Marysieńka Sobieska/Miodowa żałoba

<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Marysieńka Sobieska
Wydawca Książnica-Atlas
Data wyd. 1937
Druk Zakłady graficzne Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X. Miodowa żałoba

Podczas gdy w Warszawie rozgrywały się opisane poprzednio sensacyjne wydarzenia, w Zamościu leżały zwłoki nieboszczyka wojewody — nie pochowane. Była to zwykła rzecz, że z powodu trudności komunikacji, obowiązku powiadomienia krewnych i pozostawienia im dostatecznego czasu na przybycie, pogrzeb odbywał się aż w parę miesięcy po jego śmierci. Niemniej najszybsza obecność wdowy była tu pożądana; zarówno dla poskromienia coraz gwałtowniej narastających nieprzyjaznych dla niej pogłosek, jak dla olbrzymich spraw majątkowych, które się wiązały ze śmiercią pana na Zamościu. Była wreszcie i tu również podszewka polityczna: Zamość był jedną z najpotężniejszych twierdz w Rzeczypospolitej, i już chodziły wieści, że Lubomirski chce nim pod jakimkolwiek pretekstem zawładnąć.
W Zamościu panowała uroczysta żałoba. Dokoła katafalku, obitego najdroższym szkarłatem, paliło się 77 funtów jarzących świec. Co dzień po obiedzie muzyka przygrywała przy ciele i na litaniach. Przyjeżdżali tłumnie najdostojniejsi goście; przybył nawet poseł od chana krymskiego; tylko wdowy wciąż nie było. Okazywała za to zainteresowanie sprawami majątkowymi; na zabezpieczenie swoich zapisów chciała zająć wszystkie dobra ordynacji. Ale siostra zmarłego, księżna Gryzelda Wiśniowiecka, czuwała: dnia 5 maja rozesłała do dzierżawców ostrzeżenie, aby nie dopuszczali do intromisji. Nawet sędziego warszawskiego, przybyłego z plenipotencją pani Zamoyskiej i z listem królewskim, odprawiono cierpkim słowem.
Sprawa była dla wdowy niełatwa, bo do spadku zgłaszały się najmożniejsze rody; Zamoyscy z bocznej linii, Wiśniowieccy, Koniecpolscy zjeżdżali do Zamościa, nie bez wojskowej asysty. Pomału Zamość robił się obronny.
Wreszcie, z końcem maja, wybrała się młoda pani aby odwiedzić ciało męża i uczestniczyć w ceremoniach żałobnych. Jeżeli wierzyć poprzednim relacjom — a czyż można im nie wierzyć! — ta wdowa była od paru tygodni panią Sobieską. Wiadomość o tajnym ślubie obiegła już kawał Polski. Jakoż, gdy poprzedzający wdowę dworzanin królewski zjawił się w Zamościu z zapowiedzią przybycia pani, usłyszał od księżnej Gryzeldy (owej basetli z,,konfitur“) taką odpowiedź: „Szkoda po śmierci to ficte pokazywać, czego za żywota nie czyniła; która że nas na wesele swoje (z Sobieskim) nie prosiła, my też ją na pogrzeb prosić nie będziemy“. Podobnie odpowiedziała księżna samej królowej. I w istocie, kiedy wdowa przybyła dn. 5 czerwca do Zamościa, zastała mosty rozebrane i bramę zamkniętą. Dworzanin królewski, p. Gutowski, zażądał w imieniu pani Zamoyskiej wpuszczenia na zamek, wydania miasta i przekazania zarządu dóbr; odmówiono, pozorując to obawą rozlewu krwi. Eskortująca wdowę piechota chciała uderzyć na bramy, ale powstrzymał ją towarzyszący jej starosta opoczyński. Wznosiły się z tłumu wrogie okrzyki. Na pytanie: „Czy wiesz, z kim gadasz?“ odrzucił ktoś z tłumu: „Wiem, z panią. Sobieską“. Rada nie rada, Marysieńka wsiadła do powozu i ruszyła z powrotem; tłum jeszcze za nią wołał: „A nazad, Sobkowa!“ Chciała stanąć w pobliskim folwarku; i tam jej nie wpuszczono: z gniewu „rozdarła na sobie kabat“. Wszystko to zanotował współczesny świadek, lekarz zamkowy p. Rudomicz. Dodaje też, że w kilka dni potem pani Zamoyska zaklinała się z płaczem przed panią Jarocką, że ślub jej z Sobieskim jeszcze się nie odbył.
