bo i tak grobowa wilgoć byłaby je wkrótce zniszczyła... wreszcie, nikt już nie domyśli się że istnieją, nic na nich zatem nie straci... ukrywszy je dobrze ani Klaudyusz Gérard o nich wiedziéc nie będzie. Słowem, nikogo nie skrzywdzę... a dla mnie to skarb; wreszcie... gorąca chęć poznania ich treści będzie dla mnie największym bodźcem do nauczenia się czytać i pisać.
Teraz, kiedy to z zimną krwią rozważam, poznaję jak dziecinny i błahy był powód, a raczéj wymówka do wypełnienia tego niecnego czynu, a jednak tak było, w istocie...
To przynajmniéj pewna, że zaraz nazajutrz zacząłem się uczyć czytać i pisać z taką gorliwością, pilnością i natężeniem, iż sam Klaudyusz Gérard mocno się zdziwił. Jedynym celem moim było przeczytanie tych listów, bom mniemał że treść ich wzmocni tajemniczy węzeł łączący mię z Reginą, mimo jéj wiedzy.
Nie chcę bynajmniéj usprawiedliwiać tego czynu; chodzi mi tylko o szczere przypomnienie niedorzecznych lecz istotnych przyczyn, które mię skłoniły do podwójnie niegodnego kroku: nie wyjąłem bowiem z pularesu ani plecionki z włosów, ani bronzowego krzyżyka, ani ołowianego medalika, sądząc że te przedmioty zachować mogę, jużto dla ich małéj wartości, już dla tego że i tak były straconemi dla świata.
Nakoniec, inną jeszcze przyczyną téj kradzieży była chęć posiadania jakiegokolwiek przedmiotu, który należał do matki Reginy, kiedy nie mogłem posiadać nic co do niéj saméj należało.
Postanowiłem więc przywłaszczyć sobie to wszystko, i nim wróciłem do Klaudyusza Gérard, poszedłem pierwéj do stodoły obok naszéj obory, aby tam w sianie ukryć pulares.
Właśnie kiedym wrócił, Klaudyusz Gérard niespokojny tak długą nieobecnością moją, zabierał się wyjść na przeciw mnie... lecz skoro opowiedziałem mu o pogwałceniu grobu, o zabiciu kaleki bez nóg, skoro mu oddałem klejnoty i skrzyneczkę, przerażony grożącym mi niebezpieczeństwem, czule mię ucałował, chwalił moję odwagę, mimo to jednak rzekł:
— Chociaż zabicie nawet zbrodniarza, zawsze wielką wkłada na nas odpowiedzialność, biédny mój chłopcze... śmierć bowiem nic nie naprawia... nie cofa spełnionych już zbrodni, a czyni niepodobnym wszelki żal lub pokutę za winy... atoli widok pogwałconego grobu, obawa żebyś nie był odkrytym i zamordowanym przez takiego nędznika, usprawiedliwiają to zabójstwo... Pójdę natychmiast do wójta, żeby mu donieść o tym wypadku; potém pójdę zasypać grób tak niegodziwie pogwałcony, ty zaś mój synu, zostań tu... ogrzéj się w oborze, bo cię zimno przejęło... Skoro powrócę zasiądziemy do wieczerzy.
Klaudyusz Gérard wyszedł; nie miałem odwagi towarzyszyć mu, byłem skołatany trudem i gwałtowném wzruszeniem.
Skoro się nauczyciel oddalił, naprzód pomyślałem o ukryciu skradzionego pularesu w bezpieczném i tajemném miejscu. Po długiem szperaniu, znalazłem pod żłobem w oborze pęknięty garnek, w jakich zwykle w tej okolicy przechowują mléko; pulares, jakkolwiek dosyć gruby, łatwo się mieścił w tym garnku; starannie więc go tam wsunąłem, potém wygrzebałem dosyć obszerną dziurę pod żłobem, tuż przy ścianie obory i zakrywszy garnek sianem, schowałem w téj dziurze, którą zapełniłem dobrze ubitą ziemią.