Łatwo zrozumieć, że Polska trzęsła się od plotek na temat tego incydentu, zwłaszcza na tle zaognienia sprawą Lubomirskiego oraz rosnącej niepopularności Sobieskiego, domniemanego wydziercy godności i tytułów hetmana i marszałka. Cytowana poprzednio serenada Morsztyna na sekretny ślub była jeszcze najniewinniejsza. Obiegały utwory łacińskie i polskie, pisma satyryczne, paszkwile, w których wdowę po Zamoyskim porównywano z Kleopatrą, ba z Klitemnestrą, nie bez wyraźnych aluzji do niej jako do morderczyni męża. I na Sobieskim ciążyły te pogłoski. On, przed paru laty ulubieniec szlachty, jej poseł, rozjemca, rycerz, stał się nagle przedmiotem powszechnego wstrętu. Aby go zohydzić, też sięgnięto do starożytności; ale gdy partner Kleopatry powinien by być bodaj Antoniuszem albo Cezarem, przyczepiono do niego imię Kaliguli. W paszkwilach tych czyniono go — stwierdza Szajnocha — pierwszym rozpustnikiem swego czasu; niebezpiecznym dla wszystkich mężów zwodzicielem. Jedna z nie drukowanych satyr na senat ówczesny, kreśląc wizerunek Sobieskiego, zaczyna od tych słów: „Ot, i ten Kaligula rękę w pludrach trzyma“.
Jeżeli wierzono w pierwszy ślub, udzielony naprędce przez księdza, wiadomość o drugim, oficjalnym, powinna by wywołać tym większe wzburzenie. Dwa śluby kościelne z tą, samą osobą, to trąciło świętokradzką igraszką z sakramentem! Ale zdaje się, że przeciwnie ten uroczysty ślub ułagodził opinię. Powaga nuncjusza papieskiego, który go celebrował, pokryła wszystko. Skrócono ile tylko było możliwe termin ślubu. Dn. 2 lipca 1665 r. nowożeniec oznajmia go siostrze w tych słowach: „Przyjeżdżajże tedy Wasza X. Mość jako najprędzej widzieć teraz to, czegoś tak życzyła, bo przyznam się bezpiecznie, że nad się szczęśliwszego nie widzę i nie imaginuję człowieka“. Obrządek odbył się dn. 5 lipca 1665 r. — w trzy miesiące niespełna po śmierci Zamoyskiego — z zachowaniem wszystkich ceremonii. Pan Matczyński przybył do pałacu jako dziewosłąb i w kwiecistej oracji prosił o rękę pani Zamoyskiej. Odpowiedziała królowa, sławiąc przymioty swojej wychowanicy i kładąc na jej skronie bogaty wieniec z drogich kamieni, dar pana młodego. Wygłoszono bezlik oracyj i toastów, panegiryków wierszem i prozą; gody weselne trwały trzy dni. Trzeciego dnia pan młody podejmował króla i królową wraz z całym dworem. Zbytek był niesłychany; naczynia złote i srebrne, długie ręczniki, przybite do stołów (aby ich nie skradziono) i służące za wspólne serwety, strojne były na końcach kosztownymi koronkami. Pijatyka była taka, że służba rzuciła się do łupienia stołów; brano się już ostro do szabel, kiedy król i królowa odprowadzali państwa młodych do łożnicy.
Trudno o większe pomieszanie stanów duszy niż to, które w tych przełomowych chwilach zachodziło w Sobieskim. Odbija się to w jego listach, gdzie widzimy go na przemian jako Jean qui pleure et Jean qui rit. Wchodził w nowy okres życia; skończone wahania, niepewności, rozterki, komplikacje psychologiczne, do których ten polonus tak mało był sposobny. Przemocą czy dobrowolnie, ale nareszcie ożeniono go; wie co ma, jest szczęśliwy. W małżeństwie czuje się tak jakby z przyciasnego obcego stroju przebrał się w wygodny kubrak na swoją miarę; ale godne uwagi jest, że nie dzieje się to bynajmniej kosztem jego zapałów miłosnych; jako mąż zawsze będzie kochankiem, płonącym spotęgowanymi jeszcze ogniami dawnego Celadona. Ma tedy swoją najukochańszą Marysieńkę; ale z drugiej strony cierpi nad jej przykrą sytuacją, bolą go awanie które ją spotykają, a od których do dnia oficjalnego ślubu nawet nie mógł jej bronić, i plotki, jakie o nich obiegały, o których wie że niezupełnie są plotkami i wobec których sumienie ma niezupełnie czyste.
Wszystko to załatwił — o tyle o ile — uroczysty ślub, ale zostały inne powody zgryzot. Najpierw skomplikowane sprawy spadkowe Marysieńki, mającej na zamojszczyźnie 600 000 zł. wiana, z którego zabiegliwy Sobieski nie myślał rezygnować. Czekają go uciążliwe procesy. A wreszcie ów ogromny awans życiowy pana chorążego, ale awans dwuznaczny, ciernisty i zjawiający się nie w porę. Nie w porę, bo teraz pan młody miałby ochotę być po prostu ze swoją żoną i nasycić się do woli jej miłością. Te spadłe jak z nieba urzędy, godności, były mu dość wstrętne, widzieliśmy jak długo bronił się od ich przyjęcia. Przyjął je dla swej Astrei i łącznie z jej ręką; i to mu je też zatruwa: nie na polu bitwy zdobył tę buławę, ale przy fartuszku Marysieńki, a przynajmniej tak to ludzie komentują. Dotychczasowy wielki marszałek i hetman polny żyje i dla ogromnej większości wciąż jest marszałkiem i hetmanem; nie wie Sobieski — jak już raz mu groziło — czy mu z dnia na dzień nie odbiorą tych szarż, aby je wrócić Lubomirskiemu, co byłoby znowuż straszliwym despektem! Przy tym co za początek kariery hetmana: wojna domowa, i to przeciw komu, przeciw swemu dawnemu wodzowi, przeciw człowiekowi u którego boku wolałby wojować niż stawać przeciw niemu w sprawie niepopularnej, niesławnej, bez względu na jej wynik.
Wszystkie te sprzeczne stany malują się w listach do żony, gdzie obecnie może bez skrępowania wyrażać swoje uczucia. To już nie dawne mdłe nieco konfitury! Listy jego — z, tego okresu, szczere, naiwne chwilami, stanowią — mimo bolesnego tła sprawy publicznej — uroczą lekturę.
Miłość bucha z listów tym gwałtowniej, że tuż po owym pierwszym, tajnym ślubie przyszło do rozłąki. Sobieski, pozyskany ostatecznie przez królowę, odjechał do wojska; ledwie gdzieś co jakiś czas Marysieńka dojeżdża, ledwie dopadną się na jakimś popasie. I tak zjechali się i spędzili parę chwil w jego majątku w Pielaskowicach: i tak mu się jej „śliczność“ wbiła w głowę, że oczu nie mógł zawrzeć całą noc. Musiał prosić p. Koniecpolskiego, żeby z nim całą noc przegadał. Oczarowała go tak, iż tuszy że ich miłość nigdy nie zmieni się w przyjaźń; — że notre amour ne changera jamais en amitié, ni en la plus tendre qui fut jamais Już od dawna zdawało mu się, że „barziej y wiecey kochać nie mógł“, ale choć nie można kochać bardziej „je vous admire coraz więcej, widząc perfekcyę a tak dobrą i w tak pięknem ciele duszę„“. Owa piękna dusza, która mu się objawiła w łóżku, to sublimacja klasyczna dla zmysłowych natur; ale i „wdzięczne ciałeczko“ Marysieńki trapi go w obozie do tego stopnia, że od czasu do czasu wydawca listów, stary Helcel, zmuszony jest czynić odsyłacz: „opuszczamy mniej przyzwoity ustęp wynurzeń miłosnych“. Zrobiłem sobie tę zabawę, aby odszukać opuszczone ustępy, może je omówię osobno; na razie poprzestańmy na tych, które nam zostawiono, na owych zapowiedziach srogich, że „trzeba będzie na korysieńku (korynek = rodzynek) pomścić wszystkich impacyencyj“, i na tym, że nasz bohater „obłapia i całuje śliczne rączki i nóżki mojej duszy. O gębusi już nie wspominam ani myślę, boby i minuty w obozie wytrwać nie podobna“. Jak w tym stanie hetmanowi wojować!