To ukończywszy, siadłem na ławce i wkrótce w skutku utrudzenia zasnąłem snem gorączkowym, wstrząsanym dziwacznemi marzeniami. W wyobraźni mojéj utkwiło zapewne to co mi Klaudyusz Gérard opowiadał o pogrążonych w głębokim letargu i żywcem grzebanych osobach, bo w jedném z marzeń moich, zdało mi się iż widzę matkę Reginy wychodzącą z trumny, piękną, jaśniejącą, wystrojoną, wreszcie poglądającą na mnie z niewypowiedzianą słodyczą i dającą znaki abym szedł za nią.
Z tego marzenia, przebudził mię nagle Klaudyusz Gérard wstrząsając mojém ramieniem; otworzyłem oczy. Bluza śniegiem pokryta była... w jednéj ręce trzymał latarnię, w drugiéj motykę. Twarz jego okropnie zbladła, rysy strasznie były zmienione.
— Nędznik zemknął — rzekł stawiając latarnię na stole. — Tyś go tylko ogłuszył.
— Kto taki? — spytałem zdumiony.
— Kaléka bez nóg.
— A więc niezabity! — zawołałem.
— Jak wiesz mój synu, — mówił Klaudyusz Gérard. — poszedłem do wójta który wziął z sobą dwóch ludzi. Przybyliśmy na cmentarz... w rzeczy saméj zastaliśmy otwarty grób i pod cyprysem śnieg krwią zbroczony... Bandyta ogłuszony i może nawet ciężko zraniony, skutkiem zapewne silnego zimna przyszedł do siebie; postępowaliśmy śladami jego kroków na śniegu wyciśniętych i łatwo było spostrzedz że kroki te były chwiejące się, niepewne... Ślad ten wyprowadził nas poza cmentarz, na łąkę... Lecz tam, o kilkanaście stai daléj, niknął stopniowo i wreszcie zginął zupełnie pod nową warstwą śniegu, gdyż od pół godziny śniég znowu obficie padał... Wkrótce zaszedł księżyc.. a że w pobliżu miejsca w którém straciliśmy ślad nędznika, znajdują się wielkie lasy, a noc zbyt była ciemna, zaniechaliśmy bezpożytecznéj pogoni... Jutro żandarmerya zostanie o tém zawiadomiona i zapewne uczyni obławę... Następnie wróciłem na cmentarz... kosztowności włożono znowu w trumnę... zasypałem grób... — drżącym głosem dodał Klaudyusz Gérard.
Wzruszenie kończyć mu nie dozwoliło, powiódł ręką po czole, na które zimny pot występował.
— Ah! panie, — rzekłem, — gdybyś pan wiedział co mi się śniło... kiedyś mię pan obudził!...
— Cóż takiego?
— Zdało mi się... że widzę... jak osoba... dzisiaj rano pogrzebiona... wychodzi z trumny... i...
— Mówisz że ci się to śniło! — zawołał zdumiony Klaudyusz Gérard. — mówisz że ci się to śniło!... powtórzył.
I z nieopisanym wyrazem na mnie spojrzał.
— Tak, panie, — odrzekłem zdziwiony ważności! jaką przypisywał temu marzeniu, — dzisiaj rano... opowiedziałeś mi pan o osobach, które...
— Ah! prawda, — rzekł Klaudyusz Gérard z pośpiechem, zadowolony jak się zdawało tłumaczeniem snu mojego, — prawda... to utkwiło w twojéj wyobraźni... No, to sen szczególny... bardzo szczególny, — dodał spokojniéj, — i dzięki Bogu, że tylko sen, bo... grób już zasypany... a po niegodziwém jego pogwałceniu pozostało tylko wspomnienie.... Zresztą mój synu, miejmy nadzieję że nikczemnik który go zgwałcił, nie wymknie się sprawiedliwości. Ale spocznij mój Marcinie, i ja także jestem bardzo utrudzony.
To mówiąc Klaudyusz Gérard rzucił się na posłanie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.