A teraz zgryzoty. Oczywiście, wie Sobieski o tym, co jego Marysieńkę spotkało w Zamościu; i plotki które kursują: „o Sylwandrze i Astrei że takie już i po klasztorach mowy, żal się Boże... Widzę, że na tym świecie nie masz nic tak słodkiego, do czego by się siła nie miało przymięszać gorzkości. A wszystkiego narobiła niewczesna gorliwość Hameleona“ (królowej).
Widzimy z tych listów, jak bardzo dopiekają świeżemu hetmanowi względy prestiżowe: z okazji różnych dyzgustów prosi już króla o congé, widząc iż miasto nabycia przyjdzie mu tu ostatek stracić reputacji. Jest jak błędny, przy żadnym nie podobna mu być poselstwie, bo inaczej nigdy nie nazwą pana Lubomirskiego, tylko marszałkiem i hetmanem, od czego łatwo zgadnąć jak jego, Sobieskiego, powaga cierpi.
Ale niebawem wszystkie te przykrości, mimo że dotkliwe, utonęły w samej sprawie, w tragicznej rozgrywce, która z jakimś fatalizmem ciągnęła wszystkich w odmęt wojny domowej. Uszedłszy na Śląsk, Lubomirski rozwija zdecydowaną akcję, gotów związać się z każdym wrogiem Polski, aby poprzeć swoją sprawę. Rokuje z elektorem brandenburskim, Fryderykiem Wilhelmem II, którego już w r. 1661 częstował koroną polską, ale nadaremno: elektor udziela mu rady, aby się pojednał z królem. Stara się przez intrygi dyplomatyczne ściągnąć na Polskę cara Rosji. To znów śle do cesarza Leopolda prośby o opiekę; wydostaje od cesarza, i od książąt Rzeszy trochę grosza i trochę żołnierza, ale głównie podejmuje tę bratobójczą wojnę z własnych magnackich funduszów. Wkracza do Polski, wiodąc ze sobą trochę żołnierzy cesarskich, trochę zwerbowanych Kozaków, resztę ściąga z kraju przez swoich emisariuszy agitacją w imię „złotej wolności“, a także pokusami pieniężnymi, dość skutecznymi wobec nieregularnie przez Rzeczpospolitą płaconego żołdu. Wydaje manifesty, orędzia, pisma. Jak widzieliśmy ze wspomnianej poprzednio interwencji cudownych obrazów, rokoszanin umie swoją sprawę utożsamić ze sprawą ojczyzny i wiary. Wyzyskuje antyfrancuskie nastroje szaraczkowej szlachty. Najwierniej odbija się to wszystko w pamiętnikach Paska. Opowiada ten dzielny żołnierz-czarnieczczyk, jako król wyprowadził wojsko w pole dosyć dobre i porządne; i on też musiał być — choć mu się nie chciało — regalistą, bo jego chorągiew w tym tu była wojsku:

Ale po staremu chocieśmy tu byli, tośmy tamtej stronie bardziej wygranej życzyli widząc iniuriam Lubomirskiego a w jego osobie totius nobilitatis... To nie wojna była, ale właśnie goniony taniec, abośmy ustawicznie z miejsca na miejsce gonili nie goniąc, a oni też przed nami uciekali nie uciekając.

Tak pisze prostoduszny p. Pasek, ale bez mała można by powiedzieć, że takie było nastawienie nie tylko większości królewskiego wojska ale i hetmana, który stanął na jego czele — Sobieskiego.
Jak w tym gonionym tańcu pustoszyły oba wojska kraj, łatwo zgadnąć. Najskwapliwiej splądrowali lubomirczycy dobra Sobieskiemu, ale i innych nie szczędzono. Znana jest z pamiętników Paska — a potwierdzają to zdarzenie i inne relacje — owa pani Sułkowska, która w żywe oczy sklęła króla od ostatnich za swoje gospodarskie krzywdy. A król tylko się śmiał i mówił: „Ale, dla Boga, niech kto oznajmi Lubomirskiemu żeby się z nami przeprosił, boć już nas o tę wojnę i baby konfundują“.
W tych warunkach trudno się dziwić, że nowy hetman niczym się nie odznaczył, że nie umiał Lubomirskiego dogonić i pobić i że — o ile jej nie spowodował — to bodaj nie umiał zapobiec straszliwej klęsce pod Mątwami.
Bo gdyby, na obronę planów Marii Ludwiki, chciał ktoś powiedzieć, że inaczej wyglądałaby sprawa, gdyby bitwa pod Mątwami była wygrana, to właśnie tragizm sytuacji był w tym, że ona nie mogła być wygrana. Po stronie króla brakło siły moralnej, wiary w słuszność sprawy, podczas gdy rokoszanie umieli, choćby na fałszywych przesłankach, tę siłę w sobie wytworzyć. Ta sama szlachta, która przed dziesięciu laty pod Lubomirskim wypędzała Szwedów, zmieniła obecnie tylko jedno słowo w śpiewanej wówczas wojennej pobudce; zamiast Szweda wstawiono Francuza i śpiewano niemniej zajadle:

Siecz Francuza siecz,
wyostrzywszy miecz —

Męcz Francuzów męcz,
i jak możesz dręcz...

Bo kiedy tak „goniono nie goniąc“ przez rok z górą — co nie przeszkodziło Lubomirskiemu natłuc porządnie królewskich pod Częstochową, naraz, dn. 13 lipca 1666 r., przyszło do najdziwniejszej, najtragiczniejszej rozprawy pod Mątwami, najboleśniejszego błazeństwa. Tak dalece nie podobna było rozróżnić kto po której stronie się bije pośród pokumanej i spokrewnionej szlachty, że rokoszanie wiązali sobie — podaje Pasek — chustkę na lewej ręce jako znak rozpoznawczy: otóż, szczwany p. Pasek też sobie taką chustkę bezwstydnie zawiązał, a oni, poznawszy sztukę, ale śmiejąc się, przepuścili go. Spytali: „A nasz, czy nie nasz?“. Podniósł rękę z chustką i mówi: „Wasz“. A tamci: „O, francie, nie nasz; jedź sobie, albo przedaj się do nas“.
I nagle w tej wesołej wojnie, gdy nierozważne dowództwo królewskie przeprawiło kilka pułków przez bród bez oparcia piechoty i artylerii, rokoszanie rzucili się na nie i, nie dając nikomu pardonu, wycięli je w pień z takim okrucieństwem, że trupy, wedle zgodnego świadectwa, miały po trzydzieści i więcej ran, poszatkowane po prostu. Cały kwiat czarnieczczyków zginął w tych bagnach. Straty króla dochodziły kilku tysięcy ludzi, więcej niż pod Beresteczkiem!
Oto bolesne i niechlubne okoliczności, w jakich Sobieski zaprawiał swoją świeżą buławę hetmańską. W jakim stopniu odpowiedzialny był za klęskę mątewską, zdania są podzielone; w obecności króla nie on podobno sprawował dowództwo, ale zrozumiałe jest, że — zwłaszcza przy jego niepopularności ówczesnej — na nim się skrupiło. Przyznają mu, że podobno „przodkował, w wielkim był niebezpieczeństwie“, ale wyrzekają na niego, że to on miał doradzać królowi, tę przeprawę za bród. Sobieski sam przyznaje, że nie doradzał, ale też „nie kontradykował“, iżby go o małoduszność nie posądzono. Fałszywa taktyka wynikła z fałszywej pozycji.
Zajrzyjmy do listu Sobieskiego do żony pisanego nazajutrz po bitwie pod Mątwami; potwierdza najokrutniejsze relacje współczesnych powiadając jak „z tej okazji najwięcej zginęło ludzi, że skoro na błota uszli, wywoływali ich, dając im quartier i parol, a potem zawiódłszy za górę, nie ścinali ale rąbali na sztuki. Nie tylko Tatarowie, Kozacy nigdy takiego nie czynili tyraństwa, ale we wszystkich historiach o takim od najgrubszych narodów nikt nie słyszał okrucieństwie. Jednego nie najdują ciała, żeby czterdziestu nie miało mieć w sobie razów: bo i po śmierci się nad ciałami pastwili“.
Po czym list kończy się tak: „Więcej nie mając pisać czasu, obłapiam i całuję milion razy Wć serce moje. Le chariot avec le vin est arrivé, et les autres hardes, za które dziękuję bardzo Wci sercu memu“.
A w kilka dni potem, już zniecierpliwiony, pisze o poległych, „których nie tak wiele zginęło jako udają; i są też niektórzy sami sobie winni“.
I nic dziwnego, że był zniecierpliwiony poległymi, kiedy mu ona, Marysieńka, ważniejszych przyczyniała kłopotów. Pisze mu właśnie, że sobie śmierci życzy i że swego zdrowia konserwować nie chce... „Vous me mandez — odpowiada zrozpaczony Sobieski — que Celadon sera bientot veuf. Je vous en assure, qu’on Vous verra plutôt porter le même habit que vous portiez il y a un an. Proszę uniżenie, aby takich więcej nie pisywać rzeczy, bo cale i pisać do Wci serca mego nie będę, i tak się strapię i zgryzę, że mię i śliczna nie pozna Jutrzenka“.
W trzy dni później sytuacja robi się jeszcze poważniejsza: zdaje się, że Marysieńka znalazła, swoim zwyczajem, moment, aby mu robić sceny zazdrości. Oto co odpisuje pan hetman polny: „Wć takie rzeczy piszesz, które abym był kiedy miał słyszeć od Wci ani mi to w imaginacyą przyjść mogło. Bo kiedy wyglądam ja tu co godzina i co moment d’être malheureusement assomé, quand je me consome d’ennui et de mille chagrins, Wć mi perswadować chcesz i wmawiać we mnie, że ja tu myślę o takich rzeczach, które by Wć obrażać miały. I nie znalazłszy żadnej na świecie okazyi ani podobieństwa na czym by się to fundować miało, to mi zaraz wyrzucasz i tym mi odpowiadasz. Co się już snadź Wci naprzykrzyło, albo że mię kto tak obmierził Wci puisque Vous voulez plus avoir aucun commerce avec moi secret (te słowa dobry Helcel opuścił) et que vous ne me voulez voir que je jour. Zaprawdę nie stąd to było zacząć, jeśli już cale ustała ta miłość, która snadź nigdy nie była doskonałą. Lepiej mię było przestrzec aniżeli na mnie niewinnego i ni o czym nie wiedzącego taką wwalać okazją“...
Trudno zaiste jest hetmanić z takimi kłopotami na głowie. Bo oto w dodatku p. Cominges powiedział mu, że jego Marysieńka jest zdrowa z łaski bożej, wesoła niesłychanie i tak jako nigdy nie była weselsza. „Wć zaś dla jakiej przyczyny koniecznie się przede mną chorą czynić każesz, koniecznie chudą, szpetną, ja tego zgadnąć nie mogę. Bo chorą się kazać czynić, jest to mnie na moim zdrowiu zabijać, które od Wci nigdy nie było rozłączone; czynić się zaś szpetną i ustawicznie o tym pisać, i to nie wiem na co się przyda; chyba żeby tym sobie préparer le chemin, pour ne se voir que le jour. Co o gładkość, wiesz to Wć bardzo dobrze, i nie miałaś zapomnieć, żem to sobie w Wci na ostatnim kładł miejscu. Les qualités de Votre âme m’ont engagé le plus, które żadnej nigdy nie miały podlegać odmianie... Więcej nie turbuję Wci serca mego, obłapiam przecie i całuję ze wszystkiej duszy na szczęśliwą noc, choć mię to od niej odsądzają, czy par caprice czy par inconstance, czy par conseil, czy par manque d’amour, czyli par mes defauts, w których się znać było zrazu nie przejrzano, bom był le plus heureux et le plus content de tous les łiommes“.
Taka była Marysieńka w czasie bitwy pod Mątwami, taką samą została w czasie wyprawy wiedeńskiej.
Ta jednolitość, to była jej siła.
Pod Mątwami skończyła się owa wojna, na którą — jak pisze Pasek — „król się wybrał z królową jejmością, z fraucymerem i z całym dworem z Warszawy“. Skończyła się po tym okropnym epizodzie niemniej dziwnie: osobliwym chyba w dziejach wypadkiem, zwycięzca, jakby przerażony odniesionym zwycięstwem, kapitulował. Ale przegrana była obustronna: jeżeli Lubomirski złożył broń i udał się na wygnanie, król zobowiązał się poniechać wszelkich planów elekcji vivente rege. Wszystkie zamieszki, które zmąciły Polskę przez ostatnie lata i które tak ciężko miały się odbić na jej przyszłości, były daremne.
W namiocie swoim przyjął Jan Kazimierz kajającego się Lubomirskiego. Obok króla stał Sobieski, trzymając laskę marszałkowską. Król dał rokoszaninowi rękę do ucałowania i spytał go gdzie mieszkać zamierza. Po czym Lubomirski obszedł swoich dawnych kolegów senatorów i uściskał ich, w końcu stanąwszy przed Sobieskim, wziął milcząc jego rękę i położył ją sobie na głowie.
Tak zakończyła się wieloletnia walka o elekcję vivente rege. Być może, gdyby ją wygrano, byłoby to dla Polski z korzyścią. Trudno zrozumieć zaciekłość niektórych historyków — np. Korzona — przeciw Kondeuszowi na tronie polskim i przeciw ówczesnej możliwości związania się z Francją. Obróciła się później sprawa polska tak źle, że nie ma powodu odrzucać myśli że mogła się obrócić lepiej. Silny król z dynastią, sojusz z Francją, z którą Polska nie miała sprzeczności a miała wiele interesów wspólnych, związanie się z rosnącą potęgą młodego Ludwika XIV, to wszystko mogło otworzyć Polsce nowe olbrzymie horyzonty. Ale, jak już wspomnieliśmy, cała rzecz w tym, że plan Marii Ludwiki — zły czy dobry — był w danych okolicznościach niewykonalny. Trzeba było „wolnej“ Polsce iść drogą swego przeznaczenia — aż do końca.
Niebawem aktorzy tego dramatu dziejowego zeszli ze sceny. W styczniu 1667 r. umarł w opuszczeniu na Śląsku Jerzy Lubomirski; dn. 10 maja t. r. umiera królowa. Wyrok lekarzy przyjęła ze spokojem: Ergo moriendum! — wyrzekła te słowa, które miał rzec kochanek jej młodych lat Cinq-Mars, wstępując na szafot. Nie miała dobrej prasy. „Karolicha narobiła w Polsce licha“; ten lichy dwuwiersz krążył między szlachtą. „Przez którą jako siła złego się stało, wypisać trudno, która jako niedźwiedzia za nos króla wodziła, pieniądze stare dobre wyprowadziła, i życia swego niezbożnego dokonawszy plugawie umarła“ — notuje w swoim raptularzu szlachciura. „Królowa umarła, polska wolność ożyła“ — pisze współczesny kronikarz, nieświadom mimowiednego efektu ironii, jaką potomność znajdzie w tym sądzie. A mówca pogrzebowy, ksiądz Wydżga, lubujący się w kwiecistym cytacie, wykrzyknął nad jej trumną: Et dissipatae sunt omnes cogitationes eius. W istocie sunt dissipatae, mimo że kandydatura francuska — z tym samym Kondeuszem — miała jeszcze wypłynąć. Aż kiedy druga Francuzka zasiądzie z kolei na naszym tronie, sprawca Francji w Polsce przepadnie ostatecznie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